Anatomia chmur

Tam po raz pierwszy.

Sprawiedliwych było niewielu. Mieli oni jednak tę przewagę nad całą resztą istot, że kontrolowali swe ludzkie lub zwierzęce pragnienia i potrafili wytrwać przy wytyczonym celu bez schodzenia z wybranej drogi. Raz odkrywszy na czym polega istota załamania wiary rozpoznawali ten stan zanim nadchodził, oddalali i już nigdy się nie załamywali. Dla większości ludzi ich działanie było zbyt proste do zrozumienia. Umysły większości są w końcu przyzwyczajone do założenia, że życie jest i musi być skomplikowane. Historia o Sprawiedliwym wysłanym w samotną misję rozpoczęła się dużo wcześniej niż wielu dziś uważa. Zarówno ci, którzy ją datują od pierwszego roku kiedy zmiany klimatu nie zezwoliły na rozróżnienie zimy od wiosny jak i ci, którzy jej początek widzą w rewolucji przemysłowej mylą się. W rzeczywistości zdarzyło się to jeszcze wcześniej, ponad sześć tysięcy lat przed pierwszymi, zauważalnymi gołym okiem zmianami w środowisku klimatycznym Ziemi. Wtedy to właśnie, kiedy zakończyła się wspólnota pierwotna, wynaleziono cywilizację. Była to abstrakcyjna idea, która zdefiniowała wartość człowieka niezależnie od przyrody do której biologicznie należał. Wtedy też rozpoczęła się historia błędu, a pierwszy ludzki Sprawiedliwy pojawił się na Ziemi, aby pomóc ludziom powrócić do prawdy istnienia. Sam jednak zapomniał o Sprawiedliwych spośród innych form życia, skupiając się jedynie na człowieku. Wkrótce potem wynaleziono pismo, ale potrzeba było jeszcze ponad tysiąca lat, zanim jego historia została zapisana po raz pierwszy. Potem wersje tej historii zmieniały się stylem i strojem tak, jak zmieniał się ludzki świat. Historie te wzbogacał też fakt, że raz na kilkaset lat jeden ze Sprawiedliwych wyruszał na samotną misję, aby pomóc oszołomionym ideami umysłów ludziom w powrocie do własnej natury. Sprawiedliwi, o których opowiada obecnie czytana przez Was historia są datowani na pierwszą połowę zagrożenia ekologicznego, czyli na drugie tysiąclecie według ówczesnych rachunków. „Kiedy” jest zresztą tylko strojem epoki i dużo ważniejsze stało się, jak się ten strój zmienił, jak się zmienili ludzie, świat, przyroda a nawet sami ludzcy Sprawiedliwi.

We wspominanym okresie Sprawiedliwi, ze względu na gwałtownie posuniętą globalizację już nie mogli porozumiewać się tradycyjnymi kodami różnych kultur, które pochodziły od niezależnie od siebie powstałych ludzkich cywilizacji. Zjednoczyli się globalnie i wtedy ich największym zaskoczeniem był ponownie odkryty fakt, że nie tylko spośród ludzi wywodzi się ich grupa. Kiedy okazało się, że poza granicami ich człowieczego wyrażania istnieją też inni Sprawiedliwi, pochodzący od zwierząt lub kamieni, cała grupa powoli zaczęła się widzieć i rozumieć nawzajem. Jedni mieli wgląd w swe własne gatunki lub substancje a ludzcy Sprawiedliwi mieli po prostu wgląd w ludzi. Na tym polega ich natura.

Fakt, że do dziś ludzie są jedynymi istotami dla których zapisywanie i czytanie dziejów ma jakiekolwiek znaczenie wymaga, aby ludzkim Sprawiedliwym przyjrzeć się dokładniej. Dzięki swej naturze, zawsze gdy napotykają na swej drodze targanego jedynie materialnymi pragnieniami nieszczęśnika widzą jego los. Wiedzą, że człowiek taki skazuje się na piekło własnego umysłu, fenomenu, który nigdzie poza człowiekiem i jego czynami nie istnieje. Nie mogą mu niestety pomóc. Mogą zaoferować wybór alternatywnych działań dzięki którym piekło stanie się tylko wyrazem bez znaczenia, ale nie mają żadnego wpływu na transformację. Pozostaje ona tylko i wyłącznie w gestii wybierającego. W gruncie rzeczy rola Sprawiedliwych ogranicza i ograniczała się do faktu, że wiedzą. Dla ludzi to zwykle wystarczający impuls do rozwoju.

Ci ze Sprawiedliwych, którzy zaczęli działać na zachodniej półkuli widzą prawdę w mimice twarzy, w formie ofiarowanego im zapisu na skórze, w akcentowaniu słów i w kodach poruszania się. Inni, ci ze wschodu, zwykle słyszą ludzkie myśli te, które są odmienne od wypowiadanych zdań. Wiedza ta nie czyni ani lepszymi ani nietykalnymi. Są tacy sami jak inni ludzie, tylko wypełniająca ich muzyka jest inna. Dużo w niej spokoju i miłości. Napełnieni spokojnymi tonami odwiedzających wszystkie wszechświaty myśli ludzkich nie błądzą, będąc teraźniejszością swoich czasów, działaniem historii. Są odporni na muzykę nieświadomych istot ludzkich. Na niszczące wstrząsy metalowych dźwięków, które rezonują w niewolnikach zagubionych we własnych pragnieniach. Odporność ta jest im potrzebna, bowiem ci, którzy nie potrafią się skupić na ujrzeniu prawdy o sobie, przenoszą swą niszczycielską muzykę, na działania pełne błędów i wojen.

Czas poprzedzający odkrycie faktu, że wiele jest form pośród Sprawiedliwych, czas izolacji był długi i nie sprzyjał nikomu. Postęp technologiczny tego okresu spowodował, że przestając działać tylko w obrębie swych kultur przeszkadzali sobie nawzajem. Nie potrafili się jeszcze ze sobą komunikować a funkcjonujące między nimi różnice opóźniały skuteczność ich zamierzeń. W ogóle nie znali Sprawiedliwych innych rodzajów. Do powstania zła zawsze wystarczy aby dobrzy nic nie robili i właśnie niedziałanie Sprawiedliwych doprowadziło do stale wzrastającej w swej prędkości zagłady ekologicznej planety. Chociaż byli dużo silniejsi od krótkowzrocznych ludzi, to nie tylko było ich dużo mniej ale jeszcze na dodatek istniały między nimi podziały. Ten nieprzychylny okres był im jednak potrzebny, aby mogli zagłębić się w siebie i lepiej poznać własne działania, bez czego zjednoczenie byłoby niewykonalne. Poza tym nie sprzeciwiali się planom kosmosu kultywując zalążek sprawiedliwości w każdym napotkanym człowieku. W ludziach skażonych abstrakcją cywilizacji. W ludziach pośród których konsekwencja działania była przerywana przez abstrakcyjne zaćmienie umysłu, spowodowane brakiem kontroli nad instynktem. Byli pośród ludzi tacy, którzy opowiadali się za instynktem oraz tacy, którzy wybierali ideę, równie piękną co abstrakcyjną gdyż pochodziła od cywilizacji a nie od Ziemi. Właśnie dlatego uwięzionych w pragnieniach ciała lub duszy Sprawiedliwi dzielili na jasnych lub ciemnych. Jasnych którzy mimo swej niekonsekwencji rozumieli rolę idei w życiu i pośrednio intencje Sprawiedliwych oraz ciemnych, którzy nie pojąwszy idei traktowali je jako zagrożenie dla własnej materialności dzięki czemu nie tracili połączenia z Ziemią i Sprawiedliwymi innych form.

Tutaj po raz pierwszy

Ponad wszelką wątpliwość jestem egoistą. Rozsądnym, który uważa, że utrzymywanie dobrych relacji z innymi ulepsza moją własną pozycję w społeczeństwie. Oczywiście nie za wszelką cenę i dlatego, sam się dobrze ze sobą mając, nie mam szefa tylko szefów. Wielu, jak na wolnego strzelca przystało, aby mi nie przeszkadzali w działaniu. Nie interesują mnie ich walki o władzę i dlatego neutralizuję ten ludzki absurd ilością walczących nade mną i beze mnie. Pracuję tylko po to, aby wystarczyło mi na przeżycie i mogę żyć po swojemu, nie bacząc ani na innych ludzi, ani na ich systemy wartości, kanony według których określają szczęście czy bogactwo. Dzięki temu nie mam ich potrzeb ani wydatków. Zanurzony we własnym świecie, nikomu nie wadząc i nikomu nic nie dając, jestem niewidzialny ale nie szary jak wielu pośród nas. Nawet bycie wolnym strzelcem jest tylko przykrywką w społeczeństwie zmuszanym do pracy ponad potrzeby. Zimny i pełen dystansu przeżywam swoje dni obok nurtów drążących współczesnych mi ludzi, prądów dla których poświęcają oni swoją energię. Nie interesują mnie ich wojny, ani budowanie rodziny, ani kariera zawodowa, ani sukces społeczny. Zastanawiam się nawet, czy zawsze taki byłem, a jeśli nie to kiedy się taki stałem. Nie wiem. Może po prostu nikogo o tym nie informuję od tak dawna, że sam już zapomniałem. Moje sekrety i niedopowiedzenia stały się prowokacją dla zanurzonych w szarzyźnie, wypranych ze snów ludzi, dla których sens życia ogranicza się do następnej pensji. A oni przypominają mi eksperyment z muchami, które urodziły się w zamkniętym słoiku. Jak już osiągnęły dojrzałość i otworzono słoik okazało się, że żadna z niego nie wyleciała. Wszechświat tych much został zdefiniowany i nawet bez pokrywki nie zmienił się. Czasem myślę sobie, że arytmetyka pensji jest właśnie taką pokrywką, a instynktowne wyczucie, że przechodzący obok obywatel potrafi „wyfrunąć ze słoika” staje się dla innych prowokacją. Strach przed nieznanym potrafi popchnąć ludzi do ekstremum tylko po to, aby wyeliminować zagrożenie dla pozornego bezpieczeństwa. Większość woli udawać, że nigdy nie umrze. Nie mam o to do nikogo żalu. Wiem, że są porządni, wiem, że kochają swoich współmałżonków i skrzętnie ukrywają swoje niedoskonałości nie tylko przed okiem bliźnich, ale i przed samymi sobą. Wiem, że mają w mózgu bezlitosnego sędziego, który zatruwa im życie. Pewnie kiedyś też taki byłem, ale wyśmiałem ten autodestrukcyjny element świadomości. Dziś niewielu mnie zauważa. Jestem szanowany jako profesjonalista, większość odczuwa tylko niedostępny chłód mojej obecności i stara się załatwić ze mną wszystkie sprawy jak najszybciej, żeby się tylko ode mnie uwolnić. Ich myśli pełne win przeszłości lub strachliwej obawy o przyszłość nie pozostawiają im innych wyborów. A ja dalej sobie jestem, w błękitnym niebie indywidualnego istnienia, wolny świadomością w teraźniejszości.

Tam po raz drugi

Sprawiedliwi i ci spośród ludzi, którzy się nimi stali, mogli tylko obserwować innych. Ich istnienie przypominało spacer po długim, wąskim szczycie, kiedy niezgłębiona przepaść po jednej i po drugiej stronie definiuje powagę fałszywego kroku. Nie wpływając na niczyją wolę, działali ponad trendami ludzkimi. Mogli inspirować ale nie wpływać. Tylko wybierający się na samotna misję sprawiedliwy mógł wpływać na bieg historii, dopiero po utracie kontaktu z innymi Sprawiedliwymi. Przed wiekami jaśni dostali w ten sposób dar przywództwa. Godni zaufania w swej intencji, chociaż równie nie perfekcyjnym w działaniu jak i ciemni. I jedni i drudzy byli tylko ludźmi, którzy tak samo jedzą, śpią, wydalają i rozmnażają się. Różnicę nosząc tylko w umyśle, który nieświadom praw kosmosu definiował ich po jednej lub po drugiej stronie barykady. Absurd ten powstał tysiące lat przed wynalezieniem pisma, w wyniku lokalnej bójki o wizerunek Boga, którego zresztą żaden z jej uczestników nie widział. Bójka skończyła się remisem, ale urazy pamiętane są do dziś po obu stronach i tylko to, kto pierwszy z ludzi rzucił kamieniem, utonęło w pomroce dziejów.

Słońce zaś nadal świeci wszystkim bez wyjątku tak, jak świeciło przed bójką i zanim uformowało się życie na Ziemi. Jaśni stali się egoistami, którzy nie ukrywają tego. Rozsądek każe im ze sobą współpracować a miłość, która wszak nie jest im obca, pozwala łączyć się w pełne umów i założeń pary. Są zawsze weseli i pełni życia wiedząc, że jedynie dzieląc się radością z innymi, sami mogą istnieć uczestnicząc w pozytywnych uczuciach. Ciemni natomiast żywią się smutkiem i winą. Nawet się ubierają na czarno i cierpią, ponieważ nie są w stanie osiągnąć wyznaczonego sobie, nieludzkiego w swej doskonałości, wzorca cnoty. Fakt, że przynajmniej wierzą w taki wzorzec i do niego dążą napełnia ich dumą, która przeradza się w poczucie wyższości nad innymi i ignorancję. Czują się wspólnotą zjednoczoną przez wyższą ideę, ale męczą i siebie i innych wytykaniem sobie nawzajem braku perfekcji i skazując się tak na wieczny brak satysfakcji. Wierząc, że chcą dobra dla wszystkich, nigdy nie pytają czy pomoc jaką narzucili innym była w ogóle potrzebna. Udusili w ten sposób wiele wspaniałych pomysłów i szczerych zapałów. Na tym polega ich błąd. Najprawdopodobniej to oni nauczyli jasnych samoobrony, rozpoczynając bójkę. Jeśli właśnie tak się stało, to jaśni popełnili podobny błąd, odpowiadając agresją na agresję. I dlatego Sprawiedliwi wiedzieli, że już od dawna przyczyna konfliktu była nieważna.

Jaśni nie obnoszą się z cierpieniem. Udało im się zachować świadomość radości, najczęściej kultywowaną w kontaktach dwóch ciał. Miłość fizyczna, którą ciemni podejrzeli u jasnych nie mogła jednak powstać w ich nierozwiniętych emocjonalnie ciałach. Przerodziła się w konsumpcyjną żądzę, która swym natężeniem symbolizowała ich depresję i rozpacz. Beznadziejnie poszukującą prawdziwego uczucia rozpacz. I tak już od tysięcy lat istniały pokolenia jednych i drugich. Wyrażających się krwią i nienawiścią ciemnych, oraz żyjących obroną miłości i adekwatnym dla pary kontaktem płciowym jasnych. No i ludzcy Sprawiedliwi unosili się ponad tym pomieszanym tłumem od zawsze, czyli od kiedy sięgali swą niedoskonałą pamięcią. Ale czuli, że obecny kryzys planety wymaga od nich nauczenia się nowej, wspólnej komunikacji, która pozwoliłaby na wprowadzenie zmian pośród nieświadomych tego, jak wyglądał świat przed konfliktem.

Pierwsza dwójka Sprawiedliwych, która zobaczyła w sobie nawzajem taką intencję nie mogła się jednak porozumieć ze względu na różnice języków i kultur do których pochodzili. Spotkali się na wąskim przesmyku miedzy wschodem i zachodem i patrząc sobie głęboko w oczy zawiesili swój byt Sprawiedliwych skacząc, każde w przeciwną stronę przepaści. I tak jeden z nich stał się jasny a drugi ciemny. Po raz pierwszy na samotną misję udało się w tym samym czasie dwóch Sprawiedliwych. Po raz pierwszy inni Sprawiedliwi mogli obserwować historię, która się nie powtarza. Być świadkami tego, co jeszcze nie zostało opisane. Opisane bowiem było tylko takie wszystko, które istniało od kiedy istnieje pismo. A pismo nie pamiętało, żeby kiedykolwiek dwóch Sprawiedliwych udało się na samotna misę w tym samym czasie. Dlatego pozostali mogli przestać zajmować się ludźmi i zająć się dotychczas nie dotykanymi obszarami. Nawet nie wiedzieli, czy te obszary nie były dotychczas nie dotykane, czy tylko od dawna nie ćwiczone. Ale misja dwóch Sprawiedliwych w jednym czasie pozwoliła im zobaczyć pozawerbalne perspektywy, których nie mogli sobie przekazać myślami. Sprawiedliwi spośród ludzi przestali szukać siebie nawzajem i zajęli się poznawaniem Sprawiedliwych innych form. Odrzucili swój antropocentryzm i zaczęli postrzegać się jako cześć planety. Obserwując tę parę, już pozbawieni kłopotu z komunikowaniem się ze sobą nawzajem, mogli już teraz myśleć, że nie tylko oni istnieją na tej planecie.

Tutaj po raz drugi

Nawet nauczona przez rodzinę percepcja czasu skończyła mi się, zanim jeszcze poznałem pewną dziewczynę. Jeździłem wtedy regularnie autobusem miejskim na basen. To nie był ten długi autobus, który wozi ludzi z dzielnic odległych do centrum tylko ten krótki, który łączy ze sobą dzielnice ościenne. Te długie jeżdżą często, zabierając setki ludzi, a te krótkie rzadko, podwożąc głównie stałych pasażerów. Ja byłem właśnie takim stałym pasażerem. We wtorki i soboty. Ona wsiadała we wtorek dwa przystanki po mnie. Nie od razu zwróciłem na nią uwagę, dopiero po jakimś czasie zacząłem ją kojarzyć jako regularnego pasażera, jeszcze zbyt zajęty zagłuszaniem otaczającej mnie rzeczywistości muzyką w słuchawkach. Pewnego wtorku zauważyłem, że wsiadając patrzy na mnie z szacunkiem. W autobusie nigdy nie było dużo ludzi, nieliczni musieli stać. Mimo, że właściwie wszyscy się znali z widzenia, energia anonimowego miasta wchłaniała nawet najmniejsza serdeczność. Nikt nikogo nigdy nie pozdrawiał ani nawet nie uśmiechał się do cotygodniowych, a czasem nawet codziennych współpasażerów. Było tak samo, jak przez większość roku za oknem pojazdu w tym dalekim, północnym mieście, czyli ciemno i zimno. A ona weszła i usiadła tak, że od razu nastąpiła odmiana. Nie wiem czy inni też tak odczuli, odpowiadam tylko za siebie, ale nagle zrobiło się cieplej, bardziej domowo a ja instynktownie wiedziałem, że moja obecność ma wpływ na fakt, że one czuje się spokojnie i bezpiecznie. Nawet nie wiem, czy wiedza o tym schlebiała mi, czy może czy tylko ucieszyło mnie to, że ktoś może się tak wyluzować w moim towarzystwie.

Mijały kolejne miesiące a ja powoli orientowałem się, że czekam na nią. Kiedy autobus podjeżdżał do jej przystanku najpierw serce biło mi szybciej a potem głęboki spokój, uczucie bezwarunkowej miłości wypełniało mnie, uciszając muzykę a nawet i myśli. Fakt, że nie zamieniliśmy ani słowa nie był istotny. Nie naruszałem panującego wokół zwyczaju a i ona nie spieszyła się z kontaktem. Wystarczały nam te chwile towarzystwa trwające do przystanku na którym wysiadałem. Ona jechała dalej. Na długo przed wysiadaniem, przechodziłem do przednich drzwi i patrzyłem jej w oczy. Nie myślałem o niczym, wpatrując się lub może odbijając od tej błękitnej nieskończoności. Czy ta miłość była we mnie czy w niej czy może istniała poza nami pokazując się jedynie gdy patrzyliśmy na siebie, tego nie wiem. Nurkowanie w błękicie kończyło się przyjazdem na przystanek i znów, fizycznie na zawsze, znikaliśmy ze swego życia bez możliwości powrotu. Uczucie istniejące tylko w powietrzu, pozwalało mi dożyć następnego wtorku. Moje życie zmieniało się, zdarzało mi się nawet zapomnieć włączyć odtwarzacz z muzyką, kiedy przebywałem między ludźmi.

Pewnego wiosennego dnia usiadła obok mnie wlewając się swym ciepłem w mój prawy bok. Nie zachłysnąłem się nią. Nabrałem głęboko powietrza, wyważając przekazany mi nastrój i odpowiedziałem nań falą ciepła. Pełną radości z ciepłego dnia, promieniując ku niej swe uczucie. Sam byłem nim zaskoczony tak bardzo, że aż przerwałem je gwałtownym wdechem i emanacją oficjalnego chłodu. Uśmiechnęła się. Nasze ciała już się sobie przedstawiły i odpowiadało im to, podobnie jak wcześniej polubiły się nasze oczy. Już nie chciałem, żeby pomyślała, że moje ciepło jest jej niedostępne, powoli zaczęło się ze mnie sączyć. Tama została przerwana. Wystarczyło mi opanowania na tyle, aby ją czyścić i pielęgnować z nadsyłanych mi dreszczy pożądania. Wysiadłem z autobusu bez tradycyjnego już wpatrywania się w siebie nawzajem i jak tylko odjechał zostałem opanowany przez chęć zagłębienia się w jej puszek. Pożądanie nie było mi obce. Od tej chwili zbierałem siły na niewinność wtorkowych konfrontacji, całymi nocami walcząc z testosteronem, który wypełniał mi krwią komory prącia i nie pozwalał zasnąć, wysyłając mózgowi coraz to nowe obrazy naszych miłosnych uniesień. Tępiłem te fantazje bo wiedziałem że oszaleję, jeśli tylko pozwolę im się przerodzić w oczekiwanie. Nie chciałem, aby uczucie nabrało charakteru posiadania. Musiała pozostać wolna, musiałem nie posiadać jej nawet w myślach. Nie wiem czy rozpoznała moją rozterkę, ale już więcej nie usiadła obok mnie. Potrzebowałem miesięcy aby wrócić do wpatrywania się w jej oczy. Odważyłem się na to dopiero wtedy, kiedy już pokonałem najsilniejszą falę pożądania i znowu umiałem spotkać jej wzrok z opanowanym umysłem, życzącym jej jedynie wolności i miłości. Bez warunków i bez oczekiwań, pełen prostego zachwytu nad jej pięknem.

Tam po raz trzeci

Sprawiedliwi odkryli, że ich ziemskim sojusznikiem zdolnym do działania byłyby matki zarówno jasne jak i ciemne. Wszystkie bowiem znały bezwarunkową miłość. Ich przeszkodą był tylko strach. Matki bały się o swe dzieci i wychowując je, wyposażały w instynktowną wiedzę o konflikcie. Kodując podświadomą ostrożność przed niewypowiedzianym, czyli przed własnym strachem, zezwalały na początek bójki, która z biegiem lat zamieniała się w wojnę. Ich przekonanie, że dzieci też będą musiały wybrać stronę frontu oraz pragnienie, aby ich nie utracić, prowadziły do wychowywania wiernych kopii jasnych lub ciemnych. Dzięki miłości i niewinności ukrytej w niewinnych, wybory pozostawały jednak zawsze nieobliczalne. Każde nowe pokolenie czyniło kolejne spustoszenia w umownych strukturach konfliktu, który dojrzali postrzegali już jako naturalną egzystencję. Fakt, że konflikt między nimi pozostawiał ich w stanie wojny z planetą powodował jednak, że egzystencji tej daleko było do normalności. Dlatego większość dzieci padała ofiarą jednych lub drugich błędnych przekonań.

Potem sytuacja na gruzach normowała się. Szczęśliwsi wpadali w sidła miłości, śniąc przez całe życie jasnym snem dzieciństwa, przeplatanym z koszmarem partnerstwa. Ci, którzy wybrali ciemność staczali się w niewolniczą otchłań służenia i nienawiści do swoich ciemięzców. Sprawiedliwi zauważyli, że wszystkie matki znają mechanizmy działania dobrej woli i tylko posłuszeństwo mężom powodowało, że nie przekazywały ich dzieciom w czystej formie. Powielały skrytość zgodnie z lokalnym wzorcem lojalności i konfliktu. Wartości te jednak, równolegle z ogólnie dostępnym internetem i coraz szczelniej otaczającą glob siecią informacji, stały się widocznym absurdem dla ich dzieci. Pogłębianie bólu i wewnętrznych rozdarć między pokoleniami pojawiało się wszędzie w podobnych formach agresywnego buntu. Ale teraz Sprawiedliwi mogli też obserwować swych współtowarzyszy na samotnych misjach wiedząc, że są oni wolni od błędu matek i instynktownie wiedzą, że powielanie takiej okropności nie ma sensu. Nie unosili się już ponad walczącymi frontami jasnych i ciemnych. Dużo bardziej byli skupieni na matczynej neutralizacji energii wokół swych współbraci przekazując im w snach wszystko, czego zdołali się nauczyć od innych ziemskich form. Nic więcej nie mogli zrobić. Tylko siła woli i szczęście mogły uchronić samotnych od upadku w wojnę, a resztę Sprawiedliwych od utraty przewodników od ponad kulturowego komunikowania się z ludźmi.

Tutaj po raz trzeci

Prawie po roku wysiadła za mną na moim przystanku i przedstawiła się. Moja samokontrola i trzeźwość umysłu znikła jak zmiecione przez huragan nadmorskie miasteczko. Do dziś nie rozumiem siły, która pozwoliła mi pozostać w pozycji stojącej i poskładać myśli w kilka sensownych zdań, ale nie szukam wytłumaczenia. Niedokładnie pamiętając przebieg naszej rozmowy, z pokorą przyjmuję, że wszystko stało się dokładnie tak jak powinno. Trudno mi też sobie przypomnieć o czym rozmawialiśmy później, już wspólnie jeżdżąc autobusem. Poza wspólną miłością do zwierząt i do przyrody, tematy poruszały się jak stworzony z chaosu myśli orkan, który po przerzuceniu wszystkiego na inne miejsce znika, gdy tylko tworzące go siły przestają istnieć. Pozostawiany po tych rozmowach chaos w mojej głowie nie był ani lepszym, ani gorszym od początkowego, ale oczywiście był już kompletnie inny.

Wiosną umówiliśmy się na spacer po lesie. Powodem spotkania było wykonanie testów w małym jeziorku na obecność skrzeku i drobnoustrojów. Ona zajmowała się zwierzakami a ja słuchałem drzew, po długiej zimie budzących się do życia. Miasto leżało na północnych terenach, gdzie jeszcze zdarzała się zima. Kiedy skończyliśmy pracę, poszliśmy na spacer oglądając ptaki. To był bardzo miły spacer. Słyszałem pewnie to co do mnie mówiła, przestając ją widzieć i kierując jej uwagę ze mnie na sójki i jemiołuszki, jeżeli pragnienie pocałunku stawało się zbyt silne. Podobało się jej wszystko, była zadowolona ze spaceru ze swoich własnych powodów, równie absurdalnych jak moje zmartwienia nad powstającym związkiem. Naturalność spaceru wyrwała mnie z budowania i neutralizowania oczekiwań. Ptaków ujrzeliśmy wiele, praktycznie nie pozostawiając sobie czasu na dzielenie się autorefleksją, a niewinność napotykanych myśli pozwalała nam się cieszyć pełnią szczęścia. Nie chciałem zmieniać ani jej ani siebie, wszystko po prostu się działo, a drozdy i szpaki zajmowały pierwsze budki lęgowe. Rozumiałem po raz kolejny, że wszystko stawało się dokładnie tak, jak powinno. Wtedy jeszcze nie miałem poczucia, że zabiera mi całą energię i chce mnie mieć tylko dla siebie, nie wliczając w to innych istot i nie szanując mojego celu życia. Celu, którym była ochrona środowiska w tych dziwnych, ciężkich czasach, zagrożonych globalnym ociepleniem. Nie wiedziałem też, że gdy to już sobie uświadomię, będę wystarczająco dojrzały aby również dojrzeć, że czyni tak nieświadomie, nie potrafiąc kochać inaczej. No i na pewno nie wiedziałem, nawet w najgłębszych zakamarkach podświadomości, czy kiedykolwiek nauczy się kochać ponad swym uwarunkowaniem kulturowym. I całe szczęście. Gdybym to wiedział, musiałbym nie uwierzyć.

Zamiast wiedzieć to wszystko pragnąłem jej bardzo i równocześnie starałem się o tym nie myśleć. Doświadczenie podpowiadało mi, że kontakt fizyczny, który by wtedy nastąpił odebrałby nam wolność obcowania ze sobą nawzajem na poziomie bezwarunkowej akceptacji. Zacisnąłby nas w kulturowej matrycy racjonalnej pary. Nie byłem jeszcze gotowy by się zmierzyć z taka presją nie znając wpływu, jaki na nią ten anty ekologiczny gigant jakim jest tradycja wywierał. Miewała lęki, nie znałem jej siły walki, która musiałaby stoczyć z własną rodziną, świadomością, przyjaciółmi i współczesnością gdyby wybrała mnie. Nie mogłem się zgodzić aby wyszła z tej bitwy z negatywnym piętnem, z percepcją konfliktu. Świadomość okrucieństwa z jakim nasz kontakt może się przerodzić w przeciętność ostrzegał mnie za każdym razem, kiedy umysł podsyłał mi pożądliwe obrazy z nami w roli głównej. Z zerojedynkową dokładnością komputera dokonywałem wyboru by nie brać. Fale pożądliwych myśli przeistaczałem w spokojne, przytulone leżenie, budowanie domu, ferwor intelektualnych rozmów w towarzystwie przyjaciół i realnie istniejący spacer na łonie przyrody.

Tam po raz czwarty

Odkąd, do zawieszonych ponad miłością i nienawiścią ludzkich Sprawiedliwych zaczęły napływać nowe informacje, ich percepcja znacznie się zmieniła. Miała charakter wcześniej niespotykany, ponieważ nowe komunikaty nie były myślowe. Były bodźcami dotykającymi ich ciał, dźwiękami o nowych frekwencjach, kolorami i zapachami, informacjami których źródeł wcześniej nie umieli zidentyfikować. Jednak odporni na wszystkie ludzkie emocje, zdolni do rozpoznawania ich i oddalania Sprawiedliwi, pozostali trzeźwi w osądzie, szukając źródeł nowych impulsów, aby zrozumieć ich treść. Wyzwanie to nie było łatwe dopóki się skupiali na ludziach, którymi sami byli w swej ziemskiej formie. Dopiero kiedy odkryli, że to co nieludzkie, mimo iż ignorowane od tysiącleci również przemawia, otworzyli się na identyfikację nowych doznań. Zaakceptowali, że przemawiają do nich Sprawiedliwi pochodzący od innych form życia. Dowiedzieli się od nich, że energia natury i energia technologii zawierały w sobie sprzeczne komunikaty, które zadawały ludziom więcej bólu niż przyjemności. Działo się tak głównie dlatego, że głos natury słabł a technologii rósł w siłę, podczas gdy ludzie wierzyli, że to właśnie technologia pomoże im naprawić rozumienie natury. Impuls technologiczny jednak tylko ponaglał, pomagając ludziom utrzymać się w odosobnieniu. Skazywał na stan sztuczny dla ich własnej biologii, godząc samotność z pozbawionym dialogu emocjonalnego, pseudointelektualnym obcowaniem z maszyną. Ludzcy Sprawiedliwi zrozumieli dlaczego ludzie stają się coraz bardziej zamknięci w sobie i nadal nieświadomi, że trwający pomiędzy nimi konflikt nie istnieje poza ich umysłami. Zdobyte informacje zaczęto przekazywać Sprawiedliwym na samotnych misjach. Temu, który opadł na jasną stronę telepatycznie wiedząc, że jego umysł będzie zdolny do przynajmniej częściowego akceptowania informacji przedstawianych mu w charakterze marzeń sennych. Temu który opadł na ciemną, w charakterze uczucia które musiał wziąć pod uwagę jego instynkt samozachowawczy.

Tutaj po raz czwarty

Nasze kontakty powoli przestawały mieć anonimową, sekretną naturę. Byłem u niej w domu, w pracy, poznałem jej znajomych i przyjaciół. Sam nie miałem żadnych kontaktów wartych pozaprofesjonalnego przedstawiania poza książkami, które przyjęła z ciekawością i otwartą myślą. Ona tkwiła głęboko w ludzkim świecie a ja poza nim, ale byliśmy równie szczęśliwi chociaż z odmiennych powodów. Ona jeszcze a ja już. Widziałem jej kręgi towarzyskie i widziałem jak się nie szanują. W swej ignorancji kontrolowali siebie nawzajem, aby nikt nie stał się lepszy i nie wzniósł ponad innych. Utrzymywali jedność wspólnoty pokrywką wymówek, lenistwa, pijaństwa i zawiści, stając się grupą łatwych do zarządzania wariatów. Do dziś nie wiem, czy to ona była inna czy też ja nieświadomie, w ramach roztaczanej nad nią opieki sterowałem jej niezauważalnym obłędem tak, że zezwolił jej na uzewnętrznienie lepszych poglądów na życie.

Nie objąłem przywództwa nad jej środowiskiem, które trzymało ją żelaznymi kleszczami widzianej zawsze w innych i nigdy w sobie zawiści. Zmiana perspektywy mogła być tylko jej wyborem. Oddalałem od siebie pokusę walczenia o nią wiedząc, że życie tylko wtedy nie jest egzystencją, gdy kieruje nim własna wola. A wola jest własna, gdy jest wolna od kierowania cudzą. Jeśli nasze istnienie w jej świadomości miało być uzależnione od wyboru, wszystko co mogłem zrobić to być codziennym sobą, aby jej taki wybór umożliwić. Perspektywa zostania świrem posiadającym innego świra była mi obcą od lat. Jej bogowie byli dla mnie tak samo obcy i odrażający jak i dla niej. Różnicą był fakt, że ja już wiedziałem, że jestem wolny, a ona miała tylko taki instynkt. Jej umysł jeszcze nie pokonał lęku przed jej bogami .Jaka ona była piękna. Po prostu nie mogłem się na nią napatrzeć. Zauważyłem, że bardziej dbam o własny wygląd tylko po to, aby zrekompensować jej wrażenia estetyczne, których mi dostarczała. Taka zmiana własnego zachowania na lepsze, więcej miłości w stosunku do własnego ciała była uczciwa, więc zaakceptowałem ją. Zrozumiałem, że nasze istnienie polega na zdrowym współzawodnictwie skłaniającym do głębszego generowania i czerpania z własnych zasobów energii. Walka o dominację, charakterystyczna dla wielu związków była nam obca, stawaliśmy się lepsi dla świata dzięki sobie nawzajem.

Wiedziałem jednak, że za nią stoją ludzie, którzy nieświadomi swej natury duchowej wydzierają sobie nawzajem energię. Walczą o nią uzależnieni od źródeł zewnętrznych i pozostając ślepi na istniejące w nich samych pokłady życia. Ludzie, którzy nie wyciszają się zrelaksowaną podróżą w głąb siebie, tylko uciekają od codzienności w otumaniających rytmach imprez. Ludzie, pośród których staje się znowu tak sama jak oni. Wiedziałem, że odczuwanie przyjemności ze wspólnego bycia razem może zaowocować brakiem ostrożności i stanę się bezbronny, kiedy dojdzie do konfrontacji z suchotniczymi sługami pieniądza, którzy pozbawili się wszelkiej radości życia nazywając swój smutny stan cnotą. Nie chciałem się rzucać na nich z pięścią ale wiedziałem, że jak dojdzie do konfrontacji nie mogę im pozwolić na to, czego w stosunku do nich sam nie czyniłem, czyli na ingerencję w moje życie. Już sam fakt, że jej przyjaciele zaszufladkowali mnie w swej nieświadomości był niebezpieczny. Już wkrótce, sposób w jaki zostałem zobaczony i oceniony mógł się zamienić w martwy jak jego twórcy obraz mojej osoby i zacząć konkurować z żywym mną. Miałem jednak wystarczająco dużo wyobraźni aby nie poddać się presji bycia postrzeganym w pewien charakterystyczny sposób. Wypełniałem się pięknem, rozwojem, spokojem medytacji i nieskończonością. Jeżeli już wpuszczałem ją w świat mej szczęśliwej samotności, znającej ludzi ale żyjącej bez umęczania się nawzajem, wybierałem chwile, gdy byliśmy sam na sam.

W towarzystwie innych pozostawałem cicho w jej tle. Jej życie i przyjaciele nie przeszkadzali mi w ogóle, po prostu wolałem rytm swego pulsu i spokój w sercu jaki miałem, kiedy nie było ich w pobliżu. Będąc tylko we dwoje rozmawialiśmy coraz więcej. Powoli poznawałem życie skrzywdzonych przez cywilizację much, które nie wiedzą, że nie ma pokrywki na słoiku. Graliśmy na bębnach nad rzeką, chodziliśmy na koncerty i rozmawialiśmy. Zmienialiśmy się powoli i rozważnie, mając własny czas na akceptację zmian i szacunek dla własnych wyborów. Mimo iż oboje wybraliśmy ekologię zacząłem zauważać błąd w jej działaniu. Nie miała równowagi z ziemią. Wychowana w przekonaniu, że człowiek jest panem reszty istnień a nie równorzędną częścią życia, nie umiała stworzyć równorzędnego miejsca w swoim sercu dla innych istot. Zakładała, że pozbycie się problemu leży w budowie nowego rozwiązania a nie w zaniechaniu działania, które było genezą kłopotu. Tym samym odrzucała część samej siebie. Zamiast liczyć pozostałe drzewa liczyła pieniądze, stając się straszliwym kalkulatorem wojny. Prawo nie zwalnia z odpowiedzialności za nieuświadomione przestępstwo tylko traktuje łagodniej. Tak też ją traktowałem, łagodniej, ale niezłomnie nie wchodząc w jej matematyczny absurd. Nawet sam fakt, że żyjąc w zawrotnym tempie miała cierpliwość i spokój potrzebny naszym spotkaniom, czyniłby ją wyjątkową. Fakt, że spokój ten był dla niej tak samo normalny jak obłęd wyścigu szczurów, czynił ją niebezpieczną.

Rozszyfrowawszy tę tendencję jej nieświadomości zrozumiałem, że może mieć nieświadomy cel trwałości naszego związku. Wtedy strach przed jego utratą spowoduje, że otaczający ją świat wybierze za nią. To co dla mnie było bagnem ograniczeń dla niej było definicją normalności. Tam gdzie trzask reklam odbierał skupienie i pamięć życie można było spłycić, wykręcając kota ogonem każdej idei. Pilnowałem więc, aby nie chciała zasuszyć mojego wizerunku tak, jak się zasusza kwiat. Odebrałaby mi wtedy prawo do dalszego rozwoju a sobie podarowała wieczny lęk, że nowy, zmieniony ja już nie będzie jej kochał. A miłość może być tylko darem, nie może być powinnością. Wytłumaczenie jej tej niekonsekwencji miało się okazać moim największym wyzwaniem. Kiedy jej słowa okazały się niezależne od działań, zacząłem ją widzieć. Przenikliwie i do głębi, odkrywając w niej jedynie piękno. Dlatego wiedziałem, że jest dobra. Głupia, ale dobra więc ma prawo istnieć, nawet jeśli otoczona drobnymi cwaniaczkami podejmuje niewłaściwe decyzje. Świadomość, że ocenia mnie poprzez niewiarę w to co mówię dotarła do mnie dużo później, kiedy już zorientowałem się, że sama nie posiadając podobnej umiejętności nie może zrozumieć, że moje słowa są zgodne z czynami. Fikcja systemu była tylko naturalnym błędem narodzonego w nim człowieka, więc postanowiłem zsynchronizować działania z prawdami ukrytymi w fikcji jej słów, aby nabrała grawitacji i pewności siebie. Nie miałem na celu wpływać na jej życie inaczej, niż poprzez pokazywanie sobą tej niekonsekwencji. Szansa, że ujrzawszy wadę na zewnątrz zauważy ją również i w sobie była jedyną, na którą mogłem sobie pozwolić.

Tam po raz piąty

Ludzcy Sprawiedliwi, ludzcy – ponieważ od kiedy poznali inne formy do swej nazwy dodali przymiotnik „ludzcy”, wpadli na pomysł transformacji swych współbraci. Nieskażona historyczną bójką komunikacja mogła nastąpić tylko wtedy, kiedy świadomość pozawerbalnego odczuwania stanie się już powszechna. Pozbawienie ludzi antropocentrycznego poglądu nie było zbyt realne, wielu już usiłowało dokonać tego w przeszłości, ale strach przed śmiercią i potrzeba bezpieczeństwa popychały miliony w kierunku iluzji umysłu, pełnej źle pojmowanych religii i systemów politycznych. Dlatego transformacja, o której myśleli, miała być zapoczątkowana przez racjonalne uświadomienie umysłom, że są w błędzie. Nie mogło się to wydarzyć na poziomie jednostkowym, próby tego typu miały miejsce każdego dnia i większość z powrotem umykała do bezpiecznych klatek swych kłamstw. Ale śmierć nieludzkiej w swej logice technologii, technologii od której była zależna cała kultura Ziemian, byłaby zbiorowym dowodem na absurdalność cywilizacji, przed którym już nie dałoby się uciec. Udowodnić umysłom, że są zawodne można było tylko w logiczny sposób. Technologia już powoli popełniała samobójstwo, czerpiąc z przyrody znacznie więcej niż jej dawała. Ci którzy nie byli w stanie tego zrozumieć musieli się skończyć. Bez wojny. Reszta, akceptując swe naturalne, a nie wyobrażone miejsce na planecie, mogłaby wtedy rozpocząć nowe, pozbawione dawnych okropności życie. Częściowy kataklizm ekologiczny stał się więc faktem, ponieważ wojna ludzi z ludźmi nie mogłaby przynieść takiej zmiany. Sprawiedliwi nie wiedzieli co przyniesie za sobą brak podziału, ale brak jedności zabijał już teraz i na niespotykaną wcześniej skalę, głównie dzięki nowym możliwościom i potrzebom technologicznym. Sprawiedliwi mogli przeżyć tylko wtedy, kiedy przynamniej część ludzi i ich siedzib oprze się kataklizmowi. Aby tak się stało musieli się sami zmienić, przerywając zapoczątkowane podziałem ludzi, wynalezieniem władzy błędne koło. Wobec kosmosu nie istniały żadne wybory, ale wobec ich własnej jaźni wybór istniał. Nieludzcy Sprawiedliwi już zaznajomili ich z istniejącym poza wynalazkiem władzy wyborem. Mogli nadal istnieć wspólne z każdym Ziemskim życiem albo mogli odejść w mgłę bez jaźni, z której po milionach lat uformuje się nowa gwiazda. Wybrali istnieć.

Tutaj po raz piąty

W pewien sposób wymieniliśmy się rodzinami. Za każdym razem, kiedy spotykaliśmy się, ona przenosiła się z poszanowaniem zasad do mego domu, uważałem więc za sprawiedliwie, że ja przeniosę się do niej. Pozwoliło nam to na pełniejszą wymianę doświadczeń. U niej nie było systemu wartości tylko szalony alkoholik, uważający że kobietę się posiada, geja nienawidzi, przodkom trzeba być bezkrytycznie posłusznym a wyzwanie pozbycia się wad kończy się na akceptacji ich rozpoznania. Obok niego trwała nienawidząca go pełnią serca i równie mu posłuszna kurwa nędza, która swoje trwanie w związku uważała za cnotę. Była to wymówka usprawiedliwiająca brak odwagi aby go porzucić i rozpocząć samodzielny rozwój. Cnota trwania w rodzinie była dla niej ważniejsza od lepszego życia i gwarancji, że jej dzieci będą miały większe szanse. Krótko mówiąc duże ego i mały instynkt matki.

Odmiana jaka we mnie zachodziła pozwoliła mi, na szczęście, zamiast patologicznych procentów w statystykach ujrzeć w nich ludzi o płytkiej, acz nie beznadziejnej świadomości. Tam gdzie w mojej rodzinie była przestrzeń i funkcjonalność u nich było duszące gromadzenie nieużywanych przedmiotów. Przepraszam, przydawały się. Służyły do tego, aby każde wspomnienie zainteresowań w rozmowie mogło być skwitowane wielkopańskim tekstem typu:„tak, mam na ten temat książkę albo kolekcję zdjęć”, przy czym słowo „mam” występowało tam, gdzie u nas „przeczytałem” albo „obejrzałem”. Tam gdzie u nas była pasja, zainteresowanie, radość i rozwój związany z wykonywaną pracą u nich była żmudna robota, którą się kwitowało przekleństwem. Czas poza pracą zarobkową, który dla nas oznaczał okres rozwijania innych aspektów swojej osobowości, u nich był paraliżującym lenistwem. Pilnowali się w nim nawzajem ograniczającymi wyobraźnię dogmatami, zezwalającymi im praktycznie tylko na jedzenie i spanie. Zniewalające twierdzenie, że to i tylko to jest dobre dusiło ich całymi rodzinami i miastami. Szczytującym w absurd zakazom towarzyszyło ciągłe poszukiwanie winnych ich łamania a tam, gdzie my myśleliśmy o tym co możemy dać sobie i innym, oni oddawali się strachowi przed tym, co sobie ludzie o nich pomyślą.

Nauczywszy się tej formy życia porzuciłem jej rodzinę, aby nie wywarła na mnie niszczącego wpływu. Do mojej fascynacji jej osobą doszła nowa zagadka: co w niej było takiego że była inna, że oglądana, przenikana na wskroś obiektywnym i nieobecnym emocjonalnie spojrzeniem nadal była piękna? Jak gdyby warunki jej życia nie miały na nią żadnego wpływu. W literaturze znalazłem dobre porównanie tego fenomenu, była jak zakorzeniony w mule a jednak czysty i nietknięty kwiat lotosu. Jednak skupiony na oddechu w jej skromnych progach pamiętałem, że to nie intencja krzywdzi najboleśniej kochanków tylko ignorancja, dlatego miałem się na baczności. Jej umysł jeszcze nie potrafił ogarnąć prostoty świata, ponieważ dysponował ograniczonymi informacjami i nie mógł formułować myśli w sposób ogólny, uwzględniający każdy przejaw życia. Jej działanie jednak udowadniało, że przemoc jest jej obca. Oczywiście zdarzało się jej bać i mieć sekrety, ale głównie dlatego, że nie miała świadomości, że jest dobra. Nikt jej nigdy tego nie powiedział w świecie, gdzie nie istniały pochwały tylko ciągłe poszukiwanie dziury w całym.

Tam po raz szósty

W ramach nawiązania dialogu z planetą ludzcy Sprawiedliwi spotkali się nad rzeką z rybimi aby obserwować nurt. Woda szła nisko. Mróz nie był intensywny i nie zatrzymał całkowicie prądu, który tylko przepychał jego forpocztę, krę. Większe warstwy lodu były tylko przy brzegu i wokół łach na rzece, które dzięki zatrzymanym przez siebie gałęziom powiększały się. Kra była spora, ale warstwa lodu była cienka. Gruba była tylko od zgromadzonego na niej świeżego śniegu. Sprawiedliwi oglądali jeden z przeciwstawiających się naporowi kry trójkątnych cyplów, uformowanych na skraju łachy. Patrzyli jak rozcina napływające nań płaty kry, tonącej w utworzonych po jego bokach wirach. Nie cała kra jednak ginęła w wodzie. Część zgromadzonego na niej śniegu powiększała cypel, a raz na jakiś czas blokujące przepływ większe kawałki doczepiały się i nowa konstrukcja zamarzała. Wkrótce nowy śnieg stawał się cyplem, czyniąc z poprzedniego przyczółka solidną część łachy i przedłużając żywot tych kilku drobin wody w stanie stałym, aż do wiosennych roztopów. Rybi Sprawiedliwi milczeli zgodnie ze swoim zwyczajem. Umieli patrzeć.

Epoka poza rzeką dalej była wyposażona we władzę, w ludzi od niej obsesyjnie uzależnionych. Tych co kontrolują i śledzą innych, gnani strachem utraty tego po co sięgnęli. Bali się bo podświadomie wiedzieli, że nigdy do nich nie należało. Targ dusz, potrzeba kontroli, sieć win i odpowiedzialności drążyły ciemnych, którzy zgodnie z własną wyobraźnią posiadali wszystko na planecie. Jaśni nie mieli nic, poza świadomością, że wyobrażenie ciemnych jest błędne, dzięki czemu nie wpadali w ich pułapki. I jedni i drudzy rośli w siłę zmieniając swych przeciwników na potężniejszych. Ich życie zamienione na wieczne zapasy nie pozwalało im już użyć wyobraźni do innych celów. Dlatego największe szanse na obudzenie świadomości powszechnego odczucia i na przetrwanie mieli prości ludzie. Istnieli po obu stronach i byli najsłabiej zaangażowani w konflikt.

Tkwiącej w nich dobroci, równoważącej zło w które wierzyli, brakowało jedynie pewności siebie. Gdyby ją zdobyli, staliby się przywódcami w swoich obozach, tym samym wykluczając siebie nawzajem, zgodnie z definicją władzy. Bez tej decyzji byli po prostu szarzy i obojętni. Ich działania były oczywiście skażone strachem, dzięki czemu wypowiadali głupstwa albo formułowali słowem uznaną przez nich za naturalną potrzebę kontroli. Ale ich szarość gwarantowała, że wola pokoju, którą dysponowali rozczarowani współzawodnictwem we własnych obozach, nie była ani zauważana, ani niszczona. Przetrwali bo nie dokonywali działań na szkodę innych, co przy kryzysach władzy i zamieszaniu informacyjnym, stawało się coraz bardziej nieuchronne w akcjach na wyższych szczeblach struktur społecznych. Byli szansą na przemianę. Chociaż o tym nie wiedzieli, udało im się nie stracić umiejętności podporządkowania naturze, nie złamali przymierza z ziemią.

Tutaj po raz szósty

Akceptując rodzinę, z której pochodziła, mogłem tylko podtrzymywać jej wiarę w miłość do Ziemi, ale nie mogłem jak oni powstrzymywać jej wyborów. Musiałem przecież pozostać w zgodzie i z własnymi przodkami. Ryzyko, że wybierze zawiść było tak naturalne, jak śmierć biologiczna kończąca życie każdej ludzkiej istoty. Wybrałem jednak jej towarzystwo bez wahania wiedząc, że tylko ci którzy kochają i nie boją się tego, naprawdę żyją i rozwijają się na tej planecie. Odnalezienie przyczyn jej obaw i asekuranctwa nie należało do mnie i nie krzywdziło mnie. Sam jeszcze nie wiedziałem, gdzie popełniam błąd pozwalający jej na konsumpcję moich nadwyżek energii, więc pozostawaliśmy w równowadze. Jej działania stawały się jaśniejsze, a moje milczenie nabierało treści. Była taka piękna.

Sam się nad tym nie zastanawiałem, ale również byłem uznawany za bardzo przystojnego mężczyznę. Znałem współczesne mi kanony piękna dobrze i stojąc nago przed lustrem zgadzałem się z nimi bez dumy, aczkolwiek z miłością do własnego ciała. Traktowanie biologii jako coś przejściowego i cyklicznego pozwalało mi widzieć moje ciało jako najukochańszy statek, noszący mą świadomość po Ziemi. Teraz jednak zacząłem odkrywać jak silna jest zależność pomiędzy moimi myślami i ciałem. Wzrósł mój szacunek do ziemskich zasad, którym podlegał mój cykl. Uczyłem się nowych możliwości jakie niesie świadomość, pozwalających mi na omijanie praw biologicznych bez konsekwencji ich łamania. Zacząłem dbać o odżywianie, o harmonię ruchu, wzrostu, odpoczynku i przepływu energii pomiędzy tymi stanami. Odkryłem zależność od innych ciał, wpływające na psychikę skłonności wzajemnego przyciągania się pewnych określonych emanacji. Zauważyłem że przyczepia się do mnie wiele szkodliwych wibracji, gdy mieszkam w otoczeniu ludzi, którzy będąc w domu większość czasu spędzają przed telewizorem leżąc, jedząc albo śpiąc. Medytując, nauczyłem się odrzucać te wibracje otępienia umysłu, podobnie jak i obłęd pośpiechu, towarzyszący mi dotąd w autobusach i na ulicach. Ten najsilniejszy bywał w poniedziałek rano, a w piątek wieczorem zamieniał się w równie bezsensowną żądzę rozrywki. Powoli przejmowałem kompletną władzę nas sobą, opanowując wpływy błędnych fal wspólnej emanacji. Zamknąłem swe odczuwanie na impakt destrukcyjnej tradycji. Tylko będąc silniejszym mogłem mieć gwarancję, że nigdy nie posunę się za daleko podczas wspólnego wymieniania się ciepłem i nie przeleję się w nią z siłą, która odebrałaby jej oddech. To że nie oszalała od mocy, nagle partycypując w codzienności rodziny tytanów było dobrym znakiem. Powoli przypominała mi się moją własną przeszłość i tożsamość. Wszystko czym byłem, zanim jeszcze przeprowadziłem się do tego zimnego, północnego miasta.

Już nie zagłuszałem muzyką otaczającego mnie świata tylko przyglądałem się mu, z ciekawością ale bez emocjonalnego zaangażowania. Rozpoznawałem ofiary własnego piękna i lokalnej kultury. Tych, którzy chcąc dobrze dla systemu kończyli w chaosie wyrywania sobie z powrotem wszystkiego, co zostało im odebrane ponad ich wolą dzielenia się. Wiecznie rozgoryczonych, przeliczających wszystko na pieniądze suchotników. Zrozumiałem dlaczego mam nawyk unikania ludzi i uczyłem się co to oznacza, że niektórzy pragną mieć kawałek mojego światła tylko dla siebie samych. Uczyłem się różnicy miedzy ich żądzą zatrzymania a własną akceptacją przepływu. Różnicy między życiem bogatym w świadomość śmierci i oszukującym się, że ona nie istnieje. Nie dotyczył mnie ich pojedynek zaborczych sił, który stawał się ich równowagą, podobną uzupełnianiu się pierwiastków męskiego i żeńskiego. Wyniesiona z domu maksyma „dziel i rządź” stawała się dla mnie coraz bardziej oczywista. Uzależnienie od cudzego światła i nie dawanie własnego było plagą otaczających mnie ludzi. Ona też stawała się uzależniona od mojego światła ale ja wiedziałem, że takie samo światło może odnaleźć w sobie samej. I zdecydowałem się dawać jej tyle, ile tylko będę mógł, aż do chwili, gdy odnajdzie swoje wewnętrzne źródło, albo do momentu gdy poczuję, że dając nadal niszczę i ją i siebie. Ale nawet wtedy nie miałem zamiaru odrzucić wiary w to, że odnajdzie swe wnętrze. Nawet gdyby nie było mi już dane być tego świadkiem.

Zacząłem jej opowiadać historie o tym jak czerpać energię z Ziemi, zamiast wyrywać ją sobie nawzajem, jak to czynili ludzie. Technik takich można się było nauczyć od drzew. Tłumaczyłem jej dlaczego tak niewielu pięknym udaje się być wolnym, a większość, zanim jeszcze osiągnie dojrzałość, kończy w wygodnych klatkach. Więzieniach uszykowanych im przez tych, którzy zazdrośnie strzegą swych świetlistych skarbów i uważają, że w zamian za tę ochronę mają prawo do ich eksploatowania jakby byli przedmiotami bez dusz. Do cna, do swych nie wkluczających w to innych celów, nie dając im w zamian nic z uzyskanych w ten sposób profitów. Godziłem się na to, że nasza zależność od siebie nosi jeszcze podobne cechy ale ewoluowaliśmy wspólnie w kierunku, który pozwalał nam na nie popełnianie takiego błędu. Widziałem wszak, że jeszcze nie potrafiła się wyrwać spod presji grupy, która nakładała na nią zasady i formy tak, jak ona sama ubranie każdego ranka. Nie odrzucałem tego aspektu jej istnienia. Ale kiedy byliśmy sami, siła z którą nie podzielałem wiary w nieuchronność takiego systemu powodowała, że walczący ludzie osypywali się z niej jak piasek z ruchomej wydmy i oglądałem ją taką, jaka była naprawdę.

Uroda emanowała z niej delikatnie i jednostajnie, nie będąc nadwyżką tylko istotą jej energii. Dlatego nie mógł nas spotkać los podobny innym parom, przytłoczonych tym trzecim, wdzierającym się do sypialń i dzielących myśli strachem. Strzegłem naszej równowagi dawania i brania oszukując świat zewnętrzny pozorem, że to drugie trzyma mnie w klatce. Jednak tak długo, jak długo nie potrafiła tego pojąć musiałem się liczyć z faktem, że świadomość iż nie więzimy siebie nawzajem może być tylko moją prawdą. Musiałem pilnować aby mnie w owej klatce faktycznie nie zamknęła. Na razie pilnowanie tego subtelnego sekretu udawało się nam obojgu, ponieważ aby nikt niepożądany go nie odkrył, wystarczało spełnić jeden uniwersalny, zgodny z kosmicznym prawem warunek, czyli kochać. A tego nam nie brakowało.

Tam po raz siódmy

Komunikacyjny kłopot ludzkich Sprawiedliwych rozpoczął się z nadejściem ery maszyn. Pozornie żywy, ale zależny od podtrzymującego go człowieka, sztuczny impuls oddziaływał na żywe ciało przyspieszając bicie serca. Sprawiedliwi kontrolowali swe ciała, więc długo nie rozumieli, dlaczego społeczeństwa zaczynają się coraz bardziej spieszyć. Podejrzewali, że to współzawodnictwo było głównym powodem jednak okazało się to nieprawdą. Maszynowy impuls przyspieszał wymianę pokoleń, wzrost populacji, technologii i zanieczyszczeń. Ze względu na swoją martwotę pochodzenia pobudzał jedynie myśl, pozostawiając bez szans rozwoju zarówno intelekt czyli potrzebę ogarnięcia przyczyn i skutków procesu, jak i emocję czyli wewnętrzną potrzebę ewaluacji czy impuls jest zdrowy dla życia czy też nie. Dostęp do zasobów naturalnych się zmniejszał, a postęp medycyny zwiększał. Ostatnie stulecie nie tylko potroiło liczbę ludzi na świecie ale również zautomatyzowało narzędzia zagłady. Dzięki temu nowe pokolenia trudno już było wzruszyć lub zaskoczyć czymkolwiek nowym, zarówno w pięknie jak i w okrucieństwie. Rosły więc zniesmaczone otaczającą je rzeczywistością, nosząc w sercach jej wyidealizowany obraz. Zbyt podzieleni aby budować zgodnie z wewnętrznym przeczuciem, głównie zajmowali się jego ochroną przed światem zewnętrznym. Wyzwalało to agresję i podstęp, dzięki którym rzeczywistość stawała się jeszcze gorsza, a szanse na przekazanie noszonego w sobie spokoju i piękna, jeszcze mniejsze. Rozdrobnieni i wtłaczani w coraz bardziej tępą dzięki swemu mechanicznemu działaniu cywilizację, wchodzili w dojrzałość zajmując się czymkolwiek by przeżyć i nikt już nie myślał o tym co nowego można zacząć robić, zamiast szukać złóż ropy. Spokój i piękno umierały przytłoczone dyktaturą logiki.

Sprawiedliwi dawali pierwotny impuls. Mogli się już jednoczyć odkrywszy, że wszystkie żywe istoty mogą się komunikować. Ale nie mogli pozwolić maszynie na to, aby zajęła miejsce wśród nich, ponieważ nie posiadała ona woli życia a jedynie możliwość działania zgodnie z narzuconym programem. A program narzucali ludzie i był on równie niedoskonały jak i oni sami. Tylko dużo bardziej zabójczy. Czas mijał. I jaśni i ciemni coraz bardziej się polaryzowali, unicestwiając możliwość konsensusu. Przepaść między nimi rosła dzięki przeciwnej, poddanej maszynowemu myśleniu analizie faktów, połączonej z zupełnie naturalnym instynktem przeżycia. Jaśni, którzy silnie dzierżyli władzę, również jak im się samym wydawało nad technologiami, podróżowali i z prędkością światłowodów zarządzali dochodami z pracy wszystkich. Nieobca im była chciwość. Zaczęli nawet przypisywać sobie efekty cudzej pracy jako własność a nie jako tymczasową, wspólną wartość. Ciemni zasilali fabryki, kopalnie, usługi i pola ryżowe ze zwykłą im automatyką, apatią, niechęcią do życia i brakiem fantazji. Ostatnio jednak, w niektórych lepiej rozwiniętych częściach Ziemi, zaczęli również zasilać sklepy. Zwiększając obroty zwiększały się dochody jasnych i deficyt społeczno surowcowy w innych częściach globu. Tylko Sprawiedliwi widzieli, że wszystko już jest połączone i było między nimi wielu doświadczonych strategów, którzy zastanawiali się jak można pokonać cień przerastający tworzącą go ludzkość. Użycie technologii przeciw technologii wydawało się dobrym pomysłem, ale przecież wytworzenie technologicznych impulsów działających na poziomie emocjonalnym i intelektualnym było niemożliwe dopóki maszyny tworzyły niepowiązane z noszącymi je ciałami umysły. Dlatego nie istniały wolne emocjonalnie maszyny. Sprawiedliwi zajęli się więc odnajdywaniem najbardziej przebudzonych pośród szarych ludzi i wskazywaniem im, za pomocą różnych symboli, dalszych dróg rozwoju. Katastrofa ekologiczna musiała doprowadzić do wielu konfliktów i zależało im na tym, aby pozostały one tylko w emanacjach zaaferowanych walką ludzi.

Tutaj po raz siódmy

Tam gdzie teraz mieszkałem ludziom nie działo się źle. Było to dalekie państewko podległe, zbyt odległe od centrum imperium aby odczuwać jakikolwiek wpływ i zbyt podległe, aby kogokolwiek interesowało co się tam dzieje. Tak długo, jak regularnie płaciło swe daniny i wysyłało swe wojska, pozostawało niewidzialne z pałacowych okien. Pałac. Mój rodzinny dom. W miejscu gdzie się wychowałem zawsze było dużo goręcej. Mieszkając w sercu imperium wojna staje się normalnością. To miejsce gdzie krzyżują się wpływy i religie. Niewolnicza praca, straszliwe dewastacje środowiska, ból, masakry i nędza nie tylko przyozdabiały strony gazet codziennych, ale były obecne w oczach, na ulicach, w pracach i sercach obywateli. Ci, którym jak i mojemu rodowi przynosiło to nienajgorsze zyski, mogli coraz głębiej wpadać w skradzione bogom iluzje tworzenia światów. W wygodzie czterech ścian każdy mógł sam sobie kreować czas wolny, aby nie widzieć czym się stała ludzkość. Wszystko to już przerobiłem i nie ma we mnie ani dumy, ani poczucia winy więc nic nie wyznaję po prostu mówiąc, że byłem jednym z nich. Tych najwyżej, najbliżej sypialni faraona. Miejsca, które było wiecznie puste, a w mojej epoce nawet i fizycznie niezamieszkane. Spośród tych, którzy tam wchodzili, niewielu odważało się wyznać nawet sobie samym, że nic nie widzą. I żaden z nas, dygnitarzy ziemskiej władzy, nie przyznałby się nawet przed najbliższym przyjacielem, że zna tę pustkę, tę prawdę. Kłamstwo o wszechwładnej obecności faraona zabezpieczało nasz byt i chroniło nas przed wzajemną zachłannością. Nie chroniło jednak świata od naszej chciwości. Ale jego prawa pozwalały nam czasem zasnąć. Tylko na krótko, bo w pałacu niewiele jest niewinności, czystych od krwi rąk i posadzek, namiętności w parze z uczuciem i spokojnych snów. Mieliśmy przecież wszystko, a to wystarczy by się o wszystko obawiać.

Jakoś nie umiałem zapomnieć, że on nie istniał. Obserwowałem jak moja ojczyzna, mój Rzym, Babilon, Bizancjum, Egipt, państwo Azteków i imperium Khmerów nadyma się jak balon i w rytmie beztroskiej zabawy odrywa swój sen od pępowiny łączącej je z Ziemią żywicielką. Zastanawiało mnie tylko jak może się obrócić w ruinę imperium, które jest wszędzie naraz. Chyba tylko poprzez globalna katastrofę. Chciałem pozostać na tych ruinach, budując coś nowego i czystego, nieskażonego ani tym światem ani moim własnym chłodem, z którego wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy. Może mało oryginalnie ale i bardzo spokojnie, interesowało mnie sprzątanie po wojnie. Po każdej wojnie przecież ktoś musi posprzątać. Wiedziałem jak się walczy by przeżyć ale interesowało mnie czy można robić jeszcze coś poza tym. Dziś, mieszkając z dala od największego przepychu i największej nędzy, przypominam sobie że jedynym ocalającym mi życie atutem była właśnie owa nieumiejętność zapomnienia pustki faraońskiej komnaty. Skazująca mnie na samotność możliwość ocalenia. Teraz mieszkałem bezpieczny, z dala od tego wszystkiego, ale i bez możliwości zapomnienia. Niezależnie od tego jak daleko się ucieka, nie można uciec od własnej głowy.

Ona pochodziła z prostego ludu, który nie tylko nie słyszał o innych religiach ale nawet nie widział prawdziwych najemników w akcji, obawiając się pijanego wyrostka. Mój kamuflaż był tutaj kompletny i wiedziałem, że mogę się mniej pilnować i na więcej sobie pozwalać. Ostrożność jednak, nie bez powodu była moja drugą naturą. Wiedziałem, że aby stworzyć coś nowego wolno mi ją kochać tylko równolegle, tylko wolną i świadomą własnej jednostkowości. Oczywiście jako uprzywilejowany mógłbym działać w obrębie wyznaczonych reguł, ale wolałem wstrzemięźliwość. I tutaj, szalona impreza końca świata powoli zbierała swoje żniwo, topiąc w swej iluzji większość ludzi, nawet tych, którzy dopiero wczoraj zapomnieli o głodzie. Upadek dotyczył przecież wszystkich części imperium. Moja anonimowość dawała mi względnie większe bezpieczeństwo niż w pałacu, ale nie zezwalała na ingerencję doświadczeniem. Ostrożność. Naczynia połączone wszędzie mają ten sam poziom, a trucizna w zupie pozostaje niewyczuwalna, niezależnie od kontynentu na którym ją spożyto. Jedno słowo usłyszane przez kogoś, kto chociażby słyszał o pałacu, wystarczyłoby abym poniósł klęskę. Zbyt słaby aby się przeciwstawić pędzącej ku swej zagładzie eksploatacji, mogłem tylko obserwować spustoszenia świadomości dokonane dookoła mnie i chronić własne ciało przed płytkimi, zakażonymi wdziękami konsumpcji.

A dziewczyna, którą spotkałem w autobusie, była siłą i pomocą w odparciu tego obłędu. Rozumiejąc to miałem nadzieję, że nie wykorzystuję jej egoistycznie. Widziałem, że z jakichś powodów jest taka sama jak ja, a jej działania nosiły znamię woli poprawy własnego istnienia. Szantażowaną przez ważność codziennych spraw świadomość pozostawiła otwartą i z nie pozbawioną zmysłu praktycznego konsekwencją, wprowadzała wiele otrzymanych ode mnie informacji w życie. Nawet jeśli kłóciły się z jej tradycją religijną. Wypróbowywała, czy dzięki temu będzie się jej lepiej żyć i akceptowała nowe działania bez obaw, że inni mogą się z nią nie zgadzać. Te jej wybory nie zależały ode mnie, nie licząc mego istnienia jako źródła informacji, więc ja też mogłem dokonywać własnych, kochając naszą możliwość bycia obok siebie.

Nie byłem zazdrosny, nigdy nie nalegałem na spotkanie wbrew jej woli ale uwielbiałem, kiedy nikt inny nam nie przeszkadzał. Opowiadałem jej o magach zamieszkujących najwyższe góry świata, zdolnych opuszczać swe ciała i do nich powracać. O ludziach zdolnych kochać się całymi dniami bez utraty tchu i energii, przekazując ją sobie nawzajem i tak zwiększając jej wzajemny poziom. A ona pokazywała mi jak rośnie trawa i tłumaczyła prostotę życia mrówek. Jej nieświadomość nie pozwalała na wprowadzanie mych opowieści we wspólne dzieło, ale starała się, była na dobrej drodze. To czy moje działania miały służyć naszemu przetrwaniu, może nawet przetrwaniu gatunku, czy też przyczynić się do przyspieszenia obłędu zniszczenia nie mogło być moim wyborem. Ale wolno mi było ją kochać. Wbrew pałacowi kochałem więc poprzez każde moje działanie. Pilnowałem aby bierny prąd moich niepotrzebnie na niej skupianych myśli nie zakłócał jej własnej intencji ani działań. Aby jej nie mieć, wypracowałem nawet w sobie adekwatny do naszej technologicznej ery „program” w mózgu. Spychany do pożądanie jej, przez nierozpoznane fizyczne emanacje innych ludzi, czasem myślałem o niej jak o swej własności. Biologiczny akt posiadania kobiety może być jednak postrzegany jako stapianie się w jedność. Dlatego, gdy tylko pojawiła się w mojej głowie, przesyłałem wszystkim dookoła intencję wzrostu w miłości. Silniejszy w radość i szczęście powracałem do swych działań. I właśnie to szczęście zastąpiło mi chłód pałacowej samotności i jest ze mą, we mnie, wokół mnie a może i mną samym do dziś. Nie zniknie z Ziemi nawet wtedy, kiedy moja świadomość opuści statek tego ciała.

Tam po raz ósmy

Działania ciemnych, oparte na materialnym pożądaniu były proste tylko dla tych, którzy nie umieli sobie wyobrazić wyższego sensu życia. Ograniczone żądzą pragnienia znikały, kiedy człowiek osiągał duchową równowagę. Jaśni nie uczestniczyli w obłędzie ciemnych ponieważ odrzucali jego strukturę. Gubiło ich jednak przekonanie, że są lepsi bo wiedzą więcej. Dopiero dzięki nawiązaniu komunikacji z innymi formami Sprawiedliwych ponownie odkryto, że instynkty biologiczne w człowieku pracują tak samo, jak u zwierząt. Dlatego tak długo, jak długo człowiek nie potrafi kontrolować swoich żądz, zarówno materialnych jak i abstrakcyjnych, jego umysł nie jest w stanie obiektywnie działać. Jaśni też nie potrafili się kontrolować w odrzucaniu formy ciemnych. Zdolność do abstrakcyjnego myślenia, rozwinięta na dużo wyższym poziomie niż u jakiegokolwiek innego gatunku żyjącego na Ziemi, uczyniła z człowieka istotę wyjątkową. Równocześnie, pozwoliła mu wpaść w pułapkę tej wyjątkowości. Zamiast słuchać wewnętrznego rytmu organizmu zaczęto słuchać się maszyn.

Impuls technologiczny, wysyłał i ciemnym i jasnym komunikat aby szybciej pracować, niezależnie od pory dnia i stanu zdrowia odbiorcy. Ostatnie pokolenia znały już tylko pęd i w ogóle nie umiały się wyciszyć. Rozwój medycyny pomagał w przyroście populacyjnym, a brak kontaktu z naturą nie pomagał w rozsądnym działaniu. Po pochłonięciu zasobów naturalnych ludzkość zostałaby zmuszona do pochłonięcia siebie samej i żadna kultura nie była przygotowana do zmiany postawy na bardziej ekonomiczną. Ludzi było coraz więcej i brali coraz więcej, traktując Ziemię jak komórki rakowe traktują opanowywany organizm.

Pozbawieni źródła wiedzy, znając jednie metody i rytuały sprawowania władzy, jaśni nie zwrócili uwagi na napęd technologii zadowoleni, że mają mniej pracy i większe dochody w kierowaniu ciemnymi. I tak wystarczyło założenie bycia lepszym i mądrzejszym od innych form życia, połączone z jednoczesnym ukierunkowaniem na spełnienia pragnień ponad potrzeby organizmu, aby spowodować nierównowagę biologiczną. Stan ten był niegroźny, dopóki technologia i medycyna nie pozwoliły na podtrzymanie przy życiu większej grupy niezorganizowanych ekologicznie ludzi. Teraz na ziemi działało już dziewięć miliardów śmieciarzy. Kultury były tak skonstruowane, aby izolować większość obywateli od siebie nawzajem, dzięki czemu sterowanie równowagą sił pozostawało w rękach nielicznych jasnych. Błąd ludzki leżał właśnie w pragnieniach. Tak samo jak ciemni pragnęli bogactwa, jaśni równoważąc ich, zaczęli pragnąć władzy. Pogrążanie siebie i swoich dzieci trwało od zawsze ale dzięki technologii stało się widocznym zagrożeniem.

Sprawiedliwi, którzy sami opanowali swoje namiętności, nie umieli się już zidentyfikować z ludźmi. Wpadli w zastawioną przez siebie samych przed wiekami pułapkę. Każdy głos otrzeźwiający musiał być traktowany przez obydwa obozy jako zagrożenie, konkurencja przekreślająca spełnienie własnych żądz. Możliwość abstrakcyjnego myślenia zapewniała odpowiednią argumentację każdemu chcącemu wierzyć, że ma rację. Sprawiedliwi, ukrywając pewne dotyczące rzeczywistości fakty zarówno przed jasnymi jak i przed ciemnymi mogli odgórnie zarządzać ich rozwojem dopóki maszyny nie przejęły od nich dyktowania tempa. Dzięki nowemu tempu w ciągu niecałych pięćdziesięciu lat stracili możliwość rozumienia ludzi. Ich rutyna miała tysiące lat więc zaprowadzenie radykalnych zmian nie należało do łatwych działań.

Na szczęście wzorzec szlachetny, przygoda bycia szczerym, kochającym człowiekiem nie zginęła. Literatury różnych kultur w różnej formie dochodziły do tego samego wzorca. Według niego, prawdziwe życie zaczyna się od chwili kontroli własnych pragnień i traktowania ich na równi z tymi, które mają inne żywe istoty. Jaśni nigdy nie stracili szacunku do tych zasad, więc ich błąd skupiania się na zarządzaniu ciemnymi, bez głębszej perspektywy wpływu swych działań na środowisko naturalne, mógł być skorygowany. Akceptacja instynktów, którą posiadali ciemni pomogłaby im w samoobserwacji i naprawianiu wielu decyzji. Ludzcy Sprawiedliwi nie mogli jednak tego dokonać sami. Zastąpienie maszynowej pustki wiedzą, którą do tej pory dysponowali nie wystarczało. Musieli jeszcze dołączyć to, czego się dowiadywali od Sprawiedliwych innych form. Nauka niezależnej perspektywy, pomagającej zmienić się tam, gdzie zaczynała się uwalniająca obłęd technologicznych impulsów krótkowzroczność, rozpoczęła się od przekazów prawd dotychczas ukrywanych. W różnych zakątkach świata istniały miejsca, gdzie te same prawdy, za pomocą różnych w swej formie rytuałów, miały na celu wyzwolenie od nadmiaru pragnień. Wyodrębnienie ich z konkurujących ze sobą religii i połączenie we wspólną świadomość dorównującą tej, którą mieli Sprawiedliwi, mogło nadać nowy tor rozwojowi ludzkości.

Tutaj po raz ósmy

Lubiliśmy chodzić na długie spacery do lasu, gdzie nie było nikogo oprócz nas, zwierząt, drzew i lepszego, pozbawionego wydzielin miasta powietrza. Umiejętność zapominania o cywilizacji i dostosowywania się do warunków naturalnych mieliśmy wspólną, aczkolwiek ona instynktownie odnajdywała ciekawsze miejsca. Atmosfera, która nam towarzyszyła, nie miała wiele wspólnego z zachowaniem ludzi na łonie natury. Widzieliśmy wiele zwierząt z bliska przez nie niezauważeni. Wiedząc że bezmiar potrafi zaskoczyć w każdym momencie, mogliśmy stać się świadkami wielu ciekawych procesów botanicznych. Ona gdzieś gubiła uzależnienie od internetu a ja szaro stalową maskę obywatela. Ona przestawała narzekać, a mi przechodziła ochota na snucie historii z podtekstem. Oglądaliśmy listki i mrówki, wymienialiśmy się uwagami o naturze. Miała szeroką wiedzę akademicką na ten temat tylko nie wiedziała, że równocześnie prawidłowo podąża za własnymi instynktami. Uzupełniała i dopasowywała naukowe fakty do mojego podążania za przeczuciem, nie umiałem jej jednak wytłumaczyć jaki posiada dar. Zupełnie jak gdyby jej umysł i jej ciało nie miały pojęcia o sobie nawzajem. Ja już wiedziałem, że musi się kiedyś o tym dowiedzieć. Tymczasem siadaliśmy pod drzewem, milczący i szczęśliwi, czując jak jest nam dane wiedzieć, że należymy do bezmiaru natury. Nie tylko dlatego jestem dziś szczęśliwy, ponieważ sam potrafię powrócić do tych chwil i przywołać im podobne, różne tylko miejscem i procesem. Wiem też, że gdziekolwiek ona teraz jest, też tak potrafi.

Fakt, że nie kontrolowała swej mowy był wyzwaniem. Jej język był pomieszaniem życzeń, zasłyszanych mitów, faktów i klątw. To było wiele niebezpiecznych w swej energii, niszczących myśli, które musiałem neutralizować we własnym umyśle. Doskonaliłem się wiec w sztuce filtrowania chaosu jej umysłu, dochodząc do czystych faktów. Uciążliwość tego zadania, weryfikacja dostarczanych przez nią danych, odrzucania nieistotnych i uszanowania prawdziwych, uczyła mnie nie tylko jej wewnętrznego piękna ale także i tego, jak kontrolować własną spoistość. Jak już wspomniałem, jaźń chroniąca indywidualność aż do zaprzeczenia, że materialnie jest się cząstką całości staje się obłędem, nie pozwalającym na pozostanie w pokoju z samym sobą. Wiedziałem, że nie mam na to bezpośredniego wpływu, ale mogłem prezentować sobą, jak pogodzić się z dumą własną i małostkowością epoki. No i pozostawałem spokojny. Jeśli tylko uda jej się wznieść bez emocji na intelektualny poziom oceny własnej rodziny i własnych odruchów, jeśli uda się jej pokochać rodziców za wszystko, czego udało im się dokonać, zrozumieć powody dzięki którym myślą że upadli, to osiągnie wolność. Będzie wtedy mogła rozpoznawać wyniesione z domu błędy i nie popełniać ich, bo bunt zostanie zamieniony w rozsądek.

Czasami wybieraliśmy się nad rzekę, gdzie graliśmy na bębnach, wypełniając się rytmem bicia serca, albo dęliśmy w didgeridoo wypełniając się spokojnymi wibracjami ziemi. Bobry, czaple, ryby i nietoperze były naszą widownią a moc planety użyczała nam swego spokoju pochodzącego z czasów, kiedy nie tylko nie było jeszcze ani myśli, ani władzy, ani wartości czy autorefleksji. Czasów zapomnianych bo nie zapisanych. Niemożliwych do zapisania bo bez myślowych ale istniejących od zawsze i do dziś. Istniejących dzięki świadkom ich przepływu, takim jak oceany, drzewa, wulkany i inne planety. Definicja czasu w jego ludzkiej wartości znikała i wszystko trwało wystarczająco długi ułamek sekundy, aby pomieścił w sobie wyrazistością doznań całe eony. Owszem, zdarzało mi się pragnąć jej, ale bardziej chciałem aby była sobie w stanie przypomnieć te chwile, jak już zostanie sama. Zadanie takie jest trudne, ale możliwe. Sam wiem o tym najlepiej, bo przyjechałem tutaj już zanurzony w pozbawionym rozpaczy błękicie samotności, bogatym w wyjątkową umiejętność pamiętania o takich chwilach. Właśnie dzięki temu moje serce mogło być otwarte dla wszystkich równocześnie, pozostając nieczułe na zranienia jak kamień.

Byłem jak skała będąca, o ironio, podstawą współczesnego mi wyobrażenia o bogach. Nie wiem co ona o mnie myślała, ale wiedziałem, że nie jestem bogiem i pilnowałem, aby nie mogła mnie zranić. Jej ciało nadal jeszcze wierzyło, że przemoc musi istnieć, wysyłając mi czasem wibracje, z których pewnie nie zdawała sobie sprawy mimo, że przenikliwie bolały. Śmierć tego elementu jej jaźni była kwestią świadomie dokonanego wyboru i dopóki moment ten nie nastąpił musiałem, nie odrzucając jej, chronić się przed tym bólem. Napinałem wiec mięśnie zanim mnie przenikał i pozwalałem mu spłynąć po skórze nie dochodząc do środka. Studziłem tak również własne pragnienie położenia jej alabastrowego ciała na miękkim mchu, a głęboki oddech rozpuszczał testosteron napełniający mą muskulaturę napięciem, które równie dobrze mogłoby się przerodzić w namiętność co i w agresję. Pilnowanie własnego pożądania nie należało do najłatwiejszych zadań.

Oddech, oddech jest znakomitym lekarzem i to nie tylko w przypadkach wylewu spermy do mózgu. Pozwala na dystans, rozprowadza spokój do całego ciała i dzieli się nim ze wszystkimi dookoła. Szanując fizykę przyrody, ból jaki mi serwowała nie był uczciwą wymianą a nieświadomość nie zwalniała jej z odpowiedzialności. Ale to nie ja byłem tym, który musiałby zabić jej sny i zmienić ją we wrak cudzej woli, jeżeli wybrałaby przemoc. Byłem tylko tym, który potrafił przyjąć wezwanie kochania całości. Z każdym dniem ból się zmniejszał a jej szansa na zrozumienie i wybranie szczęścia wzrastała. Mijały miesiące. Ona była jak aztecki bóg koliber, rodząc się co rano i umierając o zachodzie słońca, a ja byłem jak bezkrwawy kult pogan raz słońcem, raz księżycem oświetlając ją to pełnią żaru, to bladym, przebijającym się przez noc blaskiem. Potem wracałem do siebie, zamieniając ten blask w neutralizację otaczającej mnie nienawiści i ignorancji poprzez wypełnianie siebie miłością. W końcu jest to jedyna dostępna człowiekowi boskość. Ona też wracała, do świata, którego już nie postrzegała, w swej pełnej wspomnień nieświadomości, tak jak poprzednio. W nocy wspomnienia zlewały się z jej snem, rodząc nowe myśli i idee, które mogły jej zezwolić na pokojowe uwolnienie się od iluzji i na zauważenie istnienia mechanizmów własnej projekcji rzeczywistości.

Tam po raz dziewiąty

Materializm jako punkt odniesienia w koncepcji życia ściągał na dno miliony, z powielanym zerojedynkową falą przyspieszeniem. Podstawa rozważań naukowych prowadzonych przez jasnych zawsze odnosiła się do istniejącego faktu jako dowodu, od którego można było kontynuować dalsze rozważania lub przewidywania. Odkrycie, że myśl jest impulsem elektrycznym nie zostało potraktowane jako nowa podstawa uwarunkowania rozwoju nauki, jedynie jako zjawisko w jednym z jej odgałęzień. Efektem było powielanie schematu, w którym nie było rozwoju ponad instytucję władzy, wymyśloną onegdaj przez ludzkich Sprawiedliwych dla ludzi, z pominięciem innych form życia. Każda rewolucja była elementem procesu, w którego cieniu trwali przekazujący sobie równowagę wpływów jaśni i ciemni. Skupieni przy blokującej postęp nauki religii ciemni zrównoważyli jasnych, którzy przestali wychodzić z odkryciami poza błędnie rozumiane dobro ludzkości. Odwieczne w swej kruchości przymierze pomiędzy tymi siłami chwiało się. Ciemni karnie słuchali się, nienawidząc jasnych a jaśni nie uznawali niczego, co nie mogłoby zostać przedstawione w formie materialnej.

Przymierze nie pozwalało na braterstwo myśli. Dzięki temu myślowa elektro-magnetyka chorób, będących skondensowanymi przekleństwami ciemnych, mogła sobie podróżować, niezauważona przez swych nosicieli tak długo, aż nie wystąpiły fizyczne symptomy które można było leczyć. Wpływ impulsu maszyn na myślenie przeciętnego człowieka nie istniał nawet w wyobrażeniach o konieczności przeprowadzenia odpowiednich badań. Nawet fale jako zjawisko istniały tylko u fizyków teoretyków, zamiast odpowiadać za równowagę energetyczną jednostek. Kruche przymierze, presja stałego konfliktu były elementami rozwoju, bodźcami dzięki którym cywilizacja mogła się piąć w górę. Tak długo, jak długo istniały tylko naturalne źródła fal elektromagnetycznych, regulacja biologiczna tego procesu odbywała się w sposób naturalny. Technologia przejęła tę kontrolę z niewidzialną precyzją.

Ignorowanie faktu istnienia tych fal nie oznaczało przecież, że ich nie było. Nieświadomość ludzi, że maszyny przejawiają niezbadaną przez nich aktywność uboczną nie zmieniła faktu, że zaczęli działać pod jej wpływem. Nieregulowana przez potrzeby biologiczne energia myśli spowodowała przyspieszenie, rosnące wprost proporcjonalnie do zasięgu technologii i braku wiedzy o ingerencji fal. Oba fronty przyspieszały, nie mając żadnego kulturowego modelu rozwoju, który zezwalałby im na inne działanie. A ten, kto pierwszy nie wytrzyma, umrze lub zaatakuje drugiego. Nadejście wojny było nieuchronne. Ale wojna spowodowałaby jedynie zmianę władzy i powielanie starego schematu.

Aby życie na ziemi przetrwało Sprawiedliwym pozostało więc zatrzymać ten proces przynajmniej u części ludzi. Na bezpośrednie doprowadzenie do odkrycia impulsu maszyn było już za późno dla większości umysłów ścisłych. Proces musiał się rozpocząć równolegle u dzieci jasnych i ciemnych, na wielu poziomach intelektualnych. Struktury myślenia ludzi o własnych potrzebach musiały przejść przez wypieranie impulsu „więcej” impulsem „wystarczy”. Ludzie zdolni do rozpoznania i odrzucenia automatyki swych żyć mieli szansę na budowę nowej, lepszej cywilizacji.

Tutaj po raz dziewiąty

Moja potrzeba kochania spełniała się całkowicie. Z byciem kochanym bywało różnie. Kontrolowałem już nawet wybuchy pożądania panując nad swym ciałem. Nie mogłem jej przecież prosić o inne emisje ciepła fizycznego niż sama chciała mi dać z własnej woli. Stałe niespełnienie mej męskości w formie biologicznej nie przeszkadzało mi tak bardzo ale wywoływało komplikacje w komunikacji z innymi ludźmi. Ma samotność wystarczała mi na stworzenie dystansu społecznego, ale kiedy dołączyła doń oddzielna fizyka naszych spotkań, sen otaczających mnie ludzi został zepchnięty w cień. Nie traciłem jednak z nimi kontaktu. Zapuszczałem się w noc, poszukując nieobcej wielu nicości, w której mogli ukryć swój ból i swą opowieść. Nie miałem nic do ukrycia, ale potrzebowałem treningu ostrożności, aby nie utracić pełnego kontaktu z każdą ludzką rzeczywistością.

Ulice wielkich miast skrywają wielu szaleńców, którzy nie chcą nikomu opowiedzieć o swoim bólu. Wiem, że jedyne co muszą uczynić to otworzyć serca, aby znów móc żyć szczęściem, pozbawieni rozsadzającej mózgi i zatruwającej ciało dumy. Gdybym się nie bał zajrzeć we własne serce naprawiając błędy przeszłości, nie sprostałbym demonom własnych myśli, stając się jednym z nich. Bez poczucia winy odrzuciłem przecież wszystko aby móc kochać. Tym co mnie dalej z nimi łączyło był brak szacunku do istniejącego systemu i walka z nim. Fakt, że jeszcze nie pozbyłem się wszystkich przywiązań i zdarzało mi się pożądać. Różnice jakie między nami istniały pozwalały mi definiować siebie samego. W moim przypadku, konflikt z systemem nie tkwił w uporze, tylko w ochronie własnej racji przed prawem. Poczucie wygnania było fizyczną przypadłością, która z nimi dzieliłem. Nie piłem w zapomnieniu tylko słuchałem w poszukiwaniu rozwiązań. Nocne włóczęgi inspirowały mnie.

Nie wiem dlaczego akurat mi było dane pojąć zagrożenia związane z brakiem kontroli nad środowiskiem naturalnym, najwidoczniej nadszedł czas aby było to zauważone u szczytu. Pałac faraona nie był miejscem, gdzie można było zrobić coś pozytywnego. Każda dobra inicjatywa istniała głównie dzięki temu, że pozostawała wystarczająco długo niezauważana, rosła, a potem było już za późno na jej kompletna likwidację. Ten schemat pozostał więc moją jedyną możliwością sukcesu. Przyzwyczaiłem się, że nikt nie chce słuchać o ochronie środowiska. Nikt nie zyskiwał na tym temacie a ludzie tacy jak ja, nawet kiedy tracą wszystko to z punktu widzenia przeciętnego zjadacza chleba nie muszą się o nic troszczyć. Na spotkaniach wszystkich komisji, delegatur, rządów, poselstw i innych ciał zarządzających imperium temat ekologii pozostawał ignorowany. Frakcje były zbyt zajęte szantażowaniem siebie nawzajem i wyrywaniem sobie wpływów, aby chociaż na chwilę oderwać wzrok ponad kreowany przez siebie obraz rzeczywistości i w szerszej perspektywie ujrzeć co się dzieje.

Fakt należenia do tej a nie innej rodziny był wystarczającym powodem aby nauczyć się spać czujnie i nie pozwalać nikomu na stanie za plecami. Kiedy poruszyłem temat przyrody nawet moja własna rodzina odsunęła się ode mnie, traktując mnie jak wariata. Nieważnego ale nietykalnego. Wiedząc swoje przecież mieli rację, autoryzując produkcje dziesięciokrotnie przekraczające globalną regenerację surowców. Odbijałem ich obłęd będąc pajacem etykiety, wyposażonym we wszystkie przymioty władzy ale całkowicie od niej odsunięty. Chodziłem obejmując drzewa i opowiadałem o zagrożeniach klimatu, nawoływałem do zmiany przyzwyczajeń i przywiązań nie przejmując się, że wszystkim odbieram apetyt godząc w rozsądek i tradycję. Ciemni przestali mnie widzieć a jaśni słyszeć.

Właśnie wtedy zdecydowałem, że czas porzucić miejsce, w którym zmiana nastąpić nie może. Uwolnić się od nazwiska i zaszczytów pozwalając sobie na spełnienie wszystkich wymagań o których mówiłem. Zmienić co mogę swoim życiem, zmieniając siebie, odcinając się od materialnej pępowiny moich przodków. W końcu należę do rodu, w którym już piastunki uczą drwić ze śmierci i w którym każdy, zawsze konsekwentnie dąży do obranych celów. Byłem taki sam. Korzystając z jednego z kont zatrudniłem się za minimalną pensję na rubieżach imperium i wyjechałem nie pozostawiając za sobą żadnego śladu, poza konsekwentnie tłumaczonym powodem dobrowolnego wygnania. Moja nieobecność z pewnością została powitana z ulgą. Ale to nie był mój sekret. W miejscu, w którym teraz mieszkałem, moja przeszłość była zbyt wielka by istnieć. Zakrawała nie na prawdę tylko na fikcję. Mój sekret był inny, tak głęboki, że sam czasem nie wierzyłem w jego istnienie. Było nim uczucie do kobiety pochodzącej z najniższej kasty, klasy ostatnio zwanej najniższym progiem podatkowym. Nie moja tożsamość, tylko ta miłość była tajemnicą z którą maszerowałem w noc. Chroniła mnie lepiej niż potrafi biegłość w sztukach walki.

Spacerowałem pełen szczęścia i spokoju, w którym znajdowali miejsce ci, których pora nadeszła aby popatrzeć w nowym kierunku, niewidzialny dla tych, którzy mieli się jeszcze długo tułać. Od głosów nocnych dzielnic odgradzały mnie pełne muzyki słuchawki, ale nie zagłuszałem już bólu ani nieumiejętności płakania. Nieużywane gruczoły łzowe, ironizując z mej sytuacji, wymieniały swą zawartość spływając po smaganymi wiatrem policzkach bez żadnych emocjonalnych powodów. Tak jestem egoistą z wysokiego rodu melodramatycznie leczącym swe słabości po to, aby nie zabić jej ducha jeżeli znowu odpowie mi bólem. Do samego końca chciałem się nauczyć istnieć obok niej nie posiadając jej i nie pozwalając, aby jej ignorancja zawładnęła moim ciałem.

Wierzyłem, że pozwoli to na harmonię, która zapoczątkuje pokój. Uchroni człowieczeństwo od czasów, gdy wizyta w szpitalu znanej aktorki potrafi być ważniejszą informacją od śmierci milionów uchodźców, a wyginięcia kolejnych gatunków fauny nawet się nie klasyfikują jako informacje medialne. Wiem, rodzice przecież nauczyli mnie, że tak było od zawsze i że powinienem przyjąć wielkość z ta samą pokorą z jaką inni chylą głowy nad swoją małością. Zarzut ten przedzierał się przez muzykę i bębnił w uszach. Moja małość stawała się moją wielkością dościgając mnie z komnat pałacu. Zwykła duma wojownika mi nie wystarczała, znudziły mnie powtarzające się role i historie dworu. Moje pragnienie czegoś nowego było tylko zachcianką rozwydrzonego dzieciaka a troska o środowisko wymówką. W końcu moja historia też była powtórką zdarzających się raz na jakiś czas mezaliansów, odmienną głównie dlatego, że nie wyrwałem mojej partnerki z jej środowiska. Nie przesadziłem z korzeniami w luksus i odpowiedzialność, które byłyby dla niej nie tylko zaszczytem ale i potwornym brzemieniem. Gdy myśli takie bębniły w mojej głowie nie pomagała nawet muzyka. Od własnej głowy uciec nie można, można jej tylko sprostać. Dlatego już nie zagłuszałem myśli, traktując je jako strategiczne ostrzeżenie. Jeszcze nie byłem u celu, a musiało mi się udać tak, jak jeszcze nikomu nie udało się wcześniej. Krążyłem po nocach tak długo, aż zrozumiałem, że wszak jestem gotów oddać życie za powodzenie mej misji, więc nie ma we mnie rozwydrzenia tylko nieskazitelność. Nasza normalność była moim celem i aby go osiągnąć musiałem pogodzić ją z normalnością obu z zamieszanych w to rodzin.

Tam po raz dziesiąty

Konflikt wybuchł tradycyjnie, jak wiele poprzednich wojen. Jak zwykle chodziło o dostęp do źródeł energii i jak zwykle było to zatuszowane ideologią wyzwolenia. Tym razem już nie chodziło ani o ludzi ani o pola uprawne, tylko o dostęp do ropy. Manipulowane religie posłużyły jako znakomity sposób, aby przekonać wszystkie strony konfliktu, że są powołane przez Boga do zrobienia porządku. Ciemni przejęli władzę w kilku miejscach na Ziemi. Ponieważ już od trzech lat nie było zimy i głosy wskazujące na wpływ człowieka na te zmiany nasilały się, ci z jasnych, którzy stali u sterów, wykorzystali nową ekologiczną ideologię. Chcieli zapewnić sobie i podległym ciemnym przetrwanie. Nie interesowała ich jednak równość, jedynie energia. Sprzeniewierzyli się tak przez siebie samych głoszonym ideom. Przyspieszani do działania w swych nieprzemyślanych decyzjach poprzez rytm technologii, nie pamiętając o innych żywych istotach, zdradzili własne ciała i ociemnieli, stając się ślepymi na siebie nawzajem i na swe błędy. A władza jaką dzierżyli w swych rękach była potężna. Zamiast nakierować ją na równowagę, skierowali na pozostałych przy życiu jasnych zamieszkujących tereny, które opanowali ciemni. Wierzyli, że ich przetrwanie zależy od zabezpieczenia sobie źródeł dla własnej technologii a nie od zbudowania nowego sposobu życia. Sprzeciwiający się im jaśni terenów podbitych nie byli bezpośrednio powiązani z ochroną środowiska tylko skupieni na samoobronie i zaskoczeni sytuacją.

Wojna rozpoczęła się równolegle wszędzie tam, gdzie ludzie byli zbyt biedni aby utrzymywać armię albo zbyt bogaci aby rezygnować ze swych wygód. Na terenach opanowanych przez ciemnych nie było równowagi. Rządy jasnych gwarantowały ciemnym przetrwanie w niewoli, podczas gdy ciemni u władzy, brzydząc się niewolnictwem, konsekwentnie eksterminowali jasnych. Sprawiedliwi obliczyli, że aktywne rozpoczęcie konfliktu na całej planecie zajęło ludziom niecałe pół roku. Świat podzielił się geograficznie na strefę czerpiącą zyski z wojny i wykrwawiającą się dla niej. Strefa czerpiąca zyski wcale nie była zwycięską, ponieważ nie była zdolna do istnienia bez dochodów wykrwawiającej się i nie miała żadnej perspektywy samostanowienia w momencie, gdy już nie będzie co łupić. Tym razem Sprawiedliwi nie interweniowali swoim głosem, który potrafił w ekstremalnych sytuacjach wpłynąć na wybory niektórych i przynieść porządek. Polaryzacja była potrzebna, ponieważ równocześnie ogarniając cały glob, oddaliła na dalszy plan konflikty lokalne, nadając słowu ekologia nowe, bardziej świadome znaczenie. Dzięki temu, przebywający po obu stronach frontu prości ludzie, mogli się ocknąć na stan środowiska i odrzucić wojnę. Według niektórych, głównie ludzkich Sprawiedliwych po to, aby znowu mogli powstać i jaśni i ciemni. Według innych, w większości roślinnych i zwierzęcych Sprawiedliwych po to, aby wszyscy ci niezdolni do objęcia swą świadomością różnych sobie form życia odeszli, oczyszczając planetę z najgorszej z jątrzących ją trucizn. A ponieważ Sprawiedliwych innych form było więcej, ludzkim nie pozostało nic innego jak zgodzić się z ich planem.

Tutaj po raz dziesiąty

Nowa wojna, o której opowiedział mi internet, pozostawała w nieświadomości zamieszkałych na prowincji ludzi. Coś słyszeli o walkach, o wizach dzięki którym nikt, kto urodził się na innym kontynencie, nie mógł tu przyjechać. Sami nie mieli żadnego interesu aby wyjeżdżać na tereny ogarnięte walką, a media usypiały ich co wieczór tą samą, obfitującą w nawoływanie do zakupów i seksu, płaską kołysanką. Nawet wzmianki o wysłanej w rejony konfliktu armii były lakoniczne. Presja u góry zwiększała się, cena ludzkiego istnienia spadała, podobnie jak wynagrodzenia i opieka społeczna. Nie było to dla mnie nic nowego. Wiedziałem, że uwięziona w małżeństwach żądza, nie leczona tylko przetwarzana na pęd do zakupów i awansów, będzie wystarczającym motorem działania dla większości. Będą ciężko pracować i mieć rację nawet wtedy, kiedy ziemia pod ich stopami zacznie się palić. Jak zwykle dopiero ich dzieci upomną się o swoje prawa i dopiero wtedy, jak już będzie za późno. Jak już wszyscy poniosą konsekwencję obecnej ślepoty. I będą potem dźwigać się z heroizmem, na który nie było stać ich ojców, kiedy jeszcze mieli pełne brzuchy. Potem będą wymagać od swych dzieci szacunku za swój heroizm, wychowując następne pokolenie tłustych idiotów, zbyt leniwych aby zapobiec kolejnej katastrofie. Jeżeli jeszcze będzie istnieć ich cywilizacja na Ziemi.

Teraz u steru byli tłuści idioci. Wiedziałem, że mogę ocalić tylko siebie, chociaż próbowałem ocalić nas przed ich ociężale duszącą ignorancją. Każde jej słowo stało się moją inspiracją, każde jej skinienie oddechem. Wybrałem ją na równowagę z premedytacją i dojrzałą konsekwencją. Poza sobą samym, odbierającym świat wokół mnie, niczym innym być nie mogłem, nie potrafiłem, nie lubiłem i nie próbowałem. Moja decyzja była zgodą na uczestniczenie także w świecie ludzi. Prawdą, jaką umiałem im przekazać. Maski, które niektórzy zakładają zależnie od napotykanej konfrontacji, przypominają mi schizofrenię. Zastanawiam się jak oni mogą żyć z tak wieloma wcieleniami. Chyba tylko fakt, że nie są tego świadomi pozwala im istnieć. Czasem wybuchają, spotykając własne, dwie zupełnie przeciwstawne maski ale nie zdarza się to często i następnego ranka już o tym nie pamiętają. Wtedy, kiedy graliśmy nad rzeką, widziałem ją bez maski. Była po prostu piękna. Dzięki temu poznałem jej wszystkie maski, nawet tą zakładaną specjalnie dla mnie. Nie potrafiła inaczej.

Jej ród był tak wychowywany od pokoleń, dzieląc swe życie na dzieciństwo, dzień uświadomienia sobie własnych masek i to smutne wszystko, co się wydarza potem ale jeszcze przed śmiercią. Upadek był słowem permanentnym bez prawa do ponownego powstania. Należeli przecież do służących. Należąc do widzących wiedziałem, że wcale tak nie musi być. Twarz uwalnia się odrzucając dumę, wybierającą fasony, i strach, zajmujący się wielkościami zakładanych masek. Pokazywałem jej, że jestem świadom jej wielu twarzy i mam je za nic. Nie obciążałem jej ani winą ani odpowiedzialnością za te chwile, gdy jeszcze nie znając własnego, działającego na nią strachu, wprowadzała mnie w błąd. Więcej nie mogłem zrobić.

Przypomni sobie o tym kiedy nadejdzie odpowiednia pora w jej rozwoju. Wtedy, kiedy już przestanie się bać i sama sobie uświadomi własną podatność na zmianę myśli pod wpływem emocji. Tylko wtedy będzie mogła sama wyprostować własne życie wiedząc, że ma do tego prawo. Że są i inni, którzy też tak potrafią i już pomogli jej, pokazując to co zawsze pozostaje niewypowiedziane wtedy, gdy jeszcze się nie zna pewnych płaszczyzn istnienia. Nie miałem wątpliwości, że czy przy mnie, czy też gdzie indziej, pewnego dnia przestanie bać się kochać. Była zbyt piękna i miłość kipiała w niej zbyt intensywnie, aby mogła wybrać inaczej. Nawet nie potrafiłem sobie wyobrazić jej wspaniałości, kiedy już ujrzy całość i wstrzyma odziedziczone nawyki stojące na jej drodze do spełnienia. Chwili, kiedy już będę jej równie drogi jak ona jest mnie. Życzyłem jej tego jak najszybciej, chociaż wtedy będzie umiała żyć nawet beze mnie.

Jedną z tajemnic mego rodu był fakt, że widzenie bywa prawdziwą ironią. Kiedy już się o nim wie, widzący nie potrafią być razem. Tylko obok siebie. Ale ironią tylko na miłym etapie przywyknięcia do czyjejś obecności. Rody nasze były podzielone od zawsze i z tego co mi było wiadomo, po raz pierwszy, sam w tajemnicy, uczyłem nowego widzącego. Wierzyłem, że jesteśmy potrzebni, tańcząc wbrew innym widzącym, zatopionym w ludzkich dziejach. Wszyscy odczuwają potrzebę bycia tu i teraz, razem obok siebie bez oszukiwania swej samotności, pieszcząc ją sobie nawzajem. Wielki błękit mojego umysłu wypełniała radość i satysfakcja. Właściwie nie wiem, czemu odmienność myśli nazywam samotnością, skoro dwie osoby o idealnie takim samym zdaniu nie istnieją. Zapewne zawdzięczam to lekcjom logiki, retoryki, strategii oraz potrzebie wierności własnej prawdzie według której, nawet zmiecieni przez bombę atomową umierają indywidualnie i dlatego samotnie. Dzięki równowadze jej obecności mój umysł pozbywał się takich drobnych niekonsekwencji.

Łatwiej mi było widzieć tłumy obcych sobie ludzi przelewających się przez miasto. Czułem jedność z trwożliwie zakrytym przed światem człowiekiem a strach, którym mnie nauczono pogardzać, zacząłem traktować jako przedmiot studiów. Nie podzielając tego stanu jako dominującego, uczyłem się drżenia, pospiesznie wypowiadanych kłamstw, głów kręcących się we wszystkie strony niezdolnych napotkać wzroku rozmówcy i pulsowania samotności pełnej obaw i knowań, na których realizację już nie starczało odwagi. Widziałem jak czynią ze swych umysłów swego największego wroga. Potem analizowałem ich psychikę podczas moich kontaktów z przyrodą, która szanowana obdarza człowieka takim samym szacunkiem. Wtedy zorientowałem się, że pozwalająca na przeżywanie z nikim nie dzielonych uczuć wyższych kinematografia, będąca w porażającej większości swych produktów jednym z najlepszych znieczuleń przeciętnego człowieka na własną egzystencję, przypadkiem uzewnętrzniła kłopot cywilizacji w której żyłem. Prawie wszystkie horrory, produkowane masowo na potrzeby przeciętnych pracowników pierwszego progu podatkowego, rozgrywały się na łonie natury. Żyłem w czasach gdy biologia własnego gatunku stała się nieznana i inspirowała używających strachu przed nieznanym do produkcji dreszczowców. Zrozumiawszy to, chociaż osamotniony w swych poglądach mogłem wiedzieć, że w pewnych sprawach się nie mylę.

Tam po raz jedenasty

Działania wojenne doprowadziły do nowej polaryzacji ludzi. Na tych przynależących do poszczególnych kultur i tych świadomych istnienia ponad nimi. Człowiek, który oddzielił się od Ziemi zawieszał swe istnienie na abstrakcji wojny. Nie było w tym nic szczególnego, skoro cywilizacja ludzka opierała się na takim założeniu od wynalezienia władzy. Teraz jednak oznaczało to pogwałcenie naturalnej kontroli ekosystemu. Większość ludzi przecież nie miała świadomości swego odcięcia od natury wierząc, że życie konsumpcyjne miejskie czy farmakologia są dobre i nadal niszcząc i siebie i ziemię swymi płytkimi pragnieniami. Sprawiedliwi już nie mogli im pomóc. Szanowali wolny wybór takiego stylu życia, wygody wbrew podążaniu za rozsądkiem. Tłumaczenie ludziom dlaczego nadal czują się źle i mają lęki w czterech ścianach swych mieszkań nie miało żadnego sensu, skoro nie chcieli się oni wyrzec swych, zarabiających na nich, mistrzów. Sprawiedliwi mówili językiem bez strachu i kłamstw, opartym na wymianie doświadczeń, a tacy zagubieni w podkopywaniu wzajemnego systemu wartości ludzie nie potrafili ich zrozumieć.

Tylko ci, którzy nie przyłączyli się do konfliktu i zrozumieli, że wystarczy im mniej na korzyść innych stworzeń, zaczęli śnić w zgodzie z własnym instynktem samozachowawczym i działać ponad podziałami, ucząc się przetrwania. Strach i nijakość otaczających ich obywateli nie miały na nich żadnego wpływu. Nie było ich jednak zbyt wielu. Większości łatwo było się zagubić w pokrętnych układach, w których dopiero odrzucenie środowiska i opowiedzenie się po jednej z walczących stron, czy to jasnych czy to ciemnych, gwarantowało możliwość zrozumiałej komunikacji. Tymczasem efekt odłączenia od natury zbierał swe krwawe żniwo po obu stronach frontu. Człowiek pozostał bowiem istotą biologiczną, która mimo wielu mutacji i przystosowań pozostawała zależna od praw, których zdeklarowany umysł nie pozwalał przestrzegać.

Ale każdy pojedynczy człowiek który uświadomił sobie swoją zależność od Ziemi natychmiast, dzięki umysłowi wyzwolonemu z wojennej iluzji cywilizacji, stawał twarzą w twarz z prawdą o własnym, dotychczasowym życiu. Nagle zaczynał rozumieć, że wszystkie działania i zwyczaje skierowane przeciw naturze uderzały w najbliższą mu naturę, we własne ciało. Słabszych raniło to bólem i chorobami. Ironią ludzkości stał się fakt, że ci zdeklarowani jako jaśni lub ciemni, którzy mogliby działać aby uratować gatunek, stawali się ofiarami prawdy. Niewielu potrafiło się podźwignąć z tego stanu w zdrowiu i bez ponownego oddania się snowi o rzeczywistości, dyktowanemu przez otaczających ich współplemieńców. Kultury nie obfitowały w informacje jak samemu się wyleczyć, aczkolwiek w każdej części globu istniało kilka danych, pozwalających na takie działanie. Natomiast ci, którzy przetrwali próbę przebudzenia, stawali się silniejsi i mądrzejsi od jasnych i ciemnych wodzów. Odszukiwali prawdy lub formułowali je na nowo nie niepokojeni przez lokalne dogmaty. Nie zbierali jednak podległych sobie umysłów jak tamci, najwyżej pomagali innym budzącym się. Umieli wznieść się ponad linie frontu i opuścić konflikt wolni, działając w harmonii ze swymi snami i zasilając szeregi ludzi, którym ma być dane przeżyć.

Tutaj po raz jedenasty

Powoli orientowałem się, że jej niewykształcone, stymulowane wojennym napięciem pragnienia zaczynają mieć moc. Wojna potrzebowała koniunktury a tę wytwarzano poprzez pęd do zakupów i koncentrację na tworzeniu konsumpcyjnych par, które połączone tylko wspólnotą fizyczną traktowały się według określonego schematu. Schemat ten pozwalał przejąć wątpliwą równowagę pierwiastka męskiego i żeńskiego przez każdego innego obywatela pod nieobecność współmałżonka. Pozbawieni moralnych hamulców jednoczyli się w żądzy usprawiedliwiając przed sobą nawzajem. Nasze fikcyjne bycie razem wymagało teraz ode mnie pewnych określonych reakcji przy każdej napotkanej kobiecie. Reakcji, które miały za zadanie odbierać całą energię i absorbować człowieka człowiekiem tak bardzo, aby już nie mieć siły na ujrzenie wydarzeń z dalszej niż osobista i zawierającej inne istnienia poza ludźmi perspektywy. Aby się ustrzec takiej zniewolonej zależności, opracowałem sobie własny zestaw zasad, dzięki którym nasza miłość nie zatonęła w otaczającym nas bagnie konsumpcji. Przez sentyment do ostatnio czytanej mitologii nazwałem je mantrami.

Przez miasto w którym zamieszkałem, przepływała rzeka dzieląca się na wiele meandrów i odnóg. Korzystając z komunikacji miejskiej, prawie niemożliwością było przejechanie kilku przystanków bez pokonania jednego z wielu mostów. Dlatego postanowiłem, że na moście zawsze będę powtarzał swoje mantry, które niezależnie od otaczających mnie wydarzeń, pozwalały mi pamiętać. Wpatrzony w lustro wody powtarzałem w myślach, że spełniam swoją rolę pamiętając nie tylko o interesach ludzi ale i innych form życia. Powtarzałem zasady energetyczne pozwalające na życie w harmonii i nie wpadanie w stałą zależność fizyczną od siebie nawzajem. I tak, niezależnie od dnia i natężenia otaczających mnie wydarzeń i emocji miasto samo, swą konstrukcją, przypominało mi o sensie istnienia.

Otaczający mnie system, szczelna skorupa, wyposażona zaledwie w namiastki ewoluowania jak zwykle załamywał się, nie będąc w stanie powstrzymać ognia buntu młodych. Agresja była jego częścią, wpisaną weń jak opcja zmiany, nigdy nie zmieniona swą formą na łagodniejszą i bardziej przyjazną człowiekowi. Wojna trwała, pozornie niewidoczna, ale narastająca w cenach artykułów i emanacji krwi jaką zostało okupione ich zdobycie. Agresja i nienawiść obywateli narastały, pląsając na obserwowalnej w ich oczach i twarzach granicy wybuchu. Każdy dzień przynosił nowe ofiary w higienicznie dostarczanych za pomocą telewizorów do mieszkań cyfrach, w rytm których zasypiali ci, którzy następnego dnia mieli iść do znienawidzonej pracy. Zastanawiałem się co jeszcze mogę zrobić, aby gdy już przeleje się w niej bunt, rozumiała na czym polega wybór wewnętrznej wolności i poszła za nim, zamiast angażować się w od tysiącleci przegrywaną walkę zewnętrzną. Odpowiedź też była niezmienna od tysiącleci. Pokazywanie jej własnych struktur istnienia było wszystkim co mogłem zrobić. Ja nie przekraczałem granicy a ona sama wybierała to, co ma dla niej wartość.

Muszę też zauważyć, że sam uczyłem się przy niej nieznanych mi wcześniej przymiotów takich jak cierpliwość, głębia akceptacji drugiej osoby, radość i spokój płynące ze świadomości, że ktoś jeszcze żyje i się rozwija. Poznałem przeczucie unoszącego się ponad myślami kontaktu duchowego z innym człowiekiem oraz zanurzenie w głębokiej satysfakcji, która zamieniona w słowa opisywała by tylko abstrakcję. Jej istnienie przecież, z definicji charakteryzował brak słów i myśli zdolnych do sformułowania w jakimkolwiek z ludzkich języków. Uczucie jedności z wszechświatem i zanik odrębności nie były niczym innym jak tylko prawdą o cudzie istnienia.

Potem wracała świadomość moralnego szantażu, dzięki któremu dzieci własnej ziemi, otaczający mnie ludzie którym odebrano sny, wstawali co rano aby pracować wbrew swej matce. Wychowany aby wykorzystywać tą wiedzę, aby przypominać innym jak bardzo są winni chociaż im przebaczyłem, pilnowałem aby nigdy nie użyć tej wielkopańskiej nuty manipulowania winą, kiedy byliśmy we dwoje. Ja wiedziałem, że dla wolnego sumienia właśnie cały ten kram a nie miłość pozostaje niegroźną abstrakcją ale ona musiała się jeszcze tego nauczyć. Bycie dobrym i akceptowanie wszystkich nie pozwalało jej na trzeźwą ocenę z kim, ze względu na wybory i intencje, nie warto spędzać czasu. Ludzie wokół niej zwykle stosowali ukryte emocje, zazwyczaj były to zakodowane w sylabach wypowiadanych słów groźby, aby zawładnąć uwagą innych. Ona nie miała jeszcze sił aby je zauważyć i rozpoznać. Posłuszna starszym nie rozumiała, że ignorowanie leniwych, gadatliwych bab piorunujących swą chorą, stetryczałą energią niedziałania, nie jest aktem pogardy tylko samoobrony. Szacunkiem dla starości nie pogwałcającym szacunku własnej wartości. Nie wiedząc o tym, czuła się w obowiązku ustąpienia miejsca każdemu mężczyźnie i przyznania mu prawa do posiadania jej. Nie znając prostych sposobów pozbycia ich samczych wibracji aby już nigdy nie mieli nad nią władzy potrafiła być manekinem cudzej woli. Jeśli pojęłaby pozawerbalne techniki, które jej pokazywałem; to wtedy, zapragnąwszy wymienić się energią i dotykiem, mogłaby mieć wybór.

Powoli przyzwyczajałem się do myślenia, że wcale nie ja muszę być tym mężczyzną, aczkolwiek stałe usunięcie takiego obrazu z umysłu pozostawało jeszcze poza moimi możliwościami. Skupiałem się na przekazaniu jej technik, dzięki którym może się nie załamać gdy świat dociśnie ją do ziemi i będzie mogła pamiętać, że można żyć inaczej. Opowiadałem o tym jak się bezkolizyjnie bronić się przed przejmowaniem tradycyjnych zachowań. Świat wokół polegał na rozpieszczaniu do chwili zidentyfikowania pragnień a następnie pozornego ich spełniania do momentu, w którym jednostka zapominała o innych. Wtedy oskarżana o egoizm obarczana zostawała poczuciem winy. Akceptując ją dołączała do obwiniających a odrzucając do tych, którzy obwiniających nienawidzili za pustkę jaką im sprawiło zawiedzenie się na nich. Tłumaczyłem jak zauważyć te objawy w ich pozytywnej fazie, aby nie ogłupiały i nie ściągały w dół.

Wtedy zrozumiałem, że tłumaczenia fizycznego odczuwania zawirowań energetycznych nie mają sensu. Była kobietą, a więc jej ciało podlegało innej percepcji niż moje i nie mogła skorzystać z męskich doświadczeń. Sama musiała sobie wyćwiczyć zdanie na ten temat na podstawie intencji i dojrzałości, kiedy już pozyska świadomość własnego ciała. Opisywałem własną drogę wyzwolenia od biernego życia z ludźmi. Najpierw dylematy miała moja głowa a potem ciało, które raz uwolnione od niechcianych energii pozostawiło me jestestwo same sobie. Nie pochłonięte przez pustkę istnienia, tylko obok niej. Rozumiała przecież, że wybór napełnienia tej pustki prawdą spoza wyłącznie ludzkich wymiarów otwiera ekscytującą drogę w nieskończoność. Droga w nieskończoność brzmi pompatycznie i nieprawdopodobnie dla wielu ludzi ale wbrew pozorom jest bardzo prosta i zaczyna się tam, gdzie kończą się myślowe ograniczenia stworzone poprzez werbalizację myśli.

Człowiek jest jedyną istotą na Ziemi potrafiącą werbalizować myśli i przez to jedyną istotą świadomie ograniczającą swoje ziemskie istnienie do ich pułapu. Aby wymknąć się sposobom obrazowania, narzuconym przez język, oglądaliśmy inteligencję kormoranów w locie, efektywnie wymieniających się przewodnictwem, róż świtu i zmierzchu zmieniający nastrój krajobrazu, zieleń ukrytej pod śniegiem i pamiętającej wiosnę trawy i zmieniającą się konsystencję stygnącej lawy. Obserwowaliśmy to samo zdanie zapisane w wielu językach, wyłuskując źdźbło nieskończoności ze spostrzeżenia, że istota opisu zawsze pozostaje oddalona od istniejącego faktu. Patrzyłem jak nieskończoność błądzi między jej słowami i wizerunkiem, tańcząc swój taniec prawdy w złożoności natur i akceptacji jej cyklów przez wszystkie żywe istoty poza ludźmi. Fenomen pojawiającego się strachu nie był obcy i innym stworzeniom, ale permanentne życie w przerażeniu należało tylko do ludzi, wiecznie się obawiających ostatniego zdania natury. Ona instynktownie wiedziała, że biologiczna śmierć zawsze dopisze komentarz do budowanych przez ludzi schematów i nie walczyła z tym, chociaż jeszcze nie potrafiła sformułować że się na to godzi i że bierze pod uwagę jej ostatnie słowo w budowaniu osobistych spostrzeżeń. Jednak istniała duża szansa, że odniesie się sceptycznie do napotykanych masami głupot, zrodzonych przez nieodpowiedzialne umysły. Powoli uświadamiała sobie, że jej bliscy oszukują się, budując pozory bezpieczeństwa zamknięte w zdaniach i prawach, które tylko zapijane z wieczoru stawały się do zniesienia bez ich obiektywnej oceny. Widziała, że nie pamiętają o naturze i że dlatego zawsze coś się sypie, zawsze plany się załamują, ponieważ nie mają dbałości o harmonię i połowy spraw próbują nie widzieć. Ignorowanie faktów nie oznacza przecież, że przestają one istnieć.

Niektóre jej wypowiedzi wskazywały, że powraca do koncepcji dzieciństwa i świat, w którym nie oszukuje się nikogo ani nie kontroluje, samemu nie będąc ani oszukiwanym ani kontrolowanym, jeszcze nie jest całkiem zapomniany i żyje w niej, więc ma szansę aby stał się rzeczywistością. Taką samą jaką stała się moja rzeczywistość. Byłem chyba jedynym członkiem mojego rodu, który nie miał żadnych niewolników. Dzięki temu sam nie byłem zniewolony i mogłem powstrzymać moje pożądanie, gdy rozpalała się przy mnie pięknem, dzięki któremu nawet lista ofiar ostatnich walk stawała się rejestrem radosnych aniołów. Język ludzki stawał się wtedy dla mnie tylko jednym więcej językiem, równie dobrym jak szum drzew, brzęczenie pszczół, oddech oceanu czy burza na słońcu. Akceptowałem ich istnienie tak samo jak własne, bez nienawiści czy napięcia, po prostu jako sumę dokonanych wyborów w stosunku do warunków życiowych. Z sercem otwartym dla każdego człowieka. Tego mnie nauczyła jej rodzina. Tego czy moja nauczy ją odpowiedzialności wynikającej z racji stanu, już nie zależało ode mnie. Przecież nigdy się nie łudziłem, że ja zbawię. Prawdą uniwersalną jest fakt, że zbawić można tylko siebie i ona ma prawo tego doświadczyć dokładnie tak samo jak i ja tego doświadczyłem. Odnalazłem przecież swoje ekologiczne powołanie pośród ludzi, między którymi ten temat nigdy nie istniał.

Od tamtego dnia żyłem tylko dzięki temu, że akceptowałem mój priorytet i działałem zgodnie z nim, nie bacząc na własną wygodę i bezpieczeństwo. Jeśli mój wybór był słuszny i miałem przeżyć to i tak nie zależało to ode mnie. Skoro żyłem to najwidoczniej wszystko było na swoim miejscu. Nasze spotkania były możliwe głównie dzięki akceptacji takich przeczuć. Rzeczywistość, wybrała jako cel pokazanie jej znanych mi perspektyw a fakt, że ona nie miała nic przeciwko temu wskazywał, że tak działo się dobrze. Kiedyś opisała mi jak definiuje dobro. Było nim działanie, które nie krzywdząc nikogo jest dla niej samej dobre. Dlatego myślę, że powrót w nieskończoność jest dobry. Wypełnianie się nią pozwala usunąć wszystkie zbędne myśli ograniczające percepcję do jednej tylko, dualistycznej perspektywy dzielącej energię na złą i dobrą. Rozmowy na takie tematy stawały się naszą tradycją, radosnym faktem, który się wtedy wydarzał. Potem siadaliśmy nad rzeką oparci o znajome drzewa. Nurt zabierał wszystkie myśli, a może i nie nurt tylko po prostu odchodziły kończąc swe istnienie, roztapiając się w ciszy. Obserwowałem wtedy, jak nabyte w dzieciństwie dogmaty wyciekają z mojej głowy. Byłem na nie obojętny, pozwalając im być ale nie będąc nimi. Odpływały bez emocji, bez potrzeby zajmowania się którymkolwiek z nich. Rzeka płynęła, moje komórki oddychały tak jak powinny, mój umysł kochał każdą z nich a cykl przyrody trwał w swym stanie rytmicznej ewolucji podczas gdy nieskończoność siadała tuż obok nas.

Tam po raz dwunasty

Rozedrgane, zagubione między ciałem i umysłem masy ludzkie walczyły ze sobą nawzajem bez miłosierdzia. Krucjata Świętego Przymierza prowadziła otwarty, zmasowany atak i kontrolę, posuwając się naprzód niby fala. Fala wykrwawiająca się na boki minowymi polami, strzałami snajperów, skrytobójczym mordowaniem śpiących i samobójczymi bombami Wojowników Świętego Proroka. Pozornie zalewała wszystko, ale wysychając na wzniesieniach, zmuszała uczestników krucjaty do rozpoczynania zalewu od nowa. Sprawiedliwi już dawno temu opuścili obie linie frontu, traktując bojowników jako równych sobie w błądzeniu agresją. Nie opuścili jednak terytorium wojny wiedząc, że tereny te stają się pełne tych, którzy nie tracąc kontaktu z duchem uczyli się obserwować. Uczyli się od nich najnowszych metod na nie kwestionowanie prawdy żadną abstrakcją jaźni. Patrzyli jak powstają ludzie, istoty rozliczone do ostatniego kwarka i świadomie tego faktu tak dogłębnie, że już nikt nie mógł im tego wymazać z pamięci. Żaden system nie był dla przebudzonych niczym innym, jak tylko abstrakcją jaźni. Podobnie jak sami Sprawiedliwi wiedzieli już, że jaźń człowieka jest jedynym istnieniem we wszechświecie, które zawsze kiedy się staje jest samotne. Nie walczyli z systemami, po prostu nie dawali im nad sobą władzy. Wszyscy Sprawiedliwi zawsze zdawali sobie sprawę z tego, sami będąc wiecznie samotni. Obce im było tylko cierpienie spowodowane byciem samemu, ponieważ towarzyszyła im tęsknota wiedzy, którą posiadali zanim stali się indywidualnie poczęci i którą odzyskiwali żyjąc. Pozbawieni czepiania się ciekawych chwil mogli też współpracować ze sobą, wierząc sobie nawzajem. Przekonanie, że wrócą do źródła tej wiedzy spełniając swą rolę, zgodną z czasem na Ziemi, wystarczało im aby spać błogo i spokojnie.

Poza tym różnili się coraz mniej od innych istnień. Rozumieli, że wszyscy ci, którzy zostali sami z prawdą o swym pochodzeniu, dopiero po opanowaniu samotności jaźni są w stanie pogodzić się ze swoimi komórkami. I że tylko ludziom przychodzi to ciężko. Opanowanie własnego ciała było zresztą jedyną realną władzą dostępną każdemu na tej planecie. Wbrew ludzkim pozorom, władzą znacznie potężniejszą od tej, którą miało Święte Przymierze powstałe wokół pustej sypialni faraona lub też napełnieni pustynią Wojownicy Świętego Proroka. Czas, który nadchodził był rozwojowy na wielu nowych płaszczyznach i dosyć stabilny na materialnej. Dlatego wszyscy zniewoleni materią odchodzili, wykańczając się nawzajem konfliktami. Dla innych nowa era zaczynała już istnieć, chociaż jeszcze nieświadomi jej nadejścia, gubili całe masy energii w sposób w jaki wyrzuca się skarby po prababce zaszyte w zatęchłym jaśku znalezionym na dnie piwnicy. Sprawiedliwi powoli zaczynali rozumieć dlaczego kłopoty w komunikacji zajmowały im tak wiele czasu. Szukali nowego kodu językowego zamiast korzystać z tego, który mieli tuż pod nosem, z materii. Jedynego poza abstrakcyjnego sposobu komunikacji własnych, noszących ich świadomość statków ze wszystkimi innym statkami zawierającymi istnienie w wielu formach. Dopiero odchodząc od języka mogli przekroczyć barierę i kompletnie zrozumieć nie tylko siebie nawzajem, ale i opracować odpowiedź dla impulsu technologicznego. Zrozumienie kamieni pozwoliło wszystkim ocalałym na dalsze, rozsądne korzystanie z oferowanych przez technologię możliwości, bez wpadania w pułapkę fizycznego uzależnienia. Działania zagubionych pomiędzy ciałem i umysłem ludzi stały się dla nich dużo bardziej zrozumiałe, ponieważ wszystkie negatywne czyny przestały być interpretowane jako deklaracja wojny stając się jedynie manifestacją zagubienia jednostki. Wzbogaceni w potrafiącego obserwować ducha Sprawiedliwi, umacniali postanowienie przetrwania w wielu żywych formach nie kwestionowanych żadną abstrakcją jaźni.

Tutaj po raz dwunasty

Początkowo myślałem, że wystarczy poczekać na odpowiedź dotyczącą jej wyboru bycia przy mnie ale myliłem się. Rozpoczynał się okres mojej najżmudniejszej nauki: zrozumienia czym jest zawieszenie poza wyborem. Kiedy byliśmy razem jej odpowiedź zawsze brzmiała „tak” ale następnego poranka już nie pamiętała o niej, ponownie zanurzona w automatyzm posłuszeństwa wąskim ramom własnego życia. Ramy możliwości życiowych dyktowane przez kochającą, acz mało rozgarniętą, władzę ojcowską pozostawały w niej faktem aż do chwili, gdy znów się spotykaliśmy. Wtedy, bez takiej intencji i wiedzy, przejmowałem nad nią tę władzę i wąski świat jej rodzinnego domu przestawał istnieć, zastąpiony nie tyle moją intencją w stosunku do niej, ile światem mych możliwości: dostatku, podróży, tolerancyjnych światopoglądów i niezłomności rodowej. Słuchając jej opowieści, starałem się zidentyfikować siłę, której była posłuszna, aby móc ją zaakceptować lub się jej przeciwstawić. Poszukując, skupiałem się głównie na naszych spotkaniach po kilkudniowej przerwie, kiedy jedyną zauważalną pozostałością naszej unii była intencja kontynuacji. Na próżno. Jej skażony biedą i nieszczęściem słowotok po prostu milkł powoli, kiedy dostosowywała się do spokoju i radości. Prosty pomysł, że siłą jest tu po prostu mój testosteron, emanujący w inny sposób niż od jej ojca, jakoś nie przyszedł mi wtedy do głowy. Świadomość, że żywi się mną a nie wstaje na własne nogi, pozostała mi obca. Podobnie jak zrozumienie, że już nie interesują jej prezentowane przez mnie rozwiązania dla jej życiowych problemów, jedynie kontynuacja przebywania w mojej obecności daje jej komfort. Wszystko się dzieje we właściwym momencie, tak więc nie miałem jeszcze wtedy o tym wiedzieć.

Założenie kontroli nad żądzą, któremu pozostawałem wierny od naszego pierwszego spotkania nie było przecież fikcją. Dzięki niemu, tam, gdzie inni widzieli piękno do wzięcia i zabicia, zatrzymując tylko dla siebie, ja widziałem piękno do odbicia własnym życiem. Tam gdzie inni nawiązywali więź fizyczną, ja inspirowałem się widzianą prawdą i tak było dobrze. Nie pomogło to jednak odkryć powodów, dla których nie była w stanie dokonać wyboru. Ale pomogło w rozwiązaniu mego własnego oczekiwania. Kiedy zrozumiałem, że brak wyboru to też wybór zauważyłem, że obok jej piękna pojawiają się zniekształcające grymasy władzy i autodestrukcyjne odruchy, takie jak obgryzanie skórek paznokci czy drapanie się po dłoni. Czasem, kiedy do mnie mówiła, przestawałem ją słyszeć i tylko widziałem chaotyczną pantomimę gestów, które nie opisywały nic, poza przypadkowością ich zjednoczenia. Wyglądała zupełnie jak kreskówka wymyślona przez niemowlaka.

Tak właśnie, tkwiące w niej nieszczęśliwe wzory rodziny i przyjaciół, panowały nad jej niezdecydowaniem. Nie umiała ich porzucić, nie rozumiała, że porzucając ich może do nich powrócić bez negatywnych emocji. Wszyscy których znała, zgodnie z materialnym założeniem zniewolonych, posiadali się nawzajem, zamiast istnieć obok siebie. Bez pokonania strachu jakim ją potraktowali i bez wyzwolenia się spod ich wpływu, nie mogła mi powiedzieć nic, co by mi pozwoliło wierzyć, że piekło jest już poza nią. Ale jeśli się przechodzi przez piekło, trzeba iść naprzód, więc nie poddawałem się. Tworzenie nowych opowieści już nie miało najmniejszego sensu. Sama snuła swoje, równie szczęśliwe i wolne jak moje. Różnica polegała jedynie na tym, że nie żyła zgodnie z nimi. Tylko tak twierdziła oszukując siebie samą. Odpowiadał jej nasz kontakt mentalny ale fizycznie tkwiła w innej rzeczywistości wierząc, że jest tylko własnym umysłem. Szanując jej obecną wiarę mogłem dać jej jedynie samo ciało, a to nie wchodziło w rachubę. Każdy kto tak potraktuje osobę, która kocha ginie przeklęty, niewolny, porwany przez demona żądzy i pustkę utraty pamięci. Wiedziałem, że nie zmieniając tego aspektu siebie napotka dzień, w którym w sposób okrutny utraci swe piękno, stając się muszlą ciemności. Aby mogła się wtedy uratować nie mogłem zostawić jej myśli, bo w stanie utraty pamięci w żadną nie będzie już mogła uwierzyć. Mogłem jej za to podarować impuls, odruch, pamięć ciała. Odczucie, którym można się dzielić z innymi zezwalając na tworzenie własnych, nie agresywnych światów. Afirmacji które, gdy się spada na dno, pozwalają się od niego odbić.

Tam po raz trzynasty

Po stronie Świętego Przymierza miliony odchodziły w nicość, oddając swe ciała i działania demonowi zniszczenia, w zamian za obietnicę wiktu i opierunku. Trudno było ich obwiniać, że nie potrafią zaakceptować świata takim jaki jest i wybierają zamiast tego sztandar, który pozwala im się zidentyfikować z innymi. Trudno było się im dziwić, że wybierają fikcję bezpieczeństwa, zamiast prawdy przedstawiającej człowieka jako istotę niedoskonałą. Prawdy zbyt okrutnej dla zachwyconych sobą, by w nią uwierzyć. Duma jednak nie usprawiedliwia nikogo. Skoro trudno im było zaakceptować równorzędność, Sprawiedliwi zapominali o nich a sny zamieniały się im w koszmary. Tam gdzie nadal byli większością przyroda umierała, a przerażeni ludzie podtrzymywali stare, niedoskonałe struktury, bogate jedynie w fikcyjną tożsamość. Im bardziej się te struktury oddzielały od rzeczywistości, tym bardziej się ich czepiali nieświadomi, że właśnie dlatego boją się coraz bardziej. Tym bardziej też atakowali nowe rozwiązania, które usuwają przyczynę a nie skutek. Historyczna normalność stała się bowiem obłędem w dniu, kiedy ludzkość stała się żywiołem.

Sprawiedliwi widzieli, że wierzący w podział i dualizm odchodzą. Ziemia oczyszczała się, podobnie jak to już miało miejsce pięciokrotnie w historii planety. Paleontolodzy potrafili zidentyfikować dowody masowego wymierania gatunków w historii, ale nie mogli wiedzieć, że każdorazowo było to spowodowane przez inteligentne siły. Nie mogli, ponieważ po tamtych cywilizacjach nie został żaden ślad. Kamienie mogą odcisnąć na sobie dowody życia ale nie intencje śmierci i naukowcy, podobnie jak już pięciokrotnie ich poprzednicy, należeli do tej subtelnej sfery abstrakcji, która zostaje zapomniana. Nauka, która ogranicza percepcję też była reliktem. Wymagał tego rytm ewolucji w świadomości. Aby organizmy wolne od wojny mogły się narodzić, musiały już powstać wolne od konceptu wojny i współzawodnictwa.

Podstawą dla cywilizacji harmonii było odejście wszystkich zależnych od obecnego systemu. Sprawiedliwi opracowywali wychowanie pokolenia, które nie traci pamięci wchodząc w dorosłość. Było to trudne ponieważ wszyscy, którzy akceptowali istnienie zła tracili pamięć i budowali świat z okruchów tego, co im pozostało z dzieciństwa. Dlatego tylko szczęśliwe dzieciństwa dostawały szansę na zbudowanie czegoś normalnego. Przebudzeni, którzy odzyskali własne ciała i umysły, mając zapewnioną przestrzeń do rozwoju wyższych aspektów osobowości, byli w stanie zrozumieć potrzebę wychowania dzieci tak, aby nauczone kontroli nad własną agresją potrafiły neutralizować jej odruch. Po katastrofie, kiedy już szalony przymus do pracy ponad potrzeby się skończy, mogli wychować nowe pokolenie i usunąć w zapomnienie błędy, znane im z przeszłości. Po odejściu walczących miejsca na ziemi będzie wystarczająco dużo, aby nauczyć się życia w harmonii z naturą i odzyskać czucie w wszystkich zmysłach. Wtedy następne pokolenia nie zapominałaby już siebie, zapominając jedynie o błędach swoich przodków.

Tutaj po raz trzynasty

Utrata pamięci była fenomenem natury, który po odkryciu był wykorzystywany przez rodziny mego pokroju od pokoleń. Fenomen wydarzał się u każdego człowieka. Nie interesowało nas jego źródło, tylko praktyczne zastosowanie. Polegało na wykorzystaniu pewnego szantażu emocjonalnego na każdym, kto budził się świadomy swojego istnienia, na iluzji ochrony rodzicielskiej. Ukrywało niekompetencję ludzkiego systemu i własną śmiertelność. Traktowaliśmy takich ludzi pobłażliwie, wybaczając im winę, która nie istniała i przypominając gdzie jest ich miejsce. Nie wiedzieli tylko, że zajmowali takie miejsce, na jakie sami się godzili. Im więcej w nich było strachu i niepewności, tym pośledniejszą pracą można ich było obarczyć.

Sami też nie byliśmy wolni od takiego momentu w życiu, ale nasza pozycja społeczna gwarantowała ciągłość przekazu. Mało kto odrzucał władzę i wpływy idące z przynależności do konkretnej frakcji. Nawet dowiadując się, że to tylko rola. W chwili nabycia świadomości traciliśmy ją na powrót, napełniani rodową racją stanu. Była zbyt atrakcyjna, porównując do wszystkiego co było nam znane w świecie ludzkim, aby opłacało się ją odrzucić. Narodzeni u góry mieliśmy wrodzony talent do bycia u góry. Dzieciństwo pamiętały za nas matki a potem żony, dla których byliśmy jedynym obciążeniem, sami rządząc ani nie lepiej, ani nie gorzej niż inni uczyniliby to na naszym miejscu. Ludu pracującego pod nami było tak dużo, że przeżywał zarówno wzloty złotych wieków jak i najgorsze tyranie. Oni się bali głodu a my skrytobójców. Innych ludzi wypełniała pustka równoważąca instynkt samozachowawczy nas zaś faraon. Podobnie jak od pustki, od faraona też nie było ucieczki nawet wtedy, kiedy po ewolucjach systemu stał się jedynie konceptem. Żyłem z dala od niego, wciąż przezeń kochany. Instynkt samozachowawczy kazał mi egzekwować wyuczone formy zachowań podczas obcowania z innymi, formy dzięki którym nie cierpiałem, pozostając uprzywilejowanym. Fakt, że w chwili utraty niewinności dziecka najpierw spotkałem drzewo a dopiero potem piastuna, który napełnił mnie moją dziejową rolą, okazałby się przypadkiem, gdybym wierzył, że takie istniały. Ale my używaliśmy słowa przypadek zazdrośnie strzegąc przed zwykłym zjadaczem chleba prawdy o tym, że przypadki nie istnieją.

Po odkryciu, że nie udało się mnie wdrożyć w tradycyjny sposób, pogodzono się z moją innością. Uczyniono ze mnie ekoszaleńca i nie ścigano mnie oddychając z ulgą, kiedy zniknąłem z korytarzy pałacu. Frakcja przeciwstawna zabijając mnie rozpoczęłaby wojnę na która nikogo nie było stać, a dostojnicy mojej własnej, pozbywając się mnie, nie mogliby już zasnąć ufając sobie nawzajem. Moja praworządność ocaliła mi życie. Wiem jak bardzo mój ojciec cenił sobie te kilka godzin spokojnego snu dzienne, które mu jeszcze zostały. W pałacu bowiem rzadziej szaty, częściej sny bywają splamione krwią. Dopóki żyłem czyniąc po swojemu na tak szarą i nieistotną skalę, mój ojciec nie tylko mógł to ignorować ale mógł też spać spokojnie, bez dręczących koszmarów. Przecież zawsze byłem uczciwy nie tylko w stosunku do naszych wrogów, ale i do niego. Nigdy, ani jednym słowem nie skrytykowałem jego władzy, zawsze odnajdując naturalne wyjście z sytuacji, która zgodnie z jego prawem zdawała się być bez wyjścia. Nie uczyniłem nic sprzecznego z jego wolą, ale wiele tego, czego nie potrafił sobie wyobrazić a ja czyniąc wiedziałem, że działania takie nie mogą mu się spodobać. Uważał mnie za swoją krytykę, rozdrażniającą go do nieprzytomności prawdę z którą nie potrafił się pogodzić, chociaż bardzo pomogłoby mu to w rządzeniu. Prawdą o swej mylności i czasowości. Kiedy jeszcze faraon istniał popełniał ten sam błąd, każąc budować piramidy i udowadniając swą wielkość dopiero swym wyschniętym truchłem. Nie interesowały mnie ani jego błędy ani walka z nim. Chciałem tylko głęboko nabrać powietrza bez duszenia się i zasychania w ramionach jego pozornej opieki, zależnej jedynie od wierności jego poglądom. Nie chciałem czekać aż umrze, aby zaprowadzić swoje rządy bo nie życzyłem mu śmierci. Wiem, że wie, że póki żyję nie będzie mnie miał. To wystarczy.

Jest mi tak samo obojętny jak i inni zagubieni we własnej dumie ludzie. Jak ja sobie sam, zagubiony w odwrotności tej dumy. Unosiliśmy się przecież pyłem w huraganie, wszyscy równi w ignorancji dnia i godziny naszego ostatniego tchnienia. Drzewo nauczyło mnie wolności. Dzięki niemu pojąłem pokój i ujrzałem tkwiącego w moim gatunku demona grozy. I innych, którzy oddawali mu całych siebie. Jego początkowo ciepłe, powoli zamieniające się w lodowate tchnienie nie było mi obce, sam przecież byłem mu poddany w czasach swej nieświadomości. Ale teraz zdmuchiwałem go tchnieniem świadomości, należał do przeszłości. Ona miała szansę stać się jeszcze lepsza. Mogła nie ogarnąć wyobraźnią grozy, czyniąc z niej zaledwie ostrożność, dzięki której byłaby bezpieczna i wolna od straty czasu na walkę z samą sobą. Wolna od funkcjonującego w społeczeństwie konceptu winy, ponad tym absurdem, dysponując właściwą sobie pozytywną intencją i prostotą. Mogłaby zaproponować takie rozwiązania konfliktów między człowiekiem a środowiskiem o jakich mi się nawet nie śniło.

Tam po raz czternasty

Fakt, że cywilizacja ludzka była niezrównoważonym przez żadną inną siłę w przyrodzie absurdem idei nadal wypełniał ludzkich Sprawiedliwych. Teraz jednak byli już tego absolutnie świadomi. Sprawiedliwi innych gatunków nie przyspieszali tego procesu, ponieważ obce im było osądzanie. Po prostu potraktowali ludzkość jako jeszcze jeden żywioł regulujący istnienie życia na planecie, żywioł podlegający własnym prawom. Naturalny przepływ łańcuchów pokarmowych nie rozróżniał tak ważnych dla ludzi pojęć dobra i zła, satysfakcjonując się jedynie obcą ludziom wystarczalnością. Ekonomiką, w której żadna śmierć się nie marnowała, a każde życie mogło istnieć dzięki spełnianiu swej symbiotycznej roli z innymi istnieniami. Ludzie nigdy nie przestali podlegać tym prawom, więc nie było powodu do niepokoju. Tylko ludzcy Sprawiedliwi mieli jaźń, której mogła się nie spodobać wiedza, że należą do ginącego świata. Ale żeby coś z tym faktem zrobić, musieli rozpocząć od nie okłamywania samych siebie. Absurd w którym żyli przecież nie był niczym nadzwyczajnym. Dlatego ludzcy Sprawiedliwi ciągle już musieli kontrolować swoje myśli i emocje. Odkąd zrozumieli, że subiektywnie opisujące istnienie myśli zawsze są absurdalne i odbiegają od porządku natury, w której nie ma potrzeby dyskusji ponieważ wszystko jest zawsze na swoim miejscu. Świadomość ta napełniła ich dyscypliną, wielkim spokojem, błogim szczęściem i niezmienną radością przeżywania każdej sekundy. W końcu nauczenie takiego myślenia tych przebudzonych ludzi, którzy opuścili fronty, wymagało od nich bardzo prostego działania. Wystarczyło jednym tłumaczyć ciemność, a drugim jasność.

Tutaj po raz czternasty

Nigdy sobie nawet nie wyobrażałem, jak mogę być postrzegany przez ludzi wychowanych dla pustki, ograbionych ze snów i programowanych jak komputery krzykiem i głodem. Głodem, którego nawet nie zaznali, znając tylko jego zapach przekazany im przez przerażonych pradziadów. Mój byt z naturalną spuścizną faraona rozgrywał się na płaszczyźnie, która ją doświadczała. Ona przecież była narodzona pośród tych, którzy nigdy nie ogarnęli świadomością mych wpływów, nie nadając się nawet na służbę pałacową. Moje słowa były dla niej rozkazem, żarty wyrokiem a mnie nawet nie przychodziło do głowy, jakimi prawami rządzą się niewolni. Faraon nie istniał ale oni o tym nie wiedzieli, obarczając się nawzajem jego okrutnymi rządami. To, że moje żartem wypowiedziane i opatrznie zrozumiane słowo może kosztować ją życie, nie mieściło się w mej pozbawionej strachu wyobraźni.

Wiedziałem tylko, że mógłbym ją dostać na własność od faraona i dlatego nie chciałem jej, pilnowałem się jak mogłem, aby nie sięgnąć po nią fizycznie. Problem polegał na tym, że póki faraon istniał w niej, zgoda i przyzwolenie na to abyśmy mogli być ze sobą jako równorzędni partnerzy, z własnej i nieprzymuszonej woli, nie mógł zaświtać jej w głowie. Ciężar jakim obciążył on potomków swoich niewolników powtarzał jego chory model brania się nawzajem w posiadanie. Na tych samych zasadach, na których mój ród wpadał w pułapkę sterowania resztą. Przecież ja nadal sterowałem, jedyną różnicą było to, że od chwili spotkania z drzewem, sterowałem sobą a nie innymi. Nie wiedzieli jednak o tym, bo moje ciało zachowywało się charakterystycznie. Tylko kiedy byliśmy razem faraon stawał się ideologicznym trupem i sytuację poprawiała jego niemożność blokowania naszej, zaistniałej w teraźniejszości, sytuacji. Na krótko. Godząc się na jego warunek, zbudowałbym między nami mur posiadania i to czy ja miałbym ją czy ona mnie byłoby bez znaczenia. Reszta posiadłaby taki a nie inny wizerunek nas i tylko ucieczka na pustynię, do której nie bylibyśmy już zdolni, pozwoliłaby nam roztrzaskać ramki w jakich nas zakleszczono i rozwijać się dalej. Na ucieczkę było za późno. Ona nie miałaby odwagi a mnie przeszkodziłby rozgłos.

Dlatego byłem obok, tak samo, jak w dzień kiedy ujrzałem ją po raz pierwszy. Pilnowałem, aby nasza więź rosła we wszystkich wymiarach, zgodnie z naszym rozwojem a zależność od siebie nawzajem pozostawała tam, gdzie była kiedy jeszcze nie znaliśmy się. Udawało mi się tam, gdzie rozumiała o co chodzi. Zgodziła się na zachowanie w sekrecie wzrostu tego, co rozwijało się między nami, rozumiała, że musi istnieć jako tajemnica. Była to nasza gwarancja wolności od zewnętrznej, ziemskiej kontroli. Od faraona zamienionego w uważne ślepia bliźnich wyręczających go w osądzaniu i wydawaniu rozkazów. Świadome wpychanie się do sypialń wolnych i brutalne do łóżek niewolnych, które zamykało ludzi w pozornej utracie prywatności i w stanie wojny z naturą, było nam obce. Nie wiedziała jednak, że istnieje taka wojna. Wojna w której cena płacona faraonowi za bycie naturalnym była zbyt wysoka aby psychika mogła ją znieść bez zanurzania się w patologię. Ja rozumiałem to i zapobiegałem zmianom w naszych relacjach. Czynię tak do dzisiaj.

Prostota pułapki władzy zdumiewa mnie, a nawet inspiruje do zastanowienia. Może rzeczywiście moja duma była zbyt wielka aby wpuścić ludzki świat pomiędzy nas, może rzeczywiście pomieszanie zazdrości i zemsty było moim motywem działania. Nie wykorzystałem jednak władzy jaką nad nią miałem ani razu, wiec wahanie takie rozpoznawałem już w myślach i tamże pozbywałem się go. Byłem świadom, że jestem tak oceniany przez wszystkich, którzy skazują się na śmierć poglądem, że nie zależy im na przeżyciu drzewa. Oskarżany o uzurpatorstwo, o bycie faraonem. Nawet jeśli mieli rację i tak wolałem wszechświat z jego bezmiarem zamiast wąskich światopoglądów ich bezpiecznej faraońskiej łaski. Dziś nie ma to już żadnego znaczenia. Zresztą nigdy nie miało. Nawet wtedy kiedy była ze mną. Zrobiłem to co zrobiłem ze świetlistym sercem i żaden system nie może mi tego odebrać.

Tam po raz piętnasty

System planetarny na płaszczyźnie materii był bardzo prosty. Trwał w swej jednostajności zmian. Silny zwyciężał żywiąc się słabszym, a stając się najsilniejszym płonął, dając życie wszystkiemu co powstało już po nim. Jaśni potrzebowali ciemnych by czuć się władcą a ciemni jasnych, ponieważ własne zbuntowanie zabiłoby ich, gdyby ktoś im nie powiedział jak mają działać. Układ ten był blokadą ludzi, punktem w którym system ludzki się zamknął, kiedy wynaleziono władzę. Ewolucja ludzi w tejże strukturze w pewnym momencie ukryła pięść za inteligencją, za wpływami, szelestem kartek i szeptem kuluarów ale nie zmieniła jej istoty. Od czterech tysięcy lat środki te wystarczały, aby ciemne matki przestawały istnieć, pilnując swego potomstwa aby nie przechodziło na tereny widoczne dla szeleszczących kartkami jasnych morderców. Ci, nieświadomi własnych wpływów, zrywali się dzień po dniu do działania decydując o losie milionów i dziękując swym świetlistym domom za każdy dzień, w którym nie musieli zabijać w obronie własnej. Umieli bowiem zabijać i talent ten potrafił spędzić sen z ich powiek.

Nowa warstwa rodziła się powoli. Świadomi istnienia siebie nawzajem, wypełnieni snem Sprawiedliwych, zaczęli rozumieć swoje szczęście. Szczęście widzenia linii równoległych wszechświata, porządku, strun, którymi przesuwali się do przodu tracąc na materii i zyskując na świetle. Drogi, którą rozpoczynali od akceptacji bycia pacynką wyższej siły i na której przestawali być pacynką, rozpoznając źródło tej siły tkwiące w nich samych. Odkrywali, że rozpoczyna się ona w każdym i nie kończy. Odmienna to siła od opisywanej przez historyków siły faraonów, będącej identyczną z siłą królów podwórka, dumną z zeszłotygodniowej bójki w lokalnej knajpie. Takie siły różniły się tylko ilością przelanej krwi bo matki rozsądniejsze bywają od faraonów. Siła u ludzi, którzy odnaleźli Sprawiedliwych, nauczyła ich istnieć poza matkami i faraonami, bez zawiści, obserwując struny światła. Wszystkie takie same jak tkwiąca w każdym z nich. Potem, już niepomni obciążeń cywilizacyjnych swych ludzkich korzeni, zaczynali działać w rytmie oddechu planety.

Tutaj po raz piętnasty

Nie chciałem jej dla siebie. Chciałem aby była wolna i świadoma. Była taka piękna, więc wiedziałem jakie przeszkody stały jej na drodze. Sam jestem piękny i silny i jest to jedno z najtrudniejszych wyzwań stojących przed człowiekiem. Na świecie, postrzeganym przez większość jako miejsce smutne, pełne melancholii, nieszczęść i depresji, popyt na piękne wizje i perspektywy jest olbrzymi. Głód ten jest tym większy, im bardziej w materialnych pragnieniach tkwi człowiek. Im bardziej pragnie, tym więcej chce materii zamiast rozumieć ducha. Piękni duchem i ciałem muszą się bronić przed pożarciem żywcem, a czynią to chłodem i odrzuceniem, przywalani trupami konsumpcji, którzy wykorzystując każde prawo nie chcą współtworzyć, a jedynie chcą się żywić szczęściem żywych. Krąg pochlebców i sług, którym zależy na korzystaniu z tej energii nie ma godności, powoli przelewając jej brak na pięknych. Ludzie uzależnieni od pięknej energii nie potrafią jej wykrzesać sami z siebie. Pragną zasuszyć napotkaną urodę, wciągają swą ofiarę w bagno uzależnień, utożsamienie ze stadem, powoli odbierając wszystko i zamieniając taką jak ona w wysuszoną paralityczkę wściekłości albo czyniąc życie takiego jak ja łatwym i wygodnym do tego stopnia, że traci się świadomość własnej drogi.

Obdarzeni przez naturę siłą mężczyźni niekoniecznie są świadomi, w swej niewinnej intencji, że wywołuje ona strach, podporządkowując sobie wielu opętanych przez demony. Demony, które później nękają silnych, jeśli ci w nieświadomości swej nie zaczęli posiadać tych, którzy stali się ich mroczną własnością. Należy bowiem odwiązać się zawczasu od takiej niewolnej strachem uwagi. Własną drogą można iść bez przeszkód dopiero wtedy, kiedy intencja innych nie krzyżuje się już z własną wolą i znika z niekontrolowanych myśli i działań. Wybrałem pokój i wiem jak wiele potyczek z samym sobą trzeba stoczyć, zanim się zrozumie różnicę pomiędzy lubieniem walczyć a potrafieniem. Tylko potrafienie nie jest nałogiem, pozwala nie zatracić się w walce i pamiętać po niej różnicę pomiędzy seksem i miłością. Nigdy nie zatrzasnąłem drzwi aby kochać i to mnie czyniło innym od reszty mego rodu i podobnym do niej. Dziś ona jeszcze nie wie czym jest złość, tylko pokonuje ją instynktownie. Też tak potrafiłem i dalej potrafię.

Zapanowanie nad ogarniającą ciało falą wściekłości było impulsem fizycznym, który nas do siebie zbliżył, jak już odrzuciliśmy pożądanie. Niezależnie od tego jak potoczą się nasze losy wiem, że w niej zwycięży ten spokój i jej życie stanie się nie tylko piękne, ale i wolne. Ona sama zaczynała już tak widzieć świat. Przejrzała tajniki otaczającego ją kultu dziewictwa, powody dla których była postrzegana tak a nie inaczej oraz prawdziwe intencje wielu, spośród otaczających ją ludzi. Moich intencji nie mogła zrozumieć, były przecież czymś zupełnie nowym, wcześniej nie wyobrażonym i zależnym też i od jej woli. Ale nie traktowała mnie nigdy z góry, jak się jej to wcześniej zdarzało, kiedy wokół niej przeważali ci, którzy nie pozwalali jej na trzeźwa autorefleksję, wymagając od niej bycia świętą. Dzięki temu już się nie skazywała na oddzielenie mózgu od ciała, nie będąc nieuczciwą w stosunku do samej siebie. Moment poznania tej zależności był jeszcze przed nią, ale miała mnie za przewodnika. Byłem jej szansą na harmonię kończącą wewnętrzną wojnę, wewnętrzny konflikt ciała, które strachem komunikuje się z rozumem, jeśli ów zapomni gdzie mieszka.

Kiedyś drzewo pomogło mi to zrozumieć. Ociążony testosteronem buzującym w mych jądrach, zachwycałem się własną jurnością tak długo, aż ciało, aby przeżyć konfrontację ze swym istniejącym tylko w moim bezkrytycznie zachwyconym sobą mózgu boskim wyobrażeniem, zaczęło nadawać do podświadomości informacjami z Ziemi. Odbieranie cierpiących wibracji ziemi przez wrażliwość jąder, wyjątkowo podatnych nie tylko na pieszczoty ale i na ból, należało do najboleśniejszych i bardzo istotnych przełomów w moim życiu. Głos Ziemi, nękanej plagą mego gatunku, niemalże odłączył mi możliwość myślenia. Cześć mnie zaczęła wiedzieć, że prawdziwy mężczyzna na moim dziejowym miejscu nie może się zajmować frakcyjną walką o wpływy w kuluarach pałacu. Moja świadomość wtedy jeszcze tego nie wiedziała, ale pojawił się w niej nowy, nie znany mi wcześniej element. Strach. Strach przed byciem pochwyconym przez grupę prostych robotników i wykastrowaniem powoli odbierał mi możliwość trzeźwego osądu. Wysuwał się na pierwszy plan nawet podczas wydawania poleceń lokajom. W strzeżonym pałacu, przeszkolony w szermierce i w walkach wręcz, otoczony aurą piękności i władzy, nie zwracałem najmniejszej uwagi na dużo dostępniejsze mi zagrożenia życia, bojąc się czegoś tak absurdalnego. Bałem się podświadomie tak długo, aż zachwyt nad sobą nie sprawiał mi już żadnej satysfakcji. Wtedy nie wytrzymałem i przekląłem własny świat.

I zrozumiałem drzewo. Wróciłem doń i objąłem je bezinteresownie, a ono opowiedziało mi o harmonii i wytłumaczyło, że strach jest wymysłem mojego gatunku i absurdem małej wyobraźni, która woli widzieć fragmenty, zamiast po prostu patrzeć na całość. Dowiedziałem się też, że zawsze, nawet wtedy kiedy najbardziej się bałem, natura była ze mną, byłem jej częścią. Że moje przekleństwo może zamienić się w błogosławieństwo, jak tylko odrzucę negatywne myślenie. Struna światła przechodząca i przez moje ciało i umysł była tego dowodem ale mogłem ją zauważyć dopiero po objęciu drzewa. Jej wibracja rozpisuje wszystkie żywe istoty na równoległe byty, które unoszą się w sobie. Już się nie bałem ani robotników ani porzucenia rodzinnego domu. Kiedy to zrozumiałem, moje ciało nauczyło się po prostu rozmawiać z moim rozumem, bez dyscypliny, z miłością. Poczułem się zakorzeniony w żywej energii, która mogła przeze mnie przepływać i którą mogłem się dzielić. Wszędzie poszukiwaną wolność odnalazłem w sobie samym.

Ona jest tak inna niż ja, ale jednak taka sama, bo nosi w sobie tę samą strunę światła. Pojmuje ją instynktownie i akceptuje z gracją. Kiedy nam się uda być obok siebie nie posiadając się, wiele osób zauważy, że struna taka istnieje. Niezależnie od wyznawanej religii lub jej braku i znaczących ich indywidualne dróg. Mniej będzie wojen i konfliktów. Przecież to właśnie emanacja naszych strun pozwoliła nam się ze sobą spotkać i rozpocząć taką przemianę. Uczyłem się od niej jak być bezinteresownym przewodnikiem, a ona spotkała mnie aby móc bez strachu ujrzeć swą strunę światła w dniu, w którym napotka samą siebie i umysł już nie będzie potrafił jej narzucić tyranii faraona. Ujrzy wtedy swoje myślowe kraty wyssane z mlekiem matki, pudełko lokalnej kultury, łańcuch perspektywy narzucany przez lokalne zwyczaje i powiedzenia. Ujrzawszy je, sama bez pomocy, będzie się z nich mogła wydostać. Wystarczy przecież je ujrzeć, aby przestały istnieć. To że moje opowieści o więzach traktowała już jak nieciekawe bajki nie miało żadnego znaczenia. Już była zbyt duchowa, aby groził jej ziemski obłęd przywiązania do ciała, gdy zacznie widzieć. Będzie po prostu mieć i kontrolować swe ciało, wolna od sabatu wiedźm ze swego środowiska, które z wiedzy tej uczyniły narzędzie fizycznej manipulacji, zamieniające dobrych w wartościowe przedmioty.

Może będzie mogła niezależnie od własnych apetytów szanować wybór każdego i nie karmić na siłę swoich dzieci mięsem, jeśli odmówią. Uchroni je od troskliwych w zapychaniu zastojem i chorą energią, infantylnych, autodestrukcyjnie posłusznych faraonowi kobiet. Będzie mogła przypilnować, aby zawsze mogły zaczerpnąć spokojnego oddechu, usłyszeć własne myśli. Nie zginąć w pędzie i obłędzie pracy, zakupów i czasu definiowanego w dni tygodnie i godziny. Będzie wiedzieć, że czas nie istnieje, będąc jedynie niszczącym wymysłem ludzkości. Czas, który raz porzucony, każdemu pozwala się cieszyć z własnego przepływu istnienia. Nie stanie się to kiedy uwierzy we mnie tylko wtedy, kiedy uwierzy sobie. Sam wiem, że tak się stanie tylko dlatego, że onegdaj też uwierzyłem sobie. Byliśmy gotowi do transformacji. Łączyła mnie z nią już tylko jedna zasada jej świata, odróżniająca bycie obok siebie z posiadaniem się nawzajem.

Czekałem. Zamiast zajmować się sobą czekałem. Właściwie czekanie stało się moim zajęciem. Podobnie jak mężczyźni jej stanu, czekałem aż się przede mną otworzy, aż mi kompletnie zaufa. Różnica polegała na tym, że oni chcą w ten sposób wziąć w kobietę w posiadanie i mieć ją do końca dni któregoś z nich, nie zważając na jej wolę. Ja czekałem na tę chwilę, gdy zaślepiona swym dziewictwem poczuje władzę nade mną, weźmie zbyt dużo i złamie delikatny balans między nami. Byłem już gotów, aby jej wtedy wytłumaczyć nieuczciwość jej zachowania, nieuczciwość jej kultury i odejść. Pozbawiona sędziego wbijającego ją w życiową rolę w chwili upadku, będzie mogła odkryć swe własne przeznaczenie. Będzie miała wybór. Czyniąc tak albo spłacałem dług szczęścia, które miałem kiedyś spotykając drzewo, albo przypominałem sobie sam, jak ludzie mają traktować się nawzajem. Nie wiem. Było to bez znaczenia, bo i tak nie mogłem postąpić inaczej. Wiem, że byliśmy razem zbyt silnie, aby móc jej podarować coś cenniejszego niż wiedzę, że tylko dbając o swoją połowę czyni dla związku wszystko co możliwe i nie ma między nami miejsca na manipulacje. Tylko pokazując jej własne manipulacje mogłem to udowodnić. Aby mogła mi uwierzyć musiałem zaczekać na odpowiednią chwilę. Nie chciałem żeby ta chwila nastąpiła i równocześnie chciałem ją już mieć za sobą. Czułem, że nie będzie mi łatwo żyć bez niej ale wiedziałem, że wytrzymam. Dla niej, dla siebie, dla innych i dla nikogo, wytrzymam. Bez tego, nowa definicja miłości nie mogłaby się narodzić w zwapniałej posiadaniem cywilizacji.

Tam po raz szesnasty

Sprawiedliwi mogli już przestać wierzyć w tradycyjny podział ludzi. Jaśni i ciemni przestali dla nich istnieć neutralizując fronty wojen, które trwały nadal, tocząc się siłą inercji. Odebranie Jasnym władzy spowodowało, że nikt jej nie miał. Na nowo zdefiniowana normalność traktowała zarówno zdyscyplinowane dążenie do perfekcji jak i sabat obmowy i nienawiści jako równoległe wszechświaty różniące się jedynie jakością w przepływie energii. Ci Sprawiedliwi, którzy nie pochodzili z ludzi wiedzieli o tym od zawsze, ci, którzy od nich pochodzili, przypomnieli sobie o tym przebudziwszy się ze snu. Snu, który trwał krótko, bo tylko chwilę w historii planety. Chwilę od narodzin ludzkiej cywilizacji. Teraz obserwowali Ziemię pełną tych, którzy trzymali się nawzajem w piekle i nieszczęściu, traktowanych jako wyzwanie przez tych, którzy stymulowali się wzajemnie aby wzrastać, podobni do szkółki leśnej baobabów i sekwoi. Sami godząc się z prawdami drzewnych Sprawiedliwych na razie nie ingerowali, pozostawiając wszystkich samych sobie, aby mogli nauczyć się żyć bez ich nadzoru.

Ci, którzy tego nie pojęli, nadal walczyli i kontrolowali siebie nawzajem tylko po to, aby brutalnymi metodami nauczyć się, że na nic nie mają wpływu. Do szczęścia potrzeba jedynie pojąć samych siebie. Przebudzeni tymczasem, wzbogacali swe zrozumienie refleksją odnalezionego w sobie światła, prześwitującego poprzez uszanowanie fizycznego oddzielenia. Już odzyskali pamięć istnienia, noszoną teraz w strunach światła zauważanych w oczach. Odporni na otaczające ich dogmaty, już niezdolne aby wymazać definicje ich istnienia ze świadomości. Trwali niezależnie od wymiaru i szerokości geograficznej a pamięć o sobie nawzajem nosili w przesyłanych z pozytywną energią myślach. Pamiętali też o niewolnych, przewalających się w brutalnym poszukiwaniu końca swego zapomnienia. Wiedzieli, że odnalezienie właściwej drogi jest dla nich już tylko kwestią czasu i oczywistością. Taką samą jak śmierć fizyczna. Pogodzili się z nieuchronnością ludzkich wyborów i działań wiedząc, że nawet stukrotnie powtarzając ten sam błąd, powoli zbliżą się do osiągnięcia spokoju. Nie wiedzieli ile atomów wymieni się w ich mknących jak rwąca rzeka ciałach zanim to nastąpi, ale wiedzieli że światła nie można unikać w nieskończoność, ponieważ ono samo jest nieskończonością. Nieograniczeni konceptem nieba i piekła rozumieli dlaczego bramy nieba są zawsze otwarte i tylko indywidualna wola narzuca ograniczenia pozwalające je opuścić lub doń powrócić. Nieludzcy Sprawiedliwi wytłumaczyli im fikcyjny dla nich samych koncept piekła. Miejsca nieobjętego umysłem, w którym wola musi pokonać strach, nienawiść, żądzę i odrębność samej siebie, zanim uda jej się ujrzeć wyjście.

W tych warunkach nowym zadaniem Sprawiedliwych stało się przygotowanie ludzi do ułożenia sobie mądrej rzeczywistości, kiedy już zatrzasną się za nimi ostatnie drzwi percepcji, która rozróżniała jasnych i ciemnych przez ostatnie cztery tysiące lat. Podział, w którym dotąd zapominali się wszyscy zatrzaśnięci w ciemnościach ludzie. Nadzór, który strzegł ich ostatniego kroku przed odnalezieniem siebie samych, powoli dobiegał końca. Nad terenami, które nie walczyły, zbliżał się czas wielkiego obłędu, najlepszy moment na ostateczne oddzielenie przebudzonych od reszty społeczeństw.

Wielki obłęd był pustym rytuałem świętującym narodziny Boga, o którym mało kto już pamiętał. Podtrzymywano go od tysięcy lat dzięki dzieciom, które przekupywane tego dnia przedmiotami i nieznanym im przez cały rok spokojem, jako dorośli, podtrzymywali w podświadomości magię, napędzając handel i produkcję. Obłęd zaczynał się ponad miesiąc przed rytuałem wzrostem aktywności handlowej. Przeciętnie definiowana zbyt szybko w porównaniu z tempem krwioobiegu idea czasu, przyspieszała wtedy jeszcze bardziej. Obok tradycyjnych obowiązków wynikających z wykonywanej pracy trzeba się było jeszcze zmieścić z rytualnymi przygotowaniami, sprzątaniem, wymyślić co komu kupić, co ugotować, kogo zaprosić na uroczystą wieczerzę i tak dalej. Apogeum zwykle zaczynało się tydzień przed świętem i trwało do uroczystej kolacji lub śniadania, połączonych z rozdawaniem prezentów. Krótkie chwile potem, należały do jedynych momentów w życiu sprzedanych tłumów, kiedy następowała cisza i spokój. Był to moment kiedy nikt nie biegał, nikt nikogo nie poganiał ani nie śledził. Tu i ówdzie słychać jeszcze było krzyki awantur wybuchających pośród tych, którzy po raz pierwszy od roku zasiedli wspólnie z rodziną przy stole. Ale i one cichły, łatane przez pełne brzuchy i tradycję, która tylko ten jeden raz, wymagała od swych wyznawców pokojowego rozwiązania konfliktu. Właśnie ten moment interesował Sprawiedliwych.

Potem wszyscy kładli się spać, aby nazajutrz znów zdradzać siebie nawzajem z własnymi słabościami ukrytymi w ekranach telewizorów lub komputerów. Sprawiedliwi nazwali ten okres wielkim obłędem od kiedy odkryli zależność ludzi od technologii i rozpoznali jak obłędną maszyną stała się cywilizacja. Teraz, pamiętając już, że to nie ludzie są dla maszyn tylko maszyny dla ludzi wiedzieli, że nad technologią można zapanować wybierając godność. Ludzcy Sprawiedliwi już wycofali się z błędu zarządzania ludźmi. Budzenie ludzi nie mogło być programowane presją, możliwe stało się tylko stworzenie odpowiednich warunków, aby proces ten dokonał się sam i oddzielnie w każdej głowie. Bo każda głowa jest inna. Ale aby moment taki nastąpił, potrzebna jest chwila spokoju. Sprawiedliwi odnaleźli ją i postanowili bezpiecznie wypełnić mądrością.

Tutaj po raz szesnasty

Zastanawiałem się czy moje czekanie na to, że przekroczy granicę i naruszając nasz balans zażąda więcej niż wystarczy, nie sprowokuje jej do takiego działania. Czy nie powinienem raczej skupiać się na wierze, że nigdy tego nie uczyni. Postanowiłem w ogóle o tym nie myśleć, przypominając sobie jedynie technikę przesyłania jej myślami miłości i skupiając się na innych działaniach. Gdybym chciał ją mieć dla siebie mógłbym zniewolić ją myślą, ale nie mógłbym wtedy być obok niej. Życie w moim świecie nie byłoby przecież wolnością. Ocknięcie się, skonfrontowanie z konsekwencją własnego świata zbudowanego na niewinności nieadekwatnej do powtarzanych bezsensownie, tradycyjnych działań, było konieczne. Wybierała dalej być obok mnie i gdzie indziej więc musiało nastąpić. Ucieknie albo pozwoli jej za to uświadomić sobie siebie i żyć własnym życiem. Tak jak ja teraz żyję. To czy to życie będzie szczęśliwe pozostawało poza moim wpływem ale nikt nie mógł mi zabronić wiary, że tak będzie.

Nadchodziły święta, które tradycyjnie spędzało się w rodzinach. W większości przypadków oznaczało to kompromis pomiędzy niedopowiedzeniami, wybuchowo piętrzącymi się pod ścianami przy tak długim okresie przebywania razem w tym samym pomieszczeniu, a presją pozostania w spokoju. Wieczór poprzedzający pierwszy dzień świąteczny był najprawdopodobniej na tutejszej prowincji jedynym dniem w roku, kiedy presja faraona rozluźniała się, tworząc sztuczny wręcz brak wiatru. Pozwalało to dzieciom na odnalezienie siebie i poczucie się przez chwilę ludźmi. W pałacu, presja ta nie znikała nigdy, ale w domach letniskowych mojej rodziny nigdy też nie było dla niej miejsca nie licząc specjalnych gabinetów. Wytwarzanie takiej presji i jej rola w trzymaniu społeczeństw w kleszczach racjonalnego porządku nie były mi obce. Zwykłe dzieci uczy się krótkiej chwili wytchnienia od tej presji tylko po to, aby miały za czym tęsknić, uwięzione w obłędnym kołowrocie całorocznych działań związanych z budową kolejnej piramidy na nie swoje zwłoki.

Lubiłem ten okres, ponieważ mogłem wtedy spacerować wieczorem po mieście pewien, że na ulicach nie będzie wojny. Wszyscy jej wyznawcy karnie zasiądą do stołów w swych rodzinnych miasteczkach. Dni, kiedy można medytować w mieście bez potrzeby odpierania emanującej z tego miejsca zanieczyszczonej energii pośpiechu. Tymczasem oczyszczałem się ze wszystkich swoich pragnień dotyczących jej osoby. Rozumiałem jej wrodzoną niekonsekwencję, godząc się po raz kolejny na to, że tylko sama może ją zmienić. Pozbawiając ją własnego przewodnictwa już nie mogłem się z nią widywać. Dopóki się nie obudzi, miała się stać dla mnie tylko ciałem na które moje ciało miało nie reagować na dowód, że nie chcę jej kosztem zależności materialnych. Więcej miałem już nie używać jej języka ani nie snuć traktowanych za opowieści wyjaśnień. Jedynymi komunikatami jakie miały pozostać z mojej strony w przypadku ewentualnych spotkań, miały być opisy teraźniejszości. Nieznanej mi na razie teraźniejszości, tej która będzie mogła się między nami stawać zgodnie z możliwościami kreacji obu umysłów oraz harmonii na jaką stać będzie nasze ciała.

Wątpiłem jednak w ewentualność ponownego spotkania, bo przypadki się przecież nie zdarzają. Dużo medytowałem aby być gotowym do naszej konfrontacji. Podczas medytacji odłączałem się świadomością od swego statku, czyli ciała, i obserwowałem oddziałujące nań siły. Po powrocie, rozwijałem poddawanie się tym, które wypełniały mnie siłą i zdrowiem, ucząc się zamknięcia i neutralizacji tych, które chciały mnie niszczyć. Wiedziałem, że porzucając ją naturalną racją a nie ideą faraona, będzie na mnie oddziaływać całą sobą i musiałem umieć przekierować fale niechęci w neutralność, aby jej energia nie przyniosła mi szkody tylko siłę. Zdawałem sobie sprawę, że bez pomocy własnego rodu skaczę w przepaść i tylko nieskazitelność intencji zezwoli mi na lot.

W domu rodzinnym, działania moje bazowały na świadomym połączeniu ciała z umysłem w wypełnianiu zaleceń ducha. Ducha, którego porzuciłem, bo nie akceptował równości z drzewem. Teraz wypełniający mnie duch Ziemi miał zmierzyć się z porzuconym przeze mnie duchem ludzkiej cywilizacji. Nie jest to najradośniejsza walka dla człowieka. I ciało i umysł mają w niej równorzędny głos, blokujący każdemu składnikowi z osobna możliwość kompletnego przejęcia steru działania. Za nią będzie stała cztero milenijna iluzja faraona a za mną prawda ginącej przyrody. Dopóki i za mną stał faraon odnosiłem zwycięstwo. Teraz miałem wejść w podobne działanie z nowym Duchem i ze ślepą na jego istnienie kobietą nie znając efektu końcowego.

Musiałem stać się czuły jak membrana, aby udało mi się wejść w ten stan bez zapanowania nad nią fizycznie. Wiedzieć, że ma się rację i zwyciężać leżało w moim stylu i nie zamierzałem spełniać jej podświadomych oczekiwań satysfakcją, że nad nią panuję. Pozostało mi tylko jedno spotkanie, podczas którego wiedziałem co się będzie działo tylko do tego momentu, w którym stanie się niezależna od moich fizycznych wibracji. Ja będę wciąż odkrywał jej, skierowane w moim kierunku, ale już nie będę mógł na nie świadomie odpowiedzieć. Nawet jeśli będą mnie chciały zabić. Tylko tak mogłem jej pokazać gdzie jest punkt łączenia się ciała i umysłu, opisać miejsce, w którym go nie miała. Nie mogłem wiedzieć co się wydarzy potem. Zapewne jej umysł jakoś zrozumie mój przekaz i zareaguje na mnie jakąś emocją, a potem jej ciało zamknie się na każdą energię, odrzucając także i mnie. Czy stanie się to bez agresji, bez woli mordu, z neutralizacją negatywizmu własnych przekonań i wyzwoleniem, nie zależało ode mnie tylko od niej samej. Nie wiedziałem nawet, czy moje wierne instynktowi samozachowawczemu ciało nie skrzywdzi jej broniąc się. Wiedziałem, że instynktownie jest dobra, że wiele rozumie i trzymałem się tego w niezłomności mojej decyzji. Drzew było coraz mniej, nie mogłem sobie pozwolić na tradycyjną miłość partnerską przede wszystkim. Na miłość, która pozbawiona mądrości drzew nie przetrwałaby ani sekundy, wchłonięta przez abstrakcję lokalnej formy czczenia faraona.

Tam po raz siedemnasty

Nieludzcy Sprawiedliwi tłumaczyli tym, pochodzącym od ludzi, regułę życia. Niezmienną od kiedy życie istnieje. Dzięki temu ludzkim udało się pojąć błąd, który popełnili gdy pokierowali resztą ludzi. Zagrali w grę, w której nazywanie świata słowem było uważane za działanie. Chociaż natura technicznie wygrywała każdą potyczkę z wojującymi z nią ludźmi, oni nazywając jej milczący sukces wymyślonym przez siebie słowem uciekali w dumę bycia tymi, którzy tworzą zamiast współtworzyć. A to było kłamstwo. Na miejsce dyktowanych przez naturę praw, jaśni wprowadzali swoje, które oczywiście nie mając żadnej mocy, wpędzały ich tylko we frustrację. Pobici działali zawsze od nowa, bez zrozumienia świadomości porażki i bez wyciągnięcia z niej wniosków. Negując naturalne prawa równowagi oszukiwali siebie samych. Nie dojrzewali do następnego ruchu ani nie uznawali zwycięstwa ponad sobą. Zawieszeni we własnej dumie i przeżarci argumentacją, pozwalającą im na utrzymanie logiki ale nie rzeczywistości, zapominali o swej własnej naturze zawieszając się w plastikowej egzystencji. To już nie było życie ale kosztowało życie milionów istnień. Kara za to niedopatrzenie, w którym sami, bez konsultacji z innymi formami życia decydowali o wspólnych losach nadchodziła. Ci, którzy pozostali nielojalni w stosunku do wszystkich innych połączonych z nimi miejscem zamieszkania istnień nie mogli wiedzieć, że nadchodzi ich ostatni dzień, dzień obłędu.

Kiedy ludzkim Sprawiedliwym udało się dojrzeć do czego doprowadzili wtedy jaśni stracili władzę. I wybuchła wojna podczas której ludzie rozwarstwili się na przebudzonych i walczących ze sobą nawzajem. Sprawiedliwi uświadamiali więc nowe, a raczej pradawne reguły przebudzonym. Reszta nie była w stanie wyrzec się wojny z naturą, tak więc przebudzeni musieli ich porzucić. Aby przeżyć nie mogli zawierać kompromisu z autodestrukcyjnym obłędem dla którego wojna była normalnością. Zrezygnowawszy z walczących stali się dla nich niewidoczni i mogli się otworzyć na bogactwo odczuć bycia jednością z życiem na Ziemi. Stali się ludźmi, którzy śniąc wiedzę Sprawiedliwych, przypominali sobie coraz więcej.

Tutaj po raz siedemnasty

Od kiedy porzuciłem pałac, mieszkałem w wielopiętrowym bloku, jednym z wielu na jednym z wielu osiedli otaczających miasto. Z wysoka wyglądały one tak, jakby ktoś rozrzucił pudełka po podłodze. Bez drzew, parków, jezior czy pól, pozostawały nienaturalne w swych otoczonych asfaltem formach. Lubiłem kiedy padał śnieg. Wyobrażałem sobie wtedy, że każdy blok to futurystyczny statek kosmiczny a ja jestem astronautą, który chodzi po planecie, na której właśnie wylądowała nasza kolonia. Otaczającej mnie pustyni nigdy nie potrafiłem utożsamić sobie z normalnym miejscem zamieszkania człowieka. Na szczęście rzeka była niedaleko a nad nią zachowało się jeszcze kilka drzew na przestrzeni powstałej dzięki zmianie koryta i zakazowi budowy za wałem przeciwpowodziowym. Tam właśnie szedłem, aby spotkać się z nią, najprawdopodobniej po raz ostatni. Śnieg już nie padał, ale wiał wiatr, wyjąc w świstawkach utworzonych przez przestrzeń pomiędzy blokami. Zniechęcało to spacerowiczów, którzy woleli spędzić świąteczny poranek w cieple swoich domów.

Po raz pierwszy miałem zablokować w sobie współczucie po to by nie przyzwyczajała się do bycia ofiarą. Aby nasze spotkania mogły zmienić wymiar. Dla niej mogło to być naturalne domowe starcie ale dla mnie wyzwanie do ominięcia bitwy morskiej. Po to aby oba okręty, nienaruszone, mogły płynąc dalej przez ocean życia. Szacunek do działania wyrażany harmonią czynów i słów odróżnia bowiem życie od egzystencji.

Siedziała pod drzewem oglądając spieniony nurt rzeki. Usiadłem obok niej w milczeniu. Była objedzona i spokojna, jeszcze pełna świątecznej atmosfery, jeszcze wolna od presji biegu za swoimi bardzo ważnymi sprawami. Usiadłem obok.

Ostry nurt – powiedziałem cicho.

W końcu jakaś szansa na normalna rozmowę – odpowiedziała.

Uświadomiłem sobie, że robiła mi łaskę. Umiała równie dobrze błagać jak i żądać ale nic nie mogło być pewne. Łatwiej się wtedy chwytać słów typu „szansa” lub „okazja” gdy nic nie jest pewne i to był jej kod komunikowania się z moim umysłem. Tylko, ze ja wiedziałem, że przypadki nie istnieją. Nabrała powietrza aby jeszcze coś dodać ale zmieniła zdanie, spojrzała na mnie z góry i zamilkliśmy. Było mi ciężko. Słowa wypowiadałem powoli, niemalże wypychając je z siebie.

Uważam, że życie jest zamierzeniem a nie szansą – zauważyłem.

Popatrzyła na mnie zaskoczona. Nie sterowała przecież własnym życiem tak więc nie mogła mi uwierzyć. Zgodnie z jej perspektywą właśnie nastąpił pierwszy zgrzyt w naszej sielance.

Nie wiem jaka afera ci się trafiła w święta – odpowiedziała surowo – ale możesz powiedzieć mi jaki masz problem.

Nie mam żadnego problemu – odpowiedziałem spokojnie i zamilkliśmy.

Widziałem, ze się wściekła. Moja krótka, zaczynająca się od „moim zdaniem” wypowiedź podkopała jej pewność siebie. Pewność, że do niej należę. Nie zamierzała się poddać bez walki i postanowiła jednak wmówić mi że mam problem.

– Wiem, że nie jest łatwo spędzić samemu święta… – zaczęła ale przestałem ją słyszeć. Miała rację miałem problem. Musiałem jej nie wierzyć aby nie podporządkować się fali współczucia, które mi dawała. Współczucia o które nie prosiłem i które mi się nie należało. Wcale nie było mi trudno. Przyjmując jej współczucie okłamałbym ją. Patrzyłem na jej twarz tylko słowa do mnie nie dochodziły. Nadal była piękna tylko już nie tak jak dotąd. Po prostu była bardzo przystojną kobietą. Jedną z wielu. Jej usta przestały się poruszać więc pewnie zamilkła.

Wierzysz moim słowom? – spytałem cicho.

Tak – uśmiechnęła się patrząc przed siebie.

Wiesz, że o tych mistrzach, którzy kontrolują własne komórki mówiłem na serio? Tak samo jak te historie o harmonii z naturą.

Medycyna naturalna nie jest żartem ale nie jest też najlepsza.- odpowiedziała – Nie chcesz chyba, żebym zaczęła przywiązywać wagę do jakichś plotek i przestała traktować cię poważnie. – To był szantaż emocjonalny, który mnie ucieszył. Wiedziałem, że będzie mogła dać sobie radę beze mnie.

Twoja postawa ma naturalne konsekwencje – odpowiedziałem. – Ja wybieram wierzyć, że tylko poprzez naturalne podejście do siebie możemy przeżyć w spokoju i bez obłędu, którym raczy nas kultura ludzi. Obłędu nierównowagi wymagań w stosunku do prawdziwych potrzeb.

No przecież ja cię rozumiem – zgodziła się łaskawie – ale nie należy popadać w skrajność i fanatyzm…

Znów przestałem słyszeć jej argumenty. Jej słowa bębniły rytmicznie jak tłuczek przygotowujący bitki. Ja już od dawna nie jadłem mięsa. Rozumiałem, że fanatycznie broni swojego świata, że nigdy nie zgodzi się działać na płaszczyźnie, na której już o pewnych faktach nie trzeba będzie dyskutować. Nie mogłem jednak ranić ani jej ani siebie utrzymywaniem zafałszowanego status quo, który mnie trzymał w miejscu a ją oszukiwał, że jestem kimś innym. Musiałem to zakończyć.

Wiesz, że nigdy nie zależało mi na naszym byciu razem. Że nadal jest tak samo.- przerwałem jej spokojnie.

Wyglądała na zaskoczoną ale dzielnie patrzyła się przed siebie.

Tego nie wiedziałam – przyznała cicho – ale wiedziałam, że jest w tobie coś o czym nie mam pojęcia. Ale teraz już znam wszystkie zasady twojej gry.

Nieoczekiwanie wkurzyła się. Zaczęła cos do mnie mówić głosem ostrym i gwałtownym, jakby strofowała małe dziecko. Poczułem jak wpadam w jej wyobrażenie o sobie samym. Jak zamykam się w martwym pudełku bycia znanym w całości przez drugiego człowieka, bez prawa do bycia wszystkim i obok wszystkiego. Aby odeprzeć te myśli skupiłem się na parze łabędzi żerującej przy przeciwnym brzegu rzeki. Wpatrywałem się jak wymijają krę w spokoju i z precyzją, dzięki której zachowywały pełną kontrolę nad pędzącą na nie nawałnicą. Udało mi się na nowo usłyszeć własne myśli. Chciała przemocą zapanować nad sytuacją. Chciałem w krzyknąć w nią „albo po naturalnemu albo wynocha z mojego życia, wybieraj” ale spokój łabędzi udzielił mi się. Zapasy na wrzaski słyszałem w jej domu i nie należałem do niego. Postawienie jej ponownie przed wyborem było bez sensu, służyłoby tylko załagodzeniu teraźniejszego konfliktu a prawdziwe fakty już znałem. Korzystała z przywilejów życia, którym się z nią dzieliłem ale równocześnie wprowadzała swoje zasady przywiązania. W tajemnicy, ponieważ logicznie nie miała argumentów aby to zrobić. Nie chciała się zmienić, chciała mnie mieć jak pigułkę na lepszy humor.

To nie jest gra. To jest życie – powiedziałem jak już trochę przycichła. – Nie nazywasz mojej rzeczywistości. – dodałem spokojnie. – Możesz zamknąć swoją refleksją swoje wyobrażenie o mnie, ale nadal nie będzie miało ono nic wspólnego z tym, kim jestem.

Było mi niedobrze a każdy jej, skierowany w moją stronę gest przeszywał mnie bólem jak gdyby wysyłała lasery z opuszków palców. Swój spokojny głos słyszałem z oddali, zagłuszany przez galopujące tętno. Mimo woli zacisnąłem pięści a ona wzdrygnęła się usłyszawszy trzaskające kości.

Nie przejmuj się i tak jesteś najlepszym facetem, z którym udało mi się spotykać…

Zalała mnie kolejnym słowotokiem. Jej głos był pełen pochlebstwa. Ale nie oczy. Byłem w nim widziany, ale nie słyszany. Odpowiedzialny za to, że będąc mężczyzną należę do tych, którzy gnębią kobiety i mają się za to wstydzić służąc ich nienasyceniu do końca życia. Była sprawiedliwa bo ja też przecież jej nie słyszałem. Ale ona widziała tylko mnie . Nie widziała, że patrzę na łabędzie. Wiedziałem, że nie mam jej i nigdy nie miałem. I dlatego ona tez mnie nie miała. Wbrew pozorom jej wyrzuty nie były skierowane do mnie. Przestało boleć, przestałem ją czuć. Ból był tylko iluzją, podobnie jak jej obraz. Zastanawiałem się czy uległością, która teraz, chwile po agresji reprezentowała, próbuje oszukać siebie czy mnie. Jej prawda zmieniała się prędzej od wiatru, więc nie umiałem myśleć inaczej.

Już nie mogę słuchać w kółko tego samego – powiedziałem jej stanowczo. – Nauczyłem cię jak czyścić buciki po wdepnięciu w błoto i teraz sama możesz to robić. Jak ja będę czyścił swoje a ty swoje, razem możemy robić coś nowego. Jeśli ja mam cały czas czyścić i swoje i twoje po to abyś podejmowała dotyczące mnie decyzje beze mnie to nie ma równowagi.

Tym razem słowotok był znowu gwałtowny. Oczywiście nie zrozumiała przenośni. Nie mogła bo mi nie wierzyła. Słyszałem jakieś urwane wyrzuty typu „poświęciłam swój czas” albo „dałam ci szalik” jakieś cyfry… Słowotok, który przeszkadzał myśleć, słyszeć własna muzykę, czuć harmonie z naturą. Chrzęszczał jakaś męką i uzależnieniem. Rozumiałem, że jej umysł ma jakaś odpowiedź, że ona kocha jak umie najlepiej. Nigdy nie opuściwszy piekła swojego umysłu usiłuje mnie doń wciągnąć. Boi się uwierzyć, że życie może być lepsze bo lepszego nie zna. Ale nie wie że ja wiedziałem, że może taka być i nie zna powodów dla których uszanowałem jej tradycje nie dotknąwszy jej ani razu. W jej tradycji istniało przecież i niebo i to właśnie ono ukazało się w moich oczach kiedy jej wytłumaczyłem dlaczego jej klątwy nie maja nade mną żadnej mocy. Spojrzałem na nią, jeszcze przez chwile i widziałem w niej to samo piękno co tego dnia kiedy ujrzałem ją w autobusie. A potem… Zamiast objąć ją i powiedzieć, że ją kocham, zdradziłem jej sekret mojego związku z nią.

Nigdy nie byłem z tobą, zawsze byłem obok ciebie.

Zamilkła. W jej skierowanych przed siebie oczach pojawiło się widzenie. Zapomniała że tam jestem, zaczynała rozumieć. Nie mogła mnie obarczyć swoimi kłopotami ponieważ uwierzyła, że nie ma ku temu podstaw. Wiedziała, że mam rację. Wiedziała, że też to wiem pozbawiony jakiejkolwiek satysfakcji. Nie nienawidziłem jej, odbierając jej prawo do tego samego. Nie mogła mnie nienawidzić a tylko jej nienawiść mogła zadać mi ból, mogła mnie zniszczyć. Cały system w jakim została wychowana, normalność polowania na mężczyzn, odwracania odpowiedzialności za własne życie na parę znikł. Została sama. Faraon ją zawiódł, pozostała ze swoją zgodą na bycie mu powolną ale i z nową świadomością, że on nie spełnia obietnicy bezpieczeństwa. Nigdy nie spełniał, dotąd była jedynie wystarczająco głupia, aby się łudzić że tak jest.

Spojrzałem na nią, czytelną jak książka. Nie widziała mnie, oglądała krę niesioną z prądem rzeki, dopóki sikorki nie odwróciły jej uwagi przelatując tuż przed jej nosem. Wtedy znów stała się piękna. Nadeszła chwila aby odejść i by mogła zacząć się rozwijać sama. Umiała spotkać siebie bez gwałtu i bez presji, a tego się nie zapomina. Oparta o drzewo oglądała małe ptaszki migające w nadrzecznych chaszczach, pełna spokoju i piękna. Opuściły mnie emocje i oddzielony od niej poczułem jak spokojnie bije moje serce. Chciałem odejść ale ubiegła mnie. Patrzyłem na nią po raz ostatni, jak zapomina o mnie i głaszcząc drzewo, odchodzi.

Myśl o przepaści, która właśnie powstała miedzy nami szarpnęła przejmującym bólem serca a smutek jak otchłań otworzył się gdzieś we mnie, aby mnie pochłonąć. Coś we mnie chciało na zawsze zniweczyć moje szczęście i nie poddałem się temu. Spojrzałem przed siebie z radością dobrze dokonanego wyboru, z sumieniem czystym i zachęcającym mnie do dalszego życia, dalszego dokonywania wyborów. Łabędzie odlatywały na południe, malowniczo startując nad zamarzającą rzeką.

Tam po raz osiemnasty

Ziemia przechodziła transformację kończąc z traktującą ją jak przedmiot częścią cywilizacji ludzkiej. W wyniku globalnego ocieplenia poziom oceanów podniósł się, zasilany roztopionym lodem z biegunów. Fragmenty kontynentów, które znalazły się pod wodą nie były zbyt rozległe ale za to gęsto zaludnione. Ludzkość, która w okresie wojen nie potrafiła sobie poradzić z milionem uchodźców nagle musiała sprostać prawie miliardowi przesiedleńców. I tym razem nie chodziło tylko o ludność ubogą z terenów eksplorowanych przez Święte Przymierze ale i o obywateli tego Przymierza. Na terenach kontrolowanych przez Wojowników Świętego Proroka sytuacja wyglądała podobnie. Atmosfera gęstniała aż do dnia, kiedy zmieniły się bieguny magnetyczne planety. Miało to miejsce w tygodniu pustoszących kontynenty, silnych wiatrów. Nieświadomi wpływu pogody na samopoczucie, traktujący się nawzajem instrumentalnie ludzie stracili hamulec, którym była chęć wspólnego zysku i doszło do rzezi. Anarchia na ulicach miast nie omijała nikogo, kto tego dnia nie pozostał w domu. Nie panujący nad swoimi umysłami ludzie uwolnili agresję na siebie nawzajem. Jeden dzień wystarczył aby obie strony frontu powróciły z poziomem rozwoju cywilizacji do czasów antycznych. Jeden dzień zmniejszył populację Ziemian o jedną trzecią nie czyniąc żadnej krzywdy zwierzętom i roślinom. Katastrofy klimatyczne takie jak powodzie, susze, huragany i trzęsienia Ziemi przerzedziły tych, którzy przeżyli o połowę.

Tak zakończyła się pierwsza wojna w historii ludzkości, która zakończyła się pokojem dla każdej ze stron, stając się ogólną eksterminacją i bankructwem. Obok stale ścierających się sił Świętego Przymierza i Wojowników Świętego Proroka powoli wyłoniła się trzecia wartość, która ani nie była siłą, ani nie ingerowała w widzianą wojnę, poprzestając jedynie na nie przyjmowaniu jej do siebie. Składała się z tych, którzy żyjąc po obu stronach frontu zrozumieli, że jedynym sposobem na zakończenie wojny jest pozbycie się jej z własnych myśli. Sztuka pozostawania w spokoju rozwijała się równomiernie do liczby ją praktykujących. Stali się niewidzialni dla wojujących i tylko ci, którzy nie odrzucili spokoju z własnych serc, mogli się do nich przyłączyć. Nic nie musieli deklarować, po prostu ucząc się trudnej sztuki harmonii wewnętrznej zaczynali zauważać się nawzajem. Wsłuchujących się w rytm Ziemi nieustraszonych przybywało. Rośli silni i zaradni, podczas gdy posłuszna fikcyjnym bogom okrucieństwa reszta wymierała, zabijając się nawzajem na dogasających frontach lub powtarzanymi bezmyślnie rytuałami kultury śmierci w samotności czterech ścian własnych domów.

Strona Świętego Przymierza Ostatecznie unicestwiła się własna fikcją dążenia do materializmu. Pieniądze, będące podstawą jej filozofii, już dawno były oderwane od swej rzeczywistej wartości. Ilość wziętych kredytów i rozpęd jaki nadawały one funkcjonowaniu gospodarki wymknął się spod kontroli. Ekonomia nagle przestała być zależna od zajmowanych przez Przymierze terytoriów. Wojownicy Świętego Proroka osiągnęli apogeum desperacji, zamieniając należne sobie terytoria w kompletną pustynię dzięki samobójczym atakom nuklearnym. Ci przebudzeni, którzy mieszkali na terytoriach Wojowników Świętego Proroka zdążyli opuścić te tereny wcześniej, udając się w kierunku najwyższych gór globu. Tygodnie przed katastrofą tak, jak zostało im to zasugerowane w snach. Ich wiara była wystarczająco silna aby tym snom uwierzyć i przeżyć. Przebudzeni po drugiej stronie frontu śnili i wyjeżdżali tylko wtedy, kiedy terytoria na których zamieszkiwali miały znaleźć się pod wodą. Akceptowali oni Święte Przymierze, rozliczając się z nim zgodnie z obowiązującymi w nim zasadami ale bez charakteryzującego resztę, abstrakcyjnego traktowania wartości pieniądza. Po dniu obłędu i wielkim krachu energetycznym, spowodowanym utratą surowców pochodzących z okupowanych terytoriów, po prostu odeszli do lasu i zostawili wyrzynającą się nawzajem w zamieszkach resztę. W miastach pozostali tylko wyznawcy starego porządku. Konsekwencją dnia obłędu był upadek aparatów państwowych i powstały zrzeszające się w konkurowanie ze sobą o dobra materialne bojówki, które napełniały dzielnice gwałtownymi acz krótkotrwałymi walkami. Równoważące się siły i żądza mordu szybko oczyściły ziemię z wyznawców wojny. Zagrożenie ocieplenia klimatu znikło w przeciągu dwóch lat, podczas których emisja dwutlenku węgla do atmosfery spadła o 99%.

Osiągnięcia technologiczne ludzkości ocalały, pozbawione towarzyszącego im szaleństwa nadmiernej konsumpcji. Kontrolowane przez nieustraszonych, którzy nie zapomniawszy powodów katastrofy cywilizacji, budowali swój system w poszanowaniu własnych i cudzych cyklów naturalnych, oraz szanując własne, indywidualne prawa do rozwoju ducha. Dlatego, na płaszczyźnie materii podobna sytuacja nie mogła już się powtórzyć. Obsługa maszyn była powierzana tylko tym, którzy rozumieli i potrafili opanować działający na ich umysły impuls technologiczny. Nowe osiedla ludzkie już nie prześcigały się nawzajem w rozwoju potęgi na poziomie materii, pracując tylko tyle, aby móc spokojnie żyć. Resztę czasu przeznaczali na rozwój własnej duchowości i wrażliwości. Razem lub oddzielnie, zgodnie z odnajdowaną w sobie indywidualną drogą. Bawili się w wynajdowanie lepszych sposobów życia i głębszych dialogów z naturą nie na zasadzie współzawodnictwa, tylko dla własnego szczęścia. Porównywanie się z innymi odeszło w niepamięć, podobnie jak wojny. Siły Pokoju stały się globalną większością a niedobitki walczących albo dołączały do nowo powstającego systemu globalnej wspólnoty, albo nie odnajdując ich śladu, żyli w małych enklawach na obrzeżach niegdyś olbrzymich miast, wierząc w restaurację dawnej ludzkości. Zanurzeni w swej fikcji, jak zwykle ignorowali nowy okres planety, powoli dożywając swych dni otoczeni przez niewidzialnych dla nich Wojowników Pokoju, którzy pozwalali im istnieć ale nie zanieczyszczać. Ingerowali w sekrecie pozostawiając po sobie ślady podobne interwencji pogodowej. Ludzcy Sprawiedliwi pomyślnie przeszli transformację i przypomnieli sobie wszystko. Sprawiedliwi wszystkich rodzajów ponownie stali się jednym.

Tutaj po raz osiemnasty

Rzeka płynie silnym nurtem roztopów a drzewo za moimi plecami szepce o spokoju i harmonii. Już nie muszę jej czuć ani do niej powracać. Zadbałem o swoją połowę związku najlepiej jak umiałem. Przeżyłem. Powiedziałem jej wszystko, wszystko się wydarzyło i dalsze przesyłanie jej myśli zakłóciłoby teraz możliwość dokonania własnych wyborów tworząc więź, która oślepia, nie zezwalając na ujrzenie równoległych linii wszechświata. Jeżeli jeszcze żyje…

Wiem, że żyje. Światło w niej było takie samo jak we mnie, wiedziała o tym i już nikt nie mógł jej tego odebrać. Nasza telepatia miłości zamyka się w króciutkim myśleniu o sobie nawzajem ciepło, bez nienawiści. Obserwuję myśli, które wiedzą, że ona jeszcze zapomina, wierzy łomotowi imprezy, powierzając mu ucieczkę od samostanowienia, od świadomości swej pełni. Może jeszcze się boi nieskończoności i nie potrafi powstrzymać swej prawdy, zalewana przez potok absurdalnych i strachliwych myśli. Ale zna prawdę i już nie może jej zapomnieć na zawsze. Wiem, że już umie wątpić i to, kiedy wróci do drzewa aby sobie przypomnieć, jest tylko kwestią czasu. Wiem, że zamiast spokoju pod drzewem i prawa do świadomych decyzji uciekła w łomot, który sztucznie wycisza. Bez obserwacji i pamięci, gwarantując uległego kacem niewolnika o poranku tym, którzy walczą o władzę. Ale ten łomot odszedł już na zawsze.

Wiem, że nie zanurzy się już w ten stan, już nie włączy telewizora tylko wróci do drzewa. Obserwuję swoją świadomość istnienia wolnego wyboru i własną niemoc wyrwania jej przed czasem ze stanu ducha, odpowiedniemu jej drodze. Zauważam brak emocji związanych z analizą tego faktu. Obserwuję rosochate chmury przepływające nade mną i opowiadające tyle historii, ile tylko dziecko potrafi sobie wyobrazić. Nie przyklejam się do żadnej z nich, bo nie muszę ani pamiętać zapominać. Czuję jak moje ciało rozpręża się. Staję się nurtem rzeki… .

Tutam

Drogi wiodące do osiedli willowych za miastem pozostawały w całkiem dobrym stanie mimo ponad dwuletniego braku konserwacji. Furgonetka rodzinna przemknęła przez skrzyżowanie i zdążyła już przejechać połowę, kiedy na jej drodze stanęła cysterna z benzyną. Ciężka maszyna zbliżała się do skrzyżowania powoli, ruchem jednostajnym tak, aby nie musieć się zatrzymywać rozglądając na boki. Następnie gwałtownie przyspieszyła jak tylko kierowca stwierdził, że prawa jest wolna. Miał taki odruch z czasów, kiedy drogi były jeszcze pełne samochodów i obowiązywał ruch prawostronny. Odruch był już od dawna bezużyteczny. Furgonetka wbiła się pod cysternę prostopadle, obwieszczając kierowcy trzaskiem łamanej blachy i zerwaniem zawieszenia naczepy, że dalej już nie pojedzie. Zapadła cisza.

Cisza zupełna, bo będąca kontrastem do huku uderzenia i rzężenia gniecionych blach, ale niezupełna dla uszu obytych w tragediach, które słyszały ciche jęki i plusk z jakim benzyna rozpryskiwała się o asfalt. Księżyc oświetlał surrealistyczny obraz, otoczony milczeniem drzew podmiejskiego lasu. Z wnętrza tworzonej przez nie ciemności prawie równocześnie, z dwóch różnych stron, wyskoczyły dwie osoby. Mężczyzna i kobieta w strojach do biegania zbliżyli się do zamarłych maszyn. Kiedy ukazali się sobie nawzajem w świetle, przystanęli na ułamek sekundy tylko po to, aby roztopić zaskoczenie, które pojawiło się na ich twarzach i zastąpić je radością. Oboje ruszyli w kierunku wypadku ze strategicznym spokojem zdecydowanego działania. Mężczyzna pierwszy zbliżył się do furgonetki. Jej kierowcy nie można było już pomóc. Głowa leżała spokojnie, oparta na tablicy rozdzielczej i gdyby nie brakowało wbitej w jego wnętrzności kierownicy i nie spowijała go absolutna bladość, bielsza od innych oświetlanych srebrnym blaskiem księżyca twarzy, można by powiedzieć, że zasnął. W wyrazie jego twarzy nie było ani zaskoczenia ani bólu. Miejsca za nim były na szczęście puste, ale obok niego siedziała kobieta. Nie była nieprzytomna, jęczała cicho. Mężczyzna próbował uspokoić ranną i nawiązać z nią kontakt. Mocując się z drzwiami nie wiedział, czy głośniejsze jęki są jej odpowiedzią bo usłyszał obok siebie głos, który informował, że ranna kobieta rodzi. Powietrze powoli nasycało się oparami benzyny, karetki należały do przeszłości. Obywatele Pokoju, dzięki rozwiniętej harmonii nie chorowali ani nie ulegali wypadkom, świadomie kontrolując wszystkie aspekty swojej osobowości. Teraz jednak mieli przed sobą niedobitków starego porządku i działali akceptując swoją nieplanowaną obecność w miejscu i czasie, tak samo, jak czynili to jeszcze przed kataklizmem. Kobieta pobiegła do lasu i wróciła z kamieniem, którym rozwaliła tylną szybę furgonetki, te drzwi miały jedyne, nie pogięte uderzeniem zawiasy.

Granice jakie były między nimi kilka lat wcześniej już nie istniały i nie potrzebowali nawet słowa wyjaśnienia. Byli jedną radosną myślą w dwóch pełnych prostoty ciałach. Zjednoczeni wspólnym czasem i celem, powoli wysuwali jęczącą kobietę na zewnątrz. Brodząc w benzynie nieśli ją w głąb znanego sobie lasu. Nie mogli się zatrzymać, dopóki nie byli wystarczająco daleko od jeszcze niebezpiecznej cysterny. Zatrzymali się dopiero na oddalonej od ewentualnego wybuchu polanie. W międzyczasie brzemiennej odeszły wody płodowe i przestała jęczeć. Szok i stres były zbyt wielkie, aby przeciwstawić się fizycznym niedogodnościom. Umierała. Kobieta rozpoczęła reanimację a mężczyzna pobiegł z powrotem na miejsce wypadku. Już było bezpiecznie. Żaden silnik nie działał a benzyna powoli wyparowywała. Rozpoznając stopień katastrof ekologicznych stwierdził, że natura kompletnie zneutralizuje to miejsce w przeciągu roku ale będzie można jej pomóc. Podbiegł do szoferki cysterny, była pusta. Kierowca musiał ją opuścić pod wpływem szoku i pewnie teraz wędrował gdzieś przed siebie, nie wiedząc co robi. Pozostawił go własnemu losowi. Skoro przeżył bez proszenia o pomoc, sam mógł decydować o sobie. Mężczyzna miał teraz inne sprawy na głowie. Rozrzucając zawartość szoferki znalazł to na czym mu zależało. Duży kuchenny nóż, ręcznik, butelka wody i śpiwór mogły się przydać. Zagarnąwszy potrzebne przedmioty pobiegł na polanę, gdzie kobieta podtrzymywała oddech metodą usta usta i pobudzała krążenie, zastępując już zmarłą matkę. Fakt, że kobieta już nie żyła upraszczał sprawę. Można jej było rozciąć brzuch tak, jakby się kroiło mięso. I tak czynność ta nie należała do najprzyjemniejszych, biorąc pod uwagę, że trafiło na wegetarian. Po rozcięciu macicy i wyłuskaniu pęcherza płodowego okazało się, że jest jeszcze jeden. Oboje wycierali krztuszące się powietrzem niemowlaki, przed zawinięciem ich w śpiwór. Bliźnięta były zdrowe. Powoli wzięli je na ręce i mijając napełniające się mrówkami ciało odeszli w tym samym kierunku.

Warszawa, grudzień 2007

Advertisements

1 Response to “Anatomia Chmur”


  1. 1 online December 21, 2009 at 8:15 am

    Dzieki za ciekawy blog


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s




Stats

  • 77,708 clicks

Visitors


%d bloggers like this: