Odnajdywanie przyjemności

wątki

Postawa nie zachowujących umiaru w piciu jest społecznie potępiana, podczas gdy obżarstwo cieszy się akceptacją. Żarty z babcinego karmienia są słodkie, a alkoholik żałosny. Pokolenie dogmatycznej wiary w lekarza, przekłada na niego odpowiedzialność za własne zdrowie, nie rozumiejąc doraźnej funkcji medycyny. Traktuje za normę to, co powinno być ostatecznością. Równocześnie, instynktowne „wiem co jest dla mnie najlepsze”, działa w polu ograniczonej wiedzy o przyjemności. Proces ten najłatwiej zaobserwować patrząc na brak wstrzemięźliwości. Czy to jedno ciasteczko, czy jeden kieliszek, wiara w podającą na to antidotum farmację pozwala się złamać, bo „jakoś to będzie”. Większość społeczeństw jest zjednoczona w niewypowiedzianym poglądzie, że takie zachowanie jest normalne i akceptowane. To, że dużo ludzi robi coś głupiego nie oznacza, że staje się to mądre 🙂 Profilaktyka nie tylko uczy jak żyć bez ciasteczka, czy kieliszka, ale potrafi też, dzięki poziomowi oczyszczenia ciała, rozwijać jakość przyjemnego życia. Jakość poza wyobrażeniem pozostającej stale pod wpływem niezrównoważonej diety i używek populacji. Stan bez toksyn, który u nas znają głównie dzieci, o ile nie zaopiekujemy się nimi wbrew ich biologicznym preferencjom. Odnajdywanie przyjemności w sobie i rozwijanie tej sztuki w życiu codziennym poprzez ruch, dietę i pielęgnację jakości myśli, nie potrafi być konkurencją dla promowanej pogoni za przyjemnością. Swoim źródłem sięga innej perspektywy – nie opiera się na poczuciu niedosytu, tylko na wewnętrznych bodźcach wzrostu.

Advertisements

Komplementarność medycyny wschodniej i zachodniej.

waz-eskulapa

Dwa systemy leczenia, które u swoich korzeni mają przeciwstawną perspektywę, potrafią się spotkać w środku drogi. Łagodzenie bólu po chemioterapii akupunkturą, albo niechirurgiczne traktowanie chorób przyzębia to przykłady takiej współpracy.

Medycyna wschodnia bazuje jeszcze na pierwotnym szamanizmie i kontakcie człowieka z przyrodą. Chwali się czterema tysiącami lat tradycji pisanej i nikt nie wie jak długo wcześniej była w użytku. Stawia na funkcjonalność zdrowia, czyli na profilaktykę, dzięki której nie dochodzi do zachorowań. Zgodnie z filozofią, z której się wywodzi, zdrowie postrzega jako naturalny stan idealny i każde najmniejsze odejście od tego stanu (rozmiaru pierdnięcia lub krosty) jest wystarczającym symptomem, aby się sobie przyjrzeć i o siebie zadbać. Powiedzenie, że lekarzowi płaciło się za utrzymywanie przy zdrowiu, a nie za leczenie chorób, jest historycznym faktem. Podobnie jak prawdziwi byli ci, którzy ulegali pokusom kuchni czy alkowy i nie słuchając zaleceń tracili odporność, wpędzając się w różnorakie choroby. W zdyscyplinowanym społeczeństwie, jakie oferował wielu kulturom feudalizm i konfucjanizm, owi chorujący „grzesznicy” wpadali w nawias akceptacji społecznej. Dlatego ewolucja wiedzy medycznej, aby im pomóc, nie należała do zwyczajowych priorytetów, a chirurgia i stomatologia pozostawały na wspólnym z zachodnim feudalizmem poziomie cyrulika.

Zachodnia medycyna mogła powstać dopiero po dłuższej ewolucji kulturowej, ale za to dzięki wzrostowi równoległemu do epoki kolonializmu i doraźnej skuteczności, szybko zrobiła światową karierę. Początki chrześcijaństwa jako religii państwowej, blokowały kontynuację tradycyjnych systemów leczenia na swoich terenach, ze względu na odmienną, konkurencyjną liturgię. Metoda naukowa także musiała się przedrzeć przez płonące stosy, zanim w ogóle można było badać wnętrze człowieka. Kultura w której męczeństwo było cnotą, albo przynajmniej szanowaną ścieżką, nie interesowała się krostami i pierdnięciami i pomocy medycznej szukała dopiero wtedy, kiedy stan organizmu blokował codzienne funkcjonowanie. W tej definicji zdrowia niewiele się zmieniło do dziś i to nie tylko w Europie. Wystarczy ocenić tradycyjne kuchnie okiem dietetyka, aby widzieć, że folgowanie przyjemnościom dużo częściej decyduje o zawartości talerza, niż intencja zachowania zdrowia. Ostatnie sto pięćdziesiąt lat to epoka wielkich odkryć w biologii i rozwój chirurgii. Wcześniej można było liczyć głównie na lokalną odmianę szeptuchy, (o ile nie podpadła miejscowemu funkcjonariuszowi i nie została spalona), albo na cyrulika.

Wschodnia nadal postrzega człowieka jako część natury i nie rozdziela ciała od umysłu. Z braku rozwiniętej chirurgii, wyrostek robaczkowy z sukcesem leczy ziołami, a ból niweluje akupunkturą. Jej głównym założeniem jest stwierdzenie, że ciało samo ma umiejętność regeneracji i trzeba mu tylko stworzyć odpowiednie warunki. Dlatego nie zna pojęcia chorób chronicznych, które zachodnia, dzięki regularnie przyjmowanym lekom, uznaje za wpisujące się w definicję społecznego funkcjonowania człowieka. I tu jest właśnie ciekawa granica perspektyw. Ci, którzy znają tylko zachodnią definicję zdrowia nie rozpoznają, ani nie docenią granic dobrego samopoczucia, które towarzyszy bardzo dobremu zdrowiu. Utrzymujący taki stan zdrowia mają za to „empatyczne” problemy z wyobrażeniem sobie skuteczności chirurgicznych zabiegów interwencyjnych lub szybkich i pustoszących biologię organizmu wyleczeń infekcji przy antybiotykach. Łatwo o konflikt, jeśli nie pamięta się, że korzeniem obu systemów jest troska o dobro człowieka, rozwijana na miarę posiadanej świadomości. Nieporozumienie pogłębiają lokalne systemy prawne faworyzujące którąś z form leczenia, oraz aktywność producentów leków obu medycyn, którzy zgodnie z zasadami wolnego rynku, traktują się nawzajem jak konkurencja. Tego rodzaju problemy nie powinny dotykać pacjenta i na szczęście jest wielu dobrych lekarzy, którzy dbają o własną świadomość i potrafią dostrzec perspektywę obu medycyn. Umieją nie szkodzić tam, gdzie korzystanie z alternatywnej do własnego wykształcenia formy skuteczniej pomoże pacjentowi. A pacjent to klient, który też ma prawo mądrze wymagać.

Zrywy i ich funkcjonowanie w polskiej świadomości zbiorowej

snatch-lift

Terytoria dziś zamieszkałe przez Słowian północnych najwcześniej pojawiają się w zapisach historycznych jako tereny, skąd odławiało się niewolników dla lepiej rozwiniętych cywilizacji śródziemnomorskich. Ostra zima długo nie sprzyjała rozwojowi państwa i pisma, a dla cieplejszej Europy rozproszona, lokalna ludność, doskonale nadawała się na towar. Od najazdu do najazdu żyła sobie spokojnie w leśnych osadach odizolowanych od reszty świata. Nie mieli pojęcia, że są Słowianami, a o tym, że są np. Polakami dowiedzą się dopiero po Wiośnie Ludów. Przez cały wyżej opisany okres Eurazja funkcjonowała zgodnie z Jedwabnym Szlakiem. Wiemy, że ta droga handlowa definiowała migracje, strefy wpływów i relacje pomiędzy ludami od trzeciego wieku przed naszą erą. Nie wiemy jak długo wcześniej, ale nawet mity mogą głosić powstałe w trakcie jej funkcjonowania zależności. Dopiero wiek siedemnasty to odkrycie morskiej drogi do Chin, a wiek dwudziesty to tankowce. Jedwabny szlak. Dwa tysiące lat budowania relacji między kulturami i ludami, dwa tysiące lat rozwoju języków i kultur zgodnie z jednym algorytmem funkcjonowania handlu. Algorytmem, którego technicznie już nie ma i tkwi tylko w inercji. Algorytmem, przed którym też istniało już życie.

Nic dziwnego, że jest mnóstwo mitów, że coś jest tak samo od zawsze i nie da się tego zmienić. Niby dalej jeździmy na zmywak i na saksy za lepszym życiem, ale już nikt nas nie porywa siłą. Mało tego do nas też przyjeżdżają. Wyborcza mapa Polski już nie dzieli zwolenników lewicy i prawicy horyzontalnie, tylko na skos. Od południowego zachodu na północny wschód. Oczywiście powodów może być mnóstwo i tylko ja lubię w tym widzieć rozregulowanie algorytmu, no ale nikomu nie każę siebie czytać. To jak internet i tankowce wpłynęły na zmiany w naszym życiu widzi każdy. Dzięki temu widać też struktury, które wcześniej były niewidoczne i uznane za oczywiste jak prawa przyrody, a teraz okazują się być tylko lokalnymi uwarunkowaniami z epoki funkcjonującego Jedwabnego Szlaku.

Taką strukturą są polskie zrywy. Obok serii nieudanych powstań czczonych tak jakby były zwycięskie, prawie przy każdych wyborach mamy jakąś nową partię znikąd, która wchodzi do parlamentu i tak zwany słomiany zapał w narodzie. Na poziomie jednostki każdy może podać kilka przykładów. To, że ktoś został przekonany w połowie wywodu argumentującego i rusza do działania nikogo nie dziwi i jest uznane za normalne. Skoro uwierzyłem druga połowa wyjaśnień jest mi niepotrzebna i mogę działać. Brak logiki i działanie pozbawione połowy istotnych informacji są dla nas drugorzędne. Chcę, więc myślę, że wiem jak działać. Pośpiech jest wskazany i ceniony, nawet jeśli musi się zakończyć upadkiem jak na kolejne powstanie przystało. Zamiast kochać, kobiety się podrywa albo uwodzi. Wystarczy pójść na siłownię i zobaczyć jak ludzie zamiast ćwiczyć dla zdrowia i rozwoju indywidualnego więżą się nawzajem w nieustających zapasach progresu, kilku dozwolonych i jedynych prawidłowych technikach ćwiczenia, no i w jedynej słusznej diecie. Nagłe i brutalne wybudzanie ze spokoju było naturalne dla tych terenów od czasów, kiedy na spokojną osadę napadali łowcy niewolników. A to wcale nie jest normalny, zdrowy proces w rozwoju jednostki i nie trzeba się na niego godzić. A poza tym ten schemat, w nowym globalnym algorytmie ścieżek handlowych, już nie ma racji bytu.

Warto sobie zadać pytanie czy nadal zrywasz się z łóżka czy wstajesz, aby powitać nowy dzień?

Poziom publicznej debaty politycznej postrzegany jako konflikt między ciałem i umysłem cywilizowanego człowieka

macedon

Divide et impera, po raz pierwszy miał użyć tych słów Filip II Macedoński, ojciec Aleksandra Wielkiego, ale uważam, że maksyma ta jest tak stara jak ludzka cywilizacja. Jej założeniem jest wzniecanie lokalnych konfliktów na podbitych terenach, aby zachować nad nimi kontrolę. Kiedy kapitalizm okazał się być najbardziej zrozumiałą dla wszystkich kultur ścieżką rozwoju, definicja podbitego terenu co nieco się zmieniła. Dzisiejszy świat nie potrzebuje niewolników tylko konsumentów, co z punktu widzenia ascetów jest synonimem i ironią losu. Sugestia, że ludzkość niczego się nie nauczyła nie jest trafna, bo jednak złagodnieliśmy. Już nie palimy czarownic i gwałt uważamy za przestępstwo. Zmieniła się technologia prowadzenia wojen. Czy jesteśmy mniej okrutni jako jednostka nie wiem, ale jako ludzkość zdecydowanie wybraliśmy ten kierunek. Wraz z wygodą, staramy się lepiej zadbać o nasze dzieci oferując im wyższy poziom komfortu, chociaż definicja tego ostatniego nadal pozostawia wiele do życzenia. Większości dużo łatwiej wybrać komfort smacznych potraw zamiast zastąpić je zdrowymi.

Dziel i rządź zmieniło definicję podbitych terenów. Jak demokracja długa i szeroka, większość narodów podtrzymuje konflikt wewnętrzny pomiędzy lewicą i prawicą. W polskim przypadku dyskurs ten publicznie przybrał formę ostrego dialogu pomiędzy wiecznie niezadowolonym i pouczającym, dumnym ze swej europejskości i wykształcenia „panem” oraz agresywnym, sygnalizującym w gniewny sposób swe instynkty „chamem”. Z jednej strony umysł, a z drugiej instynkt. Analiza kontra sygnalizacja. Konflikt ten sam, jaki pojawia się w każdym człowieku z zaburzoną świadomością ciała. Im mniej potrafimy siebie czuć, tym trudniejsza staje się instynktowna komunikacja pomiędzy potrzebami ciała i zarządzającym ich implementacją umysłem. Jesienią masowo chorujemy, bo już nie potrafimy się wsłuchiwać w naturalne procesy zmieniającego porę roku organizmu. Znieczuleni cukrem, tytoniem, alkoholem nabawiamy się chorób krążenia i nadwagi, a rozwiązania nie szukamy w zmianie nawyków, tylko w łagodzących objawy substancjach.

Pewnie dlatego utożsamianie się z lokalnym dyskursem politycznym jest tak popularne. Zajmujące się teraźniejszością programy informacyjne mają najbardziej wartką narrację, a polityka zajmuje w nich kluczowe miejsce. Popularne są jeszcze katastrofy, które przy powszechnym tabu śmierci stanowią swoiste memento mori przeciętnego zjadacza chleba. Przy tak nieodpowiedzialnym dbaniu o siebie instynkt samozachowawczy wysyła wiele informacji, które nienauczony tej niegdyś naturalnej współpracy umysł, woli zafiksować na fascynacji huraganem po drugiej stronie globu, zamiast poprawą zawirowań własnej trzustki. 

Polityka divide et impera jest tak stara jak wynalazek władzy, dzięki któremu wspólnoty pierwotne mogły się przekształcić w cywilizacje. Możliwe, że powstała dzięki rewolucji agrarnej, kiedy osiadły tryb życia mógł pozwolić na dziedziczenie różnic majątkowych. Syn najlepszego myśliwego u wędrujących łowców zbieraczy wcale nie musiał być najlepszym myśliwym swego pokolenia. Wspólnota pierwotna, która zapewniała przeżycie plemienia, wyrównywała różnice majątkowe w czasie teraźniejszym. Dlatego zamiast obwiniać rządzących o utrzymywanie swoich ludów w konflikcie warto się zastanowić, czy ci u władzy świadomie wybierają tworzenie podziałów. Może są bezkonfliktowi, ale pracując potrafią być przemądrzali albo agresywni jak każdy? Może, jak większość z nas, zamiast wynajdywać nowe rozwiązania trzymają się tych sprawdzonych? Może polityka jest tylko lustrzanym odbiciem poziomu świadomości większości tworzących ją ludzi? Ich umiejętności zauważania i szanowania potrzeb własnego ciała? Przykładowa obserwacja Królestwa Bhutanu albo Republiki Kolumbii udowadnia, że to nie ustrój polityczny definiuje te wartości.

Chłopiec, Chińczyk i Obcy

sajlord2

Wszystko się zaczęło od tego, że Obcy zaprojektowali ekran monitora tak, żeby wpatrywanie się w niego miało podobny efekt jak wpatrywanie się w ogień. Było hipnotyzujące i pomagało zapominać o wszystkim co jest. Nieważne czy ważnym czy nieważnym. Wszystkim co jest poza tu i teraz, czyli płomieniem, albo w mniej szczęśliwych wypadkach internetem. Sieć zaczęła opanowywać umysły ludzi na Ziemi, kiedy chłopiec miał dziesięć lat. Zagłębiał się w świat gier komputerowych powoli zapominając o tym, że mieszka koło lasu, a przed domem ma ogród. Zapomniał jak to jest czuć energię ziemi, kiedy stawał na trawie bosymi stopami w dzieciństwie. Niedaleko domu była szosa dojazdowa do wielkiego miasta. Chociaż z jednej strony był spokojny las, a z drugiej domki, pas szosy miał odmienną energię. Podobną do energii miasta. Pełną napięcia i zrywów pośpiechu. Szosa w magiczny sposób była połączona z miastem, niczym sięgająca daleko od pajęczyny, na pierwszy rzut oka samotna, a jednak jedna z jej głównych nici wspornikowych. Chłopiec właśnie tam najwięcej dowiedział się o tym, czym jest brak spokoju. Ciekawiło go to tak bardzo, że przestał doceniać ciszę lasu i spokojne trzaskanie drew w kominku. Zastąpił je monitorem, w którym dzięki internetowi i grom, mógł toczyć krwawe walki nie ruszając się z fotela. Zapomniał, że to on sam siedzi na fotelu, otoczony kompletnym spokojem i stagnacją, a pajęcza nić miasta utrzymuje go na swojej orbicie.

Ojciec chłopca, jak każdy ojciec, oddał mu to, co uważał, że jest w nim najlepsze. Nawet ci ojcowie, którzy obdarowują swoją nieobecnością tak robią. Zawsze, nawet jeśli wiele lat zajmie im, aby się tego dowiedzieć. Ojciec chłopca odpowiedzialnie podjął się zadania założenia rodziny. Wywiązywał się z wybranych obowiązków. Chłopiec, w miarę fizycznego stawania się mężczyzną uważał, że ojciec zmienił się na gorsze. Chłopiec oczywiście widział w ojcu swoje lustro, a wszystko, o co miał pretensję do ojca, to tak naprawdę miał pretensję do samego siebie. Prosty był jeszcze, łatwiej mu było myśleć, że sam jest idealny. Sam wcale nie stawał się gorszy, chociaż jeszcze tak myślał. Powód był prosty. Jako dziecko sięgał świadomością daleko, jak świadomość wpadła w pułapkę struktur na jakich są zbudowane gry komputerowe, niewiele ścieżek, którymi potrafił się poruszać, pozostało w rzeczywistości. W domu wszyscy, zamiast spełniania marzeń, zajmowali się robieniem pieniędzy, a pośpiech miasta pomagał im utrzymywać się w błędzie. Wojna była przeszłością i przetrwanie było już od dawna pewne, ale nadwyżki rzeczy są tylko pragnieniem rozwoju dla dusz. Najmniejsze żarzące się węgielki w kominku zawsze są najniżej, a chłopiec żył w takim pośpiechu, że nawet nie potrafił uszanować Ziemi poprzez wyjęcie niepotrzebnej ładowarki z kontaktu. O celebracji życia jeszcze nie wiedział nic. Na szczęście, prąd zawsze znajdzie uziemienie. Instynkt chłopca to rozumiał. Brakowało mu wzorca, sam potrafił tylko pozostawać w zgodzie ze swoją naturą, chociaż większość siebie trzymał w zamknięciu monitora. Wpatrywał się weń jak w płomień i zapominał, że to dopiero początek.

Pomógł mu sport. Dzięki niemu poznał pewnego Chińczyka, który dostrzegł w nim uzdrowiciela. Nie mający wokół siebie podobnych wzorców chłopiec, myślał że to taka cecha charakteru, którą nie wypada się dzielić. Aspekt, który był jego najpiękniejszą częścią, widział jako nic więcej, poza przymusem bycia miłym i przyjaznym dla otoczenia. Zajmować się trzeba było ważniejszymi sprawami. Miasto pędziło tak bardzo, że schorowane zapomniało, co jest dla niego najważniejsze. Chińczyk wiedział, że to uzdrowiciel jest najważniejszy i ucieszył się, że chłopiec miał nadal w sobie ten potencjał. Ukryty głęboko przed sobą w zakamarkach gier komputerowych, ale dostępny. Chińczyk nie miał za dużo czasu, żeby pomóc chłopcu, spotkał go na swoim jednorazowym warsztacie qi gonga. Stał się to już po tym, jak chłopiec sam wybrał walkę z biernością i dźwignął się z bezruchu fotela przed komputerem. Chińczykowi udało się zachęcić chłopca do akupunktury. Ten wkręcił się w mapę punktów uzdrawiających ciała, udało mu się nauczyć praktyki i dołączyć ją do trofeów swego świata. Dlaczego trofeów? Ponieważ to nie były stare Chiny. Tutaj kolekcjonowało się dyplomy i osiągnięcia do portfolio, zamiast rozwijać talenty. Pośpiech miasta skutecznie zaburzał hierarchię wartości. Chłopiec też nie zrozumiał różnicy w perspektywie i zamiast otworzyć się na świat akupunktury zadowolił się zdobyciem dyplomu. Na to Chińczyk już nie mógł nic poradzić. Zrobił swoje i poszedł swoją drogą. A podręczniki do akupunktury zostały przykryte nie używaną elektroniką, będącą starymi peryferiami do gier komputerowych z zeszłego sezonu. Rzeczy dalej miały dużo do powiedzenia w domu chłopca.

Dom chłopca był tradycyjny. Niewiele się wiedziało o zdrowiu, więcej o sutym obiedzie, który był największym marzeniem dziadka chłopca. Starzec wiedział co to głód. Dlatego nigdy nie zadał sobie trudu, żeby zrozumieć, że piękno świata nie kończy się na zawsze dostępnych smakołykach. W jego perspektywie nie było na to miejsca. Dla dziadka sytość, to był sen, to było marzenie, które się spełniło i już nie chciał niczego więcej. Jak powiada stare, chińskie przysłowie „Obyś żył w ciekawych czasach”. Chłopiec dusił się w tej cukrowej atmosferze, ale dopóki nie widział zagrożenia dla zdrowia w tej diecie, marzenie dziadka życia w sytości i pokoju było silniejsze, niż chłopięce pragnienie uzdrowienia siebie. I chłopiec dusił się pod tym marzeniem, ponieważ jeszcze z nim walczył, zamiast je zrozumieć i uleczyć, aby mogło poznać nowy poziom sytości. Chłopiec uciekał przed swoim smutkiem, zamiast stawić mu czoła i uzdrowić swój dom. Największe wyzwanie uzdrowiciela. Chińczyk zrobił co mógł, a chłopiec został sam na swojej ścieżce. Prawie sam. Miał swoją wiedzę, która powoli dawała mu zrozumienie stojącego przed nim wyzwania.

Czy uda mu się wybaczyć własnemu ojcu? Od kiedy pierwszy człowiek postawił bosą stopę na Ziemi nie istniała inna ścieżka stawania się mężczyzną. Obcy wiedzieli o tym i obserwacja była wszystkim co robili. Wbrew obiegowym opiniom Obcy nie mają żadnego wpływu na życie na Ziemi. To jest gościnna planeta, na którą Obcy zaglądają, żeby nauczyć się dokonywania wyborów.

SS czyli system i sport

medalstrzykawkaJest wiele analiz naszej cywilizacji, czy opisów poziomu rozwoju świadomości zbiorowej. Chciałbym dziś obejrzeć jakie miejsce zajmuje u nas sport. Gdzie się podziała jego wartość zdrowotna, oraz jak wyewoluowała jego wartość cyrkowo-igrzyskowa. Nie da się tego zrobić, bez ogólnej oceny rynku biznesowego w naszej rzeczywistości. Na dzień dzisiejszy dochody przynoszą zajmujące się leczeniem już powstałych chorób medycyna i farmacja, oraz mające wielu fanów zawody sportowe. Profilaktyka oraz autoterapeutyczny ruch przynoszą zyski jednostkom, a nie firmom, tak więc są na cenzurowanym rynku reklamowego albo raczej nie mają szans z konkurencją, która przez to trzyma świadomość zbiorową o profilaktyce oraz wpływie ruchu na zdrowie w impasie. Wyobraźmy sobie jak wyglądałoby społeczeństwo, gdyby słyszało tyle razy o opracowanym przez qi gong setki lat temu ruchu poprawiającym wydolność nerek, ile razy słyszy i widzi logo coca coli….  Pytanie czyja to wina i snucie spiskowych teorii dziejów nie ma najmniejszego sensu i przypomina zdiagnozowanego na raka dziadziusia, który obwinia o swoją chorobę zmarłą przed laty małżonkę, zamiast zająć się swoim stanem faktycznym i się leczyć. Ten tekst jest tylko nieobiektywną diagnozą sytuacji i refleksją, która ma na celu zainspirować wszystkich, którzy razem ze swoimi bliskimi, chcą zdrowo i radośnie żyć.

Wierząca w nieustanną ewolucję i postęp kultura nie lubi słowa „wystarczy”… Ludzi którzy ją tworzą traktuje jak cele, a nie środki, wbrew swoim humanistycznym i antropocentrycznym założeniom. Aby zaspokoić arenę igrzysk Akademie Sportu na świecie produkują wuefistów-sadystów, których celem jest dostarczanie narybku dla centrów olimpijskich. Nie liczy się ruch, liczą się wyniki. Nikt nie uczy dzieci jak znajdować w ruchu przyjemność, odporność i rozwój. System jest oparty na nieustannej eliminacji i funkcjonuje prawidłowo. Połowa dzieci uczy się jak załatwić sobie zwolnienie z wuefu, a z drugiej połowy połowa wchodzi w stan bierności i apatii, a pozostała ćwiartka dobija się nawzajem wycieńczeniem i kontuzjami tylko po to, aby jednostka zwyciężyła. Jednostka może potem sobą reklamować kilka państwowych koncernów, a jej wyniki sportowe mogą wbijać w dumę jej rodaków, którzy poza mniej lub bardziej świadomym usunięciem się z drogi, nie zapracowali na ten sukces. Aby diagnoza była jeszcze bardziej ponura, warto zauważyć, że nasz sport nie ma zbyt wiele wspólnego ze zdrowiem.

Lekarze sportowi nie są od zdrowia, tylko od wydajności zawodnika. Dyscyplina sportowa nie służy harmonijnemu rozwojowi ciała, tylko szlifowaniu konkretnej umiejętności, wymagającej konkretnej pracy jakiejś grupy mięśniowej kosztem całego organizmu. Wyniki to dochody, więc praca nad sprawdzalnością inwestycji jest dużo ważniejsza niż zawodnik jako człowiek. System eliminacji uzależnia wzięcie udziału w tym cyrku od własnego wyboru, a konsekwencją jest często rozdźwięk między początkową miłością do sportu, a profesjonalizmem. Ci co odpadli zasilają rynek popularyzatorów dyscypliny, rynek reklam, dochodów z imprez i sprzedanego piwa. Ten rynek też nie służy, ani zdrowiu, ani sportowi. Służy „wzrostowi dochodów”, a to jest pojęcie, a nie człowiek. Igrzyska sportowe mają bardzo istotną funkcję socjotechniczną – odsuwają uwagę obywateli od przyziemnych, codziennych kłopotów spowodowanych przez podporządkowane systemowi dochodów zarządzanie państwami i pozwalają na uwolnienie frustracji i euforii w sztucznym kanale, jakim jest dopingowanie jednej ze stron zawodów sportowych.

Nie jest źle, kiedyś kobiety nie mogły nawet oglądać zawodów a co dopiero w nich startować. Jak to powiadają trenerzy personalni jest progres 🙂 Progres będący procesem. Nic się nie zatrzymuje, ewolucja trwa dalej i mamy na nią realny wpływ. Gdzie jest radość z ruchu? Gdzie jest zdrowe współzawodnictwo? Gdzie jest budowanie wspólnoty poprzez ruch? Nie znam odpowiedzi mam tylko kilka refleksji. Potrzeba na czysty sport jest i będzie. Pojawia się wiele oddolnych, „dzikich” inicjatyw, które nie chcą mieć nic wspólnego z oficjalnym sportem. Obok starych i tradycyjnych morsów, (którzy notabene dorobili się już prawdziwie sportowych dogmatów typu „nigdy nie nurkujemy”) mamy dziś w Polsce streetworkout jednoczący część podwórka w ćwiczeniach na drążkach. Z zabawy powoli zamienia się w dyscyplinę. Organizuje się wiele niehomologowanych zawodów, które określają kierunek rozwoju, powoli porzucając kalistenikę ogólną na rzecz specjalizacji w konkretnych akrobacjach. Czyli to samo co u morsów – dochodzi do zdefiniowania ruchu i przygotowania go do podobnej eksploatacji w systemie, jaka już spotkała futbol, pływanie czy koszykówkę. Czy ewolucja nie ma innego kierunku?

Mamy jeszcze szeroko rozumianą ideę movementu opartą na niedefiniowaniu sportu tylko na eksploracji ruchu. Movement inspiruje się dyscyplinami sportu, tańcem, oraz uprawianymi w różnych kulturach formami ruchu (np. joga, qi gong, capoeira czy karate). Organizowane plenerowe zajęcia za „co łaska” zdobyły już tylu zwolenników, że niektórzy instruktorzy zaczęli żyć z popularyzacji i organizować regularne zajęcia dla rosnącej rzeszy zwolenników w wynajętych salach. Niezdefiniowany ruch, praca nad nim i ewolucja wyszły spod gospodarczego podziemia i stały się graczem na rynku usług sportowych. Pytanie na ile movement jest w stanie pozostać niezdefiniowany w świecie systemu, który wymaga definicji pozostaje otwarte. Aby opisać szanse obu stron pozwolę sobie na duże nowatorstwo w stylistyce, a mianowicie na „odpowiedź retoryczną”: Wygra silniejszy, albo zmieni się definicja siły.

Mężczyźni jednej kobiety

lange_migrant_mother

Mąż, w życiu wielu kobiet na planecie, jest pierwszy po ojcu. To mężczyzna. Ten, dla którego jest kobietą. Syn to dziecko. Już dawno temu zrezygnowaliśmy z postrzyżyn. Syn to ten mężczyzna, któremu nie musi być posłuszna, ponieważ przypadł jej w udziale dziejowym nadzór nad nim. Kobieta, jak każda istota na planecie ma własną ścieżkę i pracuje ze swoimi wyborami. Dlatego tak trudnym wyzwaniem jest oddzielenie się od tego nadzoru. Jeżeli syn nie odnajdzie w sobie woli, aby pokazać matce, że jest dzielnym mężczyzną takim, który potrafi szanować jej ojca i jest dojrzalszy od własnego ojca, to nadzór nie znika. Aby pozbyć się go, musi być mądrzejszy i osiągać głębszy spokój wewnętrzny. Tylko wtedy, jak uda mu się dotrzeć z tym komunikatem, matka będzie wiedziała, że osiągnęła sukces dokonując wyboru bycia matką i ze spokojem odda go Ziemi.

Dialog wewnętrzny

DSC05893

Prywatne impresje na temat dialogu wewnętrznego oparte na zasłyszanych opowieściach i jednoosobowej grupie badawczej. Wszystko eko, bez testowania na szczurach, chociaż zdarzało się, że zazdrościłem im uprzywilejowanej pozycji. Dbając o nie rosnące gule i nie pękające żyłki, ewolucjonistów i kreacjonistów uprasza się o natychmiastowe zaprzestanie czytania. Tekst i tak jest za długi… Rozbawionych lub zainspirowanych tekstem kapitalistów zapraszam na priv, aby umówić się na uiszczenie zwyczajowego „co łaska”. Informowanie czego się nie rozumie, komentowanie i udostępnianie też jest spoko 😏
.
Czym jest dialog wewnętrzny? Potrafi być grającą to samo zdartą płytą, albo przygodą transformacji. Wybór każdy podejmuje indywidualnie. Niewielu z nas potrafi zatrzymać myślenie. Udaje się to tylko tym, którzy pracowali nad swoim dialogiem wewnętrznym latami, ewentualnie właśnie odrąbali sobie dłoń siekierą. Czytelnik nie znajdzie tutaj instrukcji na ten drugi sposób, musi mu wystarczyć świadomość, że dialogu wewnętrznego nie opłaca się wyciszyć bez ciężkiej pracy. Myśli reprezentowane przez słowa (lub obrazy, ale o tym później) to dialog wewnętrzny. Zazwyczaj powstaje, kiedy uczymy się języka od rodziców. To oni, wzbogaceni o poglądy innych ludzi z którymi przyszło nam się zetknąć, będą głównymi adwersarzami w naszych głowach. Dzieje się tak, ponieważ zanim powiemy pierwsze słowo już jesteśmy kompletnie rozwinięci na poziomie emocjonalnym, więc wiemy też kiedy opłaca nam się milczeć, bo starsi się kłócą. Nienaukowo na wiedzę tę wołają grzech pierworodny. Początki dialogu znamy – „mama, tata, lala, auto, kupa” i zestaw wspaniałych neologizmów, które niestety nie wejdą do języka bo jesteśmy niemowlakiem, a nie popularnym pisarzem. Potem uczymy się to i owo przemilczać, idziemy na podwórko, do szkoły i jest już z górki. Każdy ma własny, niewyłączalny, unikalny i indywidualny dialog wewnętrzny. W obecnych uwarunkowaniach środowiskowych przekonanie, że ten dialog nie jest częścią nas tylko cali jesteśmy przemawiającym przez nas głosem jest dość powszechne. Stres powoduje, że dialog zaczyna się kłócić bo staramy się go kontrolować. To co jest „be” zamiatamy pod dywan a to, za co nas można lubić i kochać wyolbrzymiamy i konfabulujemy. To co zostało zamiecione pod dywan nie znika, tylko zaczyna gnić. Pani od matmy doskonale o tym wie, ale ona nie zajrzała pod nasz dywan po to, żeby nam pomóc, tylko po to by zapewnić sobie kontrolę w pracy, tak więc jedyne w czym nam może pomóc, to całkowanie.
.
Dialog ten ma różną jakość. Kłótnia, dialog, miłosna rozmowa – wszystko zależy od użytkownika. Kiedy dialog nas nie kontroluje możemy się mu przyjrzeć – staje się wtedy po prostu przepływającymi pod obserwacją myślami. Potrzebna jest akceptacja. Nie można siebie oceniać, aby taka obserwacja była możliwa. W fazie snu zmienia się elektryka mózgu i myśli te przyspieszają tak bardzo, że tworzą całe światy i obrazy, które możemy obserwować. Pozbawiony naszej ingerencji umysł ma wolny dostęp do zamiecionego pod dywan towaru, więc zdarzają się i tacy, którzy śnią koszmary. Dopóki nie mają jaj pod własny dywan spojrzeć, mogą co najwyżej jednym ze swoich głosów negować istnienie dialogu wewnętrznego, fundując sobie kolejny koszmar. Nauka obserwacji umysłu jest równocześnie nauką świadomego śnienia, dzięki któremu można poprawić jakość swoich snów, a czasem jeśli nasza świadomość zaingeruje zbyt intensywnie – obudzić się.
.
Ludzie pracujący nad swoimi myślami i nie bojący się tego co leży pod ich dywanem mają swobodniejszy dostęp do swojej podświadomości i łagodniejszy dialog wewnętrzny. Przyglądają się mu, potrafią mieć wizje, lub widzieć ludzi i obrazy bez osądzających myśli przez cały czas. Uwolnili się od blokad emocjonalnych stworzonych przez prywatne „dogmaty” poukrywane w systemach operacyjnych naszych umysłów. Pewien informatyk, który pojechał do Amazonii napić się świętego wywaru u indiańskiego szamana, spędził cały dzień z dialogiem zredukowanym do „tak” i „nie”. Zero-jedynkowo kłócił się ze sobą mówiąc te dwa słowa w różnych zabarwieniach emocjonalnych, aż w końcu się ze sobą pogodził, myśląc je obok siebie, tym samym tonem i bez osądu czyli oba głosy nauczyły się, że są i będą odmienne, ale łatwiej im będzie żyć, jak zaczną tolerować siebie nawzajem.
.
Przeciętny zjadacz fejsbuka nie ma tak lekko. Wszystkie „w moim wieku” albo „to nie wypada” podświadomie zasłyszane od zaćpanej cukrem i emocjonalnie ryczącej cioci Jadzi walą znienacka w mózg, jak młotek lubiącego wypić wujka Józka, co był mechanikiem samochodowym. Lepszej ubecji wyobrazić sobie nie można i nie trzeba, bo ta skutecznie pilnuje, aby dialog był zdartą płytą, a nie przygodą. Żeby móc zamienić podane powyżej przykłady na „ w określaniu moich wyborów mój wiek jest nieważny, liczy się to czy jestem szczęśliwy/a” albo „nie wypada blokować swego rozwoju myślowym dogmatem” trzeba najpierw ów dialog zaobserwować i rozpoznać blokujące rozwój oprogramowanie. Bez zajrzenia pod dywan i pokonania leku nie ma się żadnych szans. Odrąbanie dłoni siekierą jest dużo prostszym sposobem ale jest jednorazowe, a do efektów ubocznych należy spadek jakości masturbacji.

Uniwersalizm szamanizmu na planecie Ziemia

Szamanizm określa kultury dziś zwane pierwotnymi, które cechuje umiejętność funkcjonowania w harmonii z ekosystemem. Cechy tej brakuje tak zwanej cywilizacji rozwiniętej. Dlatego uważam, że przyda nam się trochę pokory i warto się przyjrzeć mądrości ludów pierwotnych nie z perspektywy etnografa, a historyka. Zaglądając w epokę sprzed powstania pisma wszyscy jesteśmy przecież amatorami, którzy snują przypuszczenia na temat kultur na podstawie kilku wykopanych garnków. Takie dane gwarantują jedynie potwierdzenie faktu, że ludzie odżywiali się zawsze. Pismo to wynalazek społeczeństwa rozwiniętego ponad wspólnotę pierwotną, jego pierwszym znanym nam celem była rachunkowość, a nie dokumentacja opowiadanych przy ognisku legend. Z tego prostego powodu można założyć, że źródła pisane z definicji musiały już wypaczać szamanizm, ponieważ służyły kulturze, która znała władzę i rozwarstwienie społeczne. Władza, z definicji istnienia stwarza sztuczny podział, aby nim odgórnie zarządzać. W przypadku naszej kultury człowiek z elementu stworzenia stał się “panem natury” i „uczynił ją sobie podległą” co biorąc pod uwagę nieumiejętność okiełznania własnej natury, czyni zeń kiepskiego zarządcę. Dlatego jedynym źródłem dotyczącym funkcjonowania kultur opartych na równowadze z ekosystemem są opisy powstałe przy zderzeniu kultur. Opisy ze swej natury tendencyjne, bo są zderzeniem, a nie spotkaniem. Piśmienny autor prawie zawsze uważał swoją perspektywę, perspektywę „zwycięskiej” cywilizacji, za lepszą. Ten esej jest może i nieudolną próbą porównania naszej cywilizacji i szamanizmu, ale pokazuje, że pierwotne elementy są niezniszczalne i przetrwały do dnia dzisiejszego, często jako podświadomy, ale zawsze naturalny wybór instynktu samozachowawczego człowieka.

orzełwoda

Przetrwałe elementy szamanizmu są częścią natury i mimo wielowiekowych starań nie udało nam się ich pozbyć, ponieważ są naturalną częścią życia na Ziemi. Większość z nich została zatajona i wykorzystana do zarządzania. Ta presja cywilizacyjna spowodowała kulturową mutację zjawiska, podobną do nowotworu. Powoduje ona rozrost w miejscu niepożądanym i autodestrukcyjnym. To czy ignorowanie zjawiska zabije nas, jak choroba nowotworowa, czy umieszczenie go na należnym mu miejscu uleczy, zależy od indywidualnego wyboru każdego człowieka. Nie mam kompetencji, aby wypowiadać się na temat szamanizmu, ale mam wystarczającą wiedzę, aby na podstawie istniejących źródeł porównać pewne zjawiska w kulturze pierwotnej i współczesnej. Moje źródła, to obok współczesnych doniesień z dorzecza Amazonki, podejście do życia rodzimych ludów Ameryk, Australii i Afryki udokumentowane przez kolonizatorów, oraz analiza kultur Azji. Europa i Bliski Wschód, dzięki długotrwałej dominacji religii monopolistycznych, są najuboższe, ale nawet u nas, stosunkowo późne pojawienie się ludów ugro-fińskich na już schrystianizowanej mapie politycznej, oraz przeoczenie ludów bałtyckich, daje pasjonujący wgląd w harmonię ich obrazu świata. Harmonię zanotowaną przez kronikarzy już jako nieszkodliwą, ludową ciekawostkę, a nie jako palone zagrożenie dla własnej ekspansji, jak stało się to w przypadku bibliotek Majów.

Każdą znaną ziemską cywilizację cechuje rozwarstwienie społeczne i majątkowe. We wspólnotach pierwotnych sprawy majątkowe ograniczały się do niezbędnego do przeżycia minimalizmu. Rozwarstwienie zauważane jest tylko na poziomie szacunku do indywidualnych umiejętności członka plemienia. Wódz był wodzem nie ze względu na należenie do ugrupowania posiadającego największy dostęp do mediów, tylko dlatego, że był najsilniejszy, najlepiej dbał o krowy, najrozumniej siał albo był najlepszym myśliwym. Przeżywanie w harmonii z przyrodą nie wymagało takiego nakładu pracy, co system, w którym jedni pracują po to, by pomnażać majątek innych. To, że ci bogatsi dziś pracują tyle samo, aby utrzymać swoje wpływy, nie czyni kultu pracy szlachetniejszym, tylko przyspiesza degradację planety. Czytelniku, jeśli na pytanie „Czy się spieszysz?” odpowiedź brzmi „Tak”, to na pewno bierzesz udział w tym błędnym kole.

Ten pośpiech, aby wzbogacić pana, to nasza pozostałość z epoki faraonów, na której bazowało wiele cywilizacji. Władza ewoluowała, co nie oznacza, że oddawała swoje wpływy. Zamiast tego zajmowała się zmianą wizerunku. Zainteresowanym ewolucją chrześcijaństwa polecam zagłębić się w historię kościoła. Powołam się tylko na kilka faktów z procesu przejmowania elementów szamańskich przez tę instytucję. Zapoczątkowana przez Konstantyna Wielkiego ewolucja systemu władzy, cywilizacji i zarządzania zasobami do dziś wyznacza puls przemian na terenach obecnej Europy. Nasze ludy, czyli plemiona, miały duże szczęście, że system ten powstawał i ewoluował na naszych terenach, dzięki czemu ominął nas los kultur Australii, Oceanii i obu Ameryk. Ocalało wiele zwyczajów ludowych, które podporządkowane świętom kościelnym zachowały autonomię własnych rytuałów. Przy tworzeniu liturgii chrześcijańskiej został wykorzystany kult dwugłowego boga Janusa. Zawłaszczenie i monopolizacja pewnych rytuałów niekoniecznie oznaczała eksterminację, chociaż w przypadku Janusa tak się stało. Wielkanocne jaja miały więcej szczęścia. Wyznawcy chrześcijaństwa do dziś symbolicznie karmią się ciałem i krwią boga, a uczestnictwo w tym rytuale wymaga od nich fizycznego aktu konsumpcji. Może dlatego obok zaawansowanych technologii, które stworzyła nasza cywilizacja, mamy teraz zagrażający życiu na planecie konsumeryzm? Równowaga jest zawsze. Nawet jak jej bieguny są ekstremalne.

szamandowcip

Dobrym przykładem tej równowagi, (lub jak niektórzy powiedzieliby jej braku), jest funkcja społeczna homoseksualizmu. W większości kultur pierwotnych (oraz w niektórych kulturach azjatyckich) osoby te pełnią ważną funkcję. Winkte, dzięki ich wykraczającej ponad przeciętną umiejętnością emocjonalnego zrównoważenie osobnika własnej płci, są autorytetami w sprawach, z którymi inni członkowie plemienia nie potrafią sobie poradzić. Rzadko zostają wodzami, dużo częściej ich wgląd, lub rytualne wizje, traktowane są jako ważny głos doradczy. Hinduska kasta hidźra, spełniała swoje określone funkcje społeczne najprawdopodobniej już od czasów Upaniszad, czyli na długo przed napisaniem Biblii. W naszej kulturze jest podobnie, chociaż nie widać tego na pierwszy rzut oka. Charakteryzujący nas dualizm podziału na dobro i zło, doprowadził do mutacji obu, możliwych do wybrania ścieżek. Z jednej strony spotykamy się więc z lojalnie reprezentującymi interesy władzy homofobicznymi “świętymi inkwizytorami“, lękającymi się każdego aspektu przypisywanego kobiecemu pierwiastkowi. Z drugiej strony mamy czyniących im na przekór buntowników. Artystów, naukowców, transwestytów, polityków czy biznesmenów. Związek ten jest równie toksyczny co 268 940 ton plastiku w oceanach. Skierowany przeciwko sobie szamański trans kompletnej ascezy celibatu, kontra nurzająca się w narkotycznym nienasyceniu chuć, nie są w stanie prowadzić ze sobą konstruktywnego dialogu, a co dopiero odpowiedzialnie zaopiekować się rodziną… Tak, aby i wnuki miały z czego budować przyszłość. Autorefleksja jest im obca – jednych zaślepia mit czystości, a drugich odstręcza od niej lęk przed stosem. Pokłosiem tej „wojny szamanów” jest kulturowy atak na męską delikatność i kobiecą niezależność. Wyparcie tych aspektów z zachowania i seksualności odbija się na całej populacji, w której seks (podobnie jak śmierć) są tematem tabu. Funkcjonujące w innych kulturach męskie i kobiece kręgi wsparcia są zastąpione przez niosącą zapomnienie, ale nie wytchnienie rozrywkę. Spożywanie alkoholu jest często uważane za obligatoryjny element nawiązywania (znikającej w stanie trzeźwym) bliskości. Obrazowanie przemocy jest ogólną normą, a wzwodu prącia pornografią, dozwoloną tylko dla dorosłych.

szamanpict

Przechodzimy tu do ważnej funkcji szamanizmu jaką jest snucie opowieści. Nasze opowieści nie są po to by nam pomagać w życiu codziennym, ale po to abyśmy mogli o nim zapomnieć. Ten kto nigdy nie czekał na kolejny odcinek serialu lub kreskówki, niech pierwszy rzuci kontrargumentem. Wypromowane przez nas wzorce męskości i kobiecości nie mają przełożenia na realne życie – nie istnieją, tak więc każdy musi siebie zawieść starając się im dorównać. Od kiedy nauka zaczęła snuć swoją opowieść nasz wszechświat poszerzył się tak intensywnie, że równie łatwo się w nim zagubić, jak w ekranie smartfona. Pytanie „Kim jestem?” pozostało bez odpowiedzi. Pierwotne rytuały przejścia w męskość lub kobiecość nie zezwalały na taki niedorozwój, na jaki pozwala nasza dorosłość. Dziś wystarczy być ciężko pracującym przy ekologicznym demontażu planety obywatelem, aby cieszyć się szacunkiem społecznym.

Nawet nasza aktywność fizyczna została nazwana sportem i podporządkowana współzawodnictwu, a nie indywidualnemu rozwojowi (więcej na ten temat tutaj). Nie jesteśmy od tego by budować, tylko od tego by dominować, a bohaterowie naszych opowieści to wojownicy, a nie ogrodnicy. Wybór dyscypliny sportu i podążanie wytyczoną przez nią kontuzjogenną ścieżką dogmatów jest ceniony dużo bardziej, od odnalezienia własnej, indywidualnej formy ruchu. Azja zna pozbawiony współzawodnictwa ruch np. joga lub qi gong. Odnajdujemy w nim wiele odniesień do natury, świadczących o bezpośrednim rozwoju tych technik z pierwotnego szamanizmu. Odradzający się u nas ruch naturalny, inspirowany mobilnością człowieka pierwotnego, na nowo uczy się „kroków mocy” lub „oddechu mocy”, czyli znanej każdej sarnie umiejętności biegu przełajowego, czy takiego sposobu oddychania, który pozwala zachować stałą temperaturę ciała w ekstremalnych warunkach pogodowych.

wrte

Meritum naszej dysfunkcjonalności jest niemożność wyboru jednolitej perspektywy. Przejście w dorosłość utożsamiane jest ze znalezieniem się po prawej lub lewej stronie barykady, czyli wyborem pomiędzy „Mieć czy być?”. Nauka wybrała „mieć”, tworząc medycynę zachodnią i farmację a religia „być”, tworząc kręgosłup moralny, w którym niebo nie jest prawem, tylko przywilejem. Oddzielenie lekarzy ciała i ducha znów pokazuje równowagę ekstremalną w porównaniu do innych metod leczenia. Łatwo to zauważyć obserwując medycyny azjatyckie, których holistyczne podejście do chorego wywodzi się z szamanizmu. Funkcją tradycyjnego lekarza chińskiego była profilaktyka. Jeśli pacjent, ostrzeżony o anomaliach w diecie, sam wybierał źle się odżywiać i zachorował, to do lekarza nikt nie miał pretensji. Jeżeli tracił zdrowie wykonując jego zalecenia – lekarz tracił pracę. Trzeba mieć dużo siły, by przeżyć naszą dietę szpitalną.

dieta-szpitalna-tylko-listy-do-redakcji

Szamanizm skupia się na rytuale wypędzenia chorobotwórczego pierwiastka z pacjenta. Jeśli chory wierzy metodzie i dokona odpowiednich zmian w swoich wyborach, terapia kończy się sukcesem. Na podobnej zasadzie, co cudowne uzdrowienie wodą z Lourdes. To o czym lekarzowi medycyny nie wolno głośno mówić, aby nie zostać wykluczonym ze środowiska oraz fakt, że niewielu bierze antybiotyki, które przepisują innym na zaobserwowane u siebie takie same objawy, mówi wiele o niedoskonałości idei, która przyświeca naukowemu podejściu do pacjenta. Komercjalizacja farmacji też nie budzi mojego zaufania. Do tego dochodzi tabu i penalizacja substancji zmieniających świadomość – powszechnie stosowanych w terapiach szamańskich – to dla mnie jeden z najczystszych dowodów, że nasza kultura jest jeszcze odległa od pozbycia się „niewidzialnego faraona” i zamiast zaćmienia słońca wierzymy w nieomylną skuteczność psychotropów nie lecząc wcześniejszych, wyraźnych objawów nieprzystosowania do systemu. Fakt, że trudno się przystosować do systemu nieprzystosowanego do życia na planecie, uważam za kompletnie normalny.

sanpedro

Na początku było słowo” te słowa najlepiej pokazują dominację umysłu abstrakcyjnego w naszej kulturze. Nauka twierdzi, że chce najpierw doświadczyć, ale potem też nadaje miano. Świat duchów kamieni i zwierząt został zastąpiony przez jeszcze “nietknięty obszar badań“. Pewność, że świat ten zostanie odkryty jest z perspektywy atomów równie wirtualna, co bankowy kredyt. Wiara, że ktoś za nas odkryje na czym polega życie przypomina syndrom sztokholmski i w odróżnieniu od wiary w cudowną wodę, nikogo nie uleczy. A nasza perspektywa idącej za pasterzem owcy kształtuje się w nas od dziecka, razem z językiem, którego się uczymy. Trudno przyznać przed sobą, że nasze myśli, nasz dialog wewnętrzny nie jest niezależny, tylko został stworzony przez naszą historię i może z nas uczynić niewolników sposobu postrzegania.

jokegod

Dobrym przykładem takiego “ograniczenia perspektywy” jest zanikająca obecnie w języku koreańskim odmiana czasowników przez odbiorcę komunikatu. Mówiąc „Pada deszcz” odmieniamy „padać” w zależności od tego, czy zwracamy się do kogoś starszego, młodszego, innej płci, czy innej kasty społecznej. Jednostka ucząca się mówić w takim języku nie musi uczyć się Konfucjanizmu, aby go odczuć, uważać za rzeczywistość i znać swoje miejsce na mapie społecznej. Miejsce zdefiniowane przez urodzenie. Niedemokratyczny absurd? Ciekawe ile „judeochrześcijańskich” pułapek zasłaniających naturalne postrzeganie Ziemi siedzi w naszych mózgach i ciekawe, czy starczy nam oddechu, aby je wszystkie rozwikłać…

Idea of Masculinity

happy-old-man-nepal

If the hearts of men were as developed as their muscles are, we’d be over the era of wars already.


Stats

  • 78,268 clicks

Visitors

Advertisements