Green Generation Gap (3G)

Guilt is not natural, beings that live in harmony with nature do not experience it. Plants, wild animals and indigenous tribal societies do not know guilt and have immunity to many diseases, unfortunately excluding the brutal force of civilization. Civilized statement calling them primitive is actually a personal and not scientific evaluation. There are no surveys nor measurements of endorphins that can prove, that their fulfilment with life is on the lower level than ours. Widening our perspective depends only on better understanding the roots of our culture.

Culture here is based on religion, that states in its holy scripture, that the earth is given to man who’s duty is to take care of it. Majority of scripture followers take care of themselves, while using natural resources and they are the active creators of culture and civilization. Semantic difference between ruling and taking care seems to be long lost, yet Old Testament remains the official base of Abrahamic religions, that up to date have founded territorial majority of culture in global civilization.

Majority, but not all of it. Older and more tranquil in missionary dogma religions still exist and are equal economic partners. Many of them have chosen, popular also in Christianity, surrender before conquering. Therefore they have longer remained native to land and culture of its origin, but with global migrations, their believers live everywhere, significantly influencing state and juridical structures based on European colonizing rules. That migrations have caused the cultural influence to happen in both directions.

Not long ago, before information age, there has been many different civilizations on the Earth. Probably the WW2 was the first moment, when all areas have been politically and economically touched by the same global event, with media active enough to have the knowledge of that fact reaching much wider social circles, than just a scientific one. That spectrum widens since then, amount of people noticing global economy and culture grows everywhere, thanks to the world wide web and individual development of many.

On the other hand, living in age of information can be chaotic to those, who have chosen not to learn more in this subject and prefer local circumstances without noticing its dependency on global events. Religions are traditional safe haven for such world-views. Obstacle they create in modern transformation lies in their nature of excluding other faiths as infidel ones. That way of thinking heavily influences global efforts on climate change and does not help in creating global community. Power of withdrawal is necessary to balance the innovation. To balance, but recently seems to be faster and more powerful than required.

Present global leaders usually belong to the generation, that remains sceptical to information age, because it was absent in their childhood and while reaching maturity. They remain supportive to the technological evolution, but short-sighted on its economical consequences to the ecosystem. They have been taught to think in term “us” and “them”, therefore with all good will and responsibility, they are unable to give up on certain perspectives, while other ones, created by global community of youth seem odd to them, or even dangerous. That is, how the recent condition of global culture can be diagnosed.

As a member of “middle generation”, if I’m not mistaken, it is the first time in history, when such race between generations has at stake the survival of civilization. If humans species is to survive, it must conquer its tendency to expand and widen its comfort zone with the other beings paying for it. It is old, universal way for agricultural societies, feudal structure. Effective while working with swords but not with nuclear weapons. Present acceleration in population growth and climate change is the shadow effect of such definition of good, varying in every feudal based culture. Effect of leaderships, that were based on isolation from each other and on state of competing. Ironically to own isolation, that predatory, territorial way of thinking is also, what they have in common.

Old leaders are unable to give up on that, because their survival truly was based on expansion of own community and not on sustainable economy on inhabited land. Such perspective is not the mistake in governing for them, but their raison d’état. Calming the offspring down, explaining that problems they perceive are not as big as they see them, has been a parent’s role since ever. That’s why they are immune to the arguments of youth now, just as they always were. But situation was never so global, like it presently is. The main question of that “species survival race” is if the today’s parent has the sufficient knowledge to calm down and stick to old ways with full responsibility, that it will be enough? Will youth be patient enough to explain? Conquering on emotional level is not equal with winning the debate based on scientific terms. The change of old pattern can happen only within individual, due to personal choice.

Local habits are controlled by local elders, majority of them sticking to old perspectives in exercising their influence. The pressure they put on preparing younger generation is often bigger than necessary and requires sticking to rules, that weaken our surviving chances. They have right to do so, therefore protecting self from destructive patterns of own family roots disqualifies revolution. Only a new pattern will be effective, because recreating the old pattern with highlighting new values already proved not to be enough. If the strongest old culture will survive the present crisis, lacking new scheme, it will be able only to repeat the same mistake. Ruling generation of revolutionists is as narrow minded, when it comes to protecting power, as monarchy. Replacing revolution with evolution is the only way the nature works. Totalitarian, like the law of gravity. The challenge is tough. Inventing the evolution, the new model of power, capable to lead global community, that exist in harmony with inhabited planet.

Ociężałość

Jest podstępnym pasożytem. Dojrzewa w środowisku w którym inni są zawsze głupi i tylko ja mam rację. Kiedy już się takiej perspektywie uwierzy i zapomni czym jest otwarty umysł, wlewa się podstępnie jedną lub drugą stroną ciała i osiedla w brzuchu. Nigdy nie wchodzi przez centrum, środek jest zawsze zarezerwowany dla wyborów, które mają przywilej współodczuwania równowagi ziemskiej. Kiedy już się osiedli, opierający się przy swoich małych bzdurach nieszczęśnicy odczuwają palącą potrzebę napełnienia brzucha. Ociężałość nie lubi lądujących na brzuchu emocji, zakłócają jej stupor, więc wybiera najprostszą drogę znieczulenia poprzez rozepchnięcie. Bajeruje poczuciem głodu i jedzenie jest jedynym działaniem na jakie pozwala opanowanemu organizmowi. Obżeranie się.

Nie nadaremno przypatrujący się tkaninie stworzenia mistycy zauważywszy jej misterny jad uszanowali jej moc, nazywając ją jednym z grzechów głównych. Pochłonęła tak wielu, którzy nie zgodzili się przyznać do błędu. Do błędu można się przyznać panu w czarnej kiecce siedzącemu w budce, albo współbratymcom i przede wszystkim samemu sobie. Ociężałość lubi być karą za nadmierną wstydliwość, pysznie przebraną w szaty skromności. Paraliżuje myśli ofiary dumą, że jest ona porządna bo nie czyni niczego, co zabronione.

Najbardziej boi się emocji, które uczą człowieczeństwa. Łaknie więcej i więcej, żeby zabić i znieczulić łaskotanie w brzuchu. Rozepchać obciążony nadmiernym tłuszczem kałdun, wybić wszystkie motyle, uczynić jeszcze bardziej nieczułym na współodczuwanie i odciąć od toku myślenia. Ofiara nie musi wiedzieć, że jej myślowy optymizm jest pozorny i działa na ziemskich wibracjach depresji i śmierci. Ociężałość kocha bezruch i okłamuje swoja ofiarę, że to spokój. Znieczulona tłuszczem ofiara daje się nabrać i wpada w grawitacyjną mękę.

Miłość potrzebuje ruchu. Dlatego mamy słowo ruchanie, które niestety nie nosi w sobie konotacji pieszczot, za co możemy podziękować porządnej, ociężałej cenzurze, która węszy przestępstwo wszędzie tam gdzie pojawiają się bodźce silniejsze od jej bezruchu. To zrozumiałe, że się boi, w końcu tam gdzie jest miłość i ruch, tam nie ma domu i przestaje istnieć. Pieszczoty na szczęście są ruchem, podobnie jak ćwiczenia oddechowe i praca nad tężyzną fizyczną. Ociężałość jest jak pisklę kukułki. Wykluwa się pierwsza i wyrzuca inne jaja z gniazda. Natura nawet jej podarowała instynkt przeżycia.

Obwarowuje murem niechęci myślenie o inicjatywie, o radości płynącej z poruszania się. Wykorzystuje uświadamiany sobie w takich momentach dyskomfort łaknącego detoksykacji ciała i każe o nim myśleć jako o ataku na niezależność. Ciężki brzuch ciężko się porusza, takie jest odwieczne prawo grawitacyjnej męki, która wpycha walczącego z ociężałością delikwenta w objęcia lenistwa. To bardzo pomocny w żegnaniu się z nadzieją demon. Dobrobyt to znakomity sezon żniw dla tych dwóch szatańskich braci.

Pożerają dusze bombardując mało rozgarnięte myśli ciągłym zapewnieniem, że wszystko jest okej, a złe rzeczy dzieją się tylko w odległych krainach. Ich królestwem są media, w których sączą swoje opowieści udając, że inne nigdy nie zostały opowiedziane. Ich celem jest sparaliżowanie wszystkich istot monolitem służącym im tłustych brzuchów. Pozbawione życia zastygnięcie. Skamieniałość lawy. Dramat, tragedia, katastrofa znakomicie odwracają uwagę od tego, co się dzieje przed własnym nosem. Utulają w słodkim zapewnieniu, że innym jest gorzej. Ofiary tracą zdrowy rozsądek, a łaknienie zagłusza wszystkie inne płynące z organizmu bodźce.

Proces uziemiania w ociężałości przyspiesza. Do raka i chorób krążenia mu jeszcze daleko, ale już potrafi potraktować wstanie z kanapy lub posprzątanie mieszkania jako wyzwanie nie dla każdego, jak taterniczą wycieczkę. Zgoda na samoużalanie się to wyjątkowo perfidny podszept. Trzeba mieć nie tylko siłę woli, ale i wyjątkowo dobrą, racjonalną motywację, żeby znowu wybrać życie. Niełatwo jest otrząsnąć się po przegranej, którą się wyparło, o której się zapomniało. Udawanie, że blizna znikła nie ma sensu, przecież ją widać. Dzięki szatańskim braciom i ich mediom to popularna, chociaż zupełnie nielogiczna taktyka. Uwolnienie następuje wtedy, kiedy blizna jest, ale już nie kontroluje naszego życia.

Ofiary ociężałości pozostała tylko jedna wskazówka, żeby się o tym dowiedzieć. Łaknienie. Dobijanie się emocji do brzucha nie ustało, motyle nie umarły. Gdyby było inaczej łaknienie mogłoby zniknąć, mogłoby przestać zagłuszać. Ale skoro nadal istnieje nawet w tak rozbujanym tłuszczu, to monolit stuporu też musi być fikcją. Wszystko co żyje ma prawo istnienia i jest obecne niezależnie od tego czy dokonanym wyborem jest akceptacja tego faktu, czy walka z nim. Ociężałość nie ma dostępu do tolerancji i akceptacji. Są zbyt niestrawne, żeby dało się je znieczulić. Ucieka od nich daleko w monolityczną krainę bezruchu.

Okaleczenie Amanto Amore

Amanto Amore miał nieustające problemy z zaślinionymi kobietami. Nie wiedział, czy chodziło o jego cudnie wyrzeźbioną klatkę piersiową, czy o szlachetny tembr głosu, czy może to jego wspaniałe męskie ego tak działało na niewiasty, ale po prostu nie mógł się od nich opędzić. Nic nie pomagało. Zdesperowany nawet ogłosił na fejsbuku, że jest gejem i wrzucił na instagrama fotkę, na której całował swojego przyjaciela w policzek. Sporo mu za tę fotkę zapłacił i po nic. Jak stał na pasach na chodniku, metr za nim zaczęły ustawiać się kobiety, żeby kiedy światło się zmieni na zielone, startować mu z kopyta, prosto w plecy. Jedyne co zrozumiały z jego przekazu to tyle, że lubi być stroną pasywną w stosunku doodbytniczym, że się tak romantycznie wyrażę. Kobiety, które w swej fundamentalnej służbie mężczyznom zastępują nawet gejów to już lekka przesada. Przegięty pomysł nie wypalił i problem z zaślinionymi kobietami się nie zmienił.

Pojęcia nie miał co zrobić. W głowie mu się nie mieściło dlaczego flirtują nie tylko ze swoimi mężami i dlaczego wszystkie przekraczają granice intymności. Czyżby aż tak porażał swym testosteronem, że stawały się bezwolne? Nie miał wątpliwości, że przekraczają granice, które on, gdyby był sakramentalnym małżonkiem, wolałby zachować dla siebie. Rozmawiając z innymi mężczyznami wiedział, że nie on jeden jest takiego zdania. Nie podobało mu się, że potem obciążają go poczuciem winy lub złośliwie bajerują sugerując, że to on przekroczył granice. O nic nie prosił, miał ich dosyć do wyrzygu, na geja się nie nadawał, ale oglądając swój adonisowy profil w dwóch lustrach zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie jest powołany do kapłaństwa. Tylko tam znowu twierdzili, że przypadki nie istnieją.

Głupie poczucie, że nie jest tym mężczyzną, którego sobie wyobraziły i oczekują towarzyszyło mu podobnie jak setkom innych facetów. Praktycznie każdy facet miał w głowie podobną głupotę i musiał się z nią zmagać w jakimś momencie swojego życia, ale w przypadku Amanto Amore matka natura postawiła na długi dystans. Niejedna śliniła się na widok jego boskiego ciałka i niewiele oczekiwało po nim chociażby krzty rozumu. Wysysały go jak modliszki i pozostawiały w ciemności, w której lęk zastępował pewność siebie i poczucie bycia na swoim miejscu. Ich umysły były zainteresowane co najwyżej założeniem na niego własnego monopolu, a nie tym co miał do powiedzenia światu. Samoużalanie się przed mężczyznami nie pomagało. Miłość, szczególnie niewieścia, poniewiera w dużo bardziej wyrafinowany sposób niż prostacki gwałt.

Poczucie winy to chyba najdurniejszy wynalazek cywilizacji. Głównie dzięki tym, którzy uważają go za najgenialniejszy i zamiast pracować nad sobą zajmują się osaczaniem innych. Indianie nazywali takich pożeraczami dusz, a u nas siły te są obecne w każdej rodzinie. To czy inni zasłużyli na takie traktowanie jest indywidualnym rozważaniem każdej poszukującej się świadomości, a w przypadku naszego uroczego bohatera stało się nawet życiowym wyzwaniem. Nie banie się nie jest łatwe, ale zdrowe. Dopóki istnieje lęk jest co leczyć a udawanie, że sprawa jest załatwiona podobne jest gombrowiczowskiej gębie, którą społeczna tresura obdarowuje nas już we wczesnym dzieciństwie. Perfekcyjnie wyglądający mężczyzna to wyjątkowo perfidny rodzaj zniewolenia maską. Amanto mimo deklarowanych intencji był niewolnikiem lustra i robił wszystko, żeby utrzymać się na powierzchni i nie dotknąć dna.

A lilie wodne tylko wtedy pięknie kwitną, kiedy są dobrze zakorzenione w mule. Ci, którzy nie boją się ujrzeć własnego bagna widzą lęk na tych, którzy tego nie zrobili. Amanto zaczął tracić przyjaciół, którzy przejrzeli jego fałsz, bezradność wobec kobiet i nieumiejętność obrony własnych granic. Nie chcieli się z tym utożsamiać. Męska duma została wyparta przez wizerunek lalki, taka kara, za instrumentalne traktowanie lasek w czasach, kiedy mu jeszcze stawał. Dla niektórych ludzi umiłowanie tradycji jest pasją i sensem życia, inni powtarzają ze strachu rutynowo wyuczone zachowania. Amanto należał do tej drugiej grupy, bo nie umiał się przed samym sobą przyznać do własnych lęków. A lęk ludzka rzecz, a męska stanąć mu naprzeciw. Pożądanie miłością nie jest, a lęk to brak miłości.

Strach sygnalizuje nie uwolnione w sobie pokłady miłości, a budzi się wtedy kiedy spotyka w innych jej dojrzałe manifestacje. Dlatego gwiazdy i superbohaterowie wyglądają dobrze w filmach, a w życiu codziennym często budzą przerażenie współpracowników. Nie mają takiej intencji, ich obecności towarzyszy zachwyt, problemy zaczynają się gdy znikają z bezpośredniego otoczenia. Zachwyt jest różny od agresji, manifestacji lęku, odrzucenia i zazdrości. Okłamując się zachwytem Amanto dostawał pozostałych uczuć pod dostatkiem od tych wszystkich ludzi, których opuszczał idąc do swoich spraw. Agresja bierze ciało w posiadanie, jeśli umysł spędził zbyt mało czasu na poszukiwaniu miłości. Był zbyt piękny, żeby ludzie pozwolili mu na agresję, ale przychodziła do niego kiedy był sam. Całe szczęście, że nie zaczął pić.

Romantyzm potraktował nas wyjątkowo ograniczonym obrazem miłości. Infantylne wyidealizowanie zredukowane do kilku discopolowych scenek, brak treningu uważności i wybaczania niezbędnego, by kochania nie przerwać. Miłość to wszystkie stany istnienia, umiejętność odnajdywania w nich przyjemności i rozpoznanie leku bez poddawania się mu. Rola Kena dla Barbie to trochę za mało, żeby oddychać, nie zapominajmy, że Ken nie ma instynktu, pozbawiono go narządów płciowych. Kobiety zmonopolizowały narządy Amanto nie dając mu czasu na to, aby sam w pełni poznał ich funkcjonowanie. Nie żył życiem pełnym przygód i odkrywania siebie, tylko jego projekcją imitowaną na potrzeby niewiast. Kompletnie nie zrozumiał własnych potrzeb i nie był przystosowany do życia w naturze.

A macierzyństwo ukryte w dziewczynie nawet nie wie, że chce zostać matką. Jest całe ukryte w instynktach i bezpardonowo korzysta ze zdobytej intelektualnie i emocjonalnie wiedzy, żeby znaleźć jak najlepszego partnera. Potrafi nawet zrozumieć przeludnienie, ocieplenie klimatu i inne globalne atrakcje zafundowane przez nierówność gospodarczą. Z miłości dla nienarodzonych i nie mających przyjść na świat wybiera Amanto Amore, bo ciała potrzebują przyjemności, a kanony piękna definiują jej jakość. Prosty, szczery i niezbyt wybitny męski umysł nie trudno potraktować jak komputer. Rodzi się pożądliwa Lilith, będąca takim samym instrumentalnym pożądaniem, jak to, którym onegdaj Amanto spoglądał na kobiety. Czy Lilith jest samoobroną Madonny czy Madonna zwycięstwem nad Lilith nie wiadomo. W końcu co za różnica, kto pierwszy rzucił kamieniem.

Świat, w którym system narzuca na rodziców bezwzględne podporządkowanie się dzieciom, wytwarza weto pozbawione rozsądku, ale uzależnione od ekonomicznych limitów rodzin. Dzieci biedne, nieświadome, że sprowokowały to własnym nienasyceniem, zbierają baty. Dzieci bogate dojrzewają późno pod presją wykształcenia, które uświadamia im, że bez poddania się systemowi nie zachowają swego komfortu. Nieliczni odważają się przekroczyć ekonomiczne granice, aby odnaleźć własną prawdę. Amanto był praktycznie bez szans, zawsze znalazła się jakaś chcica gotowa go podtrzymać gdy tonął. Kult kanonicznego piękna to wyjątkowo subtelna forma kultywowania nierówności. W odróżnieniu od rasizmu, nacjonalizmu i innych izmów jest teoretycznie niewidzialna i praktycznie pożądana. Lilith i Madonna reprezentują w niej dokładnie ten sam aspekt kobiecości – całkowitego oddania się mężczyźnie.

Zapomnienie się dla jednostki nie służy gatunkowi. Niezależnie od cywilizacyjnych narracji natura nie ma pod tym względem żadnych wątpliwości, a dowody są niezbite. Planeta nie rozróżnia między ludzką definicją miłości i nienawiści, bardziej wierzy przystosowaniom i przetrwaniu. Dopóki społeczności czczą Madonny będą one miały swój cień. Barbie i Ken to nie ludzie, tylko lalki. Nie ma nieba bez piekła i to jest najpotężniejsza iluzja religii, które dzielą działania przyrody na dobre i złe osądem, czyli myślą zaprzeczającą naturze. Piękno może być pustym celem, albo może wypływać z wewnątrz. Pożądanie potrafi nieźle zmylić i na tym polega praca planety, która nadal zarządza ludźmi i obojętne jej są strony medalu. Trzeba być mądrym człowiekiem, żeby rozumieć własną marionetkowość wobec praw grawitacji.

Amanto nie miał najmniejszych szans na pracę nad równowagą sił. Natura dała go w prezencie głupim kobietom i może tylko podziękować swojej gębie, wizerunkowi męskości do którego dążył. Donżuaneria jako forma poczucia się lepszym od innych mężczyzn to przegrana. Może gdyby był bardziej konsekwentny i nie wpadał w pułapkę rozkładanych nóg miałby więcej szans na przeżycie? Darwinowskie rozważania nad rozlanym mlekiem. Za dużo walki i za mało sportowej postawy, która pozwala na czas dla samorozwoju i autorefleksję, niezbędną dla każdego, niezależnie od wyboru stania po jednej czy drugiej stronie dualistycznego frontu religii. Anielski komfort polegający na fizycznym znieczuleniu szatańskiego współodczuwania definiuje obustronne niewolnictwo. Nie jest wyborem samodoskonalenia tylko opinią jaką mają o nas inni. Amanto nie miał szans na uduchowienie, utonął w komforcie. Takie ciało było zbyt pożądane, a on był zbyt leniwy, żeby samemu nauczyć się kochać.

Żaden mężczyzna nie posiada możliwości, aby zniewolić kobiecą wolę i zmusić ją do uległości, niezależnie od tego czy ma do czynienia z Madonną czy z Lilith. Każda kobieta nosi w sobie moc samouświadomienia i rozpoznania, że istnieją w niej oba te aspekty. Nie są żadnymi priorytetami, stymulują zaledwie jedną z funkcji życiowych, jaką jest przedłużenie gatunku. Atrakcyjność to dar służący konkretnym celom w przyrodzie, a nie postawa ideologiczna. Reforma cywilizacji należy do kobiet, które zdają sobie z tego sprawę i nie wykorzystują swego piękna samolubnie. Mężczyzn, którzy są zdolni zauważyć tę zależność i nie wpaść w sidła pożądania jest zaledwie garstka. Ci, którzy wybrali służbę religii zamiast kobiecie, się nie liczą. Jeśli matka natura ma zamiar ocalić gatunek ludzki, to patrząc na dzisiejszy poziom świadomości społecznej, może to zrobić jedynie rękami kobiet.

Zazula i tajemnica ula

Zazula kochała po cichu. W domu ciągle się o coś kłócili i nie dawali jej dość do głosu, więc oduczyła się dyskutować z cholerykami jak tylko nauczyła się mówić. Spokój okazał się być dużo przyjemniejszym stanem i nie trząsł nią tak, jak krzyki ojca lub matki. Nawet nie chodzi o to, że nigdy się z nią nie zgadzali, takie stwierdzenie byłoby nieprawdziwe. Bardziej chodziło o to, że nie umieli ze sobą cicho rozmawiać. Fakt, że tatko Zazuli pracował na płycie lotniska jako follow-me, czyli ten pan ze świecącymi lizakami, który pokazuje lądującym samolotom gdzie mają parkować, z pewnością miał wpływ na poziom domowych decybeli. Zazula nauczyła się omijać wykrzykujących do siebie rodziców, nie nadeptywać im na odcisk i nie dawać się wciągać z nimi w dyskusje, a oni zaakceptowali tę niewidzialność. Na wywiadówkach powiadają o takich jak ona, że nie sprawiają żadnych problemów wychowawczych. Dzięki takiej postawie nie dowiedziała się zbyt wiele o meandrach wielkiego świata kiedy nadeszła pora, żeby opuścić rodzinną dziuplę. Umiała być porządna, dużych ambicji nie miała i uważała, że na podbicie świata tyle jej wystarczy.

Podbój świata był jej małym, skromnym marzeniem. Nigdy się z nim nikim nie podzieliła, w końcu po co wdawać się w dyskusje z niekompetentnymi poddanymi jej przyszłego cesarstwa? Zazula uważała się za praktyczną, chociaż okazje do podboju znikały jedna po drugiej a jej to nie przeszkadzało. Mimo swego cichego kochania i opanowania sztuki omijania, jakoś nie potrafiła sobie poradzić z rozpoznawaniem rzeczywistości. Z marzeń jakie miała, to o podboju świata do największych nie należało. Spodobał jej się za to jeden chłopak. Absztyfikant też miał na nią ochotę, ale była zbyt porządna, żeby mu tak od razu na wszystko pozwolić. Nie przewidziała tylko jego żywiołowości, która w odróżnieniu od jej rodziców objawiła się czynach, a nie w słowach. Kiedy na drugiej randce zaczął ją miętosić, potraktowała go tak jak rodzice ją, czyli zaczęła do niego wrzeszczeć. Wstrzymywany dotąd potok decybeli wylał się z niej na nieostrożnego Absztyfikanta zazulowych wdzięków. A wdzięki owe, do najgorszych nie należały, ponieważ Zazula regularnie biegała w maratonach. Lubiła bieganie, bo nie trzeba było z nikim rozmawiać.

W ramach kosmicznych figli, które każą ludziom na ziemi zakochiwać się w sobie nawzajem nieprzygotowany na taki obrót spraw Absztyfikant dosłownie zatonął w jej decybelach. Porzucił miętoszenie i zamarł zapatrzony w drugi brzeg rzeki, a Zazula nadawała i nadawała. Wypłynął na powierzchnię dopiero następnego dnia, kiedy to w kontaktach z innymi ludźmi zauważył, że jest równie głośny. Pewnie zależało mu na niej i załatwił ze swoją podświadomością, żeby upodobnić się do jej ojca, czyli jedynego znanego jej wzorca męskości. Deale z podświadomością zazwyczaj udają się połowicznie. Zazula co prawda wybaczyła mu przedwczesne miętoszenie i pozostała wierną, ale zaczęła go też omijać dokładnie tak samo, jak wcześniej robiła to ze swoimi staruszkami. Absztyfikant musiał nauczyć sobie radzić z niewidzialnością, w którą tak lubił się wpatrywać. Niestety do najbystrzejszych nie należał i omijany uwierzył, że jest jedynym ośrodkiem decydującym w okolicy, czyli autorytarnym i konserwatywnym panem domu.

Tak powstała dziupla Zazuli i Absztyfikanta i od tak pechowego punktu zwrotnego zaczęła się jej ewolucja. Na początku Absztyfikant nie zdawał sobie sprawy z tego całego zazulowego działania, które mieściło się w omijaniu. Nie był jednak tatą Zazuli, tylko sobą, więc jej wyniesiony z domu program omijania nie był idealnie przystosowany do Absztyfikanta. Raz na jakiś czas udało mu się potknąć o efekty tego działania i wtedy zaczął z nimi walczyć. Ponieważ walczył zamiast współpracować, równolegle wpatrując się w Zazulę, jego wyobrażenie rzeczywistości zrobiło się co nieco cyrkowe. Nie każdej parze pisane jest wyjść z taniego melodramatu i uzyskać prawo do ujrzenia świata poza dziuplą. Dopóki nie widzi i nie akceptuje się zarówno blasków jak i cieni partnera jest się skazanym na wzajemne zatruwanie tak długo, aż porzuci się walkę i rozpocznie współpracę. Dopiero wtedy tajemnica ula staje się jasna.

Zazula z Absztyfikantem nie byli tego świadomi. Zapatrzyli się w siebie nawzajem i chcieli się tylko dla siebie, nie interesując się otaczającym światem. Światem, którego byli częścią i który im siebie nawzajem podarował. Nie ma się co dziwić, ich rodzice też nie mieli specjalnego wyobrażenia na temat ula, nigdy nie przyszło im do głowy, że mieszkają w ośmiokątnej dziupli otoczonej przez miliony innych, podobnych na olbrzymim plastrze miodu. Pewnie dlatego, że wierzyli, że Ziemia jest okrągła i wyśmiewali się z płaskoziemców. Pewnie ich dziupla była zbyt wygodna, albo za ich czasów nie trzeba się jeszcze było orientować, że jest się jednym z milionów robotnic codziennie wylatujących na swoją trasę ziemskiego funkcjonowania. Nie wiemy, dlaczego nie wiedzieli. Wiemy tylko, że w czasach kiedy Zazula i Absztyfikant byli gotowi by zostać rodzicami świat się zmienił. Plastrów miodowych przybyło, stały się dużo większe a przestrzeń między nimi mniejsza. Zrobiło się ciasno. Tylko tajemnica pozostała ta sama.

Zapełnienie własnej dziupli wszystkimi oczekiwaniami rodziców, którzy w dobrej wierze narzucali im własną wizję komfortu okazały się być bardzo męczące. Kiedy zrobiło się ciaśniej, wysiłek aby zdobyć wszystkie pożądane przedmioty się zwiększył. Na dodatek większość przedmiotów okazywała się zbędna, po prostu trzeba było je mieć, żeby nie odstawać od innych. Nie każdy ma takie same zainteresowania i oczekiwania co do swego życia jak rodzice. Może gdyby Zazula i Absztyfikant o tym wiedzieli, udałoby im się zauważyć siebie wcześniej? Niestety byli posłuszni i przywiązani do tradycji, co uniemożliwiło im przejrzenie rodowych kłamstw. Każdy naród ma trupy w szafie, a wszyscy rodzice starają się być lepsi od własnych i dopóki nie będzie wypadku i nikt nie zachoruje, to pozory potrafią mylić. Udawanie jest możliwe tylko przed sobą samym, dzieci zawsze zauważą rodzicielski gniew albo nękające nocą koszmary. Tak wygląda omijana ciemność, o której z dziećmi się nie rozmawia, a one jak już założą własną dziuplę to nienauczone też nie potrafią o niej rozmawiać. Ciekawe, czy pszczoły też utrudniają sobie życie takimi tajemnicami.

Pszczoły wiodły regularne i tradycyjne życie i te, które już nie wymarły od pestycydów, wiodą takie dalej. W obrębie własnego gatunku żyją bez wojen, trutniobójstwa nie licząc, chociaż gdyby porównać królową do komórki jajowej, musielibyśmy oskarżyć wszystkich mężczyzn o plemnikobójstwo. Pszczoły szanują burzę i wracają do ula na czas. Większość ludzi tego nie potrafi. Zamiast tego, jeśli nie rozumieją tajemnicy ula, w którym mieszkają, to przynoszą przeżyte poza nim burze ze sobą do domu. Natura nie pozwala pszczołom na takie zachowanie. Te nieliczne, które burza zastanie poza domem stracą zapach swego roju i już nigdy nie zostaną wpuszczone z powrotem. Dlatego, mimo nieustającego szumu miliona skrzydeł, ule to spokojne miejsca. Przynoszone do domu burze Zazuli i Absztyfikanta nie służyły ani ich zdrowiu, ani ich dziupli. Uświadomienie sobie braku pożytku z wzajemnego zatruwania się burzami jest zawsze pomysłem indywidualnym. Grupowo nie można odkryć tajemnicy ula. Decyzja, żeby opanować swoją chęć miętoszenia to miłosne wyzwanie, które rzuca się w ciemność zaufania.

Zazula i Absztyfikant nigdy się tego nie nauczyli. Ich ceną za nieumiejętność wzniesienia się ponad oczekiwania własnych rodziców stała się pospolitość. Pospolitość jest cierpieniem w czasach, kiedy plastry miodu tłoczą się przyduszając tych, którzy nie wyszli poza własną dziuplę. Inni nauczyli się pracować mniej i wyrzucać niepotrzebne rzeczy, żeby zrobić wokół siebie więcej przestrzeni na oddech, ale nie nasza para. Woleli się omijać i wpadać na siebie nawzajem zamiast porzucić szkodliwe, stare rodowe ścieżki. Niepospolici jednoczyli się zamieniając swoje plastry miodu w lekkie i funkcjonalne ekosystemy zależne od grawitacji, a pospolici mimo niewygód nie zmieniali nic w swoich plastrach, którą ciążyły coraz bardziej starzejąc się i chorując. Nie wiadomo, czy nowe ścieżki dotrą do dziupli Absztyfikanta i Zazuli zanim śmierć ich pochłonie i będzie za późno. Pracujący wspólnie nad swoim plastrem nie mają czasu się nimi zajmować. Mogą tylko mieć nadzieję i robić swoje, bo w porozumieniu siła.

Niedziela

Dzień pozbawiony woli. Dzień, kiedy posłuszna mężczyznom chrystusowa blondynka odpoczywa. Pewnie dlatego w kręgach obrazoburczych powiadają, że niedziela to dzień cwela. Ale to tylko potwierdzający regułę margines, większość wierzy, że to dzień święty albo po prostu akceptuje, że tutaj tak jest, bez zastanawiania się czy są wierzący czy nie. Oczywiście istnieje cała masa czarownic, które pracują tego dnia wprowadzając nieświąteczną atmosferę harówki, ale są one zbyt rozdrobnione i podzielone, żeby pokonać działające na tych ziemiach od tysiąca lat zaklęcie.

Na innych ziemiach podobne zaklęcie działa w piątki, jeszcze w innych miejscach w soboty, a tutaj w niedzielę. Usidlone przez nie gnomy, orki, leśne satyry i elfi rycerze nie mogą wtedy wkręcić innych w wir roboty, ani czuwania, w zależności od tego czy ciąży na nich klątwa, czy miłosny urok. Łączy ich męska nieświadomość rzuconych na nich czarów oraz postrzeganie kobiet jako istot obdarzonych inną percepcją.

Dzięki zaklęciu chrystusowej blondynki w niedzielę mężowie mogą ze sobą nie walczyć. Ona jest w każdym z mężczyzn z fundamentalną, pozbawioną równouprawnień determinacją swojej wiary. Jest w nich z tego prostego powodu, że są mężczyznami, niezależnie od tego, czy się z tym godzą, czy tego nie chcą, czy też pozostają tego faktu nieświadomi. Będąc w każdym z nich, kiedy patrzą sobie w oczy, mogą ją u siebie nawzajem zauważyć i w niedzielę pozwolić sobie na pokój.

W inne dni, kiedy jej czar nie działa, patrząc sobie w oczy konfrontują się z innymi kobietami, pozbawionymi daru ślepej wiary. Przywilej chrystusowych blondynek mają wtedy tylko elfi rycerze, którzy zwykle zarządzają resztą, zmagającą się z konfliktami i wymaganiami, do których doprowadziły ich własne wybory niewieścich względów. Większość ludzi potrafi się sama nieźle udupić i zapędzić do bezsensownej harówki, ponieważ nie ma sprecyzowanej, trzeźwej listy priorytetów życiowych.

Jeżeli człowiek się sam w życiu nie ogarnie, to nikt inny tego za niego nie zrobi z tego prostego powodu, że jest kimś innym. Człowiek, którego „ktoś inny” zna najlepiej nigdy nie jest nami, a już tym bardziej mną. Dlatego lepiej jest uczyć się od innych, niż im wierzyć. Podświadomość, znana czasem pod pseudonimem ”wyższe ja”, potrafi odstawić czasem niezły numer temu, któremu pomaga, zupełnie przeciwstawny dobrym chęciom i intencjom pomagającego.

Ciekawe dlaczego zasady ograniczonego zaufania uczą tylko na kursach na prawo jazdy. Pewnie wykładowcy zostali do tego zmuszeni przez statystyki wypadków. A statystyk złamanych serc nie prowadzi nikt, chociaż to one wprowadzają najwięcej zamętu. Obserwując niektóre pary trudno nawet domyślić się, czego ci ludzie się od siebie uczą. Chyba tylko tego jak przestać walczyć i upierać się przy zmienianiu innych, zamiast zająć się uzdrawianiem siebie.

Miłość nie jest tajemnicą, którą można zasłonić przed innymi. Jeśli para ma taką strategię, to znaczy, że wgryzają się w siebie zamiast przebywać obok siebie bez lęku. Pożądanie jest domeną instynktu i wymyka się układom zawartym przez rozum. Daje o sobie znać w miejscach publicznych, oraz w nieodpowiednich porach, kiedy wzajemne poniewieranie sobą nie służy poszukiwaniu rozkoszy, tylko zamienia się w emocjonalną wymianę słów.

Słowa nie dotyk, pozostają w mózgach dużo dłużej niż trwa wzajemna obecność. Odnajdywanie słów, które obdarzają się miłością i akceptacją zamiast siać pretensje i oczekiwania nie jest proste, zależy od świadomego brania i dawania. Niedziela to dobry dzień na trening rozmowy. Stwarza czas i miejsce, żeby się na nowo oczarować. Słowa to zaklęcia, rozważnie używane tracą moc niszczenia i dana jest im siła stwarzania lepszych światów.

System, który stworzył niedzielę nie przeszkadza w ten dzień. Jego pasożytnicze macki, które wysysają z życie z jednostek, aby system mógł przeżyć, są wtedy mniej aktywne. W końcu każdemu systemowi przydaje się reset. Nie wiadomo, chociaż bardzo prawdopodobne, że gdyby czar niedzieli działał na całym globie, taki reset nie byłby potrzebny. Oczywiście innym abrahamowym, piątkowym i sobotnim blondynkom taki pomysł nie przypadłby do gustu. Ciekawe co stoi na przeszkodzie temu, żeby cała trójka, mogła przenieść swoje zaklęcia na środę?

Watering roots

chaplinmaszin

Answer on Covid crisis in colonization based states has been much more severe than in older, more traditional communities. In comparison with cradle of those states, Europe, it has also brought a very interesting insight to the way the “children” have matured far away from parent, meanwhile maintaining old privileges of younger generation. Europe has invented the base of operational systems used in states established in so called New World. Unfortunately, in most cases those states has been built on genocide, what has its structural price of instability. Motherland, Europe has undisputed advantage here.

Every family with skeletons in the closet knows the difficulty of confessing to younger generation and damage such encounters make, while met later in life. Survival in systems, that evolved from feudal relation, require tough and dominant position of elders and world-views they’ve inherited and represent, are to be treated like an unquestionable dogma. Eurasian civilization has millennia of practice in such behaviour.

Observed from that perspective very young, protestant Anglo-Saxon way shows, that Bible study never really influenced belief in science, due to structural borders those states have created, while parting from it’s European roots, but not from dogma of elder’s infallibility. Priest taking care of their business with creating alternative narration has been disarmed, and their influence reduced. In new state system, isolating confession required in older forms of Christianity, had its price.

Six millennia of Eurasian history that we know of, had profound influence on Christianity, that has been active in state structures only for sixteen hundred years. That amount of time may seem forever for traditional American settler families, that proudly count their history from the docking of Mayflower. It took place only four hundred years ago. Christianity needed the same amount of time to be noticed and acknowledged by an imperial state system. Liturgy needed time and missionaries manpower, to introduce the new religion to Eurasia. Folk ways have been preserved, local cultures adapted. Colonization took that ready product to other continents, without awareness of the cultural complexity it has been built on. Genocide of native cultures has erased local ways of dealing with diseases, ways typical to the inhabited environment.

That way European folk tradition went to the family closet together with the victims of genocide. Such shadow sphere was necessary to create, in order to legitimize logic and practicality of cruel actions, that those states took while self creating. Such world-view allowed scientific medicine to isolate itself from other, traditional forms of healing, present in older cultures. Incorporating its scientific ways into state system, connecting it with economical strength of pharmaceutical business and witch-hunt on primitive folk ways represented by undeveloped, murdered local communities and backward European elders, created the new face of system totality in those states. Totality based on care in the only rightful way, phenomena that has been even imposed back, onto European ancestors.

Scientific medicine has its limits created by isolation. To newly prove and invent everything, that has been already invented takes time, just like it took time for the Christianity to grow into state structures. New World saving all, including own parents, in the only rightful way, has never caught up with local folk knowledge, which has been base of Eurasian development for millennia. To kill locals means to kill their experience in dealing with local ecosystem, means removing local pattern from scientific analysis out of historical shame. Very non scientific move.

Pandemic taking its toll in those nations, total dependency on medical system that lacks prophylactics and protects its business with authoritarian rule, similar to one priests keep in Europe, shows how big is the loss of memory in collective consciousness. Crisis which has struck those nations and hurt its communities looks like the throw back of unconfessed sins of grandfathers and the proof, that without general cleaning no improvement can take stable place.

The challenge remains high, since all the work that needs to be done threatens the sphere of comfort established by those state systems and requires totally different approach. Running the logical response on physical symptoms is not enough, once the pattern that creates them is known. Present definition of material based sphere of comfort occurred unable to protect youth from the lack of awareness, that allows crisis to happen. Clearly, pretending not to kill anyone before begetting the son and buying him the flat, does not work well for son’s future. 

Europeans are not innocent, but nations here tend to show each other old skeletons in their closets, activity that has been removed from colonial state system, that evolved in treating all European descendants as equal manpower. It has created quite fragile generation of superheroes. Banned from the past, present oriented, with dogma of never-ending economic growth as the only way of projecting the future. Competing forever with denial of own instincts, since they are unscientific and belong to primitive.

Projection of life without the past, or with history as short as four centuries or two thousand years, is possible but not a whole. The same way like all the experiences that has happened to the body make the man complete, all what happen to the culture makes it complete. Picking nose may not look nice in history books, but it’s evaluation is necessary to get over the running nose. No one forgets the reflex of removing hand from fire, yet very few remember the first time they got burned.

Working on roots instead of worshipping them is considered top priority in majority of traditional healing systems. Shamans call spirits that have concrete jobs to be done in material world, meanwhile saints are to be treated as unreachable ideals. Such knowledge will be scientific and shareable without necessity of changing own religion, once the root of own belief’s totality will be found and understood. Changing the perspective from scientific point of view is never betrayal, only enriching one’s knowledge of new perspectives. And those perspectives, which allow peacefully part with self destructive patterns, are enough.

 

 

 

 

 

Szeretkezés térképe

lovers

Amikor kinyílik a szavaid árvize úszni szoktam. Tele vagy ötletekkel és rendkívül gazdag világnézettel. Öntsz ezt magadból, mintha verseny lenne és mindegyik mondat mint a tégla, bárcsak tudnék olyan gyorsan építeni. Mivel nem tudok, csak úszok mondataid hullámán és nem teszek semmit. Olyan vagy mint a nyitott könyv és életedet kezembe tolod, teljes hozza fűződött bűntudatoddal, amely csak varja, hogy kihasználjam.

Csoda ez, a földanya ügyesen csinálta, hiszen tudja, hogy szeretlek és képtelen vagyok ártani. Gyönyörködöm a bizalmadban, eszem ágában sincs bárki ellőtt hasonló cselekvést tenni. Lehet, hogy pont ezert megérdemlem, hogy megtanuljam, nem tudom és nem merek tudni. Szememben másképp néz ki a helyzet. Ha kutyus maszkot fölveszel és oda adsz a pórázát, akkor megfulladok az árvizedben.

Mozognak az ösztöneim, belsőmből újra ordibálni kezd a rég megtemetett vágy és nem birok, oda érek el a pórázhoz és megtartsam. Kapásból elengedem, hiszen észre veszek mit tettem, de ez mar túl késő. Ami megtörtént, az emlékezetben maradt azoknál, akik képtelenek jelenben élni. A szemük már bevéste a viszonyunkat és bármit is szeretnénk csinálni, mindig védekezni kell magunkat attól a régi képtől, amely kifestette a gyöngédségünket.

Kár, hogy nem olyan világra jöttünk, ahol a vágy szent és az ösztön nem szegyen. Ha így lenne, akkor tudnánk megközelíteni egymást szeretettel, bújócskázás nélkül. Nem tolvajokként éreznénk magunkat, amikor ezt csinálunk. “Ezt csinálni” nem igazán romantikus cselekedetre utal, ugye? Sajnos nomád szemtalálkozónk akkor véget ért, amikor az első feladta a civilizációs versenynek és megjelent közöttünk a póráz.

Mindannyian szeretünk a tárgyakat, hiszen ezek a legsemlegesebbek ebből, amit szüleinktől kaptunk. Természetesen fegyverben meg van az apu hibája, rá van írva a türelmetlensége,  de attól meg ő nincs ott és elengedni szabad. Pont úgy, ahogy a pórázát is. Apánknál jobb temperamentumát megtartani szabad. Nem hülye a földanya, tudja kin kell hibákat megmutatni. Illene a családfát megfelelő kivirulással díszíteni.

Nem vagyunk különlegesek, a szerelmünk se, úgy rohangálunk harcolván a létünkért mint a többiek. Nincs időnk hallgatni, se elfogadni, hogy valaki okosabb nálunk. Boldogabbak azok, akik némák tudnak lenni, legboldogabbak a néma süketek. Ők tudjak, hogyan lehet világot elfogadni a szóárvíz nélkül. Az eszük csendes és kicsi, helyük van ösztönökre és intuícióra hallgatni. Egyensúlyt tapasztalni tudnak, nem kavarnak összevissza magukkal a gondolat labirintusban.

Tapasztalhatnánk egyensúlyát ha egyenlősebben tudnánk szeretni egymást. Ez a kiváltság viszont, nem civilizációval mérgezett számára, ritkán örömet hoz az embereknek. Emberi fogságon kívül lakó élőlény, mindegyik éli át ezt az érzést a nélkül, hogy eufóriának, felvilágosodásnak illetve öntejesítésnek nevezne. Bárcsak szabadon hagynának, hogy ezt megtanuljunk. Megtalálnánk a bűntudatot, amely eszünkön kívül sehol nem létezik. Ilyenkor tudnánk megajándékozni egymást olyan léttel, amely észben, testben és ösztönben fekszik.

Continue reading ‘Szeretkezés térképe’

Burza wiatrów

teczapiorun

Wszystkim traperom, myśliwym i innym wędkarzom polecam, a nawet rzucam wyzwanie, żeby nauczyli się współodczuwać burzę. Skoro są podbijającymi naturę twardzielami nie powinni mieć z tym problemu, a jeśli mają… cóż, pora zweryfikować swe lustrzane odbicie. Zaznaczam, że lubienie burzy i euforia kiedy równocześnie grzmi i uderza piorun, nie wystarcza. Dopiero kiedy wyładowanie atmosferyczne rezonuje rozluźnieniem stresu w ciele możemy mówić o ogólnym pojęciu na temat ujarzmiania żywiołu. Aby nabyć tę umiejętność trzeba zsynchronizować odpowiedź z bodźcem, żeby wydarzały się równocześnie. Fizyka teoretyczna już wie, czym jest równoczesne istnienie akcji i reakcji. Wystarczy zamienić się w bodziec.

Sztuka niedostępna i obca dla większości cywilizowanych ludzi, chociaż dostępna i możliwa do nauczenia, ponieważ każdy ma naturalne predyspozycje, aby dostroić się do frekwencji planety. Nasze ciała słyszą ją cały czas, niezależnie od tego jak bardzo staramy się ją zagłuszyć ważniejszymi sprawami. Obracające się w proch prochy potrafią być głośne przed wieczną ciszą. Ziemia ma grawitację trzymającą każdego, niezależnie od snów, które ściga głowa. Współodczuwanie burzy nie jest snem, jest czymś, co przydarza się wszystkim niezależnie od gatunku, inteligencji czy przywilejów społecznych.

Gdyby ludzie tak nie bali się o swoje wyimaginowane skarby, materializujące się jako przynależność do danej grupy społecznej, mogliby usłyszeć co w trawie piszczy. A są to informacje wyjątkowo istotne, ponieważ przydarzają się wszystkim żywym istotom na planecie, a nie tylko członkom jakiegoś wyimaginowanego getta. Burza przydarzająca się ludziom zamkniętym w swoich zawodowych lub społecznych opowieściach czyni ich bardzo przewidywalnymi, niezależnie od tego czy należą do grupy podwórkowych kibiców, czy globalnej elity chirurgów. Tylko otwartość na burzę może nauczyć nowej perspektywy i treści, ale takie zasilanie energii życiowej jest tylko domeną odważnych.

Brawura to za mało. Jest wystarczająca, żeby udowodnić bardziej bojaźliwym, że nie zna się lęku, ale w indywidualnym wnętrzu zawsze pozostawi niedosyt. Zmaganie się z materialnymi przeszkodami symbolizującymi przeciwności losu nigdy nie doprowadzi do zrozumienia głębszych wyzwań, jakimi są rodzinne relacje. Bez świadomego spotkania z lękiem ojca nie da się otworzyć na burzę. Ci, którzy pokonali ten lęk brawurą, czyli jedynie na poziomie materii, nigdy nie sprzeciwiają się absurdom rodowych wymagań w racjonalny sposób. Nie rozumieją problemu.  Zostali wychowani tak, że traktują rozwiązanie jako oczywistość. To taki trudno wykrywalny wirus w programie cywilizacji. Dlatego ciąży na nich granica percepcji i mówi się o nich, że nie są kontynuacją, tylko następnym pokoleniem.

Zagłębić się w świat potrzaskanych snów i niespełnionych życiowych oczekiwań rodzica nie jest łatwo. Uświadomić sobie wszystko, co mu się odebrało pojawiając się na świecie to zadanie do wykonania tylko przez tych, którzy rozgryźli absurd grzechu pierworodnego. Przeskoczyć koszmary i grozę, przed którą miało się być chronionym wymaga innej odwagi, niż spacer po linie rozpiętej między wieżowcami. Odwagi, aby zaufać i przebaczyć. Obserwując nasze niedojrzałe rozgrywki społeczne trzeba przyznać, że kobiety są w tej sztuce dużo lepsze, nawet jeśli zdobytej dzięki temu wiedzy nie traktują bezinteresownie. Nie mają wyjścia, jeśli ich męska równowaga zajmuje się tylko pokonywaniem przeszkód zewnętrznych.

Zmaganie się z planetą w walce o przetrwanie nie jest iluzją. Forma walki, odziedziczona z nieświadomym ojcowskim lękiem, jak najbardziej. Ciosy nieadekwatne do odpowiedzi są jak atak euforii po uderzeniu pioruna. Może i przyjemne, ale mało pożyteczne. Równowaga jest dążeniem do tego, żeby wzajemne zsynchronizowanie dwóch biegunów wrażliwości spotkało się w pokojowym i przyjemnym wyładowaniu. Ci, którzy nie potrafią współodczuwać burzy tkwią w błędnym kole popędzania i intensyfikowania emocji. Żadne trofeum nie jest w stanie nasycić ich głodu, ponieważ nie wiedzą czego szukają. Trofea nie są unikalne, tylko ludzie. Brawura to nie odwaga.

Paciorki mecenasa Prawdziwka

abstrkt

Kochana córeczko, twoja matka, kiedy cię urodziła przestała być dziewczyną, ponieważ ludzie uczynili z niej matkę. Dziewczyna, którą była nadal jest jej cząstką, ponieważ jej kobiecość zawsze pozostaje całością, niezależnie od tego co powiedzą ludzie, czy nawet ona sama. Ta jej cząstka, która jest dziewczyną ukryła się przed tobą, a może i przed nią samą, ponieważ zaczęła widzieć dziewczynę w tobie, a ty w niej tylko matkę. Nie mam odpowiedzi na pytania, które mi zadajesz, wróć do matki i odnajdź w niej dziewczynę. Wielu może próbować, ale żaden mężczyzna nigdy ci nie odpowie, czy twoje pytania mają sens.

Zazdroszczę ci prostoty twojej wiary, tej pokojowej łagodności i akceptacji, tego co świat przynosi. Zgody na to co jest i tego niesamowitego stanu, który w swojej ignorancji umiem tylko nazwać brakiem myślenia. Brak potrzeby kwestionowania i analizowania znany w japońskim buddyzmie, który wyrósł na shintoistycznym konserwatywnym gruncie, jako zen. Nawet nie wiem, czy odróżniasz religie Japonii, wiem, że teolog z ciebie żaden, a i tak to potrafisz. Jesteś ponadkulturowym dowodem, że tam gdzie jedni widzą pustkę i starają się ją zapełnić myślami, inni są po prostu szczęśliwi.

Boję się spokoju ciemności, który zawdzięczasz tej pustce, a najbardziej mnie przeraża niewiedza. Pustka wymyka się mojemu pojmowaniu, tak jak ty wymykasz się moim pragnieniom i stajesz się wolna. Chcę, żebyś była wolna, ale boję się twojej wolności. Taka już moja umysłowa niewola, która nie podda się, dopóki nie zrozumie tej pustki, nawet jeśli ceną pojęcia jej będzie nieodwracalna odmiana. Nie szkodzi, po drugiej stronie lęku zawsze jest dobrze. Tak samo jak i ty, już nie będę się bać. Straszny pomysł. Mój ojciec jest jedną z wielu znanych mi osób, które używają słowa „strasznie” zamiast słowa „bardzo”. Charakterystyczna tendencja językowa zauważalna u bogobojnych katolików, szczególnie tych niepraktykujących.

Bliskość uczyniła cię takim odległym. Pozwoliła mi zrozumieć, że twoja pustka nigdy nie będzie moją. Że już należymy do świata i należenie wyłącznie do siebie nawzajem, poza chwilą nietrwałego zespolenia, jest niemożliwe. Przeklęta nietrwałość chwili zespolenia, którą artyści i szydercy naszej cywilizacji ubrali w pompatyczną, najważniejszą ściemę. Wyciąłeś mi tę strukturę myślową z dialogu wewnętrznego z chirurgiczną precyzją. Akumulator, który dotąd zasilał całą motorykę mojego działania okazał się być pożądaniem i poszedł w fizyczność kochania się, do alkowy. Pozostawił umysłowi tylko szczęśliwe zrozumienie, że obaj należymy do wszechświata, bo niezależnie od nakładanych masek iluzji całe życie pochodzi z tego samego centrum.

Cywilizacja i płeć nauczyły nas sposobów myślenia, które nie potrafią się spotkać we wspólnym zrozumieniu. Inna jest opowieść ciała targanego estrogenem, a inna buzującego testosteronem. Ci, którzy w to nie wierzą i nadal próbują siebie zrozumieć uwielbiają melodramaty, skutek uboczny i odreagowanie braku uszanowania do milczenia. Unikam zbędnej komunikacji z takimi ludźmi, czuję się jakbym im wchodził w życie z butami, chociaż to oni sami, nieproszeni przynoszą mi je na tacy. Sam bym się tak przed nikim nie otworzył poza tobą. Dotyka mnie wtedy twoja pustka, mogę się w niej nie czuć ani lepszy, ani gorszy z tego powodu, że mam inne zwyczaje niż większość. Czuję, że mam prawo je mieć, a mój uśmiech nie jest maską tylko zrozumiałym dystansem.

Nasze ciała nigdy nie zapomną poznawania siebie nawzajem. Są skończone jak grawitacja, której podlegają, ale wzajemna myśl podpowiada mi codziennie jak mogą się nadal obdarowywać. Lepsze to od groteskowej iluzji posiadania, która mści się na przekonanych, że zauważyli jej skończoność i posiedli ją raz na zawsze. Świadoma ściema jest rzeczywistością. Człowiek człowiekowi nie jest w stanie odebrać tej wolności, każdy ma swoją, a rozłączone ciała tęsknią do siebie nawzajem bo łatwo jest uzależnić się od rozkoszy. Nienasycone jak człowieczy świat, który je spłodził. Żeby się ratować przed tą autodestrukcją musieliśmy poszerzyć rozkosz o masaże, wspólne ćwiczenia i współdziałanie w grupie.

Teraz jesteśmy oddzieleni. Zgoda na dotyk ma bardzo wiele twarzy i chociaż wszystkie są fizyczne, nie wiem za którą tęsknisz najbardziej. Ja tego nie umiem, umiem zaledwie uszanować twoją tęsknotę. Ludzie to proste zwierzęta, taki magnetyzm potrafi się dla nich skończyć tak prozaicznie, jak wzięcie kredytu i założenie rodziny. Niektórych takie działanie wypali, w innych tylko podsyci ogień. My wpadliśmy w siebie dużo głębiej niż zauważanie innych poza sobą. Widzimy ich w sobie bo postrzegamy wzajemną całość. Chciałbym ci za to podziękować.

Żabia depresja

ropuch2Gruba ropucha, która mieszkała nad rzeką była zwykłą żabą. Po prostu była taka wielka i tłusta, że inni uważali ją za ropuchę, a on nie prostował tego faktu, no bo nic go nie obchodziło, co myślą o nim inni. Dodatkowo mylił fakt, że kiedyś mieszkał na bagnach, a teraz nad rzeką, gdzie nikt nie pamiętał czasów, kiedy był żabą. No i nikt teraz nie wiedział, że to była ta sławna żaba, która rozmawiała z obecnie już poległym żołnierzem. Natura potrafi płatać swoim dzieciom różne figle.

Ale on pamiętał, jak gapił się na tonącego wojaka. Zestresowany nadchodzącym końcem wojskowy bardzo się irytował. Nie wiadomo. Może nie odpowiadało mu, że zamiast bohaterskiego pola chwały wciąga go prozaiczne bagno? Może chciał do nieba czwórkami z kompanami i nie samotnie, bez ani jednej litościwej duszy, która by go odprowadziła w ostatnią drogę? Już nie żyje więc tego się nie dowiemy. Wiemy tylko, że tolerancji dla żab nie miał. Może gdyby lepiej słuchał tych, którzy mówią, że wszystkie żywe istoty mają dusze, to umierając by się tak nie denerwował? W końcu nasza znajoma żaba tam była i gapiła się na niego do samego końca. A on, zamiast uszanować jego towarzystwo, miotał się w bagnie przyspieszając swój koniec i obrzucał go obelgami bo takiego świadka swojego odejścia nie chciał. Kiedy już utonął, nasz znajomy żaba powiedział tylko jedno zdanie, w którym zawarła się cała żabia mądrość i perspektywa na życie: „przecież ja tu mieszkam” czyli mam prawo tu być.

Wojacy, jakby wrzaskliwi nie byli, zostają wciągnięci przez bagno, które dla żab jest codziennością i domem. Jakby się nie odgrażali strzelając i machając swoimi pistolecikami, pozostają mniejszością pośród drzew, mrówek i innych żywych istot na Ziemi. Jakby okrutni nie byli, całego życia nie są w stanie zniszczyć, bo sami też są życiem. Dopóki ich ktoś nie zastrzeli, albo nie utopią się w bagnie. Dlatego, jak nasz bohater, nie ma co się przejmować ich groźbami i trzeba robić swoje. A nasz żab lubił robić swoje. Kiedy jeszcze mieszkał na bagnach spotykał się z innymi żabami i pożerał tony insektów dziennie. Wspólnie z kumkającą kompanią pilnowali, żeby wszystko było bez zmian, jak za ich ojców i dziadów. A zwyczaje miały takie, że siedziały w jednym miejscu. Nie pilnowały siebie nawzajem, po prostu nie interesowało ich nic poza rodzinnym bagnem, a turystyka w żabiej tradycji nie istniała. Nasz bohater, mimo ciętej riposty danej świętej pamięci żołnierzowi i związanej z nim lokalnej popularności, też się nigdy nie zastanawiał skąd ów żołnierz się wziął, ani czy są inne miejsca na świecie. Do czasu. Natura potrafi płatać swoim dzieciom różne figle.

Nadeszła powódź. Wiosenne roztopy przynoszą mnóstwo lodowatej wody z gór. Bagienna ojczyzna naszego żaba zamieniła się w rzeczne koryto. Wielka fala opuściła swój zwyczajowy tok przepływu żłobiąc nowe koryto i zabierając nań zewsząd budulec. Wiele drzew zostało wyrwanych i wiele mil dalej w dół rzeki zamienionych na wsporniki profilujące ściany nowego koryta. I w ten sposób, nasz bohaterski żab został porwany przez rzekę na hibernacyjnego śpiocha. Korzenie drzewa, w których zapadł w zimowy sen, zamiast tradycyjnie zajmować się uziemieniem okazały się być kuszetką. Przebudzenie nie należało do najprzyjemniejszych. Zamiast znajomych moczarów starorzecza i licznej rodziny, zastał prosty i równy brzeg płynącej między polami rzeki. Zamiast ciągnących się kilometrami mokradeł miał codziennie zmieniający się, ale nigdy nie szerszy niż pół metra, pas przybrzeżnego błota. Wystarczyło być bagiennym fachowcem, żeby wiedzieć, że letnie upały osuszą i to.

Nadal żył, więc pozostało mu jakoś sobie to życie ułożyć. Na początku nie było łatwo, w końcu nikt go nigdy nie uczył przystosowania się do nowych warunków i musiał sobie radzić sam. Przede wszystkim musiał zmienić dietę. W porównaniu z gęstym bagiennym powietrzem było tu mnóstwo przeciągów i mało insektów, więc groziła mu śmierć głodowa. Dla odmiany mieszkało tutaj dużo małych myszek, które nauczył się pożerać. Miały ten paskudny zwyczaj poruszania się brzuchu po ich połknięciu jeszcze przez jakiś czas, ale na szczęście jak dotąd żadna nie wpadła na to, żeby zamiast wykorzystać te ostatki powietrza, które jej zostały, na przegryzienie się przez przewód pokarmowy. Potem przestawały się ruszać i był taki sam spokój jak z żołnierzem. Do motyli w brzuchu nie można było tego porównać, ale teraz i zakochać się nie było w kim. Był jedyną żabą w okolicy.

Myśl, że już nigdy nie złoży skrzeku z wybranką swego serca nie należała do przyjemnych. Brak bagien, żabiej tradycji, reputacji mędrca i samotność też nie pomagały żyć. Depresja polegała na pożeraniu większej ilości myszek niż było to potrzebne, żeby przeżyć. Właśnie wtedy nasz żab roztył się tak bardzo, że okoliczni mieszkańcy zaczęli go uważać za ropuchę. Zdanie bobrów, kun i wyder specjalne go nie obchodziło, więc nawet wtedy, kiedy zaczęli go brać za kogoś zupełnie innego nie zorientował się, że z jego życiem coś jest nie tak. Możliwe, że nawet umarłby z przejedzenia, gdyby nie zdarzył się cud. Matka natura lubi płatać swoim dzieciom rożne figle.

Pewnego letniego wieczoru, kiedy ociężały siedział w płytkim przybrzeżnym błotku otępiale wpatrując się w horyzont, woda przyniosła ze sobą dźwięk. Znajomy rechot kompanii zalecających się żab. To co usłyszał wyrwało go z odrętwienia. Chyba po raz pierwszy skojarzył odległą, zieloną ścianę lasu z drugim brzegiem rzeki. Nie był sam! Jego współbratymcy nie mieszkali daleko. Wskoczył do wody i zaczął płynąć w ich stronę, ale silny nurt natychmiast porwał go i pociągnął w przeciwnym kierunku. Ledwo udało mu się dopłynąć z powrotem do brzegu, a jak dotarł, brodząc w płytkiej wodzie pod prąd i wyskoczył do swojego grajdołka, był już świt i kumkanie ucichło. Brak turystyki nieźle potrafi dać się we znaki. Nie szkodzi. Już wiedział, że jego rodzina jest nie niedaleko, chociaż wyzwanie jakie przed nim postawiła rzeka powiedziało mu, że dużo dalej, niż to wygląda na pierwszy rzut oka. To było wyzwanie, dla którego warto było schudnąć i potrenować pływanie. Natura potrafi płatać swoim dzieciom różne figle.


Stats

  • 80,016 clicks