INFORMATYK W NIEBIE

Ave Sol, morituri te salutant.

Rozdział pierwszy: Duch Czasu

Sytuację znasz. Podczas drogi zatrzymujesz się na stacji benzynowej, żeby zatankować i opuszczasz ją wyposażony w trzy gatunki chipsów, tuzin ciastek, cukierki no i kolorowy magazyn kupowany tylko dla obrazków do obejrzenia w wychodku. Jak zwykle spieszysz się. Spieszyłeś się do pracy a teraz pędzisz do domu, bo jak zwykle masz tysiące rzeczy do zrobienia. Wsiadasz do samochodu i jedziesz dalej w noc przeżuwając, i nawet nie zauważasz, nie pamiętasz, że byłeś w sklepie. Nawet nie czujesz, że stres wwierca ci się w trzewia jak mały motorek napędzający cię do szybkości ponaddźwiękowych. Nie potrafisz go zabić, już przyzwyczaiłeś się do swego tłustego tyłka i faktu, ze życie ma być nudne. Puste opakowania i resztki jedzenia powoli zamieniają się w monolit na podłodze samochodu a przytłaczająca woń dusiłaby wszystkich, gdyby nie fakt, że nawet nie pamiętasz, kiedy po raz ostatni miałeś pasażera. W moim kraju, na zimnym północnym zachodzie w stanie Maine, nazywają cię „białym śmieciem”. Nienawidzisz ich, bo oni to po prostu nie ty. Traktują cię jak żywego trupa, mówią że żyjesz w rozkładzie, no i dziś wiem, że kiedy o mnie chodziło, to mieli rację. Nie podoba ci się forma do jakiej cię przyrównuję? Cóż to tylko ta przemoc i gwałt, które tak lubisz oglądać w telewizji i o których lubisz czytać we wszystkich sensacyjnych i kryminalnych historiach. Tylko teraz nie jesteś ich konsumentem ale podmiotem. Świadomym, bo nieświadomym byłeś zawsze. Wiem, bo już nie jestem odporny na prawdę. Wiem, że ty dalej masz rację i wiesz lepiej, zamknięty w więzieniu, swojej trumnie lokalnych przekonań, uprzedzeń i manii prześladowczych. I umierasz samotnie w swym przywalonym gratami mieszkaniu, gratami, których nie używasz, ale z którymi nie potrafisz się rozstać. Ale wcale nie jest tak źle, bo mimo lat niepowodzeń i wielkiego kałduna cały czas masz wybór. Możesz tak cały czas umierać wierząc, że życie jest cierpieniem, albo możesz tak jak ja wybrać akceptację siebie i innych, oferując swym myślom bazę do zmian i rozwoju. Wszystko zależy od twojego wyboru. Bo tak naprawdę sam dla siebie jesteś tymi znienawidzonymi prześladowcami którzy mają rację. Są po prostu twoją własną rodziną, która w twojej głowie stała się ciemięzcą zamiast być przyjacielem. Są twoimi dziećmi, które nauczyłeś, że nowa gra albo reklama w telewizji są ważniejsze od wspólnego czasu z własnym ojcem, to twoja była żona i przyjaciele, od których uciekłeś, obwiniając ich o własny stres, z którym sam nie umiesz sobie dać rady. Ich strach przed tobą to twoja dzisiejsza nienawiść do kobiet, skinów, pedałów, żydów, czarnych czy tego co tam jeszcze masz lokalnie na tapecie. Łatwe do przewidzenia, bo rzadziej wymyślane są nowe modele tych, których trzeba nienawidzić, niż modele Nintendo a nawet Rolls Royce’a. Obwiniasz innych, bo sam od lat działasz w poczuciu winy, bojąc się, aby ktoś ci przypadkiem nie przypomniał, że jesteś żywym trupem. Nie uciekaj! Przeczytaj sobie te zdania jeszcze raz, są proste, jeśli tylko zechce ci się je zrozumieć. Twoje trzewia już wiedzą, że mam prawo ci rozkazywać, że jestem twoim mistrzem i panem. Zabawny to oksymoron, bo twój duch nie uznaje mnie, tak samo jak nie uznaje żadnego pana ponad kosmiczną świadomość. Twoje argumenty, że uczciwie pracujesz, płacisz podatki i nie robisz nic, czego inni by nie robili nie zmienia faktu, że nadal w każdej chwili kiedy nie jesteś sam, umierasz ze strachu, którego nawet nie musisz sobie wyobrażać, który już od lat nazywa się depresją. Kiedyś byłem Tobą, dziś jestem jednym z tych, których się boisz, ale wbrew pozorom nie ma we mnie nienawiści. Umiem być przy tobie, ale potrafię też być sam, jeśli w swej ignorancji potraktujesz miłość jak kanapkę przygotowaną specjalnie dla ciebie i zechcesz wziąć wszystko, a nie tylko część, którą z własnej woli chcę ofiarować. Moim prezentem jest inna perspektywa, inne postrzeganie tej samej świadomości. Twoi przyjaciele tego nie potrafili i dlatego zmienili się albo odeszli. Pozwól sobie na przeczytanie pewnej historii, dzięki której zapanujesz nad własnym strachem. Nie będzie łatwo. Musisz mieć cierpliwość na wysłuchanie do końca, nie możesz pić, ani uciekać we wrzaskliwą argumentację. Jeśli doczytałeś dotąd, już jest za późno na odwrót, bo każda reklama, każdy śmietnikowy imejl tylko Ci przypomni, że jesteś wykorzystywany. Strach do którego już się w głębi siebie przyznałeś wyjdzie na zewnątrz i zostanie wykorzystany, aby zniewolić cię jeszcze bardziej. Jedynie twoje żądze są panem twojego nastroju niezależnie od tego, kogo obwiniasz. Ale jeśli przeczytasz do końca, to może już nikt nigdy nie będzie musiał ci rozkazywać. Nie będziesz się bał wolności.

Zacznę od tego, o czym zapomniałeś jak tylko nauczyłeś się mówić. Człowiek poza swoją świetlaną myślą jest zwierzęciem i podlega dokładnie takim samym prawom biologicznym jak pantofelek albo wieloryb. W dniu, w którym bardziej zaczyna się troszczyć o swe ciało niż o swoją świetlaną myśl zaczyna umierać, jeżeli nie potrafi tego sobie uświadomić. Dzieje się tak, ponieważ jest to dzień, kiedy już nie on sam kontroluje swoje instynkty, ale w którym instynkty zaczynają kontrolować jego. Jest to dzień, kiedy dla wszystkich nadal potrafiących panować nad swoimi instynktami taki „biały śmieć” staje się skończony i oczywisty w rozmowie. Widoczne instynkty opisują jego bariery w rozwoju z dokładnością z jaką działa program komputerowy. Łatwo jest przejrzeć na wylot kogoś, kto nie cofnie się przed niczym, aby tylko zdobyć to, czego w danej chwili chce. Wystarczy poznać obiekt żądzy i ocenić jak bardzo jest leniwy i jak bardzo się boi wyznań. Wiem to, bo to wie każdy dobry informatyk a ja jestem bardzo dobrym informatykiem. I wiem, że tylko jeden z Was, jeden, jedyny ze „śmieci”, tych którzy to czytają, będzie miał dosyć silnej woli, aby dokonać konsekwentnego wyboru. To czy przeżyjesz, czy też dalej będziesz jak zombi, zależy tylko od Ciebie. Powiem to w handlowym języku, żebyś lepiej zrozumiał: musisz iść na jeden procent. Ci, którzy upadną czyli załamią się, już nigdy nie wdrapią się z powrotem na górę, będą cierpieć, pracować jak niewolnicy, dostaną obsesji i manii prześladowczych albo zajmą się ich stwarzaniem bliźnim. I nigdy nie wiesz kiedy przyjdzie twój dzień próby, bo już od eonów jest on nazywany przypadkiem. To czy później będziesz ten dzień nazywał pechem, przeznaczeniem, fatum czy też szczęściem zależy tylko od Ciebie. To co wiem na pewno, to fakt, że jeśli uda Ci się nazwać go szczęściem, to już nigdy nie będziesz pragnąć i nigdy nie będziesz się nudził…

Dlatego opowiem Ci jak to się wydarzyło ze mną. To było nocą, gdy właśnie wracałem z owej stacji benzynowej, żując chipsy i nie czując smrodu, w którym żyłem. Gwoli ścisłości to ja nic nie czułem. Byłem managerem w korporacji telekomunikacyjnej i moja praca polegała na administrowaniu siecią i pracownikami mojego oddziału. Jak już wspomniałem, dla informatyka jest to proste zadanie. Człowiek jest łatwiejszy w obsłudze od maszyny. Boi się stracić pracę, więc straszy się go jej utratą i wymaga od niego więcej za mniej. Cała sztuka polega na tym, aby tak mu zawrócić w głowie, czy to materiałem promocyjnym, czy to awansem, aby zapomniał upomnieć się o swoje prawa. Wiedząc o tym i wykorzystując to w pracy, miałem świetne warunki płacowe i znakomity układ z moim szefem. Patrząc wstecz, myślę, że byłem kimś, kogo w starożytności nazwano by nadzorcą niewolników. Sam bez wolności, zajmowałem się zniewalaniem innych. Oczywiście kiedyś nigdy bym nie użył takiego sformułowania, ale to było kiedyś. Przed przebudzeniem. Jak jeszcze byłem śniącym biedę śmieciem z tysiącem potrzeb i jarzmem niespełnionego życia na karku. Zasnąć musiałem jeszcze w dzieciństwie, ale nie obwiniam o to nikogo. Każdy narodzony ma swoją szansę na przebudzenie. Wszystko zależy od codziennych wyborów. Wtedy jeszcze traktowałem ludzi jak przedmioty i sam byłem przedmiotem. Wtedy jadłem zwierzęta a moje własne instynkty pożerały mnie. I właśnie wtedy wracałem w nocy do domu. Jechałem przekraczając limit prędkości, grało radio a chipsy pilnowały mojej nadwagi. Droga prowadziła przez las, pogoda jak na środek wiosny była wyjątkowo piękna i ciepła. I nagle ni z tego ni z owego na moją ciężarówkę, w samym środku pustki, spadło drzewo. Ot, tak po prostu. Zupełnie bez powodu. Później dowiedziałem się od dendrologa, że stare drzewa powoli tracąc przepływ płynów wewnętrznych obluzowywują się w korzeniach i wypierane przez młodsze rosnące obok drzewka, zwalają się same z siebie, aby dać miejsce nowym i zgnić użyźniając ściółkę leśną wykarmiającą pokolenia fauny i flory. Ocaliłem swoje życie tylko dzięki refleksowi, który wykształciłem grając w gry komputerowe. Udało mi się dodać gazu tak, że drzewo zamiast na szoferkę, spadło na tył ciężarówki przełamując pojazd na pół, a mnie nie, przypiętego pasami, wystrzeliło wysoko w powietrze. Przebiłem przednią szybę wozu tak, jakby nigdy nie istniała. Pamiętam jeszcze, że kiedy leciałem tak w górę, już z połamanymi nogami ale jeszcze z całą czaszką, cały czas byłem pod wrażeniem mojej ostatniej myśli sprzed uderzenia, myśli, że świat jest jak gra komputerowa. Zdążyłem się jeszcze z sobą samym nie zgodzić, co patrząc z perspektywy czasu zdarzyło mi się po raz pierwszy od kiedy pamiętam, i wtedy zrozumiałem, że w tym świecie mam tylko jedno życie. Następnie wylądowałem potylicą na asfalcie i fachowo porównując mózg do systemu operacyjnego a ciało do działającego komputera, nastąpił ostry reset z długotrwałą przerwą w zasilaniu baterii zegara nie licząc. Istota żywa taka jak ja, nawet jeśli o tym nie wie, nie jest rzeczą tylko człowiekiem. Nie ma innej możliwości by się o tym dowiedzieć jak tylko odzyskując wolność.

Znalazłem się w powietrzu szybko oddalając od Ziemi. W mojej świadomości moment wystartowania do góry w momencie wypadku nie zakończył się upadkiem ani utratą przytomności. Ja, czyli moja świadomość pozostała aktywna bez zmian. Leciałem w kierunku wielkiego światła, zrozumiałem więc, że z ziemskiego punktu widzenia już nie żyję. Do dziś jestem zaskoczony brakiem jakichkolwiek emocji lub własnych opinii na ten temat. Po prostu tak było i już. Skupiłem się na źródle światła, do którego przybliżałem się rozumiejąc, że sam jestem jego częścią. Nagle wszystko zgasło, a jak znowu zrobiło się jasno okazało się, że jest dzień, a ja znajduję się w leju o przezroczystych ścianach. Były one zbudowane z dziwnej mozaiki przedstawiającej połamane drzewa, dachy domów, liście, deszcz, kurz a nawet przerażonych ludzi i zwierzęta. Unosiłem się coraz wyżej, zawieszony gdzieś pośrodku tego leja. Na dnie widać było spokojną zalaną słońcem łąkę a nade mną było błękitne niebo i słońce, świecące pionowo, jak na równiku. Nadal się wnosiłem. Ściany leja zmieniły się, wypełnione teraz burzowymi chmurami i wichurą która, mimo iż w miejscu, gdzie się znajdowałem, nie była odczuwalna, istniała tam za ścianą, pełna niszczycielskiej potęgi. Przestałem się wznosić, kiedy krzywizna kuli ziemskiej stała się zauważalna, i płynąłem po środku amfiteatru z burzowych chmur, w pełnym słońcu. Wtedy odczułem, że nie jestem sam. Obok mnie unosiło się najdziwniejsze stworzenie jakie w życiu widziałem. Twarz miało ludzką, ale nikt nie określiłby rasy, ponieważ opalizowała czerniejąc, bielejąc, żółknąc i czerwieniejąc, jak gdyby zależna od refleksów padającego na nią światła słonecznego. Korpus tej istoty był proporcjonalny, porośnięty pierzem, łuską i pancerzem. Nie widziałem ani rąk ani nóg, ale nie mogłem też być pewny, czy to co uznałem wcześniej za płetwę nie było przed chwilą stopą lub kopytem. Całość opalizowała zmieniając kształty i formy i tylko twarz zdawała się tkwić w spoczynku. Istota spojrzała na mnie i zrozumiałem, że słyszę jej głos mimo iż nie wydobyła z siebie dźwięku. Zrozumiałem, że jestem jej częścią, a w mojej głowie pojawiły się jej – moje – nie wiem; nasze myśli. Istota podzieliła się ze mną swoją świadomością ale ponieważ nikt kto nie doświadczył tego wcześniej, nie będzie wiedział o co mi chodzi, opiszę to tak, jakby zwróciła się do mnie słowami.

Jestem bardzo stary ale równocześnie jestem też niewinnym dzieckiem. Wszystko wiem, wszystko widziałem. Jestem starszy niż dinozaury, niż ludzkie mity. Widziałem Himalaje, kiedy wzrastały, ziemię, kiedy smoki były rzeczywiste i prawdą. I widziałem jak miejsce na ziemi zajmowały różne formy inteligentnego życia, a eony później, widziałem narodziny pierwszego człowieka. I widziałem dusze dinozaurów – cienkie promyki światła osiadające na wszystkich odcieniach tęczy, jak znów zstępują na ziemię w nowonarodzone jaszczurki, ssaki. I widziałem takie same struny wchodzące w ludzi, i dzień, w którym zapomnieli o tym, ze życie to świadomość nadająca formę atomom. Wtedy właśnie zaczęliście zaludniać tę planetę dla siebie samych, zabijając i podporządkowując sobie zwierzęta i rośliny, gnani własnym rozumem, chciwi przestrzeni. I widziałem ludzi zabijających ludzi bez głodu, bez powodu i znów te wieczne promienie wypływające z zabitych ciał i wpływające do zapłodnionych macic. Promienie, poza ograniczeniem myślenia, poruszające się niezależnie od linii frontu. Te promienie są i krążą tak jak krążyły zanim obudziły się dinozaury i będą krążyć po tym jak ludzie zaduszą się we własnej liczbie i smrodzie, dając miejsce na Ziemi nowemu życiu, tak samo, jak to zrobiły przed nimi inne gatunki. Na tej planecie tylko oceany mogą być moimi świadkami. Zastanawiałoby mnie w kogo będą wstępować światła po ludziach, ale znam formy emanacji, których dziś nie potrafisz pojąć. Potrafię sobie wyobrazić, że ludzie przetrwają, jeśli tylko nauczą się słów „wystarczy mi, to co mam” ale ponieważ do tej pory dokonali tego tylko nieliczni, teraz jestem tu po to, aby wytłumaczyć co ci się przydarzyło i opowiedzieć o misji jaką masz do spełnienia. Dokonałeś pewnego wyboru i teraz już nie masz innego jak tylko mnie wysłuchać. Staniesz się przywódcą większości nie zostając wodzem. Zdecydowałem, że będziesz tutaj, bo od ciebie zależy równowaga i wybór przyszłości twego gatunku. Ludzkość upadła w dniu w którym wymyśliła walkę dobra ze złem, tak więc będziesz stał po stronie dobra, ale nie będziesz musiał zwalczać zła, widząc wszędzie tylko to, co jest piękne i dobre.

Wszystko dzieje się tak jak powinno a to, czy w przyszłości na ziemi będą ludzie, zależy od ludzi, bo mnie jest to i tak obojętne. Na pewno nie będzie zaskoczeń. Widziałem wszystko, co powstało, wiem jak powstaje i wszechświat nie ma przede mną żadnych tajemnic, jestem jego świadomą częścią. Tłumaczę to wszystko na ludzki, bo ludzie rzadko myślą o czymś innym niż o sobie, a są w stanie także uzyskać taką świadomość. To pierwsza rasa na tej planecie która, mimo iż może tego dokonać, dziś jest ślepa na istnienie wszechświata i żyje w jego własnym, jakże niedoskonałym wyobrażeniu. Dla ciebie jestem wszechświatem i niczym w tym samym czasie. Jestem czasem. Duchem czasu. Pojawiam się w twoich myślach od początku twego gatunku, a ty przegrywasz, jeżeli interpretujesz mnie jako część siebie, a nie siebie jako część całości. Dlatego świadomość, tak długo jak nie stać cię nawet na uczciwy podział pół na pół, skazuje cię na śmierć. Ale wiem, że człowiek jest w stanie mnie zrozumieć, zapomniawszy o chciwości, zadowolony z tego co mu wystarcza. Znam wiele imion, które znikły łącząc się ze mną. Myślenie ludzkie jest oparte na kontroli i wpływaniu na siebie nawzajem, zamiast na dzieleniu się otwartością w obliczu faktu bycia kontrolowanym przez kosmos. Niezależnie od dumy ludzkich myśli jesteście tylko pacynkami wypełnionymi światłem. Ja nie muszę wpływać na nikogo. Teraz jesteś tu ze mną w oku cyklonu, najbezpieczniejszym miejscu na świecie, gdzie spokój i cisza są tak oszałamiające, że poddajesz się im całkowicie, nie potrafiąc nawet pilnować swoich myśli, bo zostały one wyciszone i uspokojone. Dlatego jesteś teraz szczęśliwy bo nie masz pragnień. Tu nie ma zegarów a czas płynie tak, jak zawsze płynął, ponad określającymi go pomiarami. Teraz mogę wpłynąć na twoje myśli, zabrać cię ze sobą, wejść w twój sposób myślenia i wypełnić cię siłami dużo potężniejszymi, niż cokolwiek co twój rodzaj sformułował. Wybrałeś, by wiedzieć i już, nie ma odwrotu.

Do tej pory żyłeś w wyborze niewiedzy. Wypadek zadecydował, że zawsze będziesz wiedział, nawet jeśli spróbujesz zapomnieć, nawet jeśli dalej będziesz próbował udawać, że jesteś centrum wszechświata, uciekał w bezpieczny obraz świata, nad którym miałeś kontrolę. Już nigdy tak nie będzie, bo wiesz, że taka kontrola nie istnieje. Nawet jeśli widząc, że tylu dookoła nie wie i żyje lepiej, zapomnisz, bo będziesz chciał zapomnieć, nazywając ten proces utratą dziecięcej naiwności, z dumą obnosząc swoją dorosłość, to i tak ta wiedza nie da ci spokoju. Nie znajdziesz świadomości pochodzącej od innego człowieka, której rozkazy mógłbyś spełniać bez cierpienia że zapomniałeś. Jeśli ta wiedza spowoduje, że się z nią nie zmierzysz, nie sprostasz jej swoim życiem, zamienisz się w niewolnika przedmiotów, bez prawa kontaktu ze szczęśliwymi, którzy tej wiedzy sprostali. Ale nie umrzesz. Będziesz żył gonitwą, wykonując w strachu to, co ci inni każą, będziesz ślepym narzędziem przeznaczenia, naturą ludzką niszczącą siebie i innych poprzez trzymanie się iluzji. Ty już dokonałeś właściwego wyboru wylatując ze swojej ciężarówki. Możesz pobłogosławić to drzewo za to, że stanęło na twojej drodze. Sprostasz w szczęściu pamiętania, w poddaniu się wszechświatowi bez strachu przed nim i ludźmi, wiedząc, że każda myśl niepołączona z niebem i ziemią jest fałszywa.

Kilku ludzi drugiego wyboru zostało okrzykniętych prorokami, zbawicielami, szamanami, Buddami, wielu z nich zostało zabitych, ale żaden z nich nie dbał o to, jak go widzą inni. Porzucenie iluzji, w których żyją inni, jest ceną nie zapominania i bramą do człowieczeństwa, w twej kulturze tak rzadkiego, że prawie cała otaczająca cię cywilizacja dorosłych nazwie ją magią, czerpiąc dumę z życia w strachu, który nazywają bojaźnią bożą. Zaprzeczą istnieniu tej prawdy, jak zaprzeczają istnieniu śmierci. W rzeczywistości reprezentują tylko wybór bycia prowadzonym zamiast decydować o własnej ścieżce. Dlatego żyją i umierają w przerażeniu. Ty będziesz żył świadomie, bo uzyskałeś kontrolę nad własnym umysłem. Nie straszny ci będzie ten otumaniony tłum, który jak sama nazwa wskazuje jest otumaniony, więc nie może wiedzieć, że jest otumaniony. Będziesz widział ich strach nie ogarnie cię jednak jego odczuwanie. Można być bezpiecznym, jeśli dokona się właściwych wyborów. Gniew i oskarżenia o szaleństwo, które ludzie będą kierować w twoim kierunku, będą jak najzupełniej na miejscu, będą lustrzanym odbiciem ich otumanienia, brakiem umiejętności zaakceptowania prawdy o sobie samych. Zrozumienie ich wściekłości na przynoszoną przez świadomość prawdę, zrozumienie ich zazdrości wynikającej z żalu, że wybrali zapomnienie i schronili się w ciasnym więzieniu swojej kultury, w dumie że są lepsi od innych stanie się twoją ochroną. Będą się ciebie bać, tak jak boją się prawdy, a ty będziesz trwać w prawdzie i uspokajać ich, aby mogli odnaleźć własna drogę. Nie będą ci mogli zagrozić, bo będziesz przewidywał ich czyny. Będziesz od nich większy tylko dlatego, że ich gatunek nie uznaje całości, szukając bezpieczeństwa w ograniczaniu się do tego, co jest im znane. Ale będziesz też odczuwał za całość i dlatego musisz być mocny, aby sprostać każdej prawdzie. Prawdzie prezydenta i prawdzie kijanki. Pora skończyć z wojnami, dowodami nieumiejętności zaakceptowania innego schematu myślowego, próbami wprowadzenia za wszelką cenę własnego sposobu postrzegania myślącym inaczej. Wszechświat jest całością zawiera i światło i pustkę. Jest kompletny i zorganizowany, chociaż ludzie tego nie widzą. Nie widzą, bo poczuć to można tylko wtedy, kiedy, przynajmniej przez chwilę, uczciwie nie pragnie się nic dla ciała lub umysłu, ani nie obawia się o nie. Tylko wtedy można doświadczyć tego braku bólu i satysfakcję, która jest możliwa nawet pod prawami grawitacji. Nazywacie ten stan ekstazą i będzie ci wolno go doświadczyć. Wystarczy zapanować, nie nad prawami fizyki, tylko nad sobą, zrozumieć, że można być niezależnym od tych praw. Na początku nie bój się uleczyć chciwego grubasa jakim jest twoje własne ego. Wszechświat to nie chaos, to umysły, które nie są w stanie tego pojąć, są chaosem. Tak długo jak zajmują się wpływaniem na inne umysły, bez poddania wiecznej sile kosmosu, giną w swoich małych rozumkach. Wybrałeś nie pytać się innych ludzi czym jest porządek, bo już wiesz, że odpowiedzą ci według tego co sami wiedzą na ten temat. Świadomość funkcjonuje poza nazwami, wymyka się interpretacjom słów. Myśli są tylko po to, by je podporządkować celom. Niezależnie od tego, czy wyborem innych jest strona dobra, czy zła, pamiętaj, że ich słowa opisują ten sam kierunek z różnych perspektyw. Będą ci przypominać naszą rozmowę. Po prostu jedni będą widzieć światło, a inni ciemność, jedni spychać cię z drogi, a drudzy na nią prowadzić. Treść pozostanie ta sama.

Jak się już domyślasz, wrócisz na ziemię i zapomnisz wiele z tego, co ci dzisiaj powiedziałem. Ale zapomnisz tylko słowa, będziesz wiedział, bo sam dokonałeś wyboru. Pokonałeś strach przed śmiercią ciała, uznałeś w sobie prawo do istnienia struny światła. Nie ma w tym nic wyjątkowego. Znowu zaufasz temu, jak się myśli i wyłącznie od twego własnego umysłu zależy jak opiszesz sobie działania będące konsekwencją tego, co ci powiedziałem i jaką formę przybierze twoje ciało. Jeżeli zaczniesz jeść więcej niż potrzebujesz, zapomnisz o misji i zginiesz. Wiem, że wybór ufania mi, jest wyborem porzucenia ambitnego życia pełnego sukcesów, porzucenia otaczających ludzi, którzy się boją albo są przestraszeni, ale ty już wybrałeś, a nasze spotkanie jest tylko konsekwencją. Nie oceniam ludzi, tylko akceptuję, bo są częścią mnie, tak samo jak są nieświadomą częścią całości.

Przypomnij im, że nie są wszystkim tylko częścią całości. Będą się tego bali i zrobią wszystko, byś zapomniał i był jak oni, w pozornym porządku bycia podporządkowanym ślepym władcom tradycji, którzy gromadzą. Ziemia jest trochę za mała by pomieścić tyle chciwości, ale nadal kocha. Dlatego rozmawiasz ze mną. Dlatego będziesz wiedział, a za każdym razem kiedy zwiodą cię, abyś zapominał o wszystkim, co nie jest tylko ludźmi i zaczął to traktować jako instrumenty dla ludzi wystarczy chwila ciszy i spokoju, a ja znów pojawię się w twym umyśle i w czysty sposób powiem ci jak się chronić i pomogę w działaniu. Nie będziesz jak oni rozliczał się pieniędzmi a jedynie zasobami planety. Nawet najprzebieglejsi muszą czasem zasnąć więc jesteś bezpieczny. Ten kto zna wszechświat, kto nim jest, nie może być nieszczęśliwy. Zawsze zdrowy, nie pożąda władzy ani sławy, którą widzi jak jednodniowy kaprys szaleńca, bo któż uznaje minione imperia i ich cesarzy? Tych złych będziesz widział na wskroś, poznasz ich żądze i drogi, którymi chcą osiągnąć więcej twoim kosztem i nie ulegniesz im. Staniesz ponad nimi i wypełniając świat działaniem i świadomością, która pomoże wszystkim szukającym w sobie struny światła odkryć ją, nawet jeśli latami wmawiano im, że umarła. Niektórym pozwolisz, by szukali swej drogi, innych jeśli będą stanowić dla ciebie zagrożenie, napuścisz na im podobnych aby się niszczyli, nie mając czasu na niszczenie życia. Życie jest przecież jedyną ich wieczną częścią.

Wkrótce obudzisz się na oddziale intensywnej terapii i nadal będziesz zakompleksionym tłuściochem, który ocknął się po operacji. Pamiętaj, aby nie korzystać z wiedzy nieumiejętnie – twoim zadaniem jest pokazać, jak odnaleźć właściwą drogę, a nie jak walczyć. Już będziesz wiedział, że twoje przygniatające cię do ziemi cielsko, nie uchroni cię przed przerażeniem. Przy każdorazowym pogrążeniu się konsumpcji i gromadzeniu przedmiotów, stwierdzenie „wiem, że jestem gruby” nie pomoże aby usprawiedliwić twoją świadomość. Będziesz wiedział, że tak długo jak nie masz nad sobą kontroli, nie jesteś prawdziwym mężczyzną. I będzie cię to irytować, bo nie będziesz mógł spełniać zadań zgodnych z twą ziemską powłoką. Kto pamięta niezgrabne dinozaury, które nosiły w sobie tę samą strunę? Ci sami ludzie, którzy do tej pory zajmowali się kojeniem twego zapomnienia, teraz będą ci o nim przypominać. To nie oni się zmienią, to tylko ty już się zmieniłeś. Wiesz, że prawdziwa miłość nie łączy się z pragnieniem posiadania. Wiesz, że władza się kończy i już jej nie umiesz pożądać. Wiesz, że na Ziemi najważniejszy jest dotyk bezwarunkowej miłości. Nie ma szczęśliwszego momentu niż pierwszy śnieg widziany przez dziecko. Nie ma nic bardziej rześkiego niż burza letnia gromiąca porę suchą i przynosząca ozonowe chmury. Nie zgadzasz się z tym, bo zapomniałeś a jednak są dni, kiedy nawet ludzie, tacy ważni i zatopieni w swych mechanicznych miastach i abstrakcyjnych celach podnoszą głowy, by obejrzeć tęczę, widzą i doceniają piękno, próbując znaleźć odpowiedź na pytanie o czym zapomnieli. Zapomnieli o szczęściu a ty masz im o nim przypomnieć.

Pamiętaj, że szukają tam świadomości czystej, tej którą mieli w dzieciństwie i do której całe życie tęsknią. Nie pokazuj im konkretnej drogi, pokaż sobą, że każdy może odnaleźć własną drogę. Kochaj i dobrych i złych bez narażania się na niebezpieczeństwa fizyczne i zmiany poglądów i nie zapomnij, że żyjesz jako człowiek i dla ludzi masz być zrozumiały. Nie bądź prorokiem, bądź światłem świadomości, nie daj się nikomu z dumnych i potężnych. Wybrawszy władzę, uzależnili się oni od nadrzędności i utracili swoje człowieczeństwo. Człowiekiem może stać się każdy, kto szuka świadomości w sobie. Każdy żyje albo umiera według własnego wyboru, a ty będziesz żył nadal, tylko dlatego, że oddzieliłeś się od maszyn, z którymi do tej pory żyłeś, w momencie, który uznałeś za ostatnią chwilę twojego życia. Wybrałeś świadomość bycia ziemskim statkiem dla promienia światła i tymże światłem w tym samym czasie. Dlatego teraz ważne będzie dla ciebie odnajdywanie powodów, by nie tylko dbać o statek, ale i być bardziej światłem. Przywiązanie do statku jest największą klęską ziemian. Większość właśnie o tym będzie ci przypominać. Twoją misją będzie odnaleźć siebie i uczynić to tak, aby inni mogli widzieć indywidualną drogę, na której każdy sam może siebie rozwijać.

Istota spojrzała na mnie z głębią i spokojem a ja doznałem uczucia transcendentalnej, niepokonanej, obejmującej wszystko miłości, zrozumiałem, że jestem częścią wszechświata i uniosłem się w górę, a dookoła szalał niszczycielski tajfun nie czyniąc mi żadnej krzywdy. Potem obudził mnie rytmiczny pisk, po którym zacząłem odczuwać tępy ból w głowie. Nic nie widziałem, bardzo chciało mi się pić a nieznośne łupanie w głowie komunikowało, że żyję.

Znowu odzyskałem oddzielną jaźń, wiedziałem, że nazywam się Bernhardt, ale pamiętałem również spotkanie z duchem czasu. Jakaś część mnie pamiętała, bo ja natychmiast zakwalifikowałem to jako wizję. Żeby się określić, musiałbym powiedzieć, że zostałem oświecony przez Boga, ale to nie było to. Daną mi świadomość wprowadziłem do myślenia jak nowy system operacyjny komputera, który już nie formułuje komend na podstawie tego, co jest mu zlecane przez innych, ale na podstawie tego co widzi. Podobnie jak reakcje dzieci na moją osobę stały się komunikatami dotyczącymi mej teraźniejszej powierzchowności, tak środowisko naturalne zaczęło mnie informować o mym etapie w rozwoju i uczyć jak nadal rozwijać swoją percepcję myślenia. Mój informatyczny umysł zaczął przesuwać się po systemie społecznym, wychwytując zeń błędy i spowodowane przez nie paradoksy. Spojrzałem na cywilizację z perspektywy systemu operacyjnego pełnego zarówno działających systemów jak i błędnych plików. Tylko teraz już nie denerwowały mnie błędy i wirusy. Przypomniało mi się, jak kiedyś traktowałem ludzi i postanowiłem teraz potraktować siebie tak samo, aby nie zapomnieć. Przestałem bać się samotności i poszukiwać towarzystwa innych. Zacząłem badać system, w którym żyłem. Zrozumiawszy podstawy jego funkcjonowania moich motywacji przed wypadkiem zauważyłem, że byłem własnością kogoś wyznającego materializm, kto decydował o moim losie. Własnością podobną do przedmiotu, który był co prawda ceniony za swoje właściwości, ale jako zamknięty na rozwój, był przestawiany z miejsca na miejsce według czyjegoś widzimisię. Bardzo trudno było zerwać z obrazem siebie jako części systemu. Każdy znajomy niejako wtłaczał we mnie taki obraz postrzegania siebie i zatrzymywał ewolucję w martwym punkcie, w miejscu z którego nie było dalej dokąd iść. Świadomość pozwoliła mi ich nie obwiniać. Sami tak tkwili. Nagromadzona wokół mego miejsca zamieszkania negatywna energia torturowała mnie niemocą i brakiem chęci do życia, byłem przecież małą kropką życia w zbiorowym letargu, który rościł sobie prawo do nazywania się życiem. Spotykałem już nie znajomych tylko dużą ilość byłych właścicieli moich celów, nadal pragnących ciągnąć materialny lub mentalny zysk z mojego życia. Dusili mnie. Badanie ich wpłynęło na to, że nie zmieniałem miejsca zamieszkania. Przeszłość nie mogła mi blokować dalszego rozwoju a żeby ją zneutralizować musiałem ją najpierw poznać. Monitorowanie swoich ewentualnych błędów pozostawiłem, jak już wspomniałem, reakcjom dzieci na moją osobę. Niewinne, są one otaczane wystarczającym wykładnikiem transcendentalnej uwagi w każdym systemie, aby ich reakcje nadawały się do odczytywania, czy nadal jestem ukrytym zbiorem systemu. Ukrytym, bo pierwszą lekcja przeżycia było ukrywanie swoich instynktów w społeczeństwie, w którym nie biologia tylko media definiują pojęcia dobra i zła. Informatycznie opisując moją nową działalność w cywilizacyjnym systemie operacyjnym zostałem filtrem technologii, zwalniającym, niszczącym i przeprogramowującym powielające się i zbędne dla ekosystemu programy myślowe. Poszukiwałem tak swojej drogi, powstrzymując eksplozję ludzkości pośród tych, którzy zapomnieli że są częścią a nie właścicielem ekosystemu.

Duch Czasu pozostawił mnie w miejscu w którym mogłem spojrzeć na ludzi z nowej perspektywy korzystając z prawd, których stałem się świadomy. System operacyjny ludzkości, akceptując pasożytnicze zachowania swojego gatunku spowodował, że wkraczając w dorosłość ludzie stają się jak dinozaury, albo przemawiając lepiej do ich wyobraźni jak smoki, które są ludzkim wspomnieniem o dinozaurach, ich przywiązaniem, świadomością rasy ginącej. Nie ma w tym nic dziwnego, bo przecież światło w nich istniejące jest takie samo, jak to w dinozaurach. A oczy ich są głębokie albo straszne, bo ludzie zwykle dzielą się nawzajem w swoich umysłach na dwa rodzaje, wykluczając kogoś z poczucia wspólnoty, aby samemu móc w takiej istnieć. Dlatego twierdzenie, że niektórzy są dobrzy a niektórzy źli jest zdeterminowane przez reprezentowaną swym istnieniem wspólnotę. Dlatego ich słowa tracą sens. Oceniać potrafią dziś tylko samotni. Ale nawet i oni, czyli dobre smoki pamiętają spalonego przez ich płomienie w dzieciństwie ptaka, który pokazał im jaką mają siłę. Dlatego uczą się używać swej mocy tak, aby nie zabijać innych tylko im pomagać. Oni stali się moimi nauczycielami technik przetrwania, gdy pierwsze dni po wyjściu ze szpitala stawiałem niepewne kroki w nowej rzeczywistości bojąc się, że zapomnę, odcięty od komunikowania się na temat moich przeżyć. Wilczy bilet szaleńca, równie szalony jak i cały ten system operacyjny nie pomógłby mi w osiągnięciu żadnego celu. Obserwując i czytając tych, którzy sami wybrali swe cele, nie idąc narzuconą im przez system lub religię drogą, nauczyłem się bycia wojownikiem. Zrozumiałem swoje miejsce i rolę we wszechświecie, powód dla którego stałem się obdarzony świadomością życia. Należę do wspólnoty takich smoków, którzy dziękują, chwalą, dobrze życzą i chronią przed tymi, którzy narodzili się aby zabijać. Zabijanie jest jedyną obroną przed złymi smokami, jest uszanowaniem ich przyczyny życiowej, ale nie jest ono podstawą egzystencji dobrych smoków. Zajmuje w nich tylko konieczne do samoobrony miejsce. Akceptacją błądzących jako części wszechświata. Unikając zabijania nie jestem od niego zależny i pozostaję szczęśliwy.

Powoli na nowo poznając współczesnego człowieka, zrezygnowałem z zachwycenia krwawą wyobraźnią, niewytłumaczalnymi horrorami, opowieściami o krwawych jatkach, do których tak bardzo przywykłem i które tak bardzo pokochałem nigdy nie widząc ich naprawdę. Musiałem skazać na zapomnienie i piekło poszukiwań wszystkich tych, którzy wolą kupić kryminał niż wpłacić podobną sumę na cele charytatywne. Nauczyłem się nie dbać o nich, nie chcę na nich wpływać i mogę tylko obserwować, jak niszczą siebie nawzajem. Stałem się dla nich niewidzialny. Zacząłem badać ich zależność od systemu. Chcący więcej i pragnący więcej, magazynują i nie używają, współzawodnicząc tylko w posiadaniu i wieczorem wycieńczeni padają na łóżko. W wolne dni leżą przytłoczeni lenistwem, w tygodniu harują za niewdzięczne pieniądze bez radości i satysfakcji. Pragnienia ich są uzależnione od reklam. Nie potrafią nawet nabyć niczego oryginalnego, powielając tylko między sobą pewne trendy. Aby z nimi rozmawiać, trzeba zacząć spiesząc się, ponieważ żyją w tempie wiadomości telewizyjnych. Dopiero później można zwalniać rytm, aż poczują się jak na wakacjach, nawet nie wiedząc, że jest to spokój, najbardziej naturalny stan człowieka na dzisiejszym poziomie cywilizacyjnym. Żeby tak wspaniale się czuć, wystarczy przerwać na chwilę narzekanie nad niespełnionymi oczekiwaniami i pomyśleć o tym, jak uspokoić swój umysł. Dlatego też nie współczuję im, traciłbym czas na coś, co i tak nie ode mnie zależy. Sami wybrali łatwe autorytety, a strach przed poszukiwaniem własnej ścieżki nie usprawiedliwia ich nędzy emocjonalnej. Znam ich zakręcenie w informacje płynące z telewizora, uzależnienie od poszukiwania przyjemności, i nawet wiem, że większość nawet nie cieszy się z przeżywanej rozrywki jedynie porównuje z innymi czerpiąc satysfakcję z poczucia bycia lepszym. Abstrakcyjny system zbiorowej myśli ludzkiej wyparł w ten sposób ból spowodowany brakiem miłości, rozwałkowując go na holograficzną projekcję rzeczywistości. Wiedza ta pozwoliła mi głęboko oddychać, a oddzielanie od ideałów takich cierpiących niemoc rozwojową wraków, z dnia na dzień pomagało w żywszym i ciekawszym sposobie bycia i życia. Zacząłem się nawet uśmiechać.

Ponieważ musiałem podporządkować ziemskie działania świadomości do danego mi środka, czyli ciała białego mężczyzny, musiałem zacząć od poznania tego, co było mi dane od tylu lat. Moje serce było zimne i nieruchome, oddech płytki i nie potrafiłem długo usiedzieć w żadnej pozycji bez drapania się albo dłubania w nosie. Szybko się męczyłem i gdziekolwiek bym się nie znalazł, zanim jeszcze zająłem się analizą otaczającego mnie świata, poszukiwałem wygody, sposobu na to, by usiąść albo się położyć, żeby tylko nie działały moje mięśnie. Podlegałem prawu grawitacji bez walki, nie potrafiłem nawet przejść trzech przecznic, wolałem samochód. Nie mam dziś ani potrzeb ani oczekiwań i dlatego też nie mam powodu, by ukrywać prawdę. Niczego nie żałując, oglądam się wstecz tylko po to, aby być świadkiem, by stwierdzić, iż tak może wyglądać życie przyczepionej do wspólnej gleby myślowej rośliny, co każdy może sam zobaczyć, oczywiście jeżeli tylko ma najmniejszą choćby wolę, aby nie tkwić w miejscu. Ponieważ sam miałem jeszcze wtedy zimne oczy, oczy, które tylko twierdzą, nigdy nie rozumiejąc, ani nie odbierając cudzych myśli. Potrafiłem tylko wtargnąć, wmówić, popchnąć i zmiażdżyć pozostawiając puste we współczuciu i świadomości istnienia innych. Ale od kiedy i drugi pogląd stał się częścią mnie, przyszła i świadomość tego, co czynię, która pozwoliła mi się kontrolować i naprawiać własne zachowanie w momencie, w którym orientowałem się, że zaczyna przeze mnie przemawiać nienawiść. Na początku kilkakrotnie musiałem uciec z miejsca konfrontacji, aby móc obiektywnie zanalizować sytuację, wnieść poprawki do systemu zachowań i źródeł, z których wielu czerpie światopogląd, a następnie już po odzyskaniu wewnętrznego spokoju podjąć decyzję. Najtrudniejszą lekcją okazało się być panowanie nad własnym ciałem. Nauczony przez lekarzy jak je traktować, zamiast czuć, nauczony przez tradycję czym je karmić żyłem dotąd nie kontrolując własnego białka. Teraz już wiem, że należy do mnie i jestem świadom każdego chipsa, każdego rozdrapywanego pryszcza. Nie potrafiłem się poddać, tak więc kontrola nad tymi bezmyślnymi działaniami uświadomiła mi, jak wielka cześć mnie należała do chaosu, który nie zaakceptowany, odzwierciedlał się w takich samo destrukcyjnych zachowaniach. Wielokrotnie pojawił się żal, że jestem odcięty od systemu, żal który nauczyłem się momentalnie wypalać błyskawicznym jak przebiegająca przez myśl struna światła, zrozumieniem, że brak świadomości jest śmiertelnością. Instynkt samozachowawczy dokonywał reszty. Zacząłem regularnie pływać i przeszedłem na dietę wegetariańską, aby lepiej kontrolować swe ciało i nie przyjmować takich elementów materialnych, które jako wyprodukowane przeciwko ekosystemowi, kontrolowałyby moje ciało w sposób sztuczny i niezgodny z naturą. Schudłem, zmężniałem uśmiechając się coraz częściej.

Zrozumiałem, że światło którego tak pragnęli wszyscy dookoła, pragnęli tak bardzo, że byli gotowi pozbawić mnie życia aby odebrać mi moje dla siebie, nie rośnie od gromadzenia niewolników i uległych, ale rośnie i powiększa się dzięki poszukiwaniu go w sobie i odbijaniu radością i równowagą z innymi poszukiwaczami. Mój nieznany pan i właściciel został sformatowany i wiedziałem już jaki popełniałem błąd. Szukałem światła tylko na zewnątrz. Wyzwolenie przyszło ze słuchania wszechświata i wzorowania się na innych, którzy tego dokonali. Duszące uczucie bycia małpą zamkniętą w klatce zrobionej z węży przeminęło, a strach został zastąpiony zrozumieniem natury węża i akceptacją, że miejsce jednych jest w koronach drzew podczas gdy inni, nigdy nie zobaczą więcej od łodyg roślin. Przestałem się lękać. Nauczyłem się żyć odradzając swoje częściowo pożarte światło w coraz pełniejszych odbiciach. Dlatego, mimo że jedynym proponowanym mi przez tradycję wzorcem była nienawiść i gromadzenie światła, nie ulegałem tej pozornej nędzy. Zajęty powrotami do wewnętrznego spokoju stałem się przezroczysty dla ludzi, którzy zapomnieli o zwierzętach i stali się pasożytami Ziemi, w swej chciwości gromadzenia, nie zostawiając nic dla własnych dzieci. Wiedziałem że zwierzęta i dzieci są po mojej stronie i współpracowałem z nimi porozumiewając się poprzez spojrzenia i czytanie reakcji. Powoli wyodrębniłem grupę ludzi działających na zasadzie posiadania i bycia posiadanym i rozpocząłem badanie ich korzeni mentalnościowych, aby zgodnie z własnym rytmem mogli je zauważyć i się od nich uwolnić. Ziemia ma na to sposoby, a ja stałem się jednym z nich. Postanowiłem zagarnąć ich wszystkich zgodnie z obowiązującymi pośród nich zasadami posiadania siebie nawzajem poprzez zależności, w ostatniej chwili neutralizując mojego właściciela, mój cień. Uświadomić im brak tej zależności. Natura pozbywa się mutacji, a homo sapiens zmutował. Tylko homo conscientis może ocaleć. Akceptuję argumentację homo sapiens. On mówi swoje i robi swoje i ja mówię swoje i robię swoje. Przekleństwem większości jest to, że mnie nie zauważa. Szczęściem moim fakt, że nie przeklinając nikogo, nie ima się mnie żadna klątwa. Odkryłem bowiem, że system religijny i ściśle z nim współpracujący system naukowy zawala się, będąc zbudowanym na hipokryzji. Morderstwa przodków są przemilczane i dzieci w dniu uświadomienia sobie, że wszystkie historie o miłości i szczęściu były kłamstwem a one same narodziły się wśród barbarzyńców, ulegają nienawiści. Przejmują napięcie przodków, którzy mordowali gospodarzy tej ziemi i do dziś boją się spojrzeć prawdzie w oczy, zajęci zagłuszaniem i znieczulaniem. Aby zbadać tę mentalność, musiałem wrócić do jej korzeni, do Europy. Tylko tam mogli istnieć prawdziwi chrześcijańscy szamani, którzy w moim przemieszanym kulturowo państwie stali się niebezpiecznym czarownikami niszczącymi zgodnie z własnym prawem przejawy miłości, istniejące w formach im nie znanych, bo pochodzących z innych kultur. To był jedyny sposób na zrównoważenie innej funkcji, którą odkryłem – niszczenie miłości na zewnątrz automatycznie rozpoczyna proces rozwoju cierpienia wewnątrz umysłowości, a następnie cielesności ludzkiej. Jak już zrozumiałem rozkład będący skutkiem cywilizacyjnego letargu, przestał mnie on przerażać, stał się wyzwaniem, które chciałem zakończyć jego reformą.

Powstanie i znalezienie własnej drogi nie zajęło mi więcej czasu niż rok rekonwalescencji powypadkowej i pierwsze tygodnie powrotu do pracy. Potem sprzedałem swój domek na północy Maine, pożegnałem szefa filii mojej korporacji i kupiłem bilet do Warszawy, skąd pochodzili moi dziadkowie. Znajomym powiedziałem, że wyjeżdżam do Petersburga, aby nikt za mną nie jechał. Była to tylko ostrożność, ponieważ wiedziałem, że w ich pamięci pozostałem tym samym ociężałym Bernhartem, który żył, był tam przez całe swoje ograniczone życie. Powiedziałem, że wyprawa do Europy spowodowana była potrzebą odmiany po wypadku. Odradzano mi ten krok, upatrując w tym skutków urazu powypadkowego, przekonywano, że Rosja jest krajem biednym i dzikim, w którym ludzie nie szanują ani prywatności ani odrębności bliźniego, skuci postkomunistyczną mentalnością wspólnotową. Doświadczałem tego samego, spacerując po dzielnicach mieszkalnych Portland, zatrzymywany przez policję, która bała się mej nietypowości, czyli spacerowania w miejscu do tego nie przeznaczonym, tam gdzie system wytresował wszystkich, aby poruszali się tylko samochodem. Wiedziałem, że mają rację z perspektywy własnej świadomości, ale ich odpowiedzi mogłem sam przewidzieć, znając model zachowania stosownego do okoliczności w obrębie kulturowym, w którym się przecież sam urodziłem. Po to aby odkryć inne treści funkcjonujące w tych samych wykładnikach emocjonalnych, potrzebowałem powrotu do korzeni przodków, a dzikość i zacofanie przed którym mnie ostrzegano, ucieszyły mnie najbardziej. Pozwalały wierzyć, że tam jeszcze nie wszyscy są podłączeni do maszyn i nie mówią wyłącznie językiem telewizorów. Dały nadzieję na to, że spotkam tam ludzi komunikujących się szczerze i świadomych istnienia własnych instynktów. Tylko ucząc się funkcjonowania pierwotnych właścicieli mej mentalności, nieskażonych walką z innymi systemami wyznaniowymi mogłem ujrzeć jaki jestem naprawdę. Tylko wtedy mogę mieć zdrowy dystans do własnych korzeni. Zamierzałem odkryć ten system i wprowadzić weń wiedzę o znajdowaniu umiejętności harmonijnego życia w ekosystemie planety. Przyszłość uwolniła jednak te dane nie do końca tak, jak to sobie wyobrażałem, jadąc na bostońskie lotnisko.

Rozdział drugi: Przybycie Szamana

Warszawa była w nocy miastem taksówek. Praktycznie tylko one były widoczne na ulicach, wyłączając krótką chwilę przyjazdu i odjazdu autobusów nocnych. Komunikacja rozwiązana w oszczędny i praktyczny sposób, wszystkie kursy spotykały się w jednym punkcie w centrum, i o tej samej porze wyruszały jak promienie, docierające do różnych krańców miasta. Jeździły szybko, tylko w weekendy wolniej, kiedy taksówki powodowały korki, bo surowe prawa alkoholowe dotyczące picia i prowadzenia spowodowały, że nikt kto wychodził spotkać się wieczorem przy piwie ze znajomymi, nie brał ze sobą samochodu, udając się do pełnego barów i klubów centrum ostatnim dziennym autobusem. Kiedy orzeł przyleciał z siódmej sfery niebios i przeistoczył się w chłopca docierającego taksówką przez przedmieścia do centrum wielomilionowego miasta, oprócz powracających z nocnych pijatyk wszyscy jeszcze spali. Miasto spało nieświadome mających nastąpić wypadków, które na zawsze miały odmienić historię ludzkości i nadać nowy prąd rozwojowi człowieka. Bernhardt nie wiedział, jak daleko sięgnie jego misja. Jego przybycie spowodowało, że wszystkie zegary w mieście się rozregulowały. Zarówno te duże na wieżach budynków publicznych i kościołów, jak i te mniejsze stojące jak drogowskazy na skrzyżowaniach dróg i najmniejsze wyświetlające czas poprzez małe kwarcowe ekraniki parkometrów. I tylko dlatego, że było ich razem więcej niż sekund w dwunastu godzinach, niektóre z nich pokazywały ten sam czas, ale żaden zegar nie był punktualny. Żaden oprócz komórki Bernhardta. Znak ten przeznaczony był dla wszystkich, którzy podtrzymywali mistyczne, przed chrześcijańskie tradycje. W podziemiu ponad tysiącletnich tradycji Europy trwali kabaliści, jasnowidze, innowiercy i zakony kontemplacyjne. Informacja o tej zagadkowej awarii wywołała tylko krótkie wzmianki w serwisach informacyjnych, ale ciekawostka ta była wystarczająco treściwa, aby odsunąć na chwilę abstrakcyjność czasu mierzonego według ludzkiej umysłowości i przypomnieć o kosmicznym rytmie. Dawała znak wszystkim, którzy mieli świadomość rozgraniczenia tych dwóch wartości i wydarzała się po raz pierwszy od początków tradycji mierzenia czasu gwarantując, że Bernhardt nie będzie sam, tylko otoczony niewidzialną opieką oczekujących na zmianę. Nie musiał się obawiać o swoje życie, tylko o pomyślność misji. Dlatego nie potrzebował ochrony na ziemi, a jedynie na tych sferach świadomości, które były w zasięgu myślących dualistycznie ludzi, wszędzie tam, gdzie istniała interpretacja, która mogła go zaszufladkować w którymkolwiek kierunku. Bernhardt był już dużo szczuplejszy, przystojniejszy, młodszy i pokorniejszy niż w chwili, gdy wylatywał przez przednią szybę ciężarówki. Już zaakceptował znaki i odpowiedzialność, która kazała mu być chłopcem wśród mu współczesnych. Wiedział, że jego czas jest właściwy. Wiedział, że maszyny, stworzone z surowców naturalnych też chcą przeżyć, więc pomogą mu zahamować żądzę posiadania wśród ludzi, mogąc ocaleć tylko w równowadze z innymi elementami Ziemi. Wiedział, że przyznawszy się do tego zostałby uznany za szaleńca, więc pozostało mu tylko działanie w tajemnicy. Kilka dni przed wyjazdem, znalazł w autobusie zgubioną książkę. Był to regulamin lekarza pracy. Po zapoznaniu się ze strona tytułową, na której widniało nazwisko i telefon właściciela, otworzył na chybił, trafił i przeczytał o ograniczeniach dla pracujących z młotem pneumatycznym. Dotyczyły one godzin i lat, które można spędzić pracując przy tak silnych wibracjach. Przypomniał mu się własny dziadek, który jeszcze urodził się w nie zelektryfikowanym domu, w czasie, gdy medycyna nie potrafiła ograniczyć śmiertelności noworodków. Zastanowił się nad przychodzącymi dziś na świat dziećmi, faszerowanymi żelaznymi igłami powiększającymi traumę narodzin, od pierwszych chwil jeszcze w łonie matek, wystawionych na działanie fal radiowych, drżenie lodówek, silniki samochodowe i inne przejawy cywilizacji. Zastanawiał się jak długo tkanka ludzka wytrzyma takie przyspieszenie, skoro na zwykłe pozbycie się płetw życie potrzebowało milionów lat. Przyspieszenie komunikacji, pracy i działań, które nastąpiło w ostatnim pięćdziesięcioleciu było wystarczającym dowodem, że ewolucja nie da sobie rady. Oddając właścicielowi zgubioną książkę zapytał go, czy medycyna prowadzi badania nad wpływem wibracji na człowieka. Negatywna odpowiedź umocniła go w braku ufności i sceptycyzmie wobec zachwytu nad wszystkimi wspaniałościami i osiągnięciami cywilizacji. Przypomniało mu to historię z zielarstwem najpierw wyklętym przez medycynę naukową, a następnie powracającym do niej po przerwie, która mogła kosztować życie wielu ludzi. Dotarł do hotelu.

Chaos czasowy nie trwał długo. Kilka komunikatów radiowych, przestawień w komputerach wystarczyło, by ludzie nad ranem już ganiali, za swoimi jak zwykle pilnymi sprawami. Kontrakt naczelnego informatyka zarządu giełdy w mieście, w którym nikt go nie znał, był dobrym startem. Pierwsze tygodnie spędził na budowie mapy, która pozwalała mu na pozostanie niezauważonym w trakcie poruszania się po mieście. Ponieważ przybył ze Stanów, automatycznie uznano go za właściciela innej mentalności, co pozwoliło mu na dużo większą autonomię w stosunku do norm społecznych, niż mógłby sobie na to pozwolić w kraju rodzinnym. Utożsamianie człowieka z przynależnością do pewnych cech lub ludzi znał już z domu. Nieznajomość lokalnych praw, połączona z dobrą wolą nie przekraczania ich była wspaniałym sojusznikiem w asymilacji. Warszawa, chociaż uznana za najzieleńsze miasto w Unii Europejskiej, cuchnęła dlań spalinami i raziła hałasem jego przyzwyczajone do lasów zmysły. Jednak udało mu się znaleźć małą kawalerkę na Powiślu z widokiem na wspinający się aż do parlamentu park. Było to jedno z tych niewielu cichych miejsc w centrum, w którym patrząc się przez okno widziało się drzewa a nie ulicę. Szczęśliwie wynajął ją bez mebli, dzięki czemu była nie tylko tańsza, ale i wygodniejsza, bo mógł wprowadzić się do niej rozbijając własne obozowisko a nie być gościem miedzy meblami i aranżacją obcych ludzi. Zapisał się na polski, odnalazł najbliższy basen i dojo – od czasu wypadku zainteresowanie walkami wschodu zajęło istotne miejsce w jego poszukiwaniach samodyscypliny i w nauce kontroli nad własnym umysłem. Kupił materac, komputer i kilka pasujących mu estetycznie rycin, usiadł do pierwszej medytacji na swoim nowym miejscu i osiedlanie się na planie fizycznym uznał za zakończone.

Skupił się na zachowaniu rytmu, pozwalającemu mu na kontakt z naturą żeby potem, jak już przyjdzie pora na konkretne działania z ludźmi, nie zaplątać się w ich pęd podobny do rytmu najszybszych maszyn. Zaczął skanować miejscowe zwyczaje, styl poruszania się i działania, aby przybrać najbardziej przeciętną formę i nie rzucać się w oczy. Oczy przypadkowo napotkanej małej dziewczynki, wpatrzone w niego z pierwotnym odrzuceniem i nienawiścią a następnie ze spokojną akceptacją powiedziały mu, jaki jest układ sił i polaryzacji w Europie. Było dużo spokojniej. W odróżnieniu od Stanów jednak, system ten nie miał charakteru bezpardonowego współzawodnictwa a letarg był raczej odwieczną oczywistością, z której nikt nie zdawał sobie sprawy. Związki systemu z ludźmi cechowała kompletna bierność, jedyną aktywnością było stawianie wymagań w odpowiedzi na pojawiającą się inicjatywę. System religijny był stary, wrośnięty w język i ewoluujący z nim od pokoleń. Wszystko było oczywiste na zasadzie najstarszych pamiętających ludzi i przysłów ludowych, które szkodząc tyle samo ile naprawiały zachowywały taką samą definicję równowagi od pokoleń. Akceptacja innych zwyczajów i poglądów była żadna, zrozumiał teraz dlaczego tak łatwo było nazwać Indian dzikusami i wymordować w imię bycia porządnym. Ilość przemilczeń jakie napotkał w pracy i na ulicy, pokazała mu jasno, że mimo różnic w bazie letargu byli oni tak samo daleko od prawdy o sobie samych jak i jego sąsiedzi w Maine. Anonimowość miasta sprzyjała rozwijaniu ról i szaleństw. Bez zakotwiczenia w szumie drzew i zgodzie na naturalny rytm istnienia, Bernhardt już w pierwszych dniach zostałby nafaszerowany chemią, zostałby alkoholikiem albo co gorsza kolekcjonującym wyznawców kaznodzieją jedynej słusznej prawdy. Monopol jaki Polacy mieli na prawdę, znaną mu wcześniej jako katolicki odłam chrześcijaństwa, był interesujący. Po zbadaniu go wyrobił sobie opinię surowego i rzetelnego w pracy odludka, dzięki czemu był w stanie zachować własny sposób myślenia, pośród szaleńców kontrolujących siebie nawzajem, zmuszających się do pracy i uzależnionych od imprez, będących tu jedyną społecznie akceptowaną wspólną formą spędzania wolnego czasu. Zaznajomienie się z historią wytłumaczyło mu odcięcie od tradycji feudalnych i wymarcie honoru, zdziesiątkowanego w latach wojny i wymienianego na materializm w latach komunizmu. Polacy byli tak przyzwyczajeni do obecności ciemięzcy, że nawet przy jego braku nie przestali konspirować. Pokolenie, które zastał, nadawało się tylko do przekonywania następnego, że warto uświadomić sobie konieczność zmian i pozwolić wzrastać dzieciom według nowych kanonów, odciętych od szkodliwych elementów tradycji.

Do tej strategii przekonała go jedyna zwyczajowa religia, która sama nie będąc systemem wolnym od obłudy, ograniczała wolność. Nie była ona specjalnie okrutna, wymagała ofiary z siebie a nie z innych, ale zawiłość słów nie pomagała w rozsądnym wyborze. Zachowanie siły tradycji oparte było o nie poszerzanie widnokręgów poza tradycję, tak samo jak wszędzie indziej. Najważniejsze było nie stawać na drodze tradycji, tylko ją uzupełnić o odpowiedni zwrot. Mógł to uczynić, bo tradycja była statyczna, a niezdolni do przystosowania się do nowej rzeczywistości Polacy, z którymi pracował, podobnie jak rzesza tak zwanego wysoce rozwiniętego świata, tylko biegali rozpędzając się do absurdu i odreagowując prace na akord w pijackich imprezach. Nie będąc autochtonem tych ziem, miał chroniącą go przed promowanymi przez nich nałogami wiarę przodków, ale musiał spotkać osobę, która właśnie przestała być dzieckiem, ale jeszcze nie zaakceptowała proponowanego jej modelu dorosłości. Tylko uczestnictwo w takiej transformacji i wzbogacenie jej w nowy element mogło oznaczać powodzenie misji, którą przed sobą postawił. Zbliżała się wiosna, dużo wcześniej i szybciej niż w Maine, dni stawały się coraz dłuższe i Bernhardt pozostawał dobrej myśli. Aby odkryć źródło mentalności, stał się na tyle pierwotny i nomadyczny, na ile tylko mogli być prasłowianie. Studia nad wykrzewieniem i przejęciem przez chrześcijaństwo kultu Janusa, nad religiami prasłowian i wędrówkami ludów, pozwoliły mu na wyłowienie z języka wielu elementów, których nowej, chociaż tysiącletniej religii, nie udało się usunąć, również dzięki wcielaniu ich do własnej liturgii poprzez podporządkowywanie zwyczajów ludowych świętom kościelnym. Sny tymczasem kazały mu czuwać i Bernhardt rozglądał się wokół, szukając w oczach przechodniów sygnałów, że napotkał osobę z którą może zaczynać swą misję. Nie oglądał wiadomości ani nie korzystał z innych dobrodziejstw techniki poza Internetem, który mu służył, tak więc wiedział, czytając doniesienia o huraganach, powodziach, trzęsieniach ziemi i topnieniu lodów zalewających depresje; że czas jego gatunku jest policzony i musi się śpieszyć. Ale naturalny pośpiech nie jest szybszy od Merkurego, który co prawda najszybciej okrąża słońce, ale podczas tego okrążenia obraca się wokół własnej osi zaledwie raz i pół, czyli rok na Merkurym trwa półtorej doby. Ta drobna ciekawostka pozwalała mu nie zapominać o rytmach innych planet, gdy dostosowywał się do ziemskiego i czekał na komunikaty ze snu. Powrót na ziemie przodków pozbawił go konsekwencji przekleństwa amerykańskich szamanów. Nie oczyszczony mord na ludach pierwotnych swego kontynentu był decydującym elementem zapadania w letarg. Teraz sam, będąc częścią swej plemiennej kolebki mógł korzystać ze snów bez obaw, że będą mówiły przeciw jego świadomości. Zapomniał przeszłość i już nie wlokła się za nim, jak przesądy i dobre rady dziadka, uznane za wyrocznię przez jego rodziców. Te dobre rady były chyba nawet i nie dziadka, tylko jego ojca i tak dalej, tworząc spuściznę pokoleń. Dzisiaj było w niej zbyt wiele bzdur, które nie dorastały do rozwiązań, stając się częścią technologicznego rytmu zamiast nad nim panować. Przekleństwo przodków ludów zmiecionych z powierzchni ziemi przez nowoczesną cywilizacje, oślepiło starszyznę najeźdźców, która zachowując należne jej miejsce, równolegle pchała własne dzieci w kierunku zagłady. Starcy w Polsce nosili się dumnie, zjednoczeni w manipulacji kontroli nad resztą, otoczeni rodzinami niczym pierścieniami wpływów. Przypominali mu Saturna, zarówno mitologicznie jako pożerającego własne dzieci jak i astronomicznie, bo byli powolni i gąbczaści jak ta planeta. Akceptacja wiary przodków, z jednej strony pozwoliła mu urealnić się w świecie ludzi, ale z drugiej powodowała zapominanie własnych instynktów za każdym razem kiedy się położył spać. Nie kwestionowanie żadnej prawdy było przeszkodą w we własnych, codziennych działaniach. Nie obwiniał o ten stan nikogo, bo nadszedł on wraz z przeprowadzką. Miasto bardzo różniło się od poprzedniego miejsca zamieszkania, ludzie byli plastikowi w braku świadomości zjawisk przyrody i nawet drzewa milczały, tak więc aby pozostać w kontakcie z naturą i uczyć się od życia bogatego w naturalne reakcje, Bernhardt zaczął chodzić do ZOO.

Siadywał w pawilonie dla ptaków i gwizdał. Dobrze mu było a ptaki odpowiadały. Przynosił im nastrój spokoju i wolności, milkł i słuchał, jak gadają między sobą. Ponieważ w jego postawie wyczuwały istnienie nie tylko ludzkich myśli, przylatywały, żeby się nań pogapić, a on gapił się na nie. Gdy tak się gapili na siebie nawzajem, sporo siadywało na gałęziach wokół jego ławki. Największym jego przyjacielem została wilga, smukły żółty samiec z czarnymi skrzydłami. Pierwszy kontakt polegał na zajęciu przez ptaka miejsca obok na ławce. Bernhardt z radości nie śmiał drgnąć, tylko gwizdał dalej. Wkrótce dołączyła samica trzymając jednak dystans, podczas gdy samiec siadał na głowie i na kapturze bluzy wypełniając uszy Bernhardta czystym, głośnym trelem. Dreszcz błogości i nieznanej mu nigdy wcześniej radości wypełniał go tak, jak nikt i nic przedtem, oddzielając na zawsze od czasu, gdy umiał tylko chcieć, zamiast cieszyć się chwilą. Pomyślał, że teraz już nie boi się umrzeć, ponieważ warto było żyć. Wspomnienia spotkania z Duchem Czasu zatarły się, aby odnawiać się w elementach rzeczywistości uznanej przezeń za normalną. Mistycyzm nagle dostępny cywilizowanej większości trwał, on żył całą pełnią, a wilga dziobała go w kark i w uszy czyniąc z jego głowy zjeżdżalnię. „Nie jestem dobrym lądowiskiem – pomyślał – na człowieku nie ma zbyt wiele miejsca, na którym mógłby wylądować ptak”. Odważył się wystawić rękę – kiedyś słyszał, że ptaki obawiają się rąk, bo wyglądają dla nich nienaturalnie, ale teraz już mógł się przyjrzeć swemu nowemu przyjacielowi bez obaw o to, że odleci. Wilga zgodziła się pozostać na dłoni i tak patrzyli się na siebie, wzajemnie zagłuszając gwizdami aż do momentu, gdy ptak zniecierpliwił się podziobał mu dłoń, i kazał słuchać. Bernhardt zamilkł, cierpliwie przetrwał przez próby zablokowania dziobania, pozwolił się pobawić ze sobą i podroczyć, już nie obawiając się gwałtowniejszych ruchów, ani zmian pozycji. Wilga przebiła się swoim trelem, który zaczął naśladować. Nauczył się dwóch treli, ale jak chciał nauczyć ptaka kawałka ody do radości, samica, która dotąd zbliżała się co najwyżej do jego plecaka, usiadła mu na głowie i chwilę po tym oba ptaki odfrunęły. Bernhardt zrozumiał, że jako mentor musi milczeć i może się co najwyżej uczyć. Po wyjściu z pawilonu długo jeszcze oglądał małe ślady dzioba na dłoniach a w uszach dźwięczała mu cisza. Mijając pełne żywych istot klatki obiecywał zwierzętom, że nigdy ich nie zawiedzie. Oczy są zwierciadłem duszy, dlatego wiedział, że spojrzenia słoni i sów pamiętają o jego obietnicy i on szczerze pragnął im służyć pomocą najlepiej jak umiał. Po za nimi nie miał teraz kontaktu z nikim. Nauczył się słyszeć ich myśli, podtrzymując ów kontakt telepatyczny z poszanowaniem ich praw. Parzył w oczy ptaków z miłością, płazów z obojętnością a kotów drapieżnych z wolą walki. Starał się odwiedzać to, co zostało po lasach i łąkach, szukać niezależnych ekosystemów w parkach, ucząc się na nowo równowagi ziemskiego istnienia. Odkrył tkwiące w nim ograniczenia i pruderię, która kulturowo narzucona przez umysł, niszczyła posłuszne mu ciało tresowaniem instynktów. Pilnował się przed ludźmi, z których większość jadła więcej mięsa niż było jej to potrzebne lub umiałaby upolować, aby nie zostać uznanym za szaleńca. Doświadczenie pozwoliło mu zaakceptować siebie na wszystkich poziomach istnienia. Starał się nie wstrzymywać konieczności toaletowych, przestał się wstydzić podniecenia seksualnego, uważając jednak, aby nie zostało ono zauważone przez osoby, gotowe do zaatakowania go burzą własnych kompleksów, co niestety było akceptowalne przez system. Skupiał się głównie na rozumieniu mowy zwierząt, patrząc na nie i słuchając, a im lepiej umiał słuchać sygnałów własnego ciała, tym lepiej, je rozumiał. Pracując w centrum, praktycznie nie korzystał z transportu, spacerując do domu przez zarastający skarpę park. Wiosna była już w pełni, zapach bzów pozwalał na błyskawiczne zapomnienie o abstrakcyjnej pracy, powielającej tylko bzdurność gromadzenia. Teraz udawało już mu się rozumieć nie tylko zwierzęta, ale i rytm roślin.

Był piątek i ludzie wylegli na ulice. Po długiej, mroźnej zimie i równie nieprzyjaznym początku wiosny, nie tylko rośliny i zwierzęta zostały naładowane dodatkowym słońcem i światłem. Spacerując nad rzeką, Bernhardt zauważył wiele romantyzujących par. Uśmiechnął się, bynajmniej nie cynicznie, obserwując ten zależny od pory roku wylew uczuć. Nie pasował mu specjalnie do epoki rozumu, ale i nie dziwił go, będąc dowodem pierwotnej zależności człowieka i przyrody, jakże niezauważanym a jednak determinującym system elementem. Dotarł do mostu Gdańskiego. Tereny te, zimą pozostawały praktycznie bezludne, jednocześnie tkwiąc w centrum metropolii. Działo się tak głównie dlatego, że cały parkowy potencjał pozostawał niedostępny w czasie mrozów i mroków, a jedynymi śladami życia w tych okresach zdawały się być zatłoczone, dudniące na moście tramwaje. Nie były to jednak jedyne ślady życia. Przez całą historię funkcjonowania systemu, istnieli Ci, którzy się z nim nie zgadzali, najczęściej budując własne, równie abstrakcyjne formy zależności, oparte na negacji tej rządzącej. Dla Bernhardta były one wskazówką pokazującą ścieżkę konsekwencji, łączącą wszystkie systemy, które w swej budowie podporządkowują myśl ciału bez akceptacji jego praw. Punktem wyjścia do tego rozumowania był fakt, że wszystkie były skierowane na zwalczanie się nawzajem, albo usprawiedliwiały obronę konieczną. Tu pod most przychodzili uciekający od rodzin faceci, żeby wypić butelkę wódki, nastolatki wyładowywały swą wściekłość sprayem, bezdomni poszukiwali spokoju, a przygodne parki miejsca na seks. Wszystko to się działo za plecami odwróconych w kierunku wody wędkarzy, którzy jak stare wieloryby trwali w swym odcięciu od świata, wpatrzeni w jeden punkt na powierzchni wody. Bernhardt minął tę antyświątynię i przechodząc przez dudniący, piętrowy most dotarł do ZOO. Jak tylko wszedł do pawilonu dla ptaków, zagwizdał. Dużo głębiej i melodyjniej, niż zaledwie kilka tygodni temu. Swoim gwizdem mówił ptakom, że cieszy się z wiosny, że jest pięknie i że dziękuje im za to że są piękne. One odpowiadały, wszyscy razem są dziećmi życia i radości na planecie, że wystarczy skupić się na pięknie, aby oddalić wojny i nieszczęścia, aby skupienie umysłu tworzyło zamiast niszczyć. Nagle na gałęzi rododendrona, tuż przed jego nosem pojawiła się wilga. Bernhardt jeszcze nigdy nie widział jej tak nastroszonej, z piórami zawadiacko poodginanymi od tułowia, jakby została od ogona wessana i przeciągnięta przez rurę odkurzacza. Zagwizdała czysto i ostro, a on zrozumiał, że teraz musi iść pod wybieg z tygrysem bo nadszedł czas na następny kawałek układanki. Przekazawszy mu komunikat tak, jak ją o to poprosił Duch Czasu, odleciała w chaszcze pawilonu wolnych lotów.

Rozdział trzeci: Oczy Tygrysa

Wojtek wyjrzał przez okno. Podwórko było przechodnie, między dwoma domami, a zaraz za niewidocznym z okna rogiem był przystanek autobusowy. Z tego powodu wszyscy przebiegali przez podwórko. Ot, tak z przyzwyczajenia i na zapas, żeby im autobus nie uciekł. Wojtek gapił się bezmyślnie, jako że widok z mrówkowca nie należy do najciekawszych, a fakt, że wszyscy się ciągle śpieszą jeszcze mu się nie wydał nienormalny. Od tygodnia znowu nic nie robił, jeden kontrakt się skończył, a drugi jeszcze nie zaczął. Jak zwykle większość prywatnych projektów została zastąpiona spaniem i bezczynnym snuciem się po mieszkaniu. Gwoli ścisłości nie miał pomysłu na nic, co miałby ochotę robić, kiedy nie musiał pracować. Telewizją rzygał, praca obrzydziła mu czytanie, tego że można się gimnastykować jakoś jeszcze sobie nie wymyślił, a dziewczyna oznajmiła mu przed tygodniem, gdy właśnie wracał, dumny i blady z kolejnego miesięcznego kontraktu, że faceci, którzy mówią jej co ma robić i spodziewają się, że zawsze będzie ich oczekiwać, jakby nie miała własnego życia nie są mile widziani. Nie wpuściła go nawet na górę. Załagodzić sprawy Wojtek nie potrafił, bo po prostu kompletnie nie zrozumiał jej zarzutów. Znając Hanię uznał, że to chwilowa chandra, wspaniałomyślnie udzielił jej prawa do jednorazowego złego humoru i wybaczył. Wychodził z założenia, że skoro on kocha to wystarczy. Nie wiedział jednak, że jego dziewczyna należy do większości słuchających głosu serca przed rozumem, pozwalając sobie na chwile szaleństwa raz na kilka lat. Ostatnio, czyli cztery lata, temu przerwała po czterech latach zarządzanie i zajęła się medycyną naturalną, do której dołączyła kilka dyplomów lingwistycznych, po zorientowaniu się, że staje się zbyt niszowa ze społecznego punktu widzenia. Teraz pod wpływem nowych koleżanek, dzień przed zakończeniem sezonu kontraktowego Wojtka postanowiła, że czas zostać poganką i feministką. Wojtek już nic na temat jej przemian się dowiedzieć nie zdążył, jako iż usłyszał ją przez domofon, pod jej domem, kiedy te decyzje zostały już wprowadzone w czyn. Potraktowała go z ogniem, który do tej pory miał szczęście znać dość dobrze, chociaż od znacznie przyjemniejszej strony. Nie potrafił jednak skorzystać z rady, którą go obrzuciła i zająć się sobą, bo nikt go nigdy tego nie nauczył. Chwilowo nie pracował, tak więc po tygodniu wakacji, spędzonym w czterech ścianach na gapieniu się w sufit i obejrzeniu wystarczającej ilości filmów, żeby pomylić sąsiadkę z góry z przywódcą getta zdecydował, że pora okazać łaskę wybaczania i zadzwonić do Hani. Jedyną inspiracją ze spożytych płodów kinematografii było zobaczenie problemów z własną sympatią z perspektywy stosunków pomiędzy rządami dwóch państw. Dumny i blady ze swej wspaniałomyślności, odszukał w swym ilustrowanym scenami z imperium rzymskiego notesie telefon Hani, jeszcze raz westchnął w zachwycie nad swą wspaniałomyślnością i zadzwonił. Ani nie wiedział, że zachowuje się jakby robił jej łaskę, ani, że właśnie za to ma go dość. Hania w amoku, bólu, chandrze i szale przeinwestowywania uczuć zajęła się leczeniem własnych błędów i emocji, postanowiwszy zastosować w stosunku do siebie politykę grubej kreski. Potem przypomniało jej się, że przecież ma klucze do Wojtkowego mieszkania, a więc wcześniej czy później dojdzie do tak nie chcianej przez nią konfrontacji. Błędem było przejmowanie się tym i oczekiwanie na telefon zamiast samemu zadzwonić i uregulować sprawy. Pozwoliła, by dźwięk telefonu wisiał nad nią jak miecz Damoklesa no i kiedy telefon zadzwonił, wściekłość na samą z siebie za niedociągnięcie sprawy do końca znalazła błyskawiczne ujście i nie należącym do najcieplejszych głosem, wydeklamowała Wojtkowi, na szczęście wcześniej przygotowaną formułkę, o spotkaniu na neutralnym gruncie. On mieszkał w centralnej dzielnicy blokowisk, a ona w przedwojennej kamienicy w sektorze ulic o metalowych nazwach, tak więc Wojtek, który po przedstawieniu się usłyszał wściekły pomruk, zdążył tylko wywnioskować, że Park Praski został przez sztab obcego państwa uznany za ziemię niczyją, na której w godzinach południowych będą miały miejsce rokowania w kwestii zwrotu zagrabionego mienia i połączenie zostało przerwane. Odłożył słuchawkę i popatrzył w lustro, nie do końca pewien czy jest państwem czy człowiekiem, ale ujrzawszy zarośniętą małpę uspokoił się, zrozumiawszy że świat nie zwariował do tego stopnia i nie ma nad czym się zastanawiać, bo przecież kiedy się spotkają, to ją przekona. Zawsze ją przekonywał. Pieszcząc w pamięci jej uległość stwierdził, że grawitacja jeszcze działa, tak więc nie wszystko jest stracone i punkt oparcia istnieje. Myjąc zęby zastanawiał się jeszcze w jaki sposób z republiki stał się tyranią podczas jednego kontraktu i doszedł do wniosku, że wywiad drugiej strony musiał mieć fałszywe informacje. Plując białą pianą zastanawiał się, czy negocjacje powinny być rozłożone w czasie, czy powinien od razu zająć terytorium. Kończąc golenie nastrój miał już dyplomatyczno – optymistyczny. Stwierdził, że chwilowe wichry w życiu jego partnerki zdecydowały za niego i tymczasowa odległość od ognia będzie się równać utracie widoczności, tak więc zamierzał rozpalić go na nowo i pod tym kątem wybrał ubranie i wodę po goleniu. Do parku jechał już z pewnością, że kryzys się skończył i ich związek wraca do swego poprzedniego blasku. Zapytanie Hani o zdanie uznał za zbędne, bądź co bądź była tylko kobietą…

Ziemia niczyja niczym takowej nie przypominała. Rozśpiewane ptaki, bawiące się maluchy, spacerujące matki z wózkami i dziadkowie grający w karty na ławkach nie wyglądali na świadomych, jak strategiczne miejsce wybrali sobie, aby uprawiać beztroskę pogodnego popołudnia. Jedyną alternatywną opcją mógł być fakt, że wszyscy byli agentami. Ale tramwaj, do którego wsiadł Wojtek, nie był opancerzony. Hania czekała na ławce siedząc godnie, w wyprostowanej pozycji, bardziej pasującej do trybunału wojennego niż luzu dookoła. Wyraz jej oczu wystarczyłby, żeby Wojtek zrozumiał, że z negocjacji nici i czeka go bitwa, no ale Wojtek potrafił tylko czytać we własnych oczach. Hani pozostało nie ukrywać swojego nastroju, a ponieważ widok zbliżającego się Wojtka wywołał w niej poczucie bycia małpą w klatce postanowiła z nim zerwać, niezależnie od środków jakie mogły wejść w grę. Uświadomiła sobie, że najbardziej ją wkurza, że on jej w ogóle nie słucha i wyparowała:

– O tej porze i prosto z łóżka? Spać w dzień? Skandal.
– Niektórzy lepiej działają w nocy – odparł, zresztą niezgodnie z teraźniejszością, ale furia zawsze blokowała mu logikę. Przypomniało mu się, że dobrze wygląda i dodał: – a ty teraz wolisz pić z dziewczynami? Ciekawe jakie mecze oglądacie? Koszykówki?
– Trzeba pielęgnować związki. Moje własne, prywatne i nic ci do tego. Trzeba szanować wolność bliźniego.
– U mnie w szafie po lewej stronie wiszą aureole. Następnym razem weź sobie jedną przed wyjściem.

Hani to wystarczyło. Typowy mały chłopczyk! Znowu jak gdyby nigdy nic sprowadził ją i całą sytuację do poziomu przeszłości, niwecząc w swoim pojęciu wszystkie jej transformacje i rozwój, oczekując akceptacji jego wersji związku. Niczym bóg samczy i dominującym, który nie pozwalał jej na bycie nową, zmienioną dziewczyną. Wydał sąd i zaraz zrobi jej łaskę… Wiedziała, że to tylko jemu się tak wydaje i nie ma to z nią nic wspólnego. Ale wiedziała też, że pobyt w jego towarzystwie zaczyna ją dusić i krępować, powoduje, że zapomina kim jest, jej marzenia zostają zniszczone a pozycja zredukowana. Nowe myśli, które już zdążyła pokochać zaprzątnęły jej głowę, ale nie były poukładane na spokojnie i furia wydała jej się jedynym właściwym rozwiązaniem. Fakt, iż Wojtek poza poznaniem paru jej znajomych feministek nie wiedział nic na temat jej transformacji, został przez nią, delikatnie mówiąc przeoczony, podobnie jak gdzieś już przeczytane stwierdzenie, że najpierw trzeba się uspokoić a potem działać. Histerycznym głosem, który kosztował jej organizm dużo więcej tkanek, niż przynosił pożytku, wydarła się:

– Nudzą mnie aureole, kupiłam tobie za to koronę cierniową, żebyś się odpieprzył!
– Wybacz porównanie, ale mówisz jak wariatka. – odparł dumnie, że znów ją złapał na utracie równowagi, nieświadomy jak bardzo jest wściekła i że sam zaczął. Wkurzona Hania wyglądała wyjątkowo atrakcyjnie.
– Mnie nazywasz wariatką? Popatrz na tych wspaniałych, mądrych, rządzących facetów! Mamy już przeludnienie, dziurę ozonowa, efekt cieplarniany a ci dalej lokalnie a nie globalnie, o ropę, o władzę nawet nie zauważając, że Ziemia której używają jakby co najmniej była nieskończona, zamienia się w śmietnik. Wszystko to tłuste, samochodami się tłucze, nawet na rowerze jeździć nie potrafi. Po prostu ściek! Jeśli ty mnie nazywasz wariatką a ten świat uważasz za normalny to proszę Cię bardzo, nazywaj mnie wariatką! Jesteś taki sam!!! Gdybym była silniejsza od ciebie wytłumaczyłabym ci po twojemu, że masz się odpieprzyć z tą twoją litościwą miłością. Wynoś się z mojego życia rozumiesz! Nie myśl o mnie już nigdy! Zostaw zapomnij! Zdechnij! Przeklinam…

Furia będąca chwilowo jedynym znanym jej środkiem aby go powstrzymać wprawiła ją w jeszcze większą wściekłość i zapragnęła jak najprędzej odejść, żeby już nie musieć uczestniczyć w agresji. Spojrzenia mam z wózkami i pomruk z jakiegoś powodu teraz głośniej komentujących własną grę dziadków umocniły jej decyzję. Już nie była w klatce, ale ochota by gryźć i walczyć na oślep była zbyt silna by pozostać w tej chwili z ludźmi. Popatrzyła mu jeszcze raz w oczy uświadamiając i sobie i mu, że właściwie nie powiedziała co ją irytuje w ich związku, tylko go odpędziła. Wyrwała jak chwast zabierający światło kwiatom w jej ogrodzie. Nawet nie zauważyła łzy powoli płynącej po jej własnym policzku gdy cisnęła mu pod nogi klucze i pobiegła w kierunku przystanku.

Wojtek już tego nie widział. Po raz pierwszy został zdominowany przez tą, nad którą zawsze dominował, jego siła, z której nie zdawał sobie sprawy została rozpoznana i skruszona skierowaną w niego ofensywą nie tylko decybeli ale i treści. Treści, której nie mógł zrozumieć ale o której wiedział, że jest prawdą. Uświadomienie sobie tego wszystkiego w mgnieniu oka było niewykonalne. Jego reagowanie skończyło się. Można nawet powiedzieć, że stał się dokładną przeciwnością wybuchającej jak bomba Hani. Implozja odcięła go od świata zewnętrznego a wybuch, który nastąpił wewnątrz, sparaliżował wszelkie funkcje życiowe. Widział spadające na ziemię klucze, zamrożony słowami tej, która dusiła w sobie wszystko miesiącami żeby wybuchnąć raz i tylko raz. Na koniec. Na do widzenia. Przekonanie, że Hania nie narzeka, bo on jest taki wspaniały, gdzieś znikło. Przekonanie, że to tylko kolejna bitwa w ich nieregularnym ale satysfakcjonującym związku przestało istnieć, plany, projekty, nadzieje i oczekiwania którymi nigdy się z nią nie podzielił, równocześnie uznając je za oczywiste i realne zostały zdmuchnięte jak po ataku neutronowym. Podobna w rozprzestrzenianiu się do reakcji łańcuchowej pustka zapełniała miejsce nie tylko związanych z nią myśli, ale i wspomnień z dzieciństwa, radości dnia codziennego. Jego oczy skierowane w pozornie wypaloną przestrzeń błądziły nieczułe na kolory ni kształty, podczas gdy umysł przestawał odróżniać życie od jego braku. Czas się zatrzymał i najprawdopodobniej Wojtek już nigdy nie poruszyłby się, gdyby nie małe dziewczynki, które śpiewając, zaczęły rysować klasy i rzuciły mu pod nogi garść kolorowych kamyków. Wojtek automatycznie ustąpił im miejsca i ruszył przed siebie. Każde warszawskie dziecko wie, że przed siebie w Parku Praskim oznacza do ZOO. Wojtek oczywiście nie miał takiej świadomości, wpatrzony w punkt przed nosem i nie wiedząc że idzie. Zbiegiem okoliczności prawie nikt go nie widział gdy mijał kasę. Strażnik, znudzony niewielkim ruchem, właśnie się oddalił na chwilę aby kupić gazetę i nie zauważył mimo wolnego gapowicza. Z całym szacunkiem do uczciwości Wojtka, niespecjalnie zdawał sobie on sprawę, że wchodzi do ZOO za darmo. Jedyną osobą, która go widziała, była niebieskooka blond kasjerka, która znając ten stan rozbicia wewnętrznego stwierdziła, że zatrzymywanie nosorożca jest zdrowsze i bezpieczniejsze. Dlatego, odkładając na bok obowiązki pracowe wróciła do rozwiązywania krzyżówki. A Wojtek kroczył przed siebie. Zachwyt dzieci wołających ulubione zwierzątka po imieniu odbijał się głuchym echem po jego podświadomości, jedynej nadal funkcjonującej, gnanej instynktem samozachowawczym, części jego umysłu. Najprawdopodobniej nieświadomie przeszedłby przez cały ogród, gdyby nie wycieczka pod przeciwległą bramą. Dwadzieścia pierwszych klas, właśnie miało zbiórkę przed północnym wyjściem, kiedy Wojtek tam dotarł. Wychowawcom udało się ustawić dzieci w nie tyle karnym ile mniej lub bardziej regularnym szyku i liczenie i upewnianie się, że wszyscy razem opuszczą ZOO i udadzą się do autokarów właśnie się rozpoczęło. Cała aleja została zablokowana nieruchomym szpalerem, więc Wojtek musiał skręcić bo nawet po utracie rozumu skądś wiedział, że po dzieciach się nie chodzi. Skręcił w prawo. Później okazało się, że wybrał między wielbłądami i tygrysem no ale to było potem. Na razie, skręciwszy dotarł do niziutkiej balustrady wybiegu, za którą była fosa, której zresztą Wojtek nie zauważył. Za fosą siedziała tygrysica i patrzyła na Wojtka. To był jego pierwszy kontakt wzrokowy z żywą istotą od chwili, gdy oczy Hani zatrzymały jego funkcje myślowe. Tygrysica niekoniecznie o tym wiedziała, ale ona, podobnie jak Hania miała dosyć Wojtka, miała serdecznie dość ludzi w ogóle. Instynkt drapieżcy połączony ze zniewoleniem, które podtrzymywało ją przy życiu nawet bez polowania, nauczył ją tylko obojętności do ludzi. Z rzadka obojętność ta przeradzała się w nie mająca nic wspólnego z nienawiścią żądzę mordu, ale póki żyła, miała nadzieję coś upolować. Na Wojtka spojrzała tylko dlatego, że stanął dokładnie naprzeciw toru jej ścieżki. A on, jakby trochę się ocknął, dostrzegł coś znajomego w jej oczach, coś co było przynajmniej rozsądną kontynuacją chwili po której doznał szoku. Tygrysicę zirytowała fizyczna niedostępność jedzenia. Nie była głodna, karmiono ją dobrze, ale z jej wybiegu widać było kozy, zebry, sarny i ludzi których nie mogła zagryźć, podczas gdy instynkty codziennie podsuwały jej to jakże normalne i naturalne rozwiązanie. Gapiącemu się na nią facetowi posłała swój spokojny, morderczy komunikat. Zmiażdżenie jego głowy jednym kłapnięciem kłów, było jej naturalnym pragnieniem, i myślała o tym tak samo często jak on o seksie. Teraz Wojtek wyjątkowo nie zastanawiał się nad tym od której strony wejść w Hanię. Za to zobaczył w napotkanych oczach rzeczywistość, która pasowała do jego nastroju. Kiedy zorientował się, że oczy należą do tygrysa zaśmiał się nisko i bezmyślnie, daleki od poukładania w całość tego, co tak właściwie mu się przydarzyło. Nie musiał. Tygrysicy wcale nie spodobała się butna i bezczelna reakcja ofiary… Stanęła na swoim skraju fosy prężąc się do skoku. Jej wzrok informował już go tylko o tym, że jest obiadem i zaryczała znacznie niżej, niż on się przed chwilą śmiał. Wojtek wrósł w ziemię. Nie widział fosy i był cały czas przekonany, że między nim i tygrysem jest tylko kawałek trawnika. „Umrę” pomyślał ze stoickim spokojem, bez walki, bez nienawiści po prostu stwierdzając oczywistość faktu. Tygrysicy to wystarczyło. Odwróciła się mrucząc z satysfakcją i rozciągnęła w krzakach rosnących na jej wybiegu. Wojtek dopiero teraz zauważył fosę i po raz pierwszy od wielu, wielu symultanicznie tłumaczonych lat porządnie się wkurzył. Wszystko dotarło do niego ze szczęśliwym opóźnieniem. Zorientował się gdzie jest, wydedukował jak się tu znalazł i zalała go wściekłość na tygrysa. Żeby tak się dać bez jaj… Hipopotam, koło którego usiadł na ławce śmiał się z niego i to też było nie do zniesienia. Zawrócił, jeszcze raz podszedł do wybiegu tygrysa. Czekał, aż zwierzę przespaceruje się, aby na nie popatrzeć tym razem z akceptacją walki na śmierć i życie. „Wszyscy kiedyś umrzemy – pomyślał – ale ja się nie poddam póki żyję”. Myśl ta popłynęła w przestrzeń, bo Tygrysica nie raczyła wynurzyć się ze swoich krzaków i jedyne co Wojtek mógł zobaczyć to wróble i sikorki gnieżdżące się między gałęziami drzew jej wybiegu. Tygrysicę i Wojtka połączyła więź niespotykana, nieznana żadnemu z nich wcześniej. Bez zjedzenia lub poskromienia, od tej pory byli na siebie zdani. Wojtek to wiedział i tygrysica to wiedziała, ewentualnie stwierdziła, że warto, by Wojtek tak myślał i zapomniała o wszystkim. Nie przeszkadzało jej nawet, że nie znała Hani…

Wojtek długo jeszcze siedział na ławce, zasłaniając wojowniczą burzę swych myśli przed niewinną dziatwą zwojem waty cukrowej. Procesy myślowe, raz zatrzymane ruszyły teraz pełną parą, jakby chciały nadrobić stracone parę minut. Zmianą z której jeszcze nie zdawał sobie sprawy, był fakt, że jego świadomość została zmieniona, wszystko co do tej pory znał i wiedział zostało wzbogacone o nowy, najważniejszy element. Tygrysica przekazała mu dar, wielki, wszechogarniający, rodem z uniwersalnej świadomości wszystkich żyjących gatunków. Darem tym była świadomość jedności i zależności wszystkich od wszystkich. Dar odrywający Wojtka od dotychczasowego życia w którym było tylko miejsce dla ludzi, i wszystko było czarne albo białe. Poczuł się jednostką dzielną i gotową na zaakceptowanie daru, ale czuł, że miał on przed sobą jeszcze długą drogę. Z jednej strony był ten ratujący mu życie impuls, a z drugiej gruzy własnego obrazu miłości zapełniały go ze wszystkich stron głosami podobnie zawiedzionych ludzkich myśli, pełnych nienawiści i odrzucenia. Skrywane latami tajemnice, niepowodzenia, których wymagała bezkonfliktowość w rodzinie, tłumione uczucia toczące życia w choroby, latami noszony i nie leczony ból, wszystko co ukrywali otaczający go znajomi brzmiało teraz w jego uszach jak prawda, której znajomość i przyzwalanie na nią czyniło go winnym we własnych oczach. Zrozumiał jak dobrzy i porządni byli wszyscy, którzy milczeli. I zrozumiał, że nie potrafi milczeć. Nie potrafi tak samo jak trzymany w klatce tygrys. Na razie to mu dało ochronę, ochronę przeciw wszystkim, którzy krzywdzili się nawzajem niespełnionymi snami. Wola tygrysa objawiała się w jego oczach, ale on nie miał o tym pojęcia, spokojny i naturalny, udowadniając wszystkim noszącym w oczach tłumiony od lat zawód, wrogość, nienawiść i mord, że jest od nich groźniejszy. Nie rozumiał, że czyniąc tygrysa częścią własnej świadomości, uczynił go widocznym w swoich oczach. Wszyscy ci co wybrali nienawidzić widzieli w jego oczach znajomość fachu, a jego wypływający z niewiedzy spokój interpretowany był jako perfekcja wykonania, więc obawiano się go. Ci którzy wybrali kochać, widzieli go tak jak wszystkich innych, włączając w to siebie nawzajem. Jako poszukiwacza prawdy, który jeszcze nie oduczył się nienawiści. Napływające z sąsiedniej ławki odgłosy rodzinnej awantury, spowodowanej bądź to matczynym skąpstwem, bądź to dziecięcą zachłannością, a może po prostu brakiem podstawowej komunikacji rodzinnej, zastąpionej reklamowym światem wartości, ponownie zatruły jego umysł zasiewając bierność i zwątpienie. Nieznajomość ich poziomu poszukiwań, poziomu z którego przebudził się, ale nie uczynił jeszcze nic by do niego nie należeć, napełniła go ponownie. Nie potrafiąc jeszcze oddzielić się od nich emocjonalnie, poczuł się jak małpa w klatce. Zobaczenie siebie i umiejętność zdrowego krytycyzmu wobec siebie dzielą lata praktyki i nauki. Teraz Wojtek oswajał chaos pustki z własnym logicznym myśleniem, znajdując się na przemian w obu stanach.

Nagle, paraliżujące pustką przerażenie ustało równie nagle jak się pojawiło i prąd formułowania świeżych wniosków i możliwość analizowania ponownie przyniosły mu ulgę. Znajomość punktu widzenia Hani, czy też tygrysicy, doprowadziła go na razie do konkluzji, że kobiety też istnieją niezależnie, ale mają tylko maskę i mężczyzna nie ma szans na dowiedzenie się co one tak naprawdę myślą. Zawsze to wiedział, ale teraz zastanowiły go ich racje. Nie miał przecież pojęcia jakie to uczucie krwawić co miesiąc, podobnie jak one nie wiedziały jaką przyjemnością potrafi być kilka wyważonych ruchów lędźwi. Uświadomił sobie jak wiele był w stanie za te kilka ruchów zaoferować, większość jego życiowych planów polegała na takim organizowaniu środków, aby sobie zapewnić permanentny dostęp do tego otworu rozkoszy. Pomyłka była dużo mniej przyjemna, ale nadal nie widział gdzie postąpił źle. Jego seksualność, wzrastająca w charakterystycznym dla niektórych tradycji tabu milczenia, była kształtowana przez opowieści o podbojach w szatni męskiej, skradzione pocałunki i pierwsze sam na sam, którego nie potrafił sobie nawet przypomnieć, bo był zbyt zdenerwowany aby pozostawiło po sobie jakiekolwiek porządne emocjonalne, a nie fizyczne wspomnienie. Znowu poczuł falę chaotycznej nienawiści. Zrozumiał jak bardzo się boi ludzi i ich niezachwianego przekonania, że mają rację. Znał je dobrze. Sam taki był zaledwie pół godziny temu. Dlaczego już taki nie był? Dlatego, że zrozumiał własny szowinizm, wyssany z mlekiem matki, z kulturą języka. Ona, tam w parku, była tylko jego równowagą, wolną jak on sam. Prawda na dobry początek. Nie wiedząc jednak, czy jest ona jego wrogiem, czy przyjacielem, chciał znaleźć odpowiedź na krzyczącą w nim nową świadomość, ale wiedza, że nikt mu nie pomoże znaleźć odpowiedzi paraliżowała go. Własna droga wydała mu się bolesną i okrutną, i pragnął tylko móc zapomnieć. I wiedział, że już nie zapomni. Zapragnął się napić wódki. I zrozumiał, że wygrała, bo już nie chce jej tylko czegoś innego. Wspomnienie alkoholików dogorywających na ławeczce pod sklepem, ich wulgaryzmów i zniszczonych twarzy sprawiło, ze poczuł mdłości. Miał z nimi coś wspólnego, tym czymś było pragnienie rżnięcia wymieniane na inne pragnienie. Stwierdził, że już lepiej chcieć porżnąć. Dlaczego rżnięcie a nie kochanie? Na to pytanie nie umiał jeszcze odpowiedzieć. Pamiętał jej westchnienia, otwartość z jaką go przyjmowała w wielu pozycjach. Nie mógł uwierzyć, że nagle przestała to lubić. Zawsze dominował, a teraz został zdominowany, i próbował się z tym pogodzić, ale bez oddania swej możliwości dominacji. Może to był i kłopot całej ludzkości, ale dla Wojtka, problem był dużo węższy i sprowadzał się do terytorium pomiędzy Haninymi nogami. Jak nakłonić ją do takiej wymiany chwilą w dominacji, aby i on miał to co lubi, i jej prawda mogła istnieć bez zgniatania go w miazgę.
– Licho mnie wie – powiedział nagle w przestrzeń wypełniony śpiewem przechodzących dziewczynek.
– Licho mnie wie, tak więc ja muszę poznać licho – kontynuował.
Rozejrzał się nerwowo i zamilkł, stwierdziwszy, że zachowuje się jak wariat. Poznanie żądzy, czyli własnego cienia, było jedynym wyjściem z sytuacji, jakie pozwoli mi na spokój. Może nie taki jak dawniej, ale spokój. Na razie postanowił po prostu uciec od ludzi, żeby to wszystko sobie poustawiać w głowie. Instynktownie odczuwał, że wpływają na niego swą wolą, że chce się urżnąć, zniszczyć. Z trudem powstrzymywał ataki chaosu. Nie chciał tego, podobnie jak nie chciał żyć z prawdą, której doświadczył. Wiedział, jeszcze pamiętał, że może być inaczej, że zawsze było inaczej. Nie pamiętał kim jest, ale wiedział, że jak odbuduje swoje wspomnienia, pozna jej rażącą mózg broń i stanie się na nią odporny, prawda będzie dużo przyjemniejsza. Zakończył wnioskiem, że poznać jej umysł będzie można tylko wtedy, kiedy będzie szanował jej zasady, nie mając jednak zbytniego pojęcia, jakie to mogą być zasady. Otworzył się na chaos, który był jedynie nieznaną częścią świata i ludzi, a wybór aby go zaakceptować uratował mu życie. Niesprecyzowanie czy Hania jest diabłem czy aniołem, i kim w związku z tym jest on sam obciążyło jego ludzką łepetynę na tyle, że odchodząc, tylko zanotował obecność w sąsiedztwie grubego, pięcioletniego chłopaka, który nie zwracając uwagi na baraszkujące koło niego młode lwy, wpatrywał się w nie jedzony przez Wojtka kłąb waty cukrowej wzrokiem macho, zazdroszczącego rywalowi posiadanej piękności. Gdyby Wojtek widział to co jest, a nie to co pozwala mu zauważyć zamknięty na odbiór rzeczywistości umysł, zamiast swego metafizycznego odbicia zobaczyłby Bernhardta.

Rozdział czwarty: Nowa praca Hani

Wreszcie wyzwolona z destrukcyjnie nań wpływającego związku Hania weszła do przedpokoju waląc drzwiami na tyle mocno, że rozniósł się nie tylko wstrząsający kamienicą huk, ale i z framugi posypał się tynk. Miała serdecznie dosyć. Nie poddawała w wątpliwość swoich wyborów, ale zaczynała rozumieć jak bardzo wykańcza ją agresja, z jaką broni się przed wszelakimi osaczającymi ją oznakami religijności i szowinizmu. Uwolnienie się od Wojtka, bo tak postrzegała swoje z nim zerwanie, nie nastąpiło jednak jak przewidywała a gniew zwiększył jej frustrację. Wiedziała, że już nie będzie zawracał jej głowy, że wygrała i teraz on czuje do niej szacunek przyznając prawo do istnienia poza jego ramionami. Nic jej to nie dało, bo z założenia powinno być dla niej oczywistością, o którą nigdy nie trzeba walczyć. Przykro jej było, że musi być sama, żeby postawić na swoim, ale jeszcze nie znała innej drogi. Czuła się nie najciekawiej, ale była silna i czekała ją dziś jeszcze elegancka kolacja, będąca w rzeczywistości ostateczną rozmową o pracę. Sekretarka szefa w korporacji zajmującej się finansami była pozycją – wyzwaniem, łączącym w sobie grację ze stalowymi nerwami. Postanowiła przekierować całą energię z furii i wściekłości na przygotowania i samokontrolę. Chciała być na tyle obojętna na ile to tylko będzie możliwe, aby nie pakować się w nowy, tym razem, zawodowy układ z tak bezsensowną uległością, jak uczyniła to w związku z Wojtkiem. Zastanawiając się czy nie wybuchnie od środka trzymając w ryzach tyle energii nalała wody do kąpieli i z ulgą wstrzymała oddech kładąc się na dnie pełnej wanny.

Zawsze była solidna. Jeśli zmieniała w ciągu pięciu minut swoje życie na następne pięć lat, to tylko z przekonania, nigdy z lenistwa. Była też konsekwentna. Zawsze dotrzymywała słowa. Rozwiązując poszczególne związki i układy, tłumaczyła szczerze jak i gdzie się myliła, co powodowało zmianę jej zapatrywań, nie zostawiała za sobą długów a ewentualnym wrogom dawała krzyżyk na drogę. A teraz coś nieznanego burzyło jej pewność siebie. Nawet gdyby nie przywiązywała wagi do swoich słów, przeklinanie kogokolwiek wywołało by w niej niesmak. Teraz sama zachowała się w taki sposób. I nagle świadomość, że on ją kocha jak nigdy nikogo innego, kocha po prostu, może głupio, ale tak jak umie, trafiła ją w serce. Przyniosła zrozumienie, że realizacja własnych słów, słów które już poszły w przestrzeń, których już nie można było odwołać, słów które stały się tak straszliwym ciałem, musi być konsekwentna. Chciała obwiniać brak komunikacji, ale to byłoby bezsensowną stratą czasu bo wiedziała, że dziś to właśnie ona nie sprostała zadaniu. Miłość, która rosła między Wojtkiem a Hanią skończyła się dziś, a ona miała wrażenie, że sama zabiła siebie istniejącą w jego oczach. Co gorsza nie wyzwoliła się, jedynie stali się dwiema stronami tego samego kamienia. Znów zanurzyła głowę w wannie, pragnienie pustki, wstrzymanie procesów myślowych nawet na chwilę było silniejsze, od możliwości sprostania własnym czynom. Wynurzywszy się już wiedziała kim była. Teraz Wojtek był tak pusty, jak przestrzeń która go zawierała, jak odległość między kwarkami, jego umysł zaczął mu ciążyć jak kamień, a ona nie miała żadnej satysfakcji. Co gorsza, musiał zatonąć w morzu niepamięci, bo idąc doń dziś, musiałaby mu dać wszystko, a wiedziała, że nie jest gotowy by wziąć bez zniszczenia jej. Spojrzała w lustro i w swoich oczach ujrzała kim byli naprawdę. Wiązkami takich samych myśli przywiązanych do dwóch różniących się od siebie ciał. Czuła się, jakby wydawała wyrok na sama siebie, stawała się negatywną częścią Wojtkowego istnienia. Wściekłość, że nie potrafi myśleć o sobie inaczej niż jako część mężczyzny sprawiła, że zobaczyła jak wygląda kiedy się krzywi. Zrozumiała, że tylko mogąc się oczyścić z takich myśli i takiego wyglądu uzyska wolność. Musi go kochać. Nie jako konkretna osobę na którą nie można wpłynąć i która nie może już na nią wpływać, ale w ogóle. Musi siebie wyleczyć się z winy, furię zastąpić miłością a spokojną pracą dzień po dniu zapewnić sobie istnienie równoległe. Odechciało jej się mężczyzn, odechciało jej się kontaktów emocjonalnych. Wszystko co mu powiedziała musiało stać się prawdą, bo tylko panując nad tym panowała nad sobą, oddalała ból i mogła żyć zgodnie z przyjętymi normami. Przeczytana gdzieś informacja, że globalna produkcja papieru przekracza o 20% przyrost drzew w tym samym okresie pojawiła się znikąd w jej umyśle i spowodowała, że Wojtek stał się tylko wierzchołkiem góry lodowej. To co sobą reprezentował przełożyła na całokształt systemu w którym to mężczyzna jest panem. „Muszę zostać terrorystką” pomyślała i jako osoba nie agresywna i miłująca pokój, zaczęła zastanawiać się jak najlepiej do tego doprowadzić bez rozlewu krwi. Długo jeszcze wpatrywała się w swoje piękno uświadamiają sobie ile może być warte w pustce, w której się znalazła. Lata dbania o siebie napełniły ją dumą, skromność zastąpiła wyrachowaniem, a mężczyznę swojego życia anonimowym drzewem do ocalenia, w pozostałościach puszczy amazońskiej. Wieczorna rozmowa z możliwym przyszłym szefem okazała się być już nie celem, tylko środkiem. Woda w wannie była już zupełnie wystygła kiedy z niej wychodziła, ale ona nie zwróciła na to uwagi, sama bardziej lodowata i nieruchoma niż wyrzucona na mróz lalka kabuki.

To było jej czwarte i ostatnie spotkanie. Po teście z języków i psychologicznym na radzenie sobie w sytuacjach stresowych, została zaproszona na rozmowę z odchodzącą sekretarką, wspólnie z czterema innym kandydatkami. Rozmowa ta była bezpardonowym wywiadem rodzinnym i testem na wytrzymałość, tylko ona i jeszcze jedna kandydatka wytrzymały, nie skacząc sobie do oczu. Potem obie spotkały się z szefem w biurze, a on zaprosił je oddzielnie na kolację, po której miał podjąć ostateczną decyzję. Duże pieniądze pilnują dostępu do siebie, pozwalając podejść tylko tym, którzy ponad wszystko je kochają. Znieczulenie emocjonalne Hani przydało się teraz jak nigdy wcześniej. To co jeszcze przed chwila miało być jej sukcesem, teraz było zaledwie ciekawą rolą. Siedzieli w eleganckiej, neoklasycystycznej restauracji na tyłach Teatru Wielkiego. Obsługiwani byli przez będącego uosobieniem służalczości kelnera, próbującego przebić się ze swoją recytacją francuskich nazw przystawek, przez otaczającego ich Mozarta. Byli tu tylko dlatego, że mieli razem pracować. Hani jechało mydlana operą a jemu już niczym. Praca zarobkowa była jej jedyną zależnością od mężczyzny z którą mogła się pogodzić. Zastanawiała się tylko, czy temat podróżowania z nim w wersjach intymnych może zostać zasugerowany. Jej przyszły szef okazał się być czarującym dżentelmenem. Był dyrektorem zarządu giełdy, zdawał się poruszać bezszelestnie i tylko kiedy się na nią patrzył czuła jak drży podszyta czy to strachem, czy zależnością. Nie chciała się tak czuć. Wisiało jej, czy będzie z nią spał czy nie, wisiało jej jaka to praca, zależało jej tylko na oderwaniu od ciążącej jak kamień u szyi przeszłości i na wyzwoleniu całej uwolnionej tak energii w działaniu. A to czy będzie jego sekretarką zbierając fundusze i doświadczenie na późniejszą działalność ekologiczną, czy też od razu przebierze się za fokę i pójdzie pod kanadyjską ambasadę było już nieistotne. Wiedziała czego chce, i dlatego zanurzona w miękkim krześle stylizowanym na louis philippe postanowiła, że nie będzie już drżeć. Spojrzała nań z naganą i niesmakiem i drżenie ustało, ale kontakt wzrokowy trwał. Nawet podobał się jej jako facet, ale myślała o nim tylko w kategoriach źródła utrzymania połączonego z ciekawą pracą. Świadomość, że zaraz pozna jego obie strony i będzie się musiała dodatkowo ustawić doń odpowiednio nie cieszyła jej. Chciało jej się kichnąć mu prosto w twarz, ale powstrzymała się. Porzucając Wojtka była przekonana że jej miłość do drugiego człowieka umarła i wszyscy stali się dla niej czarni albo biali. Uważała się za jedyną szarą istotę na ziemi. Rozumiała małżeństwo swoich rodziców, które trwało tylko dlatego że i jedno i drugie w porę się zorientowało, że nie ma już nic innego na co mogliby liczyć. Poczuła, ze są już nie tylko po ślubie ale i po rozdzieleniu majątku, po tylu latach małżeństwa, że już nic nie jest w stanie mu zagrozić. Nie padło ani jedno słowo i zobaczyła, że się uśmiecha. John widział, że jej miłość nie umarła tylko została z kimś, kogo już nie ma w jej życiu. Ciekawiło go gdzie się ukryła. Od chwili gdy odważyła się nań spojrzeć, przestał ją traktować jak kochankę, co było nieodłączną częścią testu. Jeszcze nie wiedziała, że już ją zatrudnił, widząc, że ta kobieta potrzebuje czasu dla siebie, który nie będzie kolidował z tym, co miała dla niego wykonać. Nie potrzebował żadnego wsparcia, sam zamienił swoje serce w kamień, żeby nie pękło i świat dookoła po prostu widział i analizował zgodnie z przyjętymi celami. Pogodził się z tym, że zawsze jest tylko to co musi być. Jadł wieczorem w restauracji płacąc rachunki w wysokości przekraczającej miesięczne stawki swych pracowników i akceptował to dumny ze swego stanowiska, do którego sam doszedł uczciwą pracą zaczynając właśnie od takich dniówek. Nie był pazerny, swą prace traktował jak sport. Dlatego ucieszył się, że dziewczyna ani nie wpadała mu w ramiona, ani nie rzucała paragrafami. Tajemnicy, którą nosiła w sobie nie rozumiał więc dorzucił poszukiwanie odpowiedzi do swych wyzwań, nie po to aby zrobić z niej jakikolwiek użytek, tylko dlatego, że dreszcz przygody zawsze pomagał mu w działaniach. Ludzie bez tajemnic byli tak nudni i przewidywalni, że wolał nie mieć ich wokół siebie. Spojrzawszy w górę, przerwał kontakt wzrokowy, poinformował ją, że jest przyjęta i poprosił o przyjazd na lotnisko następnego dnia rano.

Resztę wieczoru zajęły pieczone małże i sałatka z jagnięciny na białym winie. Hania jadła wsłuchana w muzykę. Uspokoiła się i zrozumiała powody małomówności. Poza pracą nie mieli ze sobą o czym rozmawiać i łatwiej było lubić się widząc, niż tolerować swoje poglądy. Stres bycia kontrolowanym zastąpił spokój, wypływający z zaufania własnym umiejętnościom, które instynktownie znajdą się wtedy, kiedy będą potrzebne. Teraz byli w bezpiecznej restauracji i mogli bezpiecznie być sobą. Jedząc przypomniało jej się jak kiedyś, dawno temu poznała Wojtka. Był szary zimowy dzień, zmierzchało i padał śnieg. Zimowa depresja dawała jej się we znaki. Jechała tramwajem i myślała o tym, że to dobrze, że wraca do domu, do gorącej herbaty i łóżka. Było jej zimno i czekało ją jeszcze wiele pracy. Planowała zregenerować się godzinną drzemką, i zaczęła oddalać presję ciążących na niej obowiązków wpatrując się przed siebie na wirujące płatki śniegu. Była tak zmęczona, że nawet nie zauważyła, że śnieg padał i w tramwaju. Znajdujący się nad jej głową lufcik nie dawał się domknąć i przez milimetrową szparę wdzierała się śnieżyca z zewnątrz. Tracąc pęd płatki śniegu wirowały wokół swej osi przybierając postać spokojnego, białego puchu, majestatycznie krążącego nad jej głową i osiadającego na włosach. Była tak zaabsorbowana swoimi myślami, że nie zauważyła tego. Potem gdy wstała żeby wysiąść na swoim przystanku nie zauważyła również wpatrzonego w nią mężczyzny, który szedł kilka kroków za nią. Teraz też nie widziała swojego szefa, który patrzył się na nią tak, że już nie drżała, tylko wchodziła głębiej w swoje prawdziwe, piękne wspomnienia. A on widział w jej twarzy przeszłość i mężczyznę który odszedł zostawiając miejsce, które już było zajęte, ale przez coś innego, coś czego nie potrafił określić. Udało mu się wyobrazić faceta, ale przywołanie jego obecności przynosiło ten sam zagadkowy efekt. Nie mógł jej sobie wyobrazić. Przypomniała mu się historia opowiedziana kiedyś przez babcię, i zrozumiał, że nie ma prawa jej sobie wyobrażać, że to jest poza kontraktem. Jedyne co mógł uczynić w tym przypadku, to trzymać się pochodzącej od kobiety, babcinej, historii. Herbem Warszawy była syrena i musiał to uszanować. Babcina historia opowiadała o najmroźniejszej nocy na ziemi, zamrażającej serca tak, że już nie mogą szybciej bić. Była ona też najpiękniejszą ze wszystkich nocy, o krystaliczne czystym niebie, doskonale widocznych wszystkich gwiazdach i tylko księżyca nawet w nowiu nie było widać. Ludziom, którzy czuwają w tą noc wydaje się, że temperatura na Ziemi przybliża się do tej w kosmosie i tylko sikorkom przytulonym do siebie na gałęzi u rdzenia pnia przykrytej śniegiem sosny może być ciepło. Czuwający patrzą w głąb siebie, aby odnaleźć prawdę. Ich serca biją w rytmie tej nocy, oddalonym od zabieganego rytmu prostych ludzi, a umysły otwierają się na nieznane. Do wyciszonych umysłów docierają informacje z przestrzeni, dawno zapomniane prawdy, świadomość że przeżycie zależy od Ziemi a nie tylko od samych ludzi. Docenił piękno tej sentymentalnej historii i przypomniała mu się lista jutrzejszych spotkań. Wytłumaczył Hani jej obowiązki. Jej pierwszym zadaniem miało być przejęcie kontroli nad organizacją jego czasu i spotkań w Rzymie. Powiedział jej, że wszystkiego nauczy ją w drodze, będzie przejmować obowiązek jeden za drugim, ucząc się następnego dopiero po wprowadzeniu w życie poprzedniego. Kelner pojawił się bezszelestnie, jak na mydlaną operę przystało, jej szef nie widząc go podziękował w przestrzeń za znakomite małże i poprosił o zamówienie dla niej taksówki. Zostawiła go przy stoliku, robiącego notatki zrozumiawszy, że właśnie stała się tłem koniecznym jego planów i właśnie przestał ją widzieć. Rozkwitające kasztany w mijanym przez taksówkę parku Saskim przypomniały jej, że warto.

Pobyt w Rzymie mógł równie dobrze być pobytem w kilku wysokościowcach gdziekolwiek, jako że Hania nie miała nawet czasu na usłyszenie włoskiego. Już w samolocie zapoznała się z olbrzymią księgą klientów, którzy potrzebowali pomocy i analiz finansowych fachowca. Powiedział jej, że to wszystko jest teraz nieistotne, najważniejszą zasadą jest trzymanie każdego klienta oddzielnie i bez świadomości, że rozmawia się także z konkurencją. Wszyscy i tak o tym wiedzą, ale traktowanie tego jako oczywistość, przez wielu byłoby traktowane jako faux pas. Z rozdziału Rzym wyjął kilka zleceń, Hania została poproszona o konferencję z wynajętym, czekającym na nich na lotnisku kierowcą, aby ustalić czas w harmonogramie, a następnie o telefoniczną zapowiedź przyjazdów. Po wylądowaniu poczuła się jak dyplomata w sensacyjnym filmie szpiegowskim, w którym wszyscy robią dokładnie co do nich należy i jedynie czas jest Bogiem. Samochód, zabrał ich z lotniska woził ze spotkania na spotkanie. W trakcie spotkań usłyszała dokładnie te same rady dawane wszystkim finansistom i zorientowała się, że bardziej chodziło tutaj o rozładowanie napięcia w jakim żyli Ci ludzie, chcąc tak dużo i bojąc się stracić, niż o konkretna poradę. Przypominało jej to trochę grę w komórki do wynajęcia z przedszkola, ale kiedy uświadomiła sobie, że tutaj miejsce okręgów zajmują lasy, fabryki, pola i ludzie zrobiło jej się słabo. Szybko przestała się nad tym zastanawiać i zajęła się swoim zadaniem, czyli prowadzeniem genialnego psychologa poprzez fikcję, jaką dla niego były nazwy firm i imiona ludzi o których życiu i uczuciach wiedział wszystko. Odkryła, że porozumiewał się kodem, codziennie przyswajanym z poranną lekturą Financial Times i aktualizowanym rozmowami telefonicznymi prowadzonymi praktycznie non stop i w kilku językach. Był dla niej jak komputer z dostępem zarówno do danych jak i systemów operacyjnych, a jej zadanie polegało na podłączaniu go do sieci we właściwym miejscu, które zresztą sam wyświetlał. Rady jakimi finalizował te spotkania były jedyną zauważoną przez nią ludzką cechą, ale brak jakichkolwiek wpadek powoli przekonywał ją, ze ma do czynienia z robotem, przybyłym z kosmosu arcydziełem, triumfem sztucznej inteligencji. Poruszał się i działał jak arystokrata, którym nie był, tak wiec zrozumiała, że ten styl działania jest znakomicie działającą w warunkach europejskich maską. Kiedy jej możliwości obserwacji, nauki, zapamiętywania faktów i restaurowania informacji ze studiów przestawiły się z maszyny na geniusz i zaowocowały bólem głowy, szef spojrzał na nią melancholijnie, skończył mówić i poprosił o przełożenie na jutro ostatnich dwóch spotkań. Pojechali do hotelu, dostała klucze do swego pokoju i dowiedziała się że ma wolne.

Długo stała pod prysznicem usiłując oddalić dotychczasowy rytm dnia i przypomnieć sobie cokolwiek na temat siebie samej i wrażenia, jakie pojawiło się w jej myślach kiedy usłyszała, że będzie w Rzymie. Wszystkie książki które jako nastolatka czytała o tym mieście zostały zagłuszone szumem bardzo ważnych spotkań, a obrazki z pocztówek zastąpione kilometrami szarych, obłożonych miękką boazerią, korytarzy i bezszelestnych, przetykających swym przyspieszeniem uszy, wind. Musiała się z tego wyrwać jak najszybciej, bo pozostanie w tym stanie groziło zostaniem zasuszoną maską przyzwoitości za żabotem. A Hania wiedziała, że ma jeszcze ciało, które trzeba kochać. Wszystko zagłuszyła szumem wody z prysznica, który wyłączyła dopiero wtedy, kiedy nie myślała już nic. Z folderu turystycznego na nocnym stoliku wyłowiła anglojęzyczny slogan, mówiący, że nieistotny jest kierunek jaki się obierze w Wiecznym Mieście, bo zwiedzanie można zacząć wszędzie. Stwierdziła, że to niezły początek, ubrała się, wrzuciła folder do torebki i wyszła na rozgrzaną popołudniowym słońcem ulicę, postanowiwszy przestudiować go w najzwyklejszej rzymskiej kawiarni. Spłukane zmęczenie zastąpiło spokojne podniecenie i radość, że mimo wszystko będzie miała chwilę, aby pobyć sam na sam z miastem. Mimo iż lavazza była dostępna na każdym rogu w Warszawie, postanowiła że będzie się rozkoszować włoską kawą, zamówiła capuccino i zagłębiła się w studiowaniu informatora. Zalew informacji skojarzył się jej z wykonywaną przez cały dzień pracą, więc poprzestała na odnalezieniu siebie na mapie, odczytując co ciekawego znajduje się w pobliżu. Do zmierzchu pozostało już niewiele czasu, a chciała jeszcze zobaczyć przynajmniej jedno miejsce z tych, o których tak wiele słyszała. Wybór padł na zamek Świętego Anioła, którego lochy przez stulecia gościły wszystkich, którzy odważyli się myśleć inaczej niż papież. Z kawiarni widać było brzeg Tybru, który wyznaczał drogę tak, że nie było już trudno trafić. Spacer nadrzecznym bulwarem należałby do przyjemnych, gdyby nie szum miasta, które przytłoczyło ją swoim ogromem. Zazwyczaj pewna siebie, poczuła się nagle zagubiona w tłumie turystów i w czasie, widząc tak różnorodny tłum, ras i kultur, jakiego nigdy nie miała szansy doświadczyć w Polsce. Tam większość tych ludzi musiałaby się zmienić, niezaakceptowana przez stanowiących większość Polaków, pomyślała, uświadomiwszy sobie, ile prowincjonalnych zachowań i uprzedzeń, hermetycznie osłania jej rodaków, skazując na brak estetyki, różnorodności i zależność od poczucia biedy. Przypomniało jej się, że zmienianie własnego narodu najlepiej zacząć od samego siebie i skupiła się na nie roztrząsaniu różnic kulturowych. Powróciło do niej wspomnienie, z okresu gdy była małą dziewczynką. Jej ojciec obiecał przyjechać na święta, z zagranicznego kontraktu, ale nie dotarł. Akurat była sama w pokoju, kiedy zadzwoniła jego sekretarka, żeby ich o tym powiadomić. Hania, myśląc że to on dzwoni, popędziła do telefonu, i podnosząc słuchawkę poślizgnęła się i uderzyła w kolano. Jej pełne bólu, powiedziane z rozpędu „halo”, wyszło nisko i wściekle jak na małą dziewczynkę. Sekretarka wziąwszy ją za matkę, wyrecytowała ostrą państwową formułkę i odłożyła słuchawkę. Może uczuć zamarzło w niej na chwilę, ale kiedy mama wróciła do pokoju, Hania była już tylko małą dziewczynką masującą bolącą nogę i smutną że tato nie przyjedzie. Drzewa nabrzeżnej alejki kończyły się i Hania przechodząc przez most do zamku uświadomiła sobie, że wtedy natychmiast zapomniała o wszystkim, pocieszana przez mamę. Dzisiaj to wspomnienie to wróciło w niej, razem z siłą i zagrożeniem, które wtedy czuła. Z braku mamy bezsensowną zmorę musiała oddalić sama. Najłatwiejszą metodą okazała się kontemplacja faktu, że tamten system już nie istnieje, a porządnych, uczciwych ludzi nie traktuje się jak zwierzęta. Szarówka, powoli została zastąpiona przez światła latarni i samochodów. Hania dotarła do mostu wyławiając po drugiej stronie rzeki masywną bryłę twierdzy. Poczuła znajomy dreszcz podniecenia, radość z doświadczenia czegoś nowego, czegoś o czym się wiele słyszało i na co się wyczekiwało. Tak samo czuła się w wieku lat dziesięciu, jedząc po raz pierwszy w życiu chałwę, przysmak o którym wcześniej wiele słyszała od rodziców. Atmosfera miejsca była tak przyciągająca, że przyspieszyła, przyjemność spaceru po mieście zostawiwszy sobie na drogę powrotną. Nie patrząc gdzie jest wejście do zamku, przebiegła przez ulicę chcąc być już koło murów. Nie zauważyła, że po drugiej stronie nie ma chodnika i pędzący autobus niemalże się o nią otarł, gdy przytuliła się do muru. Uczucie zagrożenia wróciło, tylko tym razem nie było głupim wyobrażeniem ale realnym faktem.

Serce biło jej jak dzwon. Przyciśnięta do muru rozkrzyżowała ręce dla lepszego złapania równowagi i wtuliła się weń, próbując stać się częścią ściany. Mała bezbronna dziewczynka uzewnętrzniła się w niej w całej okazałości, której daleko było do żelaznej damy finansjery, którą była zaledwie dwie godziny temu. Zdawało jej się, że słyszy brzęk kajdan i jęki torturowanych, skargi wszystkich tych, którzy przez epoki ginęli z różnych powodów uwięzieni za murami tego zamczyska. Obłęd zdawał się przekraczać jej możliwości rozumienia, zupełnie ją sparaliżował i minęło jeszcze dużo czasu, zanim uświadomiła sobie, że boi się własnego strachu. Wiedziała, że tylko spokój wewnętrzny może zwolnić łomot jej serca i pozwolić jej na powrót do rytmu, w którym można normalnie myśleć. Wiedziała, że teraz już potrafi to zrobić. Pokonała dudniące jej w głowie słowa skazanych, nie była im nic winna i nie dotyczyli jej. Teraz bała się już tylko śmierci, wiedziała, że jest to jedyne realne zagrożenie i jeśli się nie odwróci, będzie tak tkwić już zawsze. Na dodatek była ubrana w brązowy żakiet i zdawała sobie sprawę z tego jak mało jest widoczna. Jeśli nie zdarzy się wypadek połączony z kolizją z murem w miejscu w którym stała, może przeżyć do rana, kiedy już ją zauważą i zdejmą. Powoli odwróciła głowę i ujrzała blask reflektorów ruszających w jej kierunku samochodów. Pohamowała pokusę ponownego zanurzenia twarzy w murze i obejrzawszy ruch uliczny, zaczęła się śmiać z samej siebie, na myśl że zwykłe przejście przez ulicę stało się dla niej doświadczeniem na pograniczu śmierci i życia.

Rozdział piąty: Opanowanie nienawiści

Kiedy Bernhardt dotarł do tygrysiego wybiegu Wojtek już siedział na ławce zasłonięty watą cukrową i próbował pozbierać się przynajmniej na tyle, aby bez wybuchów dotrzeć do domu. Bernhardt jasnowidzem nie był, ale tym razem ujrzał, że pole energetyczne wytworzone przez myśli chłopca, przybrało kształt tygrysa. Ujrzał też jego otwartość na komunikaty, czyli myśli innych ludzi przebywających w ZOO, i tych dobrych i tych złych. Myśli te docierały do Wojtka bez ładu i składu, bombardując go swym chaosem jak topór rytmicznie tnący w świadomość i nie pozwalający na żadne konkretne przemyślenia czy wnioski. Wojtek jeszcze nie dokonał wyboru i trzeba mu było pomóc. Pomóc w dokonywaniu tego wyboru nie na płaszczyźnie ludzkiej, ale ponad nią. Wpatrującego się w niego Bernhardta wziął za pięciolatka, jako, że sam nie był w tym momencie bardziej poradny czy rozwinięty emocjonalnie niż pięciolatek. Bernhardt natychmiast uwierzył w swoje szczęście i zaczął opracowywać plan dotarcia do czystego umysłu, zanim ugnie się on przed wpływami ogółu i upadnie w lokalnej wierze, która stanowiła większość docierających doń komunikatów myślowych. Tylko teraz Wojtek mógł pozostać otwarty na nowe myślenie, zanim zajmą się nim rodzice, przyjaciele i pracodawcy, którzy przyzwyczailiby go do abstrakcji systemu, w którym sami się poruszali. Tygrys musiał zostać ocalony, pozostać częścią jego świadomości, aby chłopak nie zapomniał o uczuciu jedności ze wszystkimi żywymi istotami, czego oduczyliby go zarówno źli jak i dobrzy, sami będący ofiarami dualistycznego myślenia. Musiał natychmiast pomóc mu w opracowaniu blokady myślowej nie pozwalającej na stały upadek w nienawiść przy zalewie takimi komunikatami. Drugą blokadą do wykształcenia było nie zasypianie w miłości, zapominające o istnieniu nie związanych z jej obiektem istot. Jego ciało byłoby wtedy narażone oddziaływanie wykluczonych przez umysł, wywołując choroby. Obejrzał Wojtka, był dobrze zbudowany i zadbany. Siedząc na ławce obok pozostawił go swym myślom i skupił się na budowaniu wokół niego pola energetycznego pozwalającego na neutralizowanie przybywających doń komunikatów myślowych innych ludzi. Chłopak nie musiał nawet wiedzieć o jego obecności, żeby udało mu się pokierować jego podświadomością w sposób, który później pozwoli mu na świadome odkrycie sposobów na obronienie się przed chorobami. Teraz, przechodził z nim tylko przez test woli, który Wojtek później będzie musiał sam sformułować w myślach i właśnie te myśli najbardziej interesowały Bernhardta. Wojtek nie będzie wiedział i nie dowie się z zewnątrz, będzie musiał sam odkryć i ludzkie i zwierzęce prawa kierujące wszechświatem. Nie wiedząc, poszukując wyjaśnień będzie je musiał sam sformułować a to pozwoli jego rodakom na oderwanie się od tradycyjnych sposobów myślenia i powrót do prawdy, która nigdy nie walczy, tylko akceptuje istniejący stan rzeczy. Następnie otworzył laptopa i wtargnąwszy do danych operatorów komórkowych namierzył najbliższe sygnały telefoniczne. Już przy czwartym głuchym telefonie, który wykonał siedzący obok na ławce chłopak sięgnął do kieszeni i nawet przedstawił się, dzięki czemu Bernhardt poznał jego imię. Pozostała mu tylko najniewdzięczniejsza cześć zadania do wykonania. Znał ludzki głód werbowania wszystkich, którzy poszukują, do pierwszej z brzegu pracy zarobkowej, która ogranicza rozwój do rzemieślniczego ukierunkowania na przedmiot. Pogląd, który przyspiesza i niszczy proces samorealizacji. Dlatego musiał Wojtka zatrudnić, zanim inni to zrobią, jednocześnie pozostawiając mu wolną rękę. Oznaczało to, że musi go potraktować jak rzecz, którą posiada i pilnować, gdy pojawi się ktokolwiek pragnący zmienić ten stan rzeczy. Spojrzał na Wojtka i gdy ich oczy spotkały się, przesłał mu ta informację tak, że chłopak aż zamknął oczy. Bernhardt ulotnił się tak szybko, że można by powiedzieć iż stał się przezroczysty.

Wojtek, ocucony przez głuchy telefon, też się podniósł, wyszedł z ZOO i wsiadł do tramwaju. Wysiadł w centrum i spacerował, powoli nie spiesząc się i bez celu. Nie zauważył skrzyżowania spojrzenia z pięciolatkiem, ale burzę myśli zastąpiła cisza. Nie widział ludzi i zdawało mu się, że oni go też nie widzą, co zresztą w anonimowym centrum było po części prawdą. Kilka osób zwróciło uwagę na wpatrzonego przed siebie świetlistym wzrokiem młodzieńca, ale i oni odpłynęli własnym prądem chodnika. Wojtek nie wiedział gdzie jest, automatycznie tylko zwracając uwagę na samochody i tramwaje. Pewnie miał żyć, skoro jego instynkt samozachowawczy nie został sparaliżowany. Przystanął przed dużą kwiaciarnią, wpatrując się w donice z yukką. Pewnie mieli promocję albo wyprzedaż, ponieważ szyba wystawowa była gęsto zastawiona wysokimi drzewkami. Wojtek zobaczył też nową, nie znaną mu wcześniej odmianę. Ostre liście miała tylko na dole, tak że wyglądały one jak kiść ananasa, z której wyrastało delikatne drzewko obsypane białymi kwiatami. „Muszę podlać kwiaty” przypomniało mu się ni stąd ni zowąd i kontynuował swój marsz przed siebie. Wkrótce dotarł do Powiśla i zaczął schodzić parkiem w kierunku rzeki. Pomimo stale rosnących cen gruntów i wzrastającej zabudowy centrum, park pozostał nietknięty. Żaden projektant ani burmistrz nie odważyliby się na wycięcie przecinającego Warszawę pasa zieleni i zalanie całej metropolii smogiem. Dlatego park pozostał olbrzymi, tu i ówdzie przyozdobiony fontanną lub kawiarenką. Nad Wisłą, na wysokości Żoliborza nabrzeże zmieniało się w całkiem pokaźny lasek, który ciągnął się nieprzerwanie aż do krańców miasta. Przyroda tu także miała szczęście pozostać nietkniętą, głównie z powodu nieuregulowania brzegu i faktu, że jesienny i wiosenny przybór zawsze zalewały te tereny, nie pozwalając na żadne inwestycje. Altanki, ławki i place zabaw pozostały już za nim. Tereny na które się teraz zapuszczał, Bernhardt nazywał świątyniami instynktu. O zmroku zgodnie z niepisaną umową nabrzeże należało do młodzieży tańczącej w klubach na statkach i randkowiczów, podczas gdy lasek przyciągał wszystkich spragnionych łatwego seksu. Prostytutki obojga płci, transwestyci i erotomani przeciskali się ciasnymi ścieżkami pomiędzy drzewami, reklamując swoje podratowane ciemnością wdzięki, i gnietli paprocie w swych szybkich, naładowanych poczuciem przestępstwa i winy aktach płciowych. Wojtek zatrzymał się na kończącej uregulowane nabrzeże olbrzymiej polanie, tuż przed wejściem do lasu. Poszedłby i dalej, gdyby nie ostry ból, który przeszył jego klatkę piersiową, każąc się zatrzymać przed wkroczeniem na nieznane terytorium. Przed nim była dżungla, której nie znał i w której był zdany tylko na siebie, miejsce w którym granica między byciem tylko człowiekiem i tylko zwierzęciem bywa przekraczana. Nie bał się, ale i nie był specjalnie zainteresowany dalszym spacerem. Tereny te znał tylko z krążącego po mieście dowcipu według którego zapalenie opon mózgowych roznoszone przez kleszcze zaliczano do sezonowych chorób wenerycznych. Zmierzchało. Wojtek położył się na wznak na trawie. Zapatrzył się w górę, czekając aż gwiazdy zaczną wyłaniać się z mroku, w intencji odnalezienia swojej własnej. Wkrótce kilka najjaśniejszych przebiło się przez światło zachodu. Patrzył na jedną z nich, zawieszoną nad horyzontem i zastanawiał się jak duża odległość dzieli ją od następnej, najbliższej jej gwiazdy. Ta druga gwiazda, jak już postanowił, była Hani. Wpatrywał się w powstały miedzy dwiema gwiazdami odcinek nocnego nieba, usiłując znaleźć jakieś rozwiązanie, jakieś wytłumaczenie dla nurtujących go problemów. Jakiś znak, meteoryt, cokolwiek co powie mu co teraz zrobić.
– Jak pan poleży jeszcze z godzinę, to będzie widać Drogę Mleczną. Teraz niebo jest znakomite do obserwacji. – rozległ się głos pięć metrów od Wojtka.
Stało się to tak nagle, że skupiony na niebie chłopak wzdrygnął się tak, że niemalże podskoczył. Niedaleko od niego, w wysokiej trawie, leżała na wznak dziewczyna, oddając się tej samej obserwacji. Musiała tu być już przed nim, bo nie zauważył żadnego ruchu siadając, co nie było wyjątkowe biorąc pod uwagę, że w ogóle nie rozglądał się dziś dookoła.
– Dziękuję za radę – ochłonął. – Myślałem, że gapienie się w gwiazdy jest dla samotników. – Pomyślał, że zabrzmiało to trochę niezręcznie, jakby miał do niej pretensje, że tu w ogóle jest.
– Czasem nie mogę się oprzeć, – kontynuowała dziewczyna nie zauważając jego nietaktu – to najdalej jak tylko można popatrzeć, a i tak blisko. Ta mleczna droga to tylko centrum naszej galaktyki. A takich galaktyk są miliony.
– Nie patrzę tak daleko. Mnie wystarczą pojedyncze gwiazdy. Chciałbym zobaczyć kiedyś Krzyż Południa. Nie na obrazku, tylko w oryginale. To musi być niesamowite wrażenie, kiedy się widzi coś zupełnie innego na niebie, niż to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni.
– Tak. Jak świecące pionowo słońce na równiku.
Umilkli wpatrzeni w nocne niebo. W myśli Wojtka wtargnęła nagła fala romantyzmu, wiary w nie przypadkowość, a wszystkie bóle i problemy odeszły jak ręką odjął. Stwierdził, że jego powrót z otchłani smutku musiał zostać wynagrodzony przez siły wyższe, poczuł się znów mężczyzną, uwielbianym i szanowanym za to, że w ogóle jest i było mu dobrze. Wydobył z siebie ukontentowany pomruk……

Dziewczyna nie należała do wybitnych. Bardzo prosta, czasem prymitywna, nauczyła się tylko uwodzić. Uciekła ze swej wsi, od wykorzystującego ja seksualnie ojca w nadziei na lepsze życie w wielkim mieście. Już na Dworcu Centralnym została zauważona przez alfonsa, który uwiódł ją i wykorzystał, zastępując gwałtownego ojca i zastraszył tak, że już po tygodniu stała się przynoszącym mu dochód wrakiem. Rozwój emocjonalny zatrzymał się jej na poziomie zamkniętego w klatce królika, który jest tak przerażony, że zrobi wszystko, czego się od niej każe, równolegle kombinując jak oszukać swego ciemięzcę. Oczywiście Wojtek też był ciemięzcą. Instynkt podpowiedział, jej, że jest on co prawda zagubiony, ale nie można mu zaufać. Nikomu już nie była zdolna zaufać. Pomruk ukontentowania skłonił ją do podejścia bliżej i położenia się obok niego. Wiedziała, że to jego pierwszy raz w takim miejscu i nie ma co liczyć na zarobek. Ale wiedziała, że jeśli będzie wystarczająco słaby, a wszyscy mężczyźni byli w jej oczach tacy sami, da mu coś takiego, że wróci on po jeszcze. Obwąchiwała marzącego chłopaka jak łup, który chciała uzależnić od siebie i jej podobnych, żyjących w cieniu istot. Wydała nań wyrok ciągłego pragnienia, oddając siebie tak, żeby zacierając własne granice człowieczeństwa uczynić zeń władcę, który nie będzie mógł się zatrzymać, przestać pragnąć więcej. Sposób ten, w umyśle mężczyzn doprowadza do takiej nienawiści do kobiet, że wszystkie mogą go niszczyć biorąc za ostatniego skurwiela, który nie może przejść obojętnie obok żadnego spojrzenia. Przerzuciła dłoń przez jego pierś i przytuliła się doń, cała drżąca jak kurczątko, które właśnie po raz pierwszy w życiu poczuło się bezpieczne.
Wojtka kompletnie zaskoczyło zachowanie dziewczyny, i zdążył zapomnieć gdzie się znajduje. Nie odepchnął jej jednak od siebie, przyjmując jej konwencję. Konwencję, która pozwalała mu na bycie samcem, samcem który ma absolutną władzę, który jest Bogiem. Największym błędem tego wieczoru było nie odwołanie tej myśli, upłynie jeszcze wiele czasu i wyrzeczeń zanim znów sobie przypomni tą chwilę, oddzieli się od niej emocjonalnie i pokornie pochyli głowę przed słońcem. Teraz spojrzał na jej blond włosy, delikatnie je pogładziwszy powiedział:
– Szybka jesteś. Przecież nawet mnie nie znasz.
Przypomniał jej nauczyciela z podstawówki, który czepiał się jej, że ładnie rysuje. Chciał, żeby jeździła na jakieś kursy i przymilał się, ale ona wiedziała, że chce tylko jednego. Była zadowolona, kiedy zabrali ją do szkoły specjalnej i już nie musiała go spotykać.
– Jesteś taki romantyczny – odpowiedziała – nie mogę ci się oprzeć.
Prawda jest zawsze ceniona, nawet jeśli następny moment ma być ostatnim. Wojtek przytulił ją mocniej a ona znalazła jego usta. Topił ją delikatnie, czując jak poddaje się jego dotykowi, jak odpowiada otwartością na jego dotyk. Nie wiedział, że są sprawy o których lepiej nie wiedzieć i są ludzie którzy zawsze będą nienawidzić pieszcząc językiem jej sterczące sutki. Drżała pod jego dotykiem i dziękowała kiedy w nią wszedł. Poruszał się delikatnie myśląc tylko o tym, że z każdym swoim ruchem wlewa w nią swoja miłość tak jak ona chce i potrafi ja przyjąć. A ona wzdychała, że wszystko jest w porządku. Wkrótce zaczęła prosić aby poruszał się szybciej i mocniej, ale on nie chciał, wolał pozostawić jej odczucie że jest najdroższym skarbem. Ona nalegała przyjmując coraz bardziej niskie i wyuzdane pozy a on spełniał jej życzenie. Wojtek nie wiedział co w niego wstąpiło, kiedy pękła bariera przyzwoitości. Ciało zrosił mu pot, wpijał się w nią używając siły. Przytrzymał jej ręce, wykręcił je i zredukował jej istnienie do dziurki będącej jego przyjemnością. Nawet nie słyszał jej jęków zaaferowany pokazywaniem jej, kto tu rządzi i kto jest panem. Rzucił ją na ziemię i wbił się w jej usta przytrzymując lędźwie gdy się dławiła, wyczekując do ostatniej chwil, zanim pozwolił jej na zaczerpniecie oddechu. Przewrócił ją na brzuch i wbił się w nią od tyłu przytrzymując zębami jej kark i dopiero jak skończył usłyszał jak ciężko dyszy i wyczuł drgający ponad miarę puls. Nawet nie zauważył czy miała orgazm. Położył się obok niej i objął ją przepraszająco, niepewny czy jej się podobało. Uspokoiła drżenie i zaczęła szeptać doń słowami, których znaczenia Wojtek mógł się tylko domyślić. Tytułowała go panem i władcą, ale prawda, ta którą usłyszał dziś od Hani, była wyczuwalna w każdej sylabie. Treść była nieprawdą i Wojtek mógł przejrzeć to na wylot również dzięki temu, że traktowała go w sposób, który zupełnie nie odpowiadał jego dotychczasowemu stylowi życia. Próbowała go osaczyć i uzależnić emocjonalnie, dając mu dużo więcej niż nawet potrafił sobie wyobrazić, że może oczekiwać od kobiety. Forma była wieczna jak tembr jej głosu. Nie było w niej miłości tylko wyrachowanie i żądza, połączone z cynicznym wykorzystywaniem jego emocji. Uświadomienie przeżyć całego dnia i ostatnich kilku minut napełniło go tępym bólem głowy i poczuł mdłości. Uświadomił sobie, że jest zwierzęciem a lata spędzone na studiach narodów i estetyki, zatrzasnęły się za nim bezpowrotnie. Stracił wiele energii i nasienia i czuł się bardzo słabo, na krawędzi wyczerpania. Potrzebował snu ale zrozumiał, że to co ona mówi musi być nieprawdą, to co się dzieje jest zaledwie jedną z wielu możliwości i musiał zaprotestować. Musiał zostawić przyszłość prawdziwą i otwartą, nawet jeśli biologia była wszystkim, co nabrzeże Wisły miało mu do zaoferowania. Odepchnął ją gwałtownie, poderwał się z ziemi i patrzył jak leży nie mając siły się ruszyć. Dał jej czego chciała i brzydził się nią. Nie wiedział, że kochał skorpiona. Targnęły nim mdłości, odwrócił się i odszedł, wymiotując po drodze. Odszedł bez słowa, nie znajdując w sobie prostych słów, które mogłaby zrozumieć. Zostawił ją jak wypluwa się gumę, która straciła już smak. Za plecami dudnił mu zastęp demonów winy i nienawiści, traktujący go jak swoją własność, przypominający o okrutnej prawdzie, która stała się jego częścią. Ci co nienawidzą nigdy nie wychodzą z piekła, wciągając weń każdego, kto ośmieli się sięgnąć po cokolwiek co do nich należy. Teraz, kiedy Wojtek wiedział co czują i jak myślą, wystarczy nań czekać, aby do nich wrócił. Ale chłopak nie czuł się pokonany. Przegrał bitwę, bo nie miał świadomości wojny. Powróci, gdy nauczy się jak wygrać wojnę. Ten cel pozwolił mu dotrzeć do domu. Kiedy Wojtek znikł, dziewczyna uśmiechnęła się do siebie. Od dnia gdy ludzie uwierzyli w niebo i piekło, jeszcze nie było takiego, który by nie wrócił. Nie wiedziała jednak, że miliony niebian zasypiają spokojnie nie wiedząc, kto leży po drugiej stronie ich łóżka. Tylko ci, którzy wytrwali stojąc jedną nogą w niebie, a drugą w piekle mogą zrozumieć obie strony. Ale ci nic by jej nie powiedzieli, ponieważ zapłacili oni za swój wybór wieczną samotnością za życia. Dziewczyny i tak to nie interesowało. Zasnęła w bezdomnych objęciach nocy.

Bernhardt, który po powrocie do domu przez cały dzień obserwował Wojtka, dzięki ukrytej w jego kieszeni komórce, nie zdziwił się gdy ten dotarł do nadwiślańskiego lasku. Odgadując Wojtkowe myśli mógłby być z siebie dumny, ale to uczucie nie interesowało, dużo bardziej skupiał się na ocaleniu instynktu tygrysa, który skazywał na śmierć umysłowość chłopaka i umysłu, który odrzucał istnienie tygrysa. Jak dokonać tego, co jeszcze nigdy nie miało miejsca w tym obrębie kulturowym, czyli zniwelować świadomość wojny do poziomu akceptacji i afirmacji życia. Przekształcić naiwnego, kochającego świat chłopaka, który wychowany został nie widząc różnicy pomiędzy kurwą, a wyzwoloną, wierną i żyjącą własnym życiem partnerką. Gdy Wojtek dotarł do lasku, Bernhardt wyłączył maszyny, zgasił światła i zasiadł do medytacji. Wypełnił się ciszą, aby myśli mogły płynąć same, niezależnie od czasu i od miejsca. Powoli osiągał pułap świadomości Wojtka. Zaczęło przez niego przepływać znajome uczucie – łączność ze świadomością, sygnał zespolenia umysłu z Duchem Czasu. Ciało astralne Bernhardta przybrało postać orła i wpłynęło na nadwiślańską polanę. Chłopak kotłował się niespokojnie, połączony z rdzeniem Ziemi, powarkując od czasu do czasu. Bernhardt obserwował srebrny węzeł, którym jego ciało astralne odpłynęło do innego wymiaru. Powoli zaczął się po nim wspinać, spiralnie okrążając srebrną poświatę, wysoko w górę, ponad dachy domów, stratosferę aż dotarł do gwiazdozbioru Strzelca, miejsca w którym Wojtek uczył się kochać. Orzeł obserwował nieforemnego tygrysa, pełnego bąbli i wypaczeń w budowie kośćca zastanawiając się jak i czy jest w stanie mu pomóc. Biorąc pod uwagę jego astralny wygląd, na poziomie fizycznym musiał on uczestniczyć w wymianie energetycznej, która była pozbawiona równowagi. Aby zrównoważyć sytuację, orzeł musiał zaakceptować ten styl, wniknąć i zastąpić destrukcyjny element światłem. Musiał zaakceptować słuszność pozbawiającego równowagi istnienia, a następnie wyjść z niego, przeobrażając się i wybierając własną drogę. Kosztowało to wiele energii i groziło odsłonięciem własnych mechanizmów obronnych, co nie znając siły destrukcyjnej elementu, równało się skoczeniu w ciemność z urwiska. Bernhardt nie wahał się, posłuszny własnym wyborom. Wkrótce orzeł przybrał postać padlinożernego ptaszyska i wpił się pazurami w grzbiet zmutowanego tygrysa energicznie bijąc skrzydłami. Było to potrzebne, aby tygrys oprócz bólu poczuł i zrozumiał przyjemność latania. Udało się. Oba ciała astralne na krótką chwilę przybrały swą perfekcyjną postać i natychmiast kosmiczna mucha podleciała przedzierzgniętemu z sępa orłowi do oka. Bernhardt znał te muchy. Osiadały wszystko co należało do nich i co próbowało odebrać im łup, tak jak to właśnie czynił przeobrażający się z powrotem w orła Bernhardt. Muchami stawali się wszyscy ci, którzy zasnęli w letargu czysto zwierzęcej konsumpcji i świadomości wojny, pogodzeni ze swymi błędami, nie naprawiając ich. Odrzucenie zmiany powodowało, że milkli na wieki, a ich myśli zostawały zastąpione rdzeniem Ziemi i pozornym instynktem samozachowawczym, który nie potrafił zatrzymać rozkładu, będącego konsekwencją złych wyborów. Ślepi na wszystko co nie było nimi ginęli, a ich pochowane głosy nie docierały wyżej od ich wiary, głoszącej że życie jest beznadziejne. Byli najsprawniej funkcjonującymi elementami systemu, pożerając miłość zamiast ją odbijać. Zazwyczaj nazywali się nawzajem porządnymi ludźmi, przestrzegali formy swej religii, ale nie zagłębiali się w treść poprzestając na pełnej misce, nawet jeśli oznaczało to, że czyjaś inna jest pusta. Jedna z tych much znalazłszy punkt dostępu wylądowała pionowo na głowie orła i usiłowała wyjeść mu oko, tak więc musiał on puścić tygrysa i zabiwszy insekta poszybować w kierunku Ziemi. Niestety, mucha zdążyła rozciąć skórę nad powieką i rozpocząć infekcję.

Bernhardt ocknął się z medytacji. Był spocony i wyczerpany. OBE czyli out of body experience, opuszczenie ciała przez świadomość było trudną sztuka wymagającą dużej pracy nad sobą. Pływanie, joga, aikido i medytacja pozwalały mu na zachowanie formy, ale praca wymagała od niego dużych zasobów energii, podobnie jak izolowanie się od negatywnych wpływów z zewnątrz. Tym razem mimo iż udało mu się zgonić muchę ze swojej astralnej głowy, dreszcze przypomniały mu o tym, że jeszcze nie pora położyć się spać, walka jeszcze się nie skończyła. Chroniąc Wojtka, Bernhardt zadarł ze świadomością zbiorową zbudowaną na wyznaniu. Siła wiary dobrych ludzi, którzy dokonali jedynych wyborów na jakie pozwalał im znany system wartości, atakowała jego miłość, rozciągającą się nie tylko na wszystko co ludzkie. Oderwanie Wojtkowego stanu świadomości z letargu przeznaczonego mu poprzez wyznawany przez jego przodków od zaledwie czterech tysięcy lat system, skierowało na niego gniew przodków i chłopca, i swoich własnych. Zatruty jadem muchy odczuwał siebie tak, jakby był niegrzeczny w stosunku do rodziców, i rosła w nim akceptacja ich gniewu. Ale Bernhardt wiedział, że nie wolno akceptować siebie jako ofiary czyjegoś gniewu. Najpospolitszy gniew należy do uzurpatorów i tyranów, nietolerancyjnych w stosunku do żadnej innej wiary oprócz swojej. Ludzie ci są nieświadomie kierowani poprzez arcykapłanów i mistyków, którzy wiedzą, że energia istnieje ponad słowami. Akceptacja winy oznaczała letarg świadomości. Bernhardt wiedział, że właśnie ci kapłani i mistycy, aby trzymać w karbach oszalałą ludzkość, zdegradowali niektóre istnienia do much. Pogrążone w letargu ciała spełniały właśnie taką rolę. Od kiedy sam stał się mistykiem, nie było to dla niego tajemnicą. Różnica polegała na tym, że wtajemniczenia otrzymał nie od mistrza, który by go pasował na nowego mistrza, ale od natury, od zwierząt i drzew, które wybrały go na swego rzecznika. I dlatego jako mistrz bez mistrza, wtórne dziecko, musiał się potykać z muchami, nie zabijając ich, jedynie chroniąc własne terytorium. Teraz zabił muchę i musiał odrestaurować jej istnienie, aby nie zostać znalezionym, przez mistyka, który ją stworzył. Jego celem nie była wojna ideologiczna, tylko zaprezentowanie nowej percepcji w stylu, w którym mógł on być potem zrozumiany przez wszystkich. Skoncentrował się na odparciu ataku. Dreszcze były coraz silniejsze, zaczął gorączkować. Dla niektórych wyglądałoby to na wirusa grypy, ale Bernhardt wiedział, że poddanie się chorobie spowodowałoby odpłynięcie w nieświadomość, a bez mentalnej kontroli takiego stanu, mógłby wiele zapomnieć, cofając się w umiejętnościach. Rozpoczął medytację regeneracyjną. Tym razem nie opuszczał ciała, ale skoncentrował się na jego leczeniu. Każdy dreszcz, każda kropla potu wymagała skupienia uwagi i zneutralizowania głębokim, kojącym oddechem. Porcja nienawiści dostarczona jego ciału przez muchę nie dawała za wygraną, dusząc go, zakłócając skupienie i projektując nienawistne myśli, zachęcające do bezsilności i poddania się. Odpierał je pozytywna wiarą i akceptacją świata takim jaki jest. Wokół gardła zacisnęła mu się żelazna obręcz. Upadł. Kiedy już leżał, nie miał siły nawet na to, by przeponą odeprzeć kolejny atak duszącej choroby. Wtedy blask wiecznego nauczyciela w końcu ujawnił się w jego umyśle, pokazując mu miejsce w którym pozwolił sobie na słabość własnych myśli. Tym razem miał dość siły, aby zapomnieć o Wojtku, puścić go wolno, rozkazując zmorze odejść. Bolesne beknięcia były pierwszymi sygnałami rozluźniającymi, wkrótce dreszcze ustały. Infekcja była oddalona, ale Bernhardt jeszcze nie obronił prawa do własnego ciała. Pogodził się z decyzją zabraniającą mu dalszej ingerencji w istnienie Wojtka poza jego świadomością. Wygrał w momencie, w którym zmienił strategię, pogodziwszy się z faktem, że od teraz będzie się mógł z nim komunikować tylko mentalnie. Nienawiść pogodzona z szacunkiem do równowagi musiała odejść.

Pozostawało jeszcze ciało, fizycznie nadal zależne, teraz już tylko od kogoś silnego mieszkającego w tym samym domu. Będąc przez chwilę słabym, Bernhardt stracił fizyczną krzepę przewodnika stada i teraz ktoś o silnych emanacjach wpływał na jego organizm. Ktoś masywny i fizycznie nad nim dominujący, ktoś kto nienawidzi innych dominujących nie myśląc, tylko działając z rozkazu natury. Najprawdopodobniej był to jakiś grubas, który potężnymi wibracjami zalewał wszystkich dookoła biernością i apatią. Było ich w Polsce znacznie więcej niż aktywnych sportowców, co wywoływało bierność i pogodzenie się z szarzyzną pracy i osiadłego trybu życia. Bernhardt domyślił się tego, kiedy zrobiło mu się niewygodnie i zamiast nadal siedzieć w postawie medytacyjnej musiał wstać i zaczął dłubać w nosie, nie kontrolując własnych decyzji nad ciałem. Musiał się odgrodzić od niszczącego wpływu tej osoby, udowadniając jego organizmowi, że jest silniejszy i ma więcej woli przetrwania. Poszedł po ciężarki. Pielęgnując biceps i triceps oddychał coraz głębiej, ale jego łydki jeszcze drżały a pot lał się strumieniami. Oddychał tak głęboko, że płuca podwójnie zwiększyły swoją objętość i starał się zatrzymać rozszalałe serce bez konieczności zaatakowania serca swego przeciwnika. Odłożył ciężarki i zajął się swoim brzuchem. W końcu poczuł charakterystyczną sztywność przesuwającą się do prawej dłoni, sztywność która pękła z trzaskiem zaciskanej pięści. Był wolny.

Kiedyś sam był jak mucha, urodzony w rodzinie pod władzą władcy ciemności i nawet nigdy nie wiedział, że istnieją i inni. Wykonywał ten sam rytuał, przed którym się teraz bronił. Wybór poprawy, bunt przeciwko zabijaniu tych, których uważał za swoich przodków miał konsekwencje. Pozostawiono go samego sobie. Zawisł między dwoma światami, szanując tok obydwu i nie należąc do żadnego. Teraz wiedział co zrobić z wolnością, której przywileju dotąd nie rozpoznał u nikogo innego. Ze wszystkimi postępował według ich zasad. Musiał jednak pomóc Wojtkowi odnaleźć siebie, możliwość stania się kimś takim jak on, kimś kto posiada ten przywilej, pochodząc z własnego plemienia na jego rodzinnej ziemi. Szamana własnej ziemi. Był to przywilej, którego sam, jako potomek najeźdźców uczony w tyglu różnych religii i kultur, nie miał. Tylko Wojtek mógł pokazać dzieciom nabywającym zaoceaniczną mentalność barbarzyńców, jak się zatrzymywać. Musiał przygotować formę swych spotkań z Wojtkiem, spotkań podczas których przekaże mu wiedzę, lokalnie uważaną za tabu. Nie mógł dłużej czekać. Co godzinę ginęły dwa gatunki, musiał coś z tym zrobić. Wszystko, co mu serce dyktowało. Nawet jeśli oznaczało to walkę i z siłami światła i ciemności. Nie pomagał ciemności, bo pomoc taka była niebezpieczna i zawsze niewdzięczna. Miłosierdzie to wszystko co mógł pozostawić pamięci przodków. Pomagał jasności, ale rządził się własnymi prawami. Większość dobrych ludzi systemu pojęciem „wszystko” obejmowała tylko ludzi. Dla niego „wszystko” to był wszechświat w całej jego różnorodności. Dlatego odrzucał ich szlachetne wzloty, kreatywność myśli wyłącznie ludzkiej, pozostając bliżej grawitacji i dalej od ustanowionej walki z ciemnością. Pamiętał, że żyje, a takich było niewielu nawet po jasnej stronie. Wybór dualistycznego myślenia oznaczał wyrok na rozwój świadomości. Wybór, którego wybrał nie dokonywać. Teraz już był bezpieczny i mógł zasnąć. Nafaszerował się owocami, herbatą z cytryną i pozwolił sobie na dzień rekonwalescencji. Był mu potrzebny, bądź co bądź, w przeciągu godziny rozprawił się z tygodniową chorobą i obronił swoje prawa do wtrącania się w Wojtkowy rozwój – prawa, których nigdy nie chciał, ani sobie nie uzurpował. Spał prawie cały dzień, a wieczorem już silniejszy usiadł przed komputerem i uruchomiwszy wszystkie porządniejsze wyszukiwarki próbował odszukać wszelakie, pozostałe w sieci ślady życia chłopaka. Musiał zaaranżować ich spotkanie tak, by przekazać mu informacje w sposób pomagający zauważyć istniejące poza systemem prawa przypadkowości. Miał specjalny program, który pozwalał na ochronę oczu, raz na jakiś czas wyłączając monitor w takich odstępach czasu, które zgodnie z przeprowadzonymi badaniami, przynosiły ulgę i rozluźnienie narażonym na promieniowanie źrenicom. Słońce, które właśnie uwolniło się od chmur, oświetliło go swymi wpadającymi zza okna promieniami akurat wtedy, kiedy monitor zgasł i Bernhardt zobaczył odbicie własnej twarzy. Wyglądał, jak należący do dwóch światów. Prawą stronę miał jasną i radosną, a lewą ciemną i milczącą.

Rozdział szósty: Rozmowy na szczycie

Wracając do hotelu, przeświadczona o racji swojej malutkiej sprawy i pewna, że zabawia świat, Hania zastanawiała się nad swoim wyborem panowania nad innymi. Podjęta zaledwie dzień wcześniej kategoryczna decyzja wybrania swojej natury, stanęła pod znakiem zapytania. Po kontakcie z zamkowym murem, chęć manipulowania ludźmi, które odkryła przeklinając Wojtka, zelżała w obliczu wiążących się z tym konsekwencji. Odczuła, że jest coś, co wskazuje na niekompletność takiego wyboru, zależność albo cena jaką za ten wybór się płaci. Element, który wchodził w jej ciało i odbierał jej komórki za każdym razem, kiedy jej umysł panował nad innymi. I tak nie mogła czynić nic poza tym co nakazywało jej działanie w obronie drzew. Kiedyś była taka sama, jak wszyscy, albo raczej podzielała pogląd tych, którzy chcieli ukryć się w tłumie. Teraz wybrała oddzielić się od innych, ale sposoby na to oddzielenie wydały się jej niedoskonałe i nie dające satysfakcji. Skoro nadal tak bardzo się bała, coś musiała zmienić, coś co do tej pory tolerowała nie myśląc o zamianie. Chciała być lepsza, ale już nie w sile przebicia, tylko w miłości. Zorientowała się, że jej umiejętność manipulowania innymi, czyni z niej zaledwie jednego z wielu szaleńców, którzy jak kaznodzieje jedynego słusznego Boga oplatali umysły nieświadomych swoimi ideami, równocześnie zwalczając się nawzajem. Nie wiedziała jeszcze, że dopiero po uregulowaniu przeszłości będzie się mogła dalej rozwijać. Czas pod murem zatrzymał się na wystarczająco długą chwilę, aby to sobie uświadomić i nie tracić tego wrażenia tępym powrotem do tak zwanej normalności. Zmian się Hania nie bała. Świat pełen był ludzi, którzy mieli własne problemy, a ona chowając te problemy za sobą, nie była zainteresowana ich ponownym odgrzebywaniem, odbierającym szansę rozwoju. Skupiła się na sobie tu i teraz, dzięki nagle odkrytemu poczuciu teraźniejszości. Uderzyła ją logiczna zależność: manipulując jest się manipulowanym. Stwierdziła, że pewnie jest jakiś szalony Bóg, który stoi za tymi, którzy manipulują. Siedząc w kawiarni przed hotelem, wzmacniając się przed snem mocną grappą, obserwowała chaos ulicy próbując wyłowić zeń jakąś zasadę, której wszyscy podlegali, władzę absolutną sprawującą kontrolę nad tym miejscem. Jedni ludzie byli szczęśliwi a inni nie. Podzieliła kartkę z notesu na pół zapisując przymioty i jednych i drugich. Okazało się, że ma już dwóch różnych bogów. Dzieci i jednych i drugich były takie same, tak więc musiały mieć jeszcze jednego, oddzielnego Boga. Dorzuciła do tego przypadek, który wydał się jej nadrzędny nad wcześniej odnalezionymi, pomyślała o wszystkich, którzy interpretują tak jak ona teraz i o tych, którzy nic nie interpretując robią swoje. Podzieliła ich na tych, którzy rozwijają się przy tym, i tych jedynie dumnych ze swego stanowiska, i kiedy poczuła, że myślami jej zaczyna władać politeistyczny chaos, wyrzuciła kartkę. Szybko odkryła Boga nią rządzącego, chaos, który musiała uporządkować aby móc iść dalej.

Środek maja w Rzymie, jednym z miast, które nigdy nie śpią, jest już bardzo ciepły, a stały napływ wizytujących oddziela granice odczuwania pory dnia i nocy na wiecznie zatłoczonych ulicach. Ulice po których przeszły miliony rzemieślników, niewolników, morderców i zakochanych tak bardzo są przesiąknięte i krwią i historią ludzkości, że niczemu się nie dziwią i już nic nie jest ich w stanie poruszyć. Nawet narastające od pięćdziesięciu lat nasilenie wibracji, nieznane wcześniej zmiany temperatury i fakt, że wszyscy biegali i już nikt po nich nie spacerował, nie potrafił wyprowadzić ich z równowagi. Wszak remontowano je i odnawiano więcej razy niż są w stanie pomieścić na sobie ludzi. I zawsze najpierw było dużo bieganiny, potem krwi, no a potem przez jakiś czas spokojnie i nikt ich nie deptał. Doświadczenie stuleci mówiło im, że amok, jaki wokół siebie odczuwały powodował, że zaczęły wierzyć iż dzień, w którym staną się zupełnie wyludnione nadejdzie wkrótce. I potrwa zawsze, czyli znacznie dłużej. Ulice znały swoje miejsce i wiedziały, że są chwilą dla tych, którzy czas mierzą w eonach. Wolne i spokojne kroki wracającej do hotelu Hani, która odkryła, że istnienie Boga jest nieistotne jeśli tylko się wierzy w drogę do niego, uznały za wyjątek potwierdzający regułę.

Umiejętność oddzielania się od pracy, w momencie opuszczania swojego biura, Hania opanowała w przeciągu tygodnia. Nawet jeśli w ciągu dnia zdarzało się jej mieć do czynienia w wyjątkowo silnymi osobowościami, które z racji pełnionego przez nią stanowiska, próbowały poszerzyć swe wpływy do ponad zawodowych, prysznic po dotarciu do domu pozwalał zmyć ich z siebie, wspólnie z wydzielinami ciała. Jej kolejną podróżą była konferencja trendów światowej gospodarki na, nomen omen, Wall Street. Bliższe poznanie swych jankeskich współpracownic doprowadziło do odkrycia, że w świecie władzy i pieniędzy, żadna kobieta nie była wolna. Wszystkie miały mistrza, którym zazwyczaj był ich szef albo jego portfel. Nauczyła się działać tak, jak gdyby i ona należała do swojego szefa, aby usprawnić komunikację. Przed rzeczywistym upadkiem w taką całkowitą zależność ratowało ją samotne drzewo, którego argumentów nie był w stanie pokonać żaden, najlepszy nawet mężczyzna. Kiedyś myślała inaczej, ale teraz ilość drzew malała nieproporcjonalnie do wzrostu ilości mężczyzn, którzy byli tylko trybikami w funkcjonującej maszynie imperium i tylko tak widzieli innych. Hania zrozumiała teraz różnicę pomiędzy arystokracją liczoną pokoleniami i tą liczoną grubością portfela. Porozumienie finansistów i potęga ich decyzji, były w swej skuteczności godne pochwały, ale kierunek zdał się jej zatrważający. Jedyną pociechą był fakt, że może on być dyscyplinarnie zmieniony z tą samą skutecznością, z jaką teraz funkcjonował w chaotycznym kierunku. Widziała usłużnych kelnerów, którzy nie jak w Europie usługiwali osobistym stylem i gracją, ale odczuwając jej potrzeby oddawali się jej kompletnie, jak niewolnicy. Zauważyła, że nawet jej szef też był taki, tylko jego oddanie należało już do spraw, a nie jednostek. Spojrzenie na dumnych i mocnych Amerykanów od podszewki było dla niej szokiem. Już się ich nie bała, jak kiedyś, gdy napełniali ją dystansem i szacunkiem do ich siły. Teraz kiedy mieli ją za swoją, zrozumienie ich człowieczeństwa stało dla niej otworem. A w zasadzie zrozumienie człowieczeństwa białego amerykańskiego plemienia, bo Hania odkryła, że funkcjonuje tu nadal myślenie plemienne, w izolacji swej podobne hinduskim kastom. W gruncie rzeczy nie było się czemu dziwić, wszak było to imperium, na którego dalekich rubieżach znajdował się jej dom. Zauważyła, że plemiona żyją tu i funkcjonują jak narody w Europie, i wszyscy mają mistrza, wodza swego plemienia. Zastanawiającą różnicą był fakt, iż wódz ten w Europie był utożsamiany z narodem, a tu bardziej z przodkami i grupą etniczną. Wyznawcy wielu wodzów funkcjonowali równorzędnie obok siebie, wypełniając różne funkcje społeczne. Przypominało jej to kastowość i uświadomiła sobie, że w domu jest tak samo, tylko różnice są dużo mniej jaskrawe, poukrywane w tradycjach i co za tym idzie trudniejsze do odczytania. Najwięcej wyniosła z idei demokracji, polegającej na naukowym zdefiniowaniu różnic między tymi, jak je sobie sama nazwała, plemionami, i na wypracowaniu modelu, który komunikuje się ze wszystkimi, pozostając czytelnym dla każdej kasty. Ponad tym modelem unosiło się widmo przekleństwa brytyjskiej królowej, podobne do tego, którym sama obdarowała Wojtka. Nie wyrzucał on co prawda herbaty do oceanu, tylko jej komórki na własną przyjemność, ale filozofia skurwiela pozostawała ta sama, jak i niewola umysłu na którą taki pogląd skazywał. Tak dobrze znana jej z nacjonalistycznej Europy duma przynależności do narodu, była tu tępą siłą, a każda jednostka odcięta od całości, okazywała się kruchym człowiekiem jak wszędzie. Dreszcz radości, że sama nie popełniła takiego błędu, połączony z głęboką wdzięcznością do nadal niezidentyfikowanych sił wyższych odczuwała za każdym razem, kiedy przypomniała sobie spotkanie z autobusem. W imperium panował chaos i tylko przypadki decydowały o torze rozwoju ludzkości. Zaakceptowała to. Ludzie byli tacy sami, tylko ich czyny miały różne konsekwencje. Po zakończeniu konferencji, jej szef proponował jej gościnę u swojej rodziny w górnym Ohio, dokąd sam udawał się na tygodniowy urlop. Zarówno demokraci jak i republikanie byli już jej znani, i wolała wykorzystać ten tydzień na swe badania nad chaosem, więc podziękowała, wybierając opcję turystycznej wycieczki po Stanach. Szanując prawa swych poszukiwań, wyjęła analizy rozwoju gospodarki dla poszczególnych stanów, i z zamkniętymi oczami wyciągnęła jeden z nich. Następnie znalazła w wyszukiwarce mapę Kalifornii i ponownie zamykając oczy dotknęła palcem monitora. Nawet nie zdziwiła się widząc, że odwiedzi Mount Shasta na północy stanu.

Oczywiście nie wiedziała, że starzec z plemienia Wintu już na nią czekał. Ich spotkanie, stało się spotkaniem na szczycie dwóch kultur, spotkaniem, którego znaczenie odpowiadało percepcji obydwu i stało się nadzieją na pokój tam, gdzie ignorowana w percepcji jej cywilizacji rana, ropiała bezboleśnie powodując powolny ale konsekwentny, nakazany milczeniem i ukrywaniem słabości rozkład. Medicine man czyli uzdrawiacz plemienia Wintu wiedział, że przyjdzie, bo przyśniła mu się w momencie gdy podejmowała decyzję. Ujrzał tygrysicę, która wchodziła do ukrytej doliny, aby pokłonić się słońcu i księżycowi. Po przebudzeniu zastanawiał się nad oryginalnością zwierzęcia, które miało nadejść, zwierzęcia znanego mu tylko z ZOO. Widział, że tygrysy żyją w Azji i że to będzie pierwszy, który kiedykolwiek dotarł tak daleko, zgodnie z wolą Wielkiego Ducha. Odwołał więc swą obecność na konferencji profesorów antropologii, wysyłając asystenta z referatem. Hania dysponowała teraz środkami pozwalającymi jej na zorganizowanie wysokogórskiej ekspedycji w ciągu jednego dnia. Miała tydzień wolnego. Wylądowała w Redding i zaopatrzyła się we wszystko, co było jej potrzebne do wspinaczki. Do chatki strażników parku zwanej Końskim Obozem dotarła wczesnym popołudniem i wymknęła się zeń po cichu, mówiąc, że schodzi na dół, zanim ktokolwiek mógłby jej przeszkodzić w samotnej wycieczce w góry. Lata spędzone w Tatrach i wycieczka studencka na Kaukaz, nauczyły ją szacunku do górskiej potęgi i wiedziała, że tu sama łatwiej da sobie radę, niż organizując wokół siebie zbędne zamieszanie. Strażnicy zapewne uwierzyli jej, bo potraktowali ją jak głupią, miejską gęś, wyrażając zdziwienie, że w ogóle tu dotarła. Nie potrzebowała przewodnika. Czytając mapę i poradnik skautów, wybrała drogę na szczyt poprzez ukrytą dolinę. Wrócić do obozu zamierzała przez szlak Serca, koło jeziora Heleny. Wieczorem, dotarła do ukrytej doliny, gdzie zamierzała zatrzymać się na noc. Nagie, brązowe, spalone przed czterdziestoma tysiącami lat na popiół skały wulkaniczne były skruszane erozją do dziś i nie gościły na sobie żadnej roślinności, nie licząc kilku karłowatych sosen i krzewów, prawdziwych pionierów na tym niegościnnym i pokrytym większą część roku śniegiem terenie. Ich ilość malała z każdym metrem w górę. Hania czuła się jak na księżycu. Przestrzenie i wiatr nie pomagały we wspinaczce, a ściany po obu stronach doliny zdawały się zatrzaskiwać nad nią, na zawsze grzebiąc ją w Ziemi. Znała te myśli, ten strach i oddaliła go od siebie, chłonąc przestrzeń i zachwyt nad pięknem i różnorodnością przyrody. Jutro zamierzała przekroczyć granicę wiecznego śniegu. Zmrok zbliżał się szybko i musiała znaleźć możliwie osłonięte od wiatru miejsce, zanim ciemność jej uniemożliwi rozbicie obozu. W odległości stu metrów od siebie dostrzegła obiecujące zbiorowisko głazów i krzewów. Kiedy się doń przybliżyła okazało się, że ktoś tam jest. Nie przestraszyła się bo poczuła ten sam spokój, który miał w sobie jej pradziadek, kiedy wracał z pola. Nie zdążyła się zdziwić, że tu, na drugim końcu świata przypomniał jej się człowiek, o którym nie myślała przez ostatnie dwadzieścia lat, które spędziła w mieście na pasteryzowanym mleku przedłużonej trwałości. Pewnie dlatego nigdy nie udało się jej mieć takich pięknych włosów jak prababcia, która nigdy ich nie farbowała i zdrowo się odżywiała. Starzec ubrany był tak, jak stereotypowy dla jej umysłowości Indianin. Miał mokasyny, haftowane spodnie i kubrak. Brakowało mu tylko pióropusza, ale zorientowała się że ogląda go w stroju codziennym, tak jak górale mieli zwyczaj nosić na halach swoje kierpce i czapki. Pozdrowiła go i ujrzawszy upleciony szałas, postanowiła ustawić swój namiot w podobnej niszy między krzewami. Indianin przygotował ognisko i zapalił fajkę, podczas gdy Hania rozbijała obóz. Kiedy skończyła i usiadła przy ogniu, było już zupełnie ciemno. Wiatr zelżał i słuchać było tylko trzask patyków pękających w płomieniach. Starzec zaczął nucić piosenkę, która na początku wydała jej się bardzo smutna, ale napełniła ją nie znanym jej wcześniej spokojem. Kiedy skończył, pomyślała, że nie wytrzyma już dłużej i mimo iż będzie to zupełnie nie na miejscu, odezwie się pierwsza.
– Piękna melodia, szkoda, że nie rozumiem słów.
– Taki jest właśnie kłopot z wami, białymi szamanami – odpowiedział – że nie potraficie słuchać.
– Z jednej strony powiedziałeś, że jestem biała, co odbieram jako rasizm a z drugiej strony nazwałeś mnie szamanką, co nie jest prawdą.
– Nazwałaś mój umysł, zamiast dyskutować z zawartymi w przesłaniu prawdami. – Odpowiedział.
Milczała wpatrzona w ogień, zastanawiając się nad jego słowami. Z jednej strony w ogóle nie rozumiała jego racji i czuła się urażona, a z drugiej spokój pradziadka mówił jej, że jest tu tylko małą dziewczynką, co degradowało ją, ale nie odbierało bezpieczeństwa.
– Powiedz co myślisz – powiedział patrząc na nią z naganą – przecież, jeśli będziesz to w sobie dusić nigdy się nie dogadamy.
Odpowiedziała mu zgodnie z prawdą, po raz pierwszy czując lekkość i swobodę rozmowy, w której nie trzeba kombinować. Przecież gdyby chciał jej zrobić krzywdę, już by tak się nie czuła, a biorąc pod uwagę amerykańskie prawodawstwo, miał tyle samo powodów do obaw co ona. Przypomniała sobie w końcu o dobrych manierach i przedstawiła się. Starzec parsknął pogardliwie.
– Kobieta z Europy. Kraj za wielką wodą, w którym wojna jest sposobem na życie. Jestem Koń, który żyje w ciągu Dnia, jestem uzdrowicielem z plemienia Wintu. Mam też imię pasujące do tych waszych papierów – Bill Hammond.
– Bardzo mi miło. Jestem Hania. Imię to pochodzi z hebrajskiego i oznacza łaskę i wdzięk.
– Potrafisz mówić do rzeczy – ucieszył się, – ciekawe jest to, że w Europie ludzie noszą wszędzie takie same imiona i twierdzą, że nie są tacy sami. A mimo to, nie udało się wam do dziś zauważyć, że wszyscy mieszkamy pod tym samym słońcem.
Hania już miała na końcu języka uwagę o prywatności, kiedy zorientowała się, że znowu nazwałaby jego umysł i obraz świata, zamiast polemizować z przedstawionymi przezeń poglądami. Dlatego wolała zapytać.
– Jak się jedno ma do drugiego?
– Proste. Jesteście dużym białym plemieniem, które różni się tylko wodzami. Ludzie są wszędzie tacy sami i mają te same zwyczaje, a różnice między nimi, są czysto językowe. Zamiast się jednoczyć, utrzymujecie podziały, tak jak płoty dzielą sąsiadów. Myślisz o sobie jako o jednostce, która w najlepszym przypadku pełni jakąś funkcję społeczną, a nie jak o istocie otoczonej innymi przejawami życia. Popatrz na swój obóz. Ilość rzeczy jaka jest ci potrzebna, żeby tu dotrzeć pokazuje, że nie potrafisz się czuć na Ziemi jak u siebie w domu. Nie potrafisz, bo nie wiesz jak wiele może ci zaoferować. Jesteś jak UFO na obcej planecie.
– Przyjechałam tutaj z ważną wizą na konferencję i mam prawo do atrakcji turystycznych.
Bill zaczął się śmiać. Śmiał się patrząc na nią radośnie, śmiał się aż łzy poleciały mu z oczu. Hania nie obraziła się zaskoczona własną głupotą. Właśnie potraktowała go jak typowego Amerykanina a on zareagował przeciwnie do podobnych rozmów, które przeprowadzała tysiąc razy dziennie, kiedy tu przyjechała. Wścibstwo tych ludzi graniczyło z paranoją, zrozumiała to ujrzawszy człowieka, który jej nie ulegał.
– Przepraszam, powiedziała. Wygląda na to, że potrafię walczyć i odpierać zarzuty dużo lepiej niż słuchać i analizować.
– Wiem – odpowiedział, nadal się śmiejąc, ale jego głos zabrzmiał teraz potężnie, tak jakby była jego kobietą – tylko ty nie jesteś jankeską – wrócił do normalnego tonu. – Masz więcej prawa aby tu być niż ci, którzy uzurpują sobie prawo do zezwalania ci na to i kontroli nad tym stanem. Nie ciąży na tobie ani wina, ani stres, który oni odczuwają. Tak samo jak ja, jesteś dzieckiem ziemi na której się urodziłaś, a nie zdobywcą, który boi się stracić. My urodziliśmy się, żeby pokonać naturalny strach, podczas gdy biali Amerykanie borykają się z przerażeniem całych pokoleń.
– Nie rozumiem.
– Wytłumaczę ci, bo jesteś gościem a nie najeźdźcą. Nie ciąży na tobie złamanie własnych zasad, ani klątwa pradziadów. Zgodnie z waszymi, jak i naszymi zwyczajami, gość w dom to Bóg w dom. Biali, którzy przywieźli na te ziemie chciwość myśleli, że są wystarczająco daleko od własnych ojców, by tworzyć własne zasady. Ale ich przodkowie zamieszkali w ich głowach i nigdy ich nie opuścili. Jedyne co najeźdźcy mogli zrobić to działać, niestety, konsekwentnie i na opak swoim przodkom. Są przewidywalni i ograniczeni jak dzieci. To jedyny kraj w którym koty łaszą się jak psy, a dziewczyny latają za chłopakami. To nasza zasługa. Element Indian, który zmutował w ignorancji białych. Musisz się nimi zaopiekować.
– Ale dlaczego ja?
– Jesteś ich matką i wiesz o czym mówię.
– Nie chcę być ich matką. Jestem wolna i nienawidzę ich.
– Popełniasz błąd, który cieszy twoich szamanów. Pozostawiasz swoje dzieci ich wpływom. Wasi szamani dają wam rozum i talent, ale odbierają duszę. Mówią, że Bóg istnieje, ale nie pozwalają na jego pojmowanie poza tym, co wychodzi od nich. A przecież oni też są tylko ludźmi. Dlatego jesteście zawsze samotni i boicie się siebie nawzajem. Człowiek to zwierzę stadne i postępujesz wbrew naturze nienawidząc. Ja nie myślę o sobie „ja” tylko „ja jako część wszystkiego”. Jesteś kobietą i istniejesz po to aby kochać, a nie po to aby walczyć.
– Jedni z nas wymyślają nowe i nad tym pracują, a drudzy zapewniają dach nad głową. Tak było u nas zawsze.
– Nieprawda. Tak jest zaledwie od czterech tysięcy lat. Wcześniej żyliście tak samo jak i my do waszego przybycia. Teraz zmieniliśmy się. Musieliśmy się nauczyć, że inne indiańskie plemiona też są naszymi braćmi i, że wy też nimi jesteście.
– Brzmi jakbym słyszała księdza na pierwszą komunię.
– To tylko udowadnia prawdę tych słów. Nie lubię dużo mówić, ale pochodzisz z kultury słów za którymi idą czyny a nie czynów opisanych przez słowa. Dlatego pozwól, że dokładnie opiszę twoje plemię z mojej perspektywy. Biali ludzie, którzy przybyli na te ziemie, mordując nas i przesiedlając, aby je dla siebie zagarnąć, zagarnęli też naszą dzikość i determinację. Żyliśmy w świecie, z którego nie mieliśmy dokąd iść. Ja byłem Wintu a Appolahowie byli już innymi ludźmi o innych zwyczajach i języku. Byliśmy dla siebie jak dwa samce walczące o terytorium łowieckie, ale dzięki temu zawsze było nas tyle samo i żyliśmy w równowadze. Nie szanowaliśmy naszych kobiet w sposoby znane wam z za wielkiej wody, ale łączyła nas wspólna wiara. Powtórzę, dziś wiemy, że tylko razem jesteśmy w stanie przeżyć. Wasi mężczyźni byli silniejsi i mądrzejsi, ale są chłopcami wypuszczonymi w świat przez chaos i niezorganizowane działanie. Nauczeni zdobywać, zdobywają i przynoszą łupy do domu. Nie byli jednak gotowi na zrozumienie źródeł naszej dzikości i determinacji. Przyzwyczajeni do wygodnego życia, znaleźli wygodne wytłumaczenia, które powodują, że popełniają błędy. Macie talent w wychwytywaniu dobrych rozwiązań i wykorzystywaniu ich do swoich celów. Niektóre z tych rozwiązań jednak nie były dane wam, tak więc gdy je sobie przywłaszczyliście, obróciły się przeciw wam. Rośliny mocy zażywane bez otaczających je obrzędów stały się plagą narkomanii, każde niepotrzebnie dla przeżycia ścięte drzewo powiększa wasze społeczne wyobcowanie, a ból każdego zabijanego dla smaku a nie głodu zwierzęcia powoduje niedosyt i niszczący miłość brak harmonii w popędzie seksualnym. Straciliście poczucie równowagi i dlatego żyjecie nieszczęśliwi harując, w poszukiwaniu tego, do czego nie jest wam potrzebny nawet cent. Wszyscy, którzy się tu osiedlili cierpią z tego powodu, bo nigdy nie naprawiwszy błędów swoich przodków są pożerani przez przerażenie i cierpienie waszej religii, która zamienia winę w wycie w mózgu, zamiast dostarczać informacji i kontaktu z Wielkim Duchem. Wielki Duch jest ten sam co w Europie, chociaż tak różne nosi imiona. Dlatego jego prawa są niezmienne. Wasze wielkie plemiona żyły w równowadze, a zachłanność była kontrolowana przez system kast. Równość, która tu przyjechała okazała się być zgubna, kiedy wróciła do waszych domów w Europie. Błąd, którego chcieliście się pozbyć przed laty powrócił jako siła, której musicie być dziś posłuszni.
– To prawda. Nasze zależności ekonomiczne są duże, ale idea demokracji ma na celu stworzenie systemu, który wszystkim obywatelom daje równe prawa.
– Tak długo jak twoi przodkowie dyktują idee, nie dzieląc się nimi z przodkami innych ludów, demokracja o której mówisz i w którą pewnie wierzysz, jest tylko martwą ideą. Niektórzy żyją w patriarchacie, inni w matriarchacie. Tak długo jak moja matka nie będzie równorzędnym partnerem twojego ojca nic się nie zmieni, tylko katastrofy będą większe, bo i nas jest więcej na Ziemi.
– To trudna rozmowa. Zaczyna zakrawać na filozoficzne rozważania, nie jestem przecież nikim, kto miałby wpływ na bieg wydarzeń.
– Tylko dlatego, że tak myślisz. Jesteś przecież szamanem swojej kultury. Tą, która wie, że świat istnieje poza umysłem, tą która prowadzi ślepych jak krety mężczyzn w wyspecjalizowanych kierunkach. Przemawiasz językiem przodków twej kultury w której ze swym chłodem i dystansem jesteś naturalna. Dziś, w tej okolicy, zamieniłaś się w nienawiść, która odbija się nawet na waszym rdzennym kontynencie. Ale tutejsi biali nie mają przodków, bo to wy nimi jesteście. Musisz ich z powrotem przygarnąć, podarować im prawdę i pokój.
– Nie jestem szamanem. Jestem ateistką, zwykłą niezależną kobietą!
– Tylko byś chciała – zaśmiał się ponownie – wierzysz sobie a nie szamanom twej religii tak silnie, że stawiasz się w opozycji do ich obrzędów tym samym akceptując ich istnienie. Kilkaset lat temu spłonęłabyś na stosie, ale dziś możesz już żyć. Tak było zawsze. Jest w tobie rdzeń pierwotnych wierzeń, skierowanych ku przyrodzie, rdzeń, którego nie wykrzewiło chrześcijaństwo przejmując jego zwyczaje i obrzędy. Święty Franciszek jest jednym z mych ulubionych białych szamanów. Musisz się zreformować albo zginiesz, walcząc od nowa każdego dnia.
– Żaden mężczyzna nie może być już moim sojusznikiem.
– Rzeczywiście jesteś tylko głupią laską myślącą tylko o fiucie. Tu nie o to chodzi tylko o indukowany przez takie myślenie wyścig szczurów. Wróć do bogini zabitej w Europie przed tysiącami lat. Odnajdź swoje plemię i przypomnij sobie drogi twoich przodków.
– Mamy takie coś na uniwersytecie. Nazywa się slawistyka. Dużo ludzi to studiuje ale jakoś nie zauważyłam transformacji.
– Perspektywa jest istotna. Wasze książki zaczynają się od „ludy pierwotne” czyli gorsi, czyli nie my. Jeśli wierzysz w demokrację a nie myślisz równo – kłamiesz.
– Przejeżdżając przez miasteczko, u stóp tej góry, widziałam uśmiechniętych ludzi bez zadr w sercu. Nie wyglądali ani na bojących się, ani wywołujących strach. Muszę przyznać, że miejsce było wyjątkowo spokojnie. Dlatego nadal trudno mi uwierzyć w twoje słowa.
– Widziałaś kiedyś wojnę?
Hania przypomniała sobie wizytę w Segedynie podczas ataku NATO na Jugosławię. Wojtek zbierał dane do jakiejś gazety. Studiował jeszcze wtedy, ale dostał zlecenie z uwagi na znajomość węgierskiego. Miał zebrać informacje dotyczące sytuacji na granicy, a ona akurat odwiedzała go w Budapeszcie. Radość z wycieczki krajoznawczej skończyła się na rynku w Segedynie. Nawet tu dochodziło wycie syren ochrony przeciwlotniczej z nieodległej Sobótki, informujące o bombardowaniach sił sprzymierzonych. Spokój i dusząca atmosfera panująca na targu, chwyciła ją za gardło. Informacje było trudno zebrać, otaczał ich mur milczenia i ludzie nie chcieli mówić o wojnie, bojąc się i podejrzewając bardziej na wszelki wypadek niż z rozsądku. Wspomnienie to pomogło jej zrozumieć wścibskość pytań napotkanych Amerykanów i kamienny spokój mijanych miasteczek… Bill patrzył na nią z zaciekawieniem.
– Czyli…. oni wszyscy duszą w sobie wojnę?
Skinął głową i popatrzył na nią z takim współczuciem w oczach, że przestała nawet widzieć rysy jego twarzy.
– Tu każdy człowiek jest linią frontu. Są kolonizatorzy i państwa podległe. Federacje nie są w stanie utrzymać się w takich małych miasteczkach. To klątwa naszych czarowników, którzy otworzyli im oczy na prawdę i pozostawili ich samym sobie. Nie potrafią nawet ufać własnym kobietom. To skutek zamieszkania na ziemi Wielkiego Ducha bez zrozumienia i uszanowania jego zasad.
– Ale przecież mamy tolerancję religijną.
– Wiem, że nie jesteś naiwna. Nauczono cię tylko oponować, aby podtrzymywać dyskusję. Ale gdzie jest twoje własne zdanie? Czy w przemilczanej nienawiści? W milczeniu takim, jak to na dole w miasteczku? My nie znamy się na waszej cywilizacji. Po przebudzeniu oni wszyscy zaczynają nienawidzić a ci nieliczni co zawsze kochają odchodzą do Świętego Lasu. Są tacy nieliczni. Gdzie jest twoje wnętrze kobieto z Europy? Jeśli go nie znasz, jesteś tylko muszlą cudzej woli. Musisz odkryć we własnym domu jak leczyć, jak prowadzić przez przebudzenie – nieuniknione, podobnie jak wasze istnienie tutaj. My budzimy i tracimy z nimi kontakt. A oni starają się jak mogą. Szukają jak mogą, ale nic nie znajdą. Nie mogą odnaleźć tu odpowiedzi na pytania zadane przez ojców gdzie indziej. Tylko ty możesz im pomóc. Jutro dowiesz się więcej, ale teraz idź już spać. Straciliśmy wiele energii wypuszczając z siebie tyle słów.
Bill odwrócił się i poszedł do szałasu. Hania była tak zaskoczona, tym , że uznał spotkanie za zakończone, że nawet się nie odezwała. Popatrzyła chwilę na gwiazdy, zgasiła ogień i poszła do namiotu. Spała spokojnie i mocno, bez snów, obudziła się zregenerowana i gotowa do dalszej wspinaczki, którą jednak uzależniła od planów starego Indianina. Okazało się jednak, że już odszedł i Hania już miała się tym zająć, kiedy ujrzała dziwne drgania przy gruncie. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się oczarowana w pierwszego w jej życiu kolibra, a gdy ten w końcu odleciał, pamiętała już tylko o drodze w górę.

Rozdział siódmy: Wewnętrzny ogień

Powrót do domu po nadwiślańskiej przygodzie przypominał koszmarny sen. Chociaż między nim i dziewczyną nie doszło do werbalizacji żadnej umowy wymagającej od niego zmiany trybu życia, coś czego nie potrafił sobie wytłumaczyć zaczęło go prześladować, jakby nie dotrzymał słowa. Czuł się naznaczony grzechem i pełen nienawiści, z której nawet nie zdawał sobie sprawy, uważając że wszystko jest w porządku. Nie byłoby w porządku dla jego rodziców czy dziadków, ale czasy się zmieniły i miał wielu przyjaciół, dla których takie zachowanie było chlebem codziennym nieudanej imprezy. Dlatego wiedział, że miał prawo do takiego zachowania i rację, kiedy szedł w kierunku swego blokowiska. Z czego nie zdawał sobie sprawy, to z faktu, że jego ciało po tak intensywnej dominacji zmieniło wibracje i jeszcze dzień wcześniej, sam siebie postrzegłby jak agresywnego chuligana. Dlatego też ci, w stosunku do których był zawsze otwarty i których akceptował, teraz mijając go dzielili się z nim strachem i nienawiścią, a on nie umiejąc odczuwać i oddzielać od siebie takich doznań pozwalał, aby ten fizyczny dyskomfort przenosił się na negatywne uczucia w mózgu. Zanim dotarł na przystanek miał już manię prześladowczą i przypisywał sobie wpływ na reakcje różnych ludzi w autobusie, a surowe głosy kobiet traktował, jako atak na jego jestestwo. Nie wiedział, że one były na swoim miejscu, miejscu którego nigdy miał nie poznać. Wiedział, że ma konkretny problem, i próbował opanować szaleństwo, wdzierające się do jego głowy razem ze wszystkimi rozmowami pasażerów, które odbierały mu miejsce i prawo do własnych myśli. Komukolwiek popatrzył się w oczy, widział w nich życzenie śmierci, jakby tasaki były wyrzucane w jego kierunku z każdym spojrzeniem. Skulony przy tylnej szybie pojazdu, marzył tylko by dotrzeć do domu i w spokoju, zanalizować i wyleczyć sytuację. Wymyślił, że tak samo jak zadowolony i rozluźniony wychodził na miasto po spotkaniu z Hanią, tak teraz uczestniczy w jakimś piekielnym rytuale i jest tak postrzegany. W mózgu wyły mu morały starych bab, a ciało trzęsło się frenetycznie. Czuł, jakby się rozkładał za życia. Nie mogąc myśleć, skupił się na oddechu i napinaniu mięśni. W autobusie zrobiło się jakby ciszej i Wojtek dotarł do domu pracując jak kulturysta podczas prezentacji na zawodach. Ochroną, którą stracił, był czas dziecięcej niewinności będący najmocniejszym wyobrażalnym pancerzem. Teraz już nie poddawał się ludziom, którzy określali jego możliwości i przywileje zgodnie z panującym miejscem i czasem, ale jeszcze nie rozumiał po co to robią. Niewykształcona jeszcze wolność świadomości określająca jego własne działanie powodowała, że nie poddawał się im, walcząc z nimi na idee ale dziś jedynie napinane mięśnie opowiadały, że się nie ugnie. Czas który poznał, jest ten sam i niezmienny od chwili gdy zaczęła istnieć ludzkość na Ziemi. Odwieczne prawo dżungli, mówiące że silniejszy wygrywa, to samo, które zostało stłumione w ludziach, skazane na zapomnienie po to, aby nieliczni pamiętający mogli kierować resztą. Wojtek nie chciał stawiać nikomu czoła, ale nie chciał też zapominać, że istnieje. Nie chciał mieć za sobą snu, widząc jak topi się w morzu nieświadomych ludzi, uważających się za porządnych i duszących go opinią o nim samym tak, jakby posyłali porażające jego mózg fale elektryczne. Różnica między nimi a Wojtkiem polegała tylko na tym, że oni już ulegli silniejszemu, którym była ludzka władza, podczas gdy Wojtek miał ulec siłom natury. Do dzisiejszego wieczoru obce jego ciału poczucie absolutnej uległości, dręczyło go teraz i szok spowodowany tym odkryciem jeszcze nie minął, więc mimo iż stał spokojnie, przyciągał siebie uwagę, która inni chcieli ustawić w jedyny im znany sposób, a mianowicie czyniąc zeń posłusznego psa. Czuł się jak zwierzę, odmówiono mu tłumionego w sobie człowieczeństwa. Nie wiedział o tym, tylko się bronił. Kiedy dotarł do klatki schodowej i odetchnął z ulgą, pozbawiając się wypracowanej właśnie ochrony, niski i podły głos mieszkającej nad nim sąsiadki niemalże wbił go w ziemię. Jak skopany szczur umykający do swej nory, wdarł się do mieszkania zatrzaskując za sobą drzwi. Spocony, cały się trząsł, oddychając zaledwie szczytami płuc. Wiedział, że było inaczej. Pamiętał że może być inaczej, że jeszcze dziś rano tak nie było. Trudno mu było nie wierzyć w czary i złe uroki, ale teraz, kiedy każdy dźwięk i podniesiony głos w bloku odbijał się w nim jak głos pana, któremu trzeba służyć, trząsł się cały i rosła w nim wściekłość buntu. Nie zdawał sobie sprawy z długiego dnia i wyczerpania, bał się iść spać, nie wiedząc kim się obudzi. Musiał pomyśleć, jakoś zorganizować swoje myśli i siebie zanim będzie za późno, zanim stanie się z nim coś bardzo złego i nieodwracalnego. Nie pamiętał kim jest, ale wiedział, że cokolwiek się stało, nikt nie ma prawa mu siebie odbierać. Usiadł przy kuchennym stole i zaczął pisać.

„Cześć to ja, kolo z bloku. W zasadzie nie różnię się od innych kolesi, może poza tym, że ci którzy pieprzą mózgi na mnie się wyłożyli. Coś im się pomyliło i myśleli żem głupek którego można zastraszyć i traktować jak pacynkę. A ja się wcale nie boję śmierci. No i właśnie dlatego się wyłożyli. Wszystkiemu winna jest Hania, mój były najlepszy przyjaciel to znaczy ona tak myśli. Ja ją i tak lubię, bo poznaliśmy się pięknie, a potem okazało się że ona lubi i inną zabawę. Lubiłem ją pierdolić. Ale świadomie nie pieprzyłem jej w mózgu. Po prostu chciałem z nią być i nie wiedziałem co ukrywa. Ona to naprawdę głupia cipka. Moja szefowa bawi się z mną jak chce, mało płaci i każe zostać po godzinach… Zabawa polega na tym, że do dziś wcale o tym nie wiedziałem i myślałem że jestem wielbionym, zajebistym kolesiem. Fakt to fakt dupę mam niezłą, a i styl walki rozwojowy.”

Wojtek wyjął palec z nosa i wytarł go w róg prześcieradła, na razie jeszcze nie kojarząc poziomu wykonywanych czynności z poziomem myślenia i kontynuował swój wewnętrzny protest song. Był zmęczony więc natężenie rozchwiania emocjonalnego zmieniało się czasem, przybierając nawet zdrową formę. Wylewał z siebie wszystko, prawdę nieposkromioną nikim i niczym.

„A ja nie walczę ja gram. W samoobronie. Widziałem raz jak moja matka walczy z ojcem. O bzdury, o to żeby kupić pościel z kory, żeby nie musiała więcej krochmalić. Potem mnie nastraszyli rządem, państwem, kobietami i ukrzyżowanym i podobnymi bzdurami, a teraz chcą mi wmówić, żebym żył życiem mojej matki. Ale ja nie chcę. Nie jestem nią. Kocham ją, ale nie chcę walczyć. Wolę wolność od ograniczających ją form społecznych i nie widzę powodu dla którego miałbym przestać być sobą. Nikogo nie skrzywdziłem, nawet tej dziurki, której dziś zrobiłem dobrze tak, jak mnie o to sama poprosiła.”

Uspokoił się nieco i poszedł do kuchni, aby zrobić sobie herbaty. Czynność prosta prawie by mu się udała, gdyby tylko nie oblał sobie bosych stóp wrzątkiem. Jego ciało więc, dalej drżało w niekontrolowany sposób. Podskakując i posykując z bólu, wyjrzał przez okno i zachwycił się gwiaździstym niebem. I znów usłyszał podniesiony ton sąsiadki, który go sparaliżował. Jakby wyczuła moment miłości i niszczyła go, zabraniając mu kochać. Znienawidził ją, poddając się jej prostej energii. Wkurzył go jej sposób spędzania wolnego czasu, niewiele się zresztą różniący od jego bierności, kiedy odpoczywał między kontraktami. Ból stóp już tylko podszlifował ciąg dalszy jego wewnętrznego monologu. Pisał dalej, tym razem przy mokrym kuchennym stole.

„To są tłuste pizdy, wiedźmy jebane. Uzależnione od żarcia niczym innym się nie zajmują jak tylko obgadywaniem innych i cierpieniem nad tym, jakie to one są nieszczęśliwe. Nie zauważają ani głodujących na innych kontynentach dzieci, ani stanu środowiska, tylko wiedzą lepiej, pouczają i zwracają uwagę innym, żeby nie byli z siebie zbytnio zadowoleni. Są dwie wersje tych ścierw wydzierająca się i dewota. Jedna mówi ci prosto w pysk że cię nienawidzi, a druga usiłuje wzbudzić w tobie poczucie winny boś grzeszny. Od obydwu wersji tego szaleństwa chce mi się rzygać. Kupiły by sobie wibrator, przestały się żreć, posprzątały w kuchni i od razy stałyby się pogodniejsze.”

Wojtek wrócił do pokoju z nową herbatą i nie sprzątając po sobie. Nie zdawał sobie sprawy, że szaleje z nienawiści, ale na szczęście czynił to w czterech ścianach i nie tłumiąc tych uczuć ani nie obciążając nimi nikogo, otworzył sobie drogę do wyzwolenia się z nich. Świadomość wszystkiego, przebudzenie na panujące wokół niego stosunki międzyludzkie było silnym wstrząsem, ale właśnie dzięki faktowi, że rozliczenia dokonywał sam ze sobą, nie włączając w to ani osób trzecich ani ich reakcji, pozwalała mu na uspokojenie się i wyzdrowienie. Nie pozostawił innych z negatywnym wyobrażeniem o sobie samym i nie uzależnił się od cudzych rozwiązań. Ból stóp trochę go ocucił i pozwolił na przypomnienie sobie, że nie wszystkie kobiety na Ziemi są absolutnie beznadziejne. Jego umysł zazwyczaj skupiony na przyjemnościach, albo na pracy polegającej głównie na słyszeniu tekstu w jednym języku i wymawianiu go w drugim, często nawet bez wiedzy o czym mówi, po raz pierwszy poruszał się własnym torem. Wojtek nie był kompletnym dnem i powoli zaczął sobie przypominać i inny świat, życie, które należało do niego jeszcze dziś rano, kiedy nie potrafił go cenić. Pisał dalej.

„To jest pani z uczelni. Teraz patrzy na mnie z wyższością, pewnie dlatego, że używam wulgarnego języka i jak mnie zaswędzi to podrapię się po jajach. Ona mówi pełnymi zdaniami i jest zawsze elegancka. Ale lubimy się, bo ona wie, że jest małpą rektora albo uniwerku i jeśli potraktuje mnie z wyższością, to z zazdrości, że ja jestem swoją własną małpą. Ona też desperacko potrzebuje kontrolować, jak ta wiedźma z górnego piętra, tylko ma lepszy styl. Wolę być małpą niż człowiekiem w społeczeństwie złożonym z konsumujących żywych trupów albo ślepców którzy wloką te trupy ze sobą bo biedni, wierzą w jakiś rynkowy cel.”

Wojtkowi przypomniała się Hania. Ból zamrożenia dał znowu o sobie znać, ale tym razem natężenie było już inne. Po Hani tym tematem zajęli się i tygrysica i Bernhardt, tak więc miał dużo więcej danych niż poprzednio, aby sobie jakoś uporządkować emocje. Szok już go nie zamrażał i szczerze wypowiedziane, nie tłumione myśli, mogły powoli przechodzić przez proces analizy. Proces samodzielnego wyciągania wniosków rozpoczął się, aczkolwiek efekt zranienia spowodowanego uświadomieniem sobie, że było się manipulowanym przez całe życie był jeszcze zbyt świeży. Miłość bliźniego, której był pełen jeszcze przed ostatnim spotkaniem z Hanią, nie zdążyła jeszcze zakwitnąć na nowo i opanować jego myśli.

„Nie zostanę mordercą, nie będę prać mózgów żywym trupom. Moje oczy nie wyślą nikomu tasaków…pierwsze. Nie potrzebuję, by moja prawda była czyjąś prawdą na drodze takiej manipulacji, ale muszę pamiętać te tasaki, aby nikt nie mógł mi odebrać mojej prawdy. Każdy kto wysyła oczami takie tasaki bliźniemu jest mordercą. Najemnikiem, misjonarzem jakiejś szatańskiej wiary. Mordują wolę i piorą mózgi dla jakiegoś interesu. Ja tłumaczyłem, żeby jeść i to był mój jedyny interes.”

Czystość własnego postępowania, wolność, którą nieświadomie nosił w sobie przyniosła mu rozwiązanie i problemów i narastającej obsesji. Podniecony odkryciem nowej, dotąd nie znanej mu wiedzy, z właściwą sobie skromnością zapomniał, że zaledwie kilka godzin temu Hania zaprezentowała mu głęboką wirtualną trepanację czaszki.

„Dlatego właśnie jestem sam bo nikt mnie nigdy nie zwiódł. Kontrolowali mnie fakt, ale teraz, kiedy wiem jak funkcjonuje ta zajmująca się ścinaniem drzew abstrakcja, która robi z nich niejadalne pieniążki, nikt przez nie prowadzony mnie nie zwiedzie. Nie uzależnię się od jakiegokolwiek interesu. Ludzi bardziej obchodzi nowa kanapa i tresowanie bachorów, których nienawidzą, ale mają, bo tak wytresowali ich rodzice, niż ginąca przyroda. Przeludnienie widać z góry, a teraz potrafię patrzeć z takiej perspektywy. Z okna bloku widać tylko biedę i beznadzieję, która nie jest prawdą, bo na świecie gdzie większość głoduje, jest gorzej niż u nas. No ale u nas facetów tresują ich kurwy i trzymają na smyczy emocji. I pewnie mają rację, bo inaczej ci debile zabijaliby się, jak teraz w Afryce. Dobrze, że ja jestem inny. Dlatego postanawiam sam dla siebie być kurwą, żeby nie mieć społecznej smyczy. A co popiorę innym mózgi to i tak pójdzie na ochronę lasów. No i mordercy nie mają do mnie dostępu. Mam swoja wiarę, dobrą wiarę i nie mogą mnie szantażować.”

Zawarł wszystkich w przekazie i skończył. Nie wiedział, że aby żyć lepiej musiał się jeszcze z nimi pogodzić, uleczyć gniew, wytłumaczyć sobie ich motywy i uwrażliwić się na piękno. Spojrzał w lustro. Oczy mówiły mu, że jest dobrze, ale, że już nigdy, przenigdy nie będzie sam, niezależnie od tego, jak wielką samotnością się otoczy. Odwrócił się do swego oblicza prawą stroną twarzy i spojrzał w niebo. Wiedział, że będzie sam zawsze wtedy, kiedy tego zapragnie. Pomyślał o Hani. Miłość i nienawiść to ciekawe energie, mają ten sam kierunek, różnią się tylko zwrotem. Tak samo jak ją kochał nienawidził ją, co było o tyle szczęśliwe, że przynajmniej zostawił resztę chodzących po Ziemi kobiet w spokoju. Uszanował jej siłę przebicia, w dalszym ciągu mając jej za złe to, co do tej pory sam jej czynił. Przy okazji trochę wymieszał ją z tygrysicą. Był kompletnie wyczerpany, nawet nie miał siły na to aby spłukać z siebie wszystkie wydzieliny z którymi się dzisiaj zmieszał. Położył się i zamknął oczy. Nagle nieznana mu siła nadchodzącego snu urodziła w nim myśl, która spowodowała, że zanotował jeszcze jedno zdanie: „Ciało jest nie po to żeby nim pierdolić, tylko po to aby nim kochać.” Zasnął.

Śniła mu się ciemność. Ciekawa ciemność, taka jakby był w olbrzymim, pustym hangarze. Wiedział, że gdzieś są drzwi, a znaleźć wyjście można tylko trzymając cały czas ten sam kierunek, a po dojściu do ściany iść wzdłuż niej tak długo, aż znajdzie wyjście. Czas, tak relatywny na jawie, we śnie słał się miesiącami, podczas gdy Wojtek torował sobie drogę na zewnątrz. Kiedy już dotarł do ściany, usłyszał głos spikera płynący ze starego, lampowego odbiornika radiowego, głos, który wyznaczył mu kierunek poszukiwania drzwi. Głos relacjonował jego sytuacje tak, jakby czytał wiadomości. „Zastanawia prostota i agresja w wypowiedzi tego chłopca. Jej przekaz zbudowany jest na bazie manii prześladowczej podstawowej, czyli opozycji umysłu jednostkowego do świadomości zbiorowej. Zapomina on jednak, że pochodzi i zależy od tej świadomości. Brak połączenia z cywilizacją owocuje brakiem komunikacji i umiejętności wprowadzenia słusznych zmian w jej funkcjonowaniu. Brakuje myśli abstrakcyjnych, całość jest instynktowna jak przyroda. Jednak chłopiec wie dużo, i ma dobre pomysły, dlatego trzeba go przetransportować z tętna podstawowego do tętna błaznów, aby mógł się nadal rozwijać i wpływać na podstawowych. Emanacja rozpocznie się jak tylko utraci jej świadomość a wulgaryzmy zostaną zastąpione bardziej wyrafinowanym słownictwem, na przykład kamasutrą i ars amandi. Życia jest wart każdy, kto wybiera pocałunek ust przed pięścią. Chłopiec sam musi poszerzyć tę świadomość i odpowiednio ją wykorzystać przy harmonizowaniu człowieka ze środowiskiem naturalnym.” Przekaz urwał się tak nagle jak się zaczął, a Wojtek znalazł drzwi. Zalało go światło, a kiedy odwrócił się, żeby zobaczyć rozmiar budynku z którego się wydostał, okazało się, że stoi na środku lasu i ma koszyk z prowiantem. Słońce świeciło leniwym letnim popołudniem, przebijając się poprzez gałęzie i tworząc przecinające cień snopy światła. W pewnym momencie usłyszał wołanie nad swoją głową. Spojrzał więc w górę ale nie mógł dostrzec niczego, poza ptakami i gałęziami drzew. I wtedy poczuł ból w kostce, przenikliwy jak po uderzeniu. Wypuścił koszyk i spojrzał w dół. Koło jego kostki stał sobie najzwyczajniejszy krasnoludek w czerwonej czapce z miedziana laską, którą się właśnie zamierzał w kierunku Wojtkowej kostki. „Ja śnię” pomyślał Wojtek i nagły ból w tym samym miejscu powalił go na Ziemię tak, że już nie mógł wstać. Krasnoludek luzackim krokiem podszedł do jego głowy i wyparował doń niskim, głębokim głosem.
– Słuchaj koleś, słuchaj uważnie, bo nie mam dużo czasu na takich durniów jak ty. Myślisz że ci się śnię i poniekąd masz rację, ale sen to jedna trzecia twojego życia i trzeba być kompletnym kretynem, żeby nie przywiązywać do tego wagi. Bolało? Bolało, tak więc to cholernie realny sen. Dlatego wolałbym powiedzieć to raz, i żebyś to sobie raz na zawsze wziął do serca, a nie zasłaniał się Freudami, Jungami, psychotroniką czy też sennikami egipskimi, jak już się obudzisz. Powiem to prosto z mostu, a nie w formie zawoalowanej czy symbolicznej, żebyś nie mógł wykręcać kota ogonem. I ostrzegam cię, jeśli dalej będziesz skurwysynem i wykręcisz kota ogonem to już się ci więcej nie pokażę. Zrobi to kto inny.
– Kto? – zapytał Wojtek kompletnie zbity z tropu zdolnościami krasnoludka do czytania myśli, tak jakby zresztą było się czemu dziwić.
Krasnoludek popatrzył się na niego z jeszcze większą odrazą i niechęcią i ściągnął mu czapkę z głowy. Wojtek ujrzał przed sobą czerwony kaptur, który nadał więcej sensu koszykowi z którym szedł przez las jeszcze przed chwilą.
– Kto? Kto? – Krasnoludek przedrzeźniał go bezlitośnie – jak to kto? Wilki! A one już z Tobą nie pogadają, co to, to nie. Już cię widzę, a raczej twoje kawałki rozwłóczone po śniegu.
Wojtek zauważył, że letnia sielanka w której rozpoczął swój spacer po lesie ustąpiła miejsca jesieni, która jak w przyspieszonym kadrze suszyła drzewa dookoła niego i obsypywała go zwiędłymi liśćmi. Wojtek usiadł a krasnoludek, który też zauważył przyspieszone zmiany w przyrodzie, zreflektował się i przestał psioczyć.
– Dobra, ja tu gadu gadu, a do zimy czasu nam niewiele zostało. Zaraz tu będzie i razem z nią pojawią się wilki. To bardzo ważne co mam ci powiedzieć, więc lepiej będzie jeśli się skupisz i zapamiętasz. To ważny sen, dlatego pamiętaj, żeby się nie przestraszyć wilków jak już tu będą, tylko rozkaż sobie głęboko oddychać i obudź się. I pamiętaj, albo przynajmniej zapisz ten sen, dla własnego dobra, bo mi właściwie wisi czy mnie pamięta taki dureń jak ty.
Dookoła nich spadły już pierwsze śniegowe płatki co oznaczało, że trzeba się spieszyć, tak więc Wojtek odważył się przerwać gderającemu krasnoludkowi.
– Dobrze już dobrze, jestem dureń. Tylko proszę, powiedz w końcu, co jest takie ważne.
– No, nareszcie mores. – ucieszył się karzełek – Słuchaj. Hania to ani wiedźma ani morderca uczuć. Zdradzona miłością, której nie rozumie, była zawsze w porządku. Teraz, żyjąc zgodnie z prawem, nagle znalazła w sobie moc bycia lepszą i silniejszą od facetów takich jak ty, którzy traktowali ją jak swoją własność. Tylko dlaczego pomyliła twój sposób wyrażania się z tobą i potraktowała cię jak psa, nie wiem, bo nawet krasnoludki nie wiedzą wszystkiego. Za to wiem, żeś biedaku zastraszony w dzieciństwie przez agresywnego ojca, co ci wcisnął ze mężczyzna jest Bogiem. A to, że natura jest silniejsza od najsilniejszego mężczyzny, który jest tylko jej częścią było do teraz dla ciebie fikcją. Dlatego robisz głupoty, bo wierzysz, że nie ma równouprawnienia. Wilk który tu przyjdzie też będzie ci wciskał taki kwas, że on to łącznik miedzy tobą a Bogiem. Nieprawda. Musisz umieć wybaczyć Hani dla własnego dobra. Ale nie możesz jej wybaczyć dla siebie, tylko szczerze. Musisz pozwolić jej żyć – krasnoludek rozejrzał się bojaźliwie dookoła – bo inaczej sam nie będziesz mógł żyć – dodał zdławionym głosem.
– No dobrze, nic do niej nie mam, tylko nie wiem dlaczego mnie tak potraktowała.
– Właśnie ta niewiedza potrafi cię tak wkurzyć przy każdej podobnej konfrontacji. Tego właśnie, mój przyjacielu, jak ją opanować i zrozumieć, musisz się sam dowiedzieć. Ja spadam.
Krasnoludek nie bawiąc się w dalsze ceregiele ulotnił się, zostawiając drobne przecinki na śniegu. Kiedy Wojtek odwrócił się ponownie w kierunku w którym zniknął krasnoludek, śladów nie było już widać, ale za to całkiem wyraźnie było słychać wycie. Nawet bez rekomendacji krasnoludka Wojtek nie miał ochoty na spotkanie z wilkami. Skorzystał z jego rady i pomyślał o tym, że głęboko oddycha. Po chwili poczuł bardziej niż usłyszał słabe rzężenie, zagłuszane przez zbliżające się wycie. Myślał dalej, oddychał głębiej i głębiej aż zidentyfikował rzężenie z własnymi nozdrzami. Jak już zorientował się, że włada nad własnym ciałem, obudził się szarpiąc do przodu i gwałtownie wciągając powietrze. Jeszcze przez chwilę pogapił się na swędzącą od wielokrotnych kopnięć w ścianę kostkę i podszedł do biurka zapisując do ostatniej linijki, rozpoczętą przed snem kartkę. Później wrócił do łóżka i przyśniła mu się Hania dokładnie tak samo jak wtedy kiedy zobaczył ją po raz pierwszy w tramwaju. Padał śnieg, a lufcik pod którym siedziała był nie domknięty. Szalejąca na zewnątrz zawierucha wpadała do środka pojazdu, obsypując ją łagodnie śnieżnym puchem. Hania siedziała piękna i wyprostowana w aureoli płatków, a Wojtek stał obok niezauważony i zakochiwał się.

Rozdział ósmy: Objęty dąb

Hania dotarła na szczyt Shasta. Stała na tronie okrytym śnieżnym dywanem, z tej wysokości tak miękkim i delikatnym, że nawet znając jakość drogi w dół, chciało jej się turlać po śnieżnej pierzynce. Granica śniegu była też granicą pór roku, bo tuż za nią trwało wczesne lato błyszcząc zielenią pól, nitkami rzek, plamkami jezior i chusteczkami miast. Hania widziała już to wszystko wcześniej i nie z tego powodu kochała szczyty. Wewnętrzna satysfakcja płynęła z dotarcia do celu po medytacyjnej drodze, podczas której potrafiła, jak nigdzie indziej, obserwować swe myśli, odkrywać i pokonywać słabości, które nie pozwalały jej iść do przodu. Fizyczny cel pomagał w oddalaniu niepotrzebnych myśli, poprzez wyjaśnianie i odrzucanie ich mogła iść dalej. Osiągnięcie celu zlewało się z pięknym widokiem i poczuciem naturalnej wyższości nad okolicą. Definiowane na co dzień poczucie czasu zatrzymywało się, a na jego miejsce wchodził pierwotny spokój. Zrozumienie, że wszystko toczy się swoim torem, jest tak, jak być powinno i na swoim miejscu. Teraz, po raz pierwszy Hania zorientowała się, że właśnie tutaj poczucie chaosu znikało i jego miejsce zajmowała różnorodność natury. Chaos umysłów zmieniony na akceptację ich różnorodności okazał się być jej dzisiejszą lekcją tolerancji, pozwalającą na wyrwanie się z kręgu uzależnienia od przypadkowości innych umysłów. Myślała o tym już wcześniej, ale potrzeba było góry, żeby zdała sobie z tego sprawę, żeby odpowiednio zwróciła uwagę na swoje myśli i przestała się trzymać niepotrzebnych rozwiązań. Pomyślała przez chwilę o swym starym upodobaniu do robienia scen i roześmiała się radośnie, przyłapując we wspomnieniach jak bardzo było jej to kiedyś potrzebne. Postanowiła poprawić styl scen, które odgrywała przed innymi ludźmi i głęboko wciągnęła mroźne powietrze. Przestrzeń onieśmieliła ją, a przebudzona tęsknota za lataniem kazała przerwać wewnętrzny monolog, który zatrzymał się na zachwycie. Piękno tego miejsca było uwalniające. Nie wiedziała jak długo stoi chłonąc przestrzeń, wielka i maleńka zarazem. Potem usiadła na chwilę i zamknęła oczy. Ku swojemu zdumieniu nie przestała widzieć, tylko tym razem obrazy przesuwały się pod nią jakby leciała z olbrzymia prędkością, najpierw nad oceanem, a potem nad kontynentem, aby zwolnić nad puszczą i wreszcie zatrzymać się nad masywnym drzewem. Dotarła tam o świcie, kiedy wschód słońca oświetla na różowo mgły wylewające się po kolana w świeżej zieleni, a drzewa brodzą w porannej kąpieli. Drzewo nad którym zawisła jej świadomość stało w środku puszczy ponad dwukrotnie górując nad innymi. Hania otworzyła oczy. Przyszła pora na powrót szlakiem serca.

Kiedy po jęzorze lodowca przełęczy serca dotarła do jeziora Heleny, starzec już tam był. Przyzwyczajona do księżycowego krajobrazu Hania zaakceptowała też zachowania, które w mieście wydałyby jej się ze wszech miar nietypowe. Ucieszyła się ze spotkania i rozbiwszy obóz zajęła swe miejsce przy ogniu, jakby czyniła tak od lat. Pamiętając ich rozmowę zaczęła sama, mając czas na przemyślenie wczoraj usłyszanych opinii.
– Według ciebie jesteśmy kradnącymi pomysły istotami, pełnymi nienawiści, ukrytej i nie leczonej, powściągliwymi, niezdolnymi do komunikacji emocjonalnej poza ekspresją abstrakcjonizmu myślenia. Zagrożonymi, zmuszonymi do pracy trybikami wielkiej maszyny, które cierpiąc w milczeniu i poza systemem, nie potrafią cieszyć się życiem.
– I na dodatek z tendencją do naukowego wyrażania prostych prawd. – Bill roześmiał się.- Teraz mam wnuki na uniwersytecie. Bawi mnie obserwacja jak starają się, aby połączyć w sobie domowy i społeczny sposób bycia bez ranienia swych dusz.
– Nie mogę się z tobą zgodzić, a dowodem jest chociażby dzień dzisiejszy. Trudno powiedzieć, żebym nie potrafiła czerpać z życia radości.
– Jesteś wyjątkiem i dobrze o tym wiesz. Bardzo trudno jest wam się wyrwać z kręgu cywilizacji. Widzę to ponieważ Indianie rodzą się i umierają wolni. Macie ich za głupców ale paru białych, których określacie mianem filozofów i mistyków, prowadziło dokładnie taki sam tryb życia. Weźmy chociażby Matkę Teresę albo wspomnianego już św. Franciszka. Inni pozostali wolni w umysłach, akceptując kulturę w której się narodzili, tak jak Jung albo Tagore. Oni po prostu zaakceptowali, że reszta jest jaka jest. Problem polega na tym, że samemu uwalniając swój umysł, na drodze tego procesu, człowiek uczy się przestrzegać barier, aby nie uwalniać cudzych umysłów a jedynie wskazywać im drogę. Inaczej nie mógłby być wolny, mając na swym karku wielu do prowadzenia, tak jak owce za pasterzem. Tutaj, gdzie rodzący się, pradawnym torem mają wolne umysły, uczenie się barier po fakcie okazało się wyzwaniem, któremu wasza kultura potrafi sprostać.
– Wydaje mi się, że fakty o których mówisz bardzo przyspieszyły ten rozwój.
– Interesuje mnie bardziej kierunek tego rozwoju. Na razie przejmowanie przez was tendencji innych kultur zaowocowało chaosem, głównie z tego powodu, że zawsze upieracie się na tym, żeby być pierwsi, potraficie nawet okłamywać samych siebie. Weźmy chociażby nazwę tego miejsca, po pierwszej kobiecie która tu stanęła. Pierwszej białej kobiecie. Nie licząc mojej prababki, która była jedną z wielu nie chcę się tutaj bić o palmę pierwszeństwa, zależy mi raczej na wskazaniu ile ze spraw w które wierzysz jest oparte na takim kłamstwie.
– Rozumiem, ale nawet nie wiem gdzie zacząć szukać odpowiedzi. Jeszcze przed chwilą chaos był różnorodnością, a teraz znów staje się chaosem.
Bill popatrzył na nią badawczo. Milczał przez dłuższą chwilę ale Hania zauważyła, że nie bawi się w teatralne stopniowanie napięcia, tylko po prostu szuka słów, żeby wyrazić się zrozumiale.
– Chaos powiadasz. Różnorodność. Próbuję sobie przypomnieć jak to się nazywa, czytałem już dawno temu….mam. Maya. Iluzja w hinduizmie. Ocieramy się o to samo pojęcie, tak więc problem ten w twojej kulturze istnieje od kiedy i ona istnieje.
– Mieszasz religie, brzmi to jak torpedowanie szacunku do przodków i nie pasuje mi do twoich własnych zasad.
– Nazywasz mój umysł, bo wierzysz, że tak można. Sami mieszacie religie od kiedy się z nimi zetknęliście. Nazywacie to własnymi osobliwościami odcinając źródła, na tej samej zasadzie na której Helena była pierwszą kobietą, która tu dotarła. Tymczasem bachanalia zamieniły się w karnawał, voodoo odzwierciedliło się w muzeum figur woskowych madame Tussaud, i tylko nazwa została zmieniona aby całość pasowała do waszej kultury. Natomiast jeśli chodzi o brak szacunku do przodków, nie trzeba się było wyrzekać swoich gorszych dzieci i wysyłać ich z Europy. Teraz fundują wam cybernetycznie imperialne piekło, bo jest ich więcej i działają waszymi zwyczajami czyli np. wolno im kłamać, ale według naszych zasad. Ciemność jak w Kali Judze albo Żelaznym Wieku jeśli wolisz. Lubię hinduizm, bo nawet Jezusa włączyli do panteonu nie przejmując się specjalnie, ze jacyś jego wyznawcy chcą mieć wyłączność. Nauczyli mnie, ze Wielki Duch jest również werbalnym aspektem tego samego.
– Gdybym miała twoją logikę pewnie byłoby mi lżej. Gdzie ja tego mam szukać?
– Widziałem cię schodzącą z góry. Miałaś to w sobie. W sobie jest też odpowiedzią, gdzie tego szukać. Uwolnij się od swojego umysłu.
– Poprowadź mnie, proszę
– Uwolnij się od mojego umysłu.
– Proszę tylko o metodę – dodała.
Milczenie zawisło między nimi, przez dłuższą chwilę. Hania czuła się jak na egzaminie końcowym ze studiów. Czuła, jakby jakaś kurtyna opadała, nie pozwalając jej na doświadczenie i poznanie czegoś czego bardzo chciała się dowiedzieć. Wiedzieć zaś oznaczało nie chcieć. Jej błędem, było to, że chciała i nie wiedziała, że nauka, jaka dostanie pokaże jej gdzie i kiedy powinna była przestać chcieć.
– Co widziałaś na szczycie? – zapytał Bill.
– Drzewo – odpowiedziała odruchowo, zapomniawszy, że o swoich zwidach miała nikomu nie mówić. – Drzewo w puszczy. – dodała oznajmująco, widząc jego ironiczne spojrzenie.
Bill zaczął wydawać z siebie dźwięki, uwolnione samogłoski przeciągały tony transformując się jedna w drugą, i patrzył na nią badawczo. Teraz Hania poczuła się zdecydowanie nieswojo. Drgnęła kilkakrotnie rozglądając się nerwowo na boki. Bill skończył wyć i zaczął dukać sylaby. Czuła się jakby strzelał do niej, ale poczucie absurdu znikło, przypominał dziecko, które usiłuje cos powiedzieć, tak więc skupiła się na jego artykulacji. Inaczej nie umiała mu pomóc.
– Pu-cza bia-lo-we-es-ka. – Skończył wreszcie.- Mówi ci to coś? – zapytał, jakby jego zachowanie przed chwilą w ogóle nie miało miejsca. Patrząc na jej skonsternowaną minę, uśmiechnął się i wyjaśnił. – To stara sztuczka, nauczyłem się jej od jednego cyrkowca. Polega na odgadywaniu imienia osoby poprzez badanie jej reakcji na dźwięki. Mimo iż osoba, której imię się odgaduje nic nie mówi, jej reakcje pozwalają na odgadnięcie ciągu sylab. Ciekaw byłem, gdzie drzewo z twojej wizji naprawdę istnieje. Pu-cza bia-lo-we-es-ka mówi ci to coś?
– Puszcza Białowieska! – wykrzyknęła Hania w nagłym olśnieniu.
– No właśnie. Nie rozumiem twojego języka ale właśnie tam stoi twoje drzewo. Odpowiedź zawsze nosisz w sobie. Lepiej nie potrafię ci pomóc. Idź spać i nie zawracaj mi głowy.
Hania zapomniała jak się nazywa, a zdarzyło się jej to po raz pierwszy od wielu lat. Właśnie była świadkiem prostoty myślenia i wyciągania logicznych wniosków i wiedziała, że Bill ma rację. Ale jakaś część jej osobowości buntowała się przeciw tej prostocie, czuła niedosyt analiz i poszukiwań. Prostota rozwiązania była zbyt oczywista, aby uznać ją za prawdziwą. Chciała być prawdziwa i chciała wykorzystać jak najlepiej dany jej czas. Rozkaz Billa kończący najprawdopodobniej na zawsze ich rozmowę wydał się jej niedorzeczny.
– Ale przecież jeszcze tyle spraw można wyjaśnić. Porozmawiajmy, jeszcze chwilę.
– Nienasycenie – powiedział szorstko – logika Watykanu zagarnięta przez Hollywood. Nie ma czasu na dwie wiecznie ścierające się siły, na jednej ziemi, dla ludzi którzy chcą żyć. Teraz jesteś agresorem, który żeruje na moim spokoju i nie rozumiesz tego, usprawiedliwiona szlachetną żądzą poszukiwań. Sama wybrałaś. Mała jeszcze jesteś, więc opowiem ci bajkę. Mit plemienia Achumawi, które było naszym wrogiem przez pokolenia i jest sąsiadem od dobrych trzystu lat. Wszyscy się uczą, my też. Opowiem ci bajkę, żebyś poszła spać, bo nie mam ochoty z tobą rozmawiać. Budowanie argumentu na podstawie właśnie usłyszanej tezy wydłuża rozmowy w nieskończoność i nie przynosi działania tylko marnotrawstwo. Oto ich opowieść: „Po potopie, kiedy wody opadły okazało się, że nie ma ognia. Wszystkie ogniska na świecie wygasły. Nie można było nic ugotować więc ludzie, a pamiętaj, że ludzie to i zwierzęta, wysłali Sowę na szczyt tej góry, żeby sprawdził czy są może jakieś ślady ognia. Sowa wspiął się na szczyt i rozejrzał się. Spojrzawszy dwukrotnie na wschód ujrzał dym wydobywający się z szałasu potu. Szałas potu to ziemianka, która dzięki gorącym kamieniom i wodzie działa jak sauna. Używaliśmy tego typu urządzeń, aby się oczyszczać, wypoczywać, odnajdować swe wnętrze i leczyć, zanim wy jeszcze odkryliście zarazki. Następnie Sowa zszedł z góry i powiedział reszcie co widział. Następnego ranka wszyscy się przygotowali, zaopatrzyli w pochodnie i ruszyli na wschód, gdzie widziano dym. Tylko pies jeszcze ukrył sobie w uchu trochę trocin. Wieczorem dotarli do domu i poprosili o możliwość ogrzania rąk. Pies nachylił się nad ogniem i trociny złapały iskrę. Potem nagle wszyscy wetknęli swoje pochodnie w ogień i zaczęli uciekać. Ludzie zamieszkujący chatę byli bogami i urażeni takim zachowaniem spowodowali, że zaczęło padać. Wszystkie pochodnie zgasły. Zachowała się tylko iskra w psim uchu.” Tylko dlatego wszyscy dziś mogą cieszyć się ogniem. To jeden morał. A drugi, specjalnie dla ciebie brzmi: Przestań ganiać po obcych ludziach i kraść im ogień wiedzy. I tak deszcz ci go zgasi. Przestań się przymilać do starców, zachwycać swym doświadczeniem w panowaniu nad mężczyznami i wracaj do tego, którego potraktowałaś jak psa. Tylko w jego uchu znajdziesz prawdziwy ogień i swoje miejsce. Kobieta tylko wtedy panuje nad mężczyzną kiedy czyni to w równowadze i od dołu. Dopóki się nie nauczysz tej równowagi, nie masz czego szukać w świecie. Nie rozumiesz rad w ponad religijnym języki filozofii, może trafi do ciebie taka prosta indiańska zasada. Idź już spać, biała squaw.
Hania ukłoniła się nisko i poszła do swojego namiotu. „Kawa na ławę dla idiotek” pomyślała i ani nie była wściekła ani go nie nienawidziła. Kiedy zasypiała, zwinięta w kłębek jak kotek w namiocie na jeziorze Heleny, mając przed oczyma dąb z puszczy białowieskiej, czuła się szczęśliwa a Wojtek radośnie ujadał jej w duszy. Dziura w jej duszy została załatana. Już nie czuła, że musi być wszechmogąca w zamian za uwolnienie się od uciążliwego chłopa. Wiedziała już, że nie jest bogiem. Wiedziała co zrobić aby już się nie miotać po powrocie do domu. Miała wspaniałą pracę i życiowe cele poza nią. Wszystko okazało się prostsze niż myślała. Proste, traktowane dotąd jak prowincjonalne polskie pozdrowienie „siemanko” nabrało znaczenia. W końcu „się miała” znając i wady i zalety swojej osoby. Znając mogła rozwijać jedne i redukować drugie i nic nie musiała chcieć na zabój. Życie, które tworzyła sobie sama, zaczęło jej wystarczać. Do Wojtka wróci, jak dojrzeje do współżycia z nim. Poza tym, zawsze uwielbiała przyrodę, kochać no i rozwijać się. I podróżować.

Schodząc w dół cieszyła się, że wszystko jest takie proste, duch wolnej przyrody zamieszkujący górę zapanował nad jej umysłem i emocjami tak, jak niegdyś jej ojciec, tak, że sama zaczęła mówić do siebie jak się rozwijać, zamiast przelewać swój obowiązek doskonalenia się na niego. Rozważała swoje dotychczasowe życie, które ukazywało się jej w rytmie, w którym przyroda powoli zarastała drogę, w miarę opuszczania granic wiecznego śniegu. Lubiła jakieś duperele nie mając nawet świadomości przywiązywania do nich wagi, postanowiła więc pilnować swego przywiązania do przedmiotów, żeby się ich kurczowo nie trzymać. Ujrzała swoją piwnicę, pełną pamiątek po przodkach i zorientowała się, że lepiej zna stół po pradziadku niż jego samego. Aż się wzdrygnęła na swoją dotychczasową głupotę, snując refleksje nad własnym światopoglądem. Próbowała odnaleźć ślady religii i tradycji w swej ateistycznej, ale porządnej rodzinie, pełnej ludzi o których wiedziała, że są dobrzy. Szamanizm obecny w wielu religiach był dla niej nadal zbyt obcy, żeby się z nim utożsamić. Chyba najbliżej było shinto, ale takie, które objęło kod moralny konfucjanizmu a następnie zostało przeobrażone w marksistowski materializm. Zachwyt nad mijanymi drzewami przerywał jej dywagacje, tak jak radosna pustka oczyszcza umysły mnichów Zen i medytujących joginów. Jedyne co się jej udało opracować, zanim dotarła do miasteczka, to klucz najważniejszych spraw, o których musiała pamiętać aby poruszyć proces, który do tej pory trwał w stagnacji. Dawał jej perspektywę radosnej pracy po powrocie do domu. Odczuła w pełni, że im więcej działa zgodnie z tym co wie, tym bardziej żyje pełnią życia stając się nietykalną na negatywne wpływy. Zrozumiała, że intencją wszechświata nie było traktowanie siebie i innych ludzi podobnie jak przedmioty, tylko wszystkiego, włącznie z przedmiotami po ludzku, szanując ich miejsce w przyrodzie. Podobało jej się życie w świecie, w którym wszystko zajmowało swoje naturalne miejsce, a sny nie były psychosomatycznymi reakcjami w mózgu, tylko miały sens i znaczenie. No i Wojtek. Był wystarczająco daleko, aby móc o nim pomyśleć ciepło i na spokojnie. Tylko jego głupia i zachłanna, ale szczera miłość uratowała ją przed zamrożeniem w tym punkcie życia, więc tylko miłość do niego pozwoli jej dalej żyć. Jeśli Wojtek nie zrozumie odrębności i w oparciu o zwyczaje będzie ograniczał jej wolność, będzie musiała zniknąć, ale tym razem bez gniewu i na pewno należała mu się rozmowa. Już mu nie ulegała i nie mógł uczynić jej uległą, chyba że sama chciałaby w ten sposób nad nim zapanować. Nie miała takich intencji, za to miała siłę na takie spotkanie. Dotarła do miasteczka i złapała okazję do Reddling. Do odlotu zostało jej jeszcze trochę czasu, który spędziła w internecie szukając swojego dębu. Po przejrzeniu zdjęć rogalińskiej alei i panoramicznej projekcji Bartka w końcu znalazła stronę informującą o dębach w puszczy białowieskiej. Aż się zachłysnęła prostotą czasów w których żyła i nieograniczonym dostępem do informacji. Wystarczył komputer w Reddling, żeby znaleźć dokładny adres drzewa na drugim kontynencie. Dąb miał 650 lat, był całkowicie żywy i nadal rósł, jego pień bez korony miał 11 metrów. Drzewo stało sobie czterdzieści metrów na wschód od torów w 252 obszarze o sześćset lat od niego młodszej kolejki wąskotorowej.

Do puszczy Białowieskiej daleko nie miała. Mimo iż po powrocie miała tylko jeden dzień na zaaklimatyzowanie się, pożyczyła samochód i ruszyła w drogę. Czuła, że wpadła na wspaniały pomysł i tylko konsekwentne doprowadzenie go do końca pozwoli doświadczyć zmian, pozwalających jej na nowe podejście do życia. Wracając do kraju już na lotnisku stwierdziła, że każdy widzi kompletnie co innego, a interpretacja kolorów i kształtów zależy od indywidualnego oka. Jedynie język uczy je utożsamiać z odpowiednimi słowami i tylko dlatego dochodzi do pozornego porozumienia, różniącego się zresztą wraz z używanym językiem. Zachłysnęła się zrozumieniem, że tak jest naprawdę w porządku, dopóki tylko obie strony pamiętają o różnicach postrzegania. Ilość pracy i tempo narzucone przez świat zewnętrzny zmusiły ją do pośpiechu. Wyprawa do dębu, jako prywatny luksus nie połączony z pracą zawodową, z nieznanego jej powodu, urosła w jej głowie do akcji konspiracyjnej. Spieszyła się i działała pod napięciem, wywołanym, z czego nie zdawała sobie sprawy, przez działanie samemu, bez konsultacji z innymi. Zachowanie, które kilka dni wcześniej przez nią samą nie byłoby akceptowane. Tradycyjna świadomość narodowa Polaków, oscylująca pomiędzy ortodoksyjnym katolicyzmem i kapitalistycznym instrumentalizmem nie dawała pola na nic pomiędzy. Przynajmniej tak się jej wydawało, bo kiedyś sama taka była, a innych Polaków jeszcze nie poznała. Będąc pomiędzy, czuła się odrzucona przez oba bieguny, nie mając nawet świadomości psychicznej tego faktu – była przecież Polką i czuła że jest w domu. Zmiana w jej myślach zaowocowała stwierdzeniem, że ludzie mają do niej szacunek kiedy wie co robi, inaczej ma kłopoty. Do tej pory każdorazowy konsekwentny zwrot w jej życiu, po którym stwierdzała, że będzie robić coś innego był motywowany przez innych. Teraz urzeczywistniała swój własny pomysł. Nie miała oparcia, sojuszników i nie wiedziała czy są jacyś wrogowie. Złośliwe docinki, związane z wyborem wegetarianizmu, którymi męczono ją na rodzinnych obiadach przypominały jej, że każdy mógł być przeciw niej. Postanowiła kochać wszystkich po równo, ale działać tylko według własnych wyborów, nawet jeżeli z kiedyś obiektywnego punktu widzenia miałaby się z nimi nie zgodzić. Odkryła, że cywilizacja była wystarczająco szalona na to, aby ona sama miała prawo konsekwentnie nie wiedzieć co robi, godząc się na to, by teraźniejszość wiedziała za nią. Rozładowanie negatywnej energii w tu i teraz stało się jedyną istotną sprawą. Trzeba było tylko nauczyć się ją rozładowywać, a drzewo stało się kluczem. Do Białowieży dotarła popołudniem, zaparkowała samochód i zaopatrzona w mapę sektorów poszła w las.

Według map sektorowych dąb stał dokładnie w połowie drogi między Białowieżą i Narewką. Jej wyprawę trudno było nazwać tradycyjnym spacerem po lesie. Hania przypominała raczej bardzo zajętą osobę pędzącą po centrum metropolii w dniu strajku komunikacji miejskiej. Dziesięć kilometrów do celu pokonała bez przystawania, poza niezbędnymi dla zlokalizowania siebie na mapie postojami. Kiedy już dotarła do dębu, nie wiedziała nawet czego szuka. Obeszła więc gruby pień ze wszystkich stron, badając grunt. Ziemia wszędzie była równa, tak więc to czego szukała nie mogło być zakopane. Bez specjalistycznego sprzętu nie mogła się wspiąć na drzewo, na którym zresztą wisiała tabliczka, że jest pod ochroną prawną, tak więc korona pozostawała niedostępna dla badań. Próbowała oddalić się odeń na tyle aby objąć wzrokiem całe drzewo, może to kształt, albo okolice miały być dla niej wskazówką. Jedyne co udało się jej odkryć to fakt, że zmierzchało, tak więc jej konspiracyjnie ukryta wycieczka, wyrzuciła ją w środek puszczy na noc. Nie zdążyłaby już z powrotem do samochodu, więc pełną atrakcji noc miała zapewnioną, biorąc pod uwagę że nie wzięła ani namiotu ani kompasu. Miała za to być w pracy następnego dnia w południe. Pomyślała ponuro, że przynajmniej spóźnienie uda się jej uprzedzić, jak już dotrze do zostawionej w samochodzie komórki, bo do południa na pewno tam dotrze. Zdecydowanie, jeśli chodziło o projekty innych, była bardziej odpowiedzialna pomyślała jeszcze, i oddalając od siebie kłopotliwe fakty i działający przeciwko niej czas, powróciła myślami do drzewa. Skoro już tu z nim jest, nie pozwoli światu na odbieranie jej tej chwili. I wtedy przypomniało jej się angielskie określenie „treehugger” oznaczające ludzi którzy obejmują drzewa. Biorąc pod uwagę rozmiar pnia mogła się co najwyżej weń wtulić, bo do objęcia potrzeba by było co najmniej jedenastu Hań. Niczym urażone, że mu przerwano zabawę dziecko, podeszła do pnia jak do matki i wtuliła się weń zamykając oczy. Wrażenie nadeszło chwile później i niewiele miało wspólnego z murem Zamku świętego Anioła. Fala energii, którą zwizualizowała sobie jako masę zielonych bąbelków przepływających przez nią, podobnie jak przez szklankę wody sodowej, ogarnęła ją od stóp do głów, przynosząc falę optymizmu i spokój. Strefa ciszy na którą się otworzyła była absolutna. Hania poczuła się cierpliwa i zaakceptowała wszystko takim jakie jest, bez zbędnych myśli. W miejscu, określanym przez kilka azjatyckich kultur jako trzecie oko widziała zieleń, mającą wszystkie możliwe odcienie, a wiek drzewa i jego pozbawione walki doświadczenie opowiadało Hani kolorem i drganiem, że nigdy nie ma się czego bać. Udało jej się otworzyć oczy i delikatnie pocałowała szorstką korę. Długo jeszcze siedziała oparta o pień i mimo, ze dookoła było już ciemno, jej wewnętrzne światło opowiadające o błogości tu i teraz nie gasło.

Rozdział dziewiąty: Taniec barbarzyńców

Zupa stojąca na kuchence gazowej w mieszkaniu Wojtka miała ten charakterystyczny wygląd, który budziłby pytanie każdego gościa, czy ona już, czy też może jeszcze się rusza. Kwiaty powoli zaczynały więdnąć, a do połowy zasłonięte żaluzje nie pozwalały na dokładne określenie pory dnia. W głowie Wojtka nadal było czarno jak w nocy. Przebudzony przez tygrysicę wojownik, świadomość istnienia morderstwa i obrony, którą zdobył, zamrażała dominację ludzi nad jego myślami i ciałem, jeśli próbowali go opanować myśląc o nim w kanonach z jego przeszłości. Już od kilku tygodni funkcjonował jak drapieżca, którego ofiarami byli inni drapieżcy. Nawet w pracy, coraz częściej jego tłumaczący głos miał więcej siły od głosów zatrudniających go rozmówców. Wojtek nie wiedział o tym, że broniąc się swym tańcem muskułów udawało mu się wprowadzać pozytywną atmosferę. Nie wiedząc zaś, że jest sprawcą sam tkwił w martwym punkcie, zapisując wieczorami przeżycia, podobne do tych, które odczuł w dniu porzucenia przez Hanię. Późno wstał i wałęsał się po domu, usiłując uporządkować wczorajsze notatki i wyrwać się z bez decyzyjnego chaosu. Wiosna minęła, czerwiec przygrzewał, ale on nic nie widział, zagubiony w poszukiwaniu odpowiedzi wewnątrz siebie. Działał ciałem i stał się ciężki, dzięki kolejnej, powietrznej walce na muskuły w autobusie. Ciężki, oznaczało, iż jego wibracje stały się odczuwalne przez wszystkich, ale on jeszcze nie nauczył się odczuwać i wyodrębniać tych, którzy chcieli go zdominować i atakował na oślep. Nadal zastanawiał się, za co nienawidzi tak bardzo kobiet, które jeszcze wiosną nie były przez niego nawet zauważane na dłużej, niż na czas pozdrawiania starych znajomych z podstawówki. Dziś wiedział, że coś istotnego umykało mu przez wiele lat. Czuł jak tupią przenosząc swoje ciężkie ciała gdzieś w bloku. Tupanie to porażało go nie pozwalając na skupienie, niwecząc próby doprowadzenia do końca najprostszych czynności. Ciało miał słabe i opróżnione z energii. Kiedy zaczął robić pompki, tupanie nasilało się, dołączały do niego podniesione głosy oraz szum wody. Czuł jak przytłacza go ogromny ciężar. Zacisnął zęby i nadal próbował ćwiczyć, aby pozbyć się kiepskiego uczucia niemocy. Zrozumiał, że obudził się praktycznie uduszony przez tę energię, zupełnie jakby wszystkie starsze panie i dziadkowie w bloku byli otoczeni paraliżującym polem siłowym, którym go atakowali. Nie zezwalali mu na nic, poza położeniem się na wznak i śmiercią. Nie wiedział za co go tak nienawidzą, ani jak to się stało, że do niegdyś nie istniejące wrażenie, dziś wydało mu się być najistotniejszym ze wszystkich. Nie wiedział, że do wcześniej byli obecni w jego głowie i myślach, a dzisiaj stali się tylko ciałami mówiącymi prawdę o ich obrazie świata – pełnym nienawiści i kontroli wszystkiego co żyje, bez dawania wyjaśnień dotyczących ich celów. Wojtek musiał jakoś pokonać dławiąca go, zazdrosna nędzę, będącą jedynie normalnością czasów ich młodości, połączoną z podobną jak u niego manią prześladowczą, z której wykurować mógł się jedynie nie powtarzając ich błędów.

Z rozmyślań wyrwał go telefon. Mimo że już dawno temu ustawił dzwonek urządzenia na łagodny, jego tembr a może to były wibracje osoby, która chciała się z nim skontaktować spowodowały, że zerwał się z fotela, podskakując jak na alarm. Przebiegł przez pokój próbując nabrać głęboko powietrza i potrząsając głową tak, aby jego głos zabrzmiał trzeźwo. Kompletnie irracjonalne poczucie, że nie wypada być sobą, ani myśleć o tym o czym myślał, owładnęło nim. Brak wyjaśnienia po co właściwie ma się tak zachowywać nie wydał mu się irracjonalny kiedy pajęczyna stresu powoli zaciskała się na jego głowie. Jego szefowa przywołała go do porządku jak niegrzecznego ratlerka, zanim jeszcze zdążył powiedzieć „halo” do słuchawki. Jak gdyby wiedziała kiedy dzwonić w jego wolne dni, żeby przyłapać go na grzesznym nieróbstwie.

– Wojtuś? Jeszcze śpisz? O dziewiątej? – umiejętnie przemilczała, że ma wolne – Niektórym to dobrze – westchnęła nieszczęśliwie i załapawszy że już połknął poczucie winy wystartowała jak karabin maszynowy, rozstrzeliwując serią dialektyki jego wolny dzień i spokój. Ubezwłasnowolniony tembrem jej głosu, wisiał przykuty jak niewolnik do słuchawki. Ani ona nie wiedziała, ani Wojtek nie pamiętał, za co mu jest tak przykro, że uważa takie zachowanie za odpowiednie. Wiedziała za to, że takie uczucie u mężczyzn można wykorzystać w pracy zamiast leczyć, i zaczęła załatwiać swoje sprawy. – Jutro przyjeżdżają Turcy w sprawie dystrybucji naszych tytułów ilustrowanych w ich obiektach turystycznych nad morzem Egejskim. Samolot przylot ma na dziesiątą, czekamy z szefem sprzedaży i przedstawicielem centrali za kwadrans, w kawiarni na lotnisku. Dokumenty masz w majlu. Jeszcze nie przejrzałeś majli?? Prawda. Zapomniałam że pan późno wstaje. MAM mnóstwo pracy. Aha, i jeszcze na tych fakturach które oddałeś za wizytę z Francuzami w restauracji jest błąd. Spowodowałeś poważny problem firmie przepisując błędnie nazwę spółki. Wstałeś już, to świetnie i do jutra. Wszystko w porządku?
– Tak… – zdążył powiedzieć, w zasadzie odpowiadając tylko na ostatnie pytanie, ale zanim nabrał powietrza, żeby rozwinąć swoją wypowiedź, połączenie skończyło się.

Wyłączyła się zanim Wojtek w ogóle zdążył się odezwać. Doprowadzenie przed chwilą usłyszanych danych do porządku z rzeczywistością, wymagało od niego odnalezienia terminarza. Udało mu się wydedukować, że na pewno ma jeszcze jeden dzień wolnego, dzień, o którym nie wspomniała. Dopiero po przeczytaniu kilku miesięcy wstecz, udało mu się przypomnieć sytuację, kiedy już po negocjacjach, był jeszcze wieczornym przewodnikiem francuskich biznesmenów. Nudził się wtedy niemiłosiernie, opowiadając historię głównych ulic metropolii i warszawskie legendy po raz kolejny. Pamiętał, że oddał fakturę szefowej, a ona przeczytała ją i odłożyła. Powinna już dawno temu być przerobiona przez księgowość. Faktura nie szefowa. Przyczepianie się do tego po kilku miesiącach, wyglądało jak zmiana tematu, że by sobie nie przypomniał o dniu wolnym. A on jak ta krowa nic nie powiedział, tylko został po raz kolejny ofiarą mobbingu. Nikt go bądź co bądź, w dobrej pracy nie trzymał, jeśli miał ochotę mógł odejść… Mało tego, czekają na niego jutro na lotnisku…. Lubił tę kobietę ale nie lubił nieuczciwości. Myśl była kompletnie irracjonalna, ale poczuł się jak jej własność, kiedy powiedziała „MAM” z takim rozkazującym, mocnym akcentem. Zupełnie jakby był jej własnością. Granica między pracą, a czasem poza nią, zdawała się zacierać. Różnica między wczorajszym i dzisiejszym Wojtkiem polegała na tym, że dzisiejszy nie czuł się winny. Poczuł też zupełną obojętność w kwestii zatrzymania pracy. Nie bał się, wiedział, że da sobie radę i miał dosyć instrumentalnego traktowania. Usiadł do komputera i wysłał jej mejla:

Szanowna pani Anno,
zaniepokoiła mnie sprawa faktur – widać kelnerzy, krnąbrni, przepisali z błędnie wydrukowanej wizytówki, a nie z tego, co im powiedziałem. Popełniłem ten sam błąd co Pani – nie przeczytałem faktury po jej otrzymaniu. Nie dostałem też papierka traktującego moją jutrzejszą pracę jako nadgodziny. Nie mając dowodu, że skrócono moje wolne, nie idę na lotnisko i nikogo nie tłumaczę.
Pozdrawiam bardzo szczerze
Wojtek

Już miał go wysłać, kiedy dotarła doń fala nienawiści. Zupełnie jakby wyczuwał furię swojej szefowej i presję, aby wszystko stało się po jej myśli. Jej miłością była firma a nie ludzie. Zrozumiał, że wszystkie informacje na jego temat, a z tzw. wyjazdów integracyjnych, miała ich nie mało, zostaną wykorzystane przeciw niemu. Zdusi go w sieci manipulacji i rozkazywania, jeśli trzeba będzie to zakrzyczy, drążąc winę, żeby go tylko mieć. Sama zresztą powiedziała MAM. Wojtek czuł, że nic jej nie zrobił i nie jest jej nic winien, tak wiec go nie ma, ale żeby uprzedzić pełne gróźb telefony, dodał jeszcze P.S.

PS. Zapraszam przed swój blok w przyszły czwartek na 7.00 rano, kiedy to na balkonie, pod brzemieniem katolickiej winy, narzuconej na me niedoskonałe samcze ego przez doskonałe i perfekcyjne kobiety, w prawdziwie protestanckiej odpowiedzialności będę popełniał barbarzyńsko ortodoksyjne harakiri plastikową łyżeczką do jogurtu. Obiecuję, że aby nikomu z szanownych widzów nie zabierać jakże cennego w naszej globalnej wiosce czasu, będę się śpieszył. Jeżeli mi się nie uda, albo zaśpię, reklamacje nie będą uwzględniane.

Teraz był zadowolony. Nie bał się. Do tej pory napełniająca go wina, mania posłuszeństwa zmuszająca do słuchania się wszystkich wielkich bab i dusząca chaotycznie wykrzykiwanymi słowami – rozkazami zaczęła mieć logiczne oparcie w rzeczywistości, co pozwalało na wyleczenie się z niej. Wielkie kobiety po prostu były od niego silniejsze zgodnie ze znaną z boksu zasadą kategorii wagowej, a wrzaski, były werbalną demonstracją siły. Nie bojąc się, słyszał tylko stukanie, które nie wchodziło już do jego głowy, rozwijając maniakalne myśli, tylko informowało i miejscu pobytu starszej pani w bloku. Źródeł, które rozwijały jego myślenie w kierunku negatywnym mógł się dopatrywać tylko w czymś, co kiedyś zostało mu powiedziane a on to wziął za trudny do zrewidowania, odkładający się w jego naturze dogmat. Kobiety nie były jego wrogami, a on nie miał zamiaru być ich ofiarą. Teza, że jako słabsze, skrzywdzone, odrzucone i solidarne stworzyły spisek przeciwko wszystkim mężczyznom nie miała sensu, ale normalny wniosek, że takie ich zachowanie może mieć związek z posiadaniem nieznanych mu instynktów macicy mógł zostać rozważony. W końcu nie wchodził w nie głową tylko fiutem, a fiut tak samo nie ma mózgu jak i macica. Najwidoczniej organy te wpływają na mózg w inny sposób i obie strony są tak samo durne w pewnych kwestiach. Nic dziwnego, że potrafią sobie czasem deptać po odciskach. On sam widział wiele z nich jako głupie blondynki albo kury domowe, a siebie utożsamiał z Bogiem. Gdyby nie poznał drżenia, udowadniającego mu, że jest jakaś większa od niego siła, nigdy by nie wpadł na dzisiejsze rozwiązania. Czuł się już na tyle swobodnie, że postanowił iść do sklepu po mleko i bułki.

Spacer po zakupy okazał się być wyprawą na Marsa. Tym razem Wojtek został osaczony przez energie ludzi żyjących w dualizmie. W momencie, w którym odkrył, że człowiek jest otoczony bąbelkiem energii i te bąbelki ze sobą reagują, mógł już obserwować te reakcje zachowując własną tożsamość. Jego rodzinna ulica okazała się dżunglą walki o władzę. Ubrani na kolorowo grubi faceci usiłowali go rozsadzić, wchodząc swoją energią od tyłu, powodując wytrzeszcz i wzrost tętna, inni, ubrani na czarno powodowali, że martwiała mu prawa strona ciała napełniając się bólem. Zaobserwował też dziwne zachowanie skóry na twarzy, kiedy te głupie blondynki się na niego patrzyły, wcale nie pozytywnym wzrokiem. Grube kobiety przepychały go chodząc w swych pancernych, żelaznych bąblach, i tylko dzieci mijały nie dotykając, tylko pozwalając żyć, tak jak on im pozwalał. Podobnie zachowywali się niektórzy chłopcy i dziewczyny, chociaż w ich oczach były już granice. Na komunikaty werbalne już nie zwracał uwagi, tylko na powiązane z nimi odczucia fizyczne. Jego ciało co rusz bolało, sztywniało, trzęsło się albo zastygało w utracie celu swej drogi. Nie dotarł do sklepu, rzuciwszy się do jakiejś klatki schodowej, opisał to wszystko w przezornie zabranym ze sobą notesie zanim zapomni. Przeczytał, stwierdził, że sam sobie wydałby skierowanie do wariatkowa, gdyby nie wiedział co czuje. Płuca miał płytkie a serce waliło mu jak młotem. Podejrzewał, że jest w takim samym stanie jak zawsze kiedy się spieszył, aczkolwiek teraz mógł myśleć o swoim ciele, a wtedy zajmował się tysiącem ważnych spraw, głównie podyktowanych mu przez innych ludzi. „MAM” jego szefowej nabrało sensu i już się nim nie denerwował, tylko zastanawiał się docierając do mieszkania jak nauczyć się nie być niewolnikiem, bez udziału w tej przestrzennej bijatyce na bąbelki. Kluczył i ukrywał się jak podczas wojny. Ludzie dziwne stworzenia nie mówili o swoich uczuciach, tylko odczuwali nie przyznając się do tego. Myśl ta była prawdziwa wojną w jego umyśle, a plany ochrony własnego bąbelka wszystkim, na czym mógł teraz skupić. Miał szczęście, że nie trafił na nikogo, kto by chciał trwale opanować jego bąbelek, jedynie odczuł ich istnienie. Nie chciał zostać opanowany, nie wiedział co się z nim wydarzy, czy nadal będzie słyszał tupot, czy też zamieni się on w jego głowie w jakieś niepotrzebne myśli. Najważniejsze było odnaleźć sposób na ochronę bąbelka. Zastanawiające były szczególnie piękne kobiety, ubrane na czarno. Tygrysice z konspiracyjnym poczuciem pogardy dla władzy mężczyzn i wywołujące cień winy, napędzający do pracy taką władzę. Ich cios był szczególnie bolesny i zawzięty. Jego szefowa mimo zwalistej budowy była taka sama. Zawsze podkładała mu się, zachwycając tym, jakim jest mężczyzną, co bardzo mu schlebiało. Hania była podobna, ale inna – zawsze kłamała podkładając się mu, ale w swej głupocie szanowała jego męskość i nie manipulowała nim świadomie. Była tylko tym, co sobie wyobrażał, a poznawszy głębię jej duszy odkrył, że zawsze potrafiła gdzieś pozostać sobą. Utrzymanie przed nim sekretu zasługiwało na szacunek. Wiedział, że ona ma do tego prawo. Ale będąc nieświadomą stała się jego szatanem, a może uczyniła zeń szatana, w momencie odkrycia swych kart. Wiedział, że nie chciała tego, bo nie wykorzystała go jak szefowa, tylko uczyniła to odchodząc na zawsze. Teraz już też jest pewnie świadoma i wykorzystuje innych, mszcząc się za jego równie nieświadomą presję. Nie czuł się winien temu, że się urodził facetem i gdzieś we mgle natężenia myśli miał przebłysk, że może wszystko naprawić, jak tylko rozprawi się z trzema szóstkami wypisanymi na czole każdej mijanej baby.

Telefon matki zastał go zaczytującego się ezoteryką w internecie. Jej głos, jak i aura, zanurzyły go w strefę bezpieczeństwa. Mama była wesoła i krotochwilna.
– Hej synku, jak ci idzie w pracy?
– Dobrze mamo, właśnie musiałem wysłać parę mejli, że by ustawić płacę. Wiesz na razie mam wolne. Muszę za to wyrzucić z siebie ludzi z pracy i ich sprawy, żeby móc być spokojniejszym.
– Jak to wyrzucić ludzi? Nie bardzo rozumiem co mówisz.
– Widzisz mamo, odkryłem, że najważniejszy jest spokój wewnętrzny. To taki czas wszechświata, a nie definiowany przez ludzi – Wojtek sam się sobie zdziwił z lekkości formułowania. Chcę pogodzić się ze światem takim jaki jest, zaakceptować to co się dzieje bez nerwowej walki i równocześnie pozostać z boku, żeby zawrotne tempo ludzkich działań nie przytłaczało mnie.
– Rozumiem, że pokłóciłeś się z Hanią i zaczynasz filozofować. MAM nadzieję, że ci to przejdzie.
– Chyba nie przejdzie dopóki się z tym nie uporam. Ludzie w pracy może są i inteligentni i dobrzy, ale nie są mądrzy, bo stale jeszcze się szarpią o czas i pieniądze. Mam wolne, nie chcę mówić o pracy. Wolę oczyścić umysł z takich poziomów komunikacji jakie tam mają miejsce.
– Tak, dobrze – ucięła sucho. – pamiętaj tylko o swoim stanowisku i prestiżu. To doskonała praca na twoim resume. Boję się, że jak zaczniesz się zastanawiać to ją stracisz, tak jak już to było z mistrzostwem polski juniorów. Słuchasz mnie kochanie?
– Tak mamo, ale sam…
– Aha, byłam dzisiaj w supermarkecie – wcięła się, zagłuszając jego myśli – i mają wyprzedaż strojów zimowych, powinieneś tam iść i wybrać sobie sweter.
– Dziękuję ale wiesz, że kupuję jak potrzebuję i tylko w tanich ciuchach, gdzie są nietypowe rzeczy i można znaleźć coś, co mi się spodoba.
– Mają spodnie, potrzebujesz spodni, nawet widziałam na lato krótkie spodenki.
– Dziękuje mamo, pamiętasz że większość supermarketowych ciuchów ląduje w darach, nie potrzebuję teraz ubrań i dziękuję.
– Pokaże ci te spodenki, zaraz spakuję katalog i ….
W Wojtku coś pękło. Nie wiedział co to było ale zalał go ból z głębi, poczuł się kompletnie nieprzygotowany na odparcie jeszcze jednego ataku. Zaskoczony w domu i przez osobę którą kochał i przy której dotąd czuł się bezpieczny, wydarł z siebie zraniony krzyk wariata w amoku:
– Nie chcę żebyś mi pokazywała! Nie interesuje mnie to. Nie widzisz że mnie boli ciągła rozmowa na ten temat! Nie chcę!
Rzucił słuchawkę. Czerń depresji wróciła z uderzeniem które pewnie by go złożyło na pół, gdyby nie fakt, że sytuacja taka już miała miejsce, komputer był włączony na stronach o przygotowywaniu ochrony i wiedział już jak się bronić. Mimo to, zanim otworzył oczy i spojrzał w niebo spędził sporo czasu leżąc na łóżku, na które upadł po gwałtownym zakończeniu rozmowy. Świadomość że mama była jak wszyscy, że żył jej strachem, że sam był jak wszyscy, próbowała zdusić jego potrzebę wyjścia z kwadratu i wybory wolnej i równie nieprzewidywalnej, jak sztuczna, rzeczywistości. Leżał tak nienawidząc siebie, przez którą tą chmurę myśli, raz tylko na jakiś czas przebłyskiwały błyskawice jasne i pozytywne. Właśnie te świetlane myśli pomogły mu zapanować nad roztrzaskaną przed chwila własną aurą, dobrym nastrojem. Pojawiły się w nich pozwalające mu żyć argumenty. „Gdyby kazała narąbać drew albo iść na polowanie” łatwiej byłoby zrozumieć, uśmiechnął się w końcu do siebie. Poznał swą słabość, powód dla którego drżał. Była nią nieznajomość własnej rodziny. Skoncentrował się na głębokich oddechach leczących ból w boku, wywołany przez to, co czuła jego matka. Aby powstrzymać wprowadzone weń przez nią uczucie rozkładu, musiał zrozumieć kim jest kobieta, którą do dziś postrzegał jedynie przez pryzmat matki. Była przecież i żoną, i nauczycielką, i koleżanką, i kierowcą, a on nic o tym nie wiedział, wpatrzony w siebie tak, jak ona była w niego. Jedyne co ich różniło to styl postrzegania tej samej osoby.

Wojtek widział wielu grubych cukrzyków zapieszczonych przez matki na smutnych grubasów. Dożywocie w klatce matczynej miłości było silne i wygodne, żadna kobieta nigdy nie odważyłaby się podporządkować mężczyźnie stosownie do sformułowanych przez jego matkę wymagań. Odchodziły od takich, skazując ich na zostanie wiecznym skurwysynem. Odrzucenie takiego związku nakazane było przez najmniejszą nawet świadomość i instynkt rozwoju, bo żadna kobieta nie potrafi być służącą, pielęgniarką, matką, kurwą i sprzątaczką bez skutków ubocznych. Wojtek odczuwał to na własnej skórze, był niedobrym chłopcem, rżnął panienki jak podstawki i z kobiet w okolicy została tylko mama. To był ten moment, kiedy nie liczyło się nic innego, kiedy zawiódł wszystkie „MAM” w swojej głowie, a myśli innych, w które wierzył przestały działać jako jego własne, stając się wyobcowanymi, niezależnymi wrzaskami porzuconych, demonami bólu i nienawiści rozsadzającymi mu mózg, a następnie ciało. Żeby żyć, musiał to jakoś naprawić. Na rozwinięcie w sobie schizofrenii szpitalnej nie miał najmniejszej ochoty. Na nienawiść też nie. Odnalezienie w głowie głosu miłości i spokoju było jedynym dlań rozwiązaniem. Ale wszyscy ludzie stali się tylko głosami w jego głowie. Pojawiały się te głosy w jego myślach wszędzie tam, gdzie był za leniwy, aby wyrobić sobie własne zdanie i opierał się na doświadczeniu innych. Teraz kłóciły się ze sobą, tak jak rodzice, którzy się rozwiedli. Głos Hani znikł, zastąpiony pustką. Stał się zerem pomiędzy jedynkami, powodem dla którego zawiesił się system jego myśli. Mózg może działa jak komputer, ale nie człowiek, tak więc można wygrać z niemocą. Musi być mężczyzną, aby Hania znowu zaczęła przemawiać miłością, aby milczenie w jego głowie zamieniło się w miłość. Przypomniał sobie rzuconą słuchawkę i niedokończoną rozmowę z matką. Starsi, rozwiedzeni od siedmiu lat, nadal byli oficjalnie razem, nie mając sił na rozliczenie się ze wspólną przeszłością spotęgowane przez emocje rozprawy sądowej. Wojtek nie wiedząc o tym, trzymał w sobie ten konflikt. Wiedział tylko co mówią mu oddzielnie i ukrywał to w sobie. Pozwalał ich głosom na urządzanie batalii we własnym mózgu. Tylko wtedy, kiedy już nie będzie siedział w ich pokłóconym łożu, przestanie go prześladować zarówno ich wina, jak i ojcowska dominacja w sposobie postrzegania Hani. Żeby żyć, przecież musi coś zrobić, jakoś jej udowodnić, że jest jej wart, dać jej wybór, może zechce do niego wrócić. Pustka była nie do zniesienia, i wszystko czym jest tzw. sukces społeczny i życie zawodowe, nie dawało mu satysfakcji, bo teraz już nie miało dla niego znaczenia. Najtrudniejsze w pustce było to, że aby wygrać musiał się jej poddać. Wygra z nią tylko mając siebie, bo to wszystko co jest mu potrzebne, aby mógł na nowo odbudować i wzmocnić wiarę w miłość. Chciał wygrać z pustką i zapełnić ją miłosnym szeptem, tym samym, z którym zwykł ją brać, gdy poddawała mu się na matach w jej mieszkaniu, koło niskiego japońskiego stołu i świec.

Portrety arystokratycznych dziadków, potrójne sztućce, meble po przodkach i legendy rodzinne, zawirowały w zachwianej dumie. Niedopowiedzenia przy wigilijnym stołu rozwinęły się przed nim w całą gamę śmiesznych strachów i grzechów, które nie miały wiele wspólnego z winą, ale latami uczyły go hipokryzji. Dusząca atmosfera w której rósł, ikona nazwiska i tradycji rodzinnych, których nikt nigdy nie zawiódł dużo częściej decydowały o jego wyborach niż własne marzenia i plany. Odkrył, że to po prostu kobiety się nim zajmowały, same ustawiając barbarzyńskie MAM i prowadząc go do spółki z grającym Boga dziadkiem, jak ślepca za rączkę. I tak od przedszkola, aż do studiów. Nawet nie mógł sam zdecydować na co pójdzie, dostał tylko wybór między prawem i dyplomacją. Musiał był godnym podtrzymania legendy rodu. Zastanawiał się nad tym, jak bardzo czuł się teraz pozbawiony poczucia wartości. Przecież pracował nawet kiedyś w ambasadzie, więc pewnie był ponad poziomem przeżyć blokersa, które udokumentował we własnych notatkach. Pomyślał jednak ciepło, że nie zapomni tego nowego doświadczenia. Dzięki niemu rozumie lepiej prostotę ludzi, i może odkryć własną, szanując ich prawo wyboru. Zaczął od analizy różnic pomiędzy poczuciem nicości, a codziennością we własnej rodzinie, pełnej dam, profesorów, inżynierów i trupów w szafie, które dziś już pewnie były zmumifikowane, wysuszone latami milczenia. Praca nad sobą okazała się być całoetatowym przedsięwzięciem nie tylko psychicznym, ale i fizycznym. Do tej pory Wojtek wierzył swoim rodzicom. Branie za pewnik tego co mówili było na tyle automatyczne, że nawet się nad tym nie zastanawiał. Matka mogła mu wmówić że jest niemowlakiem, a ojciec żeby był najlepszy, zasługując na jego dumę. Równowaga była i tradycja też, tak wiec zapewne nie było w tym nic złego. Jeżeli nie pokrywało się z rzeczywistością i przeżywał traumę, jego negatywne wspomnienia były wypierane umysłu, a na ich miejsce wprowadzano potrzebę bycia lepszym. Nawet kosztem zdrowia i formy psychicznej. Programowali go, normalnie jak komputer. Odkrył, że od lat omijał coraz więcej miejsc i sytuacji. Klęski jakoś zapominał, ale nie uprawiał już sportów grupowych i nie odwiedzał ludzi, którzy niegdyś byli jego przyjaciółmi. Co najciekawsze nie pamiętał rozstań, ci ludzie i pasje, po prostu znikali z jego życia. Dziś nietrudno było się domyślić, że to rozkazy z góry się zmieniały. Rodzice wychowywali go najlepiej jak umieli, ale przecież byli tylko ludźmi. Musieli popełniać błędy, które przy jego posłuszeństwie, wcale nie musiały mu pomagać w dojrzewaniu. Musieli być najsilniejszą strefą wpływów, decydującą o jego życiu, ale przecież nie jedyną. System, w którym nie miał kręgosłupa, zezwalał i innym świadomym, na dzielenie się nim i jego działaniami w sposób, którego nie potrafił zrozumieć, ponieważ rozkazy przychodziły chaotycznie i z różnych źródeł. Stan niepewności i pośpiechu w którym funkcjonował kiedy był z ludźmi, musiał być jego bąbelkiem, nie pozwalającym mu na odebranie większej ilości rozkazów, niż mógł wykonać, i nie filtrującym przydatności wykonywanych. Nawet w radio usłyszał podniesione tony, zdania w których pojedyncze słowa brzmiały jak MAM jego szefowej, słowa o różnej treści ale takim samym przeznaczeniu – opanować głupiego blondynka i zaprząc go do działań. Ponieważ osoby czyniące to nie zdradzały celów nakazywanych działań, od kiedy to zauważył, nie mógł już im ufać, niepewny czy sam sobie nie kopie grobu. Nie wiedział i nie rozumiał dlaczego świat oszalał i wszyscy wszystkich tak wykorzystują, ale wiedział, że skoro z jakiegoś powodu ma tego świadomość, to już nie wolno mu ulec, musi coś pożytecznego z tą wiedzą zrobić. Coś innego niż wszyscy, którzy wykorzystują. Musi być przejrzysty jak kryształ.

Wzbudzi tak kontrowersje wszystkich matek, które wolałyby popychać bezmyślnego niemowlaka, a miał takich matek 365 a w lata przestępne 356. Wygrać z paraliżem, którego dzięki nim doświadczał mógł jedynie stając się niezłomny na ich ataki. Wzmocnić swój bąbelek mógł tylko odkrywając jego strukturę. Przeczucie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku istniało, pozostawało tylko odkryć ten porządek, żeby nie dać się zdegradować do niemowlaka. Powód dla którego ludzie niszczyli samych siebie wódką, narkotykami, pracoholizmem czy perwersją stał się oczywisty. To zaakceptowana wina, która działała destrukcyjnie zamiast naprawiać powodowała samozniszczenie. Potrzeba zrobienia ze sobą czegoś konkretnego i na temat, aby zlikwidować czerń depresji, w której sam się znajdował nasuwała się sama. Nie zamierzał dać się zabić silniejszemu, ani zamknąć w wariatkowie sprytniejszemu. Zrozumiał skąd wziął się rap. Furia blokowisk, naganianych na siebie i wykorzystywanych ludzi, sformułowana nie jako lekarstwo tylko protest song. Wyzwolenie prawd, martwych prawd bo bez recept. Płonące samochody podparyskich przedmieść. On musiał iść dalej, aby móc to wyleczyć, bez krzyku i bez agresji. Przypomniał mu się rapowy tekst, w którym autor jak wieszcz ogłasza apokalipsę, bo nie potrafi pokonać czerni tej depresji i staje się jej narzędziem. Musi wymienić Kasandrę na Merkurego, przynieść spokój i tolerancję, zamiast szóstek na twarzach kobiet wprowadzić siódemki. Teraz musi się uzbroić przeciwko 365 matkom, żeby nie reagować na każdy wrzask i rozpracowywać je po kolei, zagłuszając ulicę muzyką z walkmana. Przecież musiał pracować i żyć poza czterema ścianami. Innej opcji dla siebie, poza chodzeniem po mieście z toporem i grożeniem nim każdej napotkanej kobiecie nie widział. Tupot i stukanie nasilało się w miarę jak się od niego oddalał. Rozumiał, że nie poddając się, zamieniał hałasy w potrzebne myśli. Akceptował istnienie nienawiści, ale znajdował dlań odpowiednie ujście – miejsce do którego pasowała. Nie dotykał jej. Widział ją i była mu inspiracją. Walczył o utrzymanie siebie na własność, wbrew tradycjom miejsca w którym się urodził. Nie był już mu przykry smak porażki, zamienił się w tętent koni na których jechał stoczyć bitwę o siebie. Jego bąbelek zasilony przez takie pozytywne obrazy myślowe, chronił go coraz lepiej przed ingerencją z zewnątrz.

Walcząc z uczuciem furii, zadzwonił do matki i tłumacząc się chwilową niedyspozycją i już opanowanym złym humorem, wysłuchał litanii ubraniowej, powiedział jej, że ją kocha i skończył rozmowę nieporuszony, kontrolując brak emocjonalnego zabarwienia swojego bąbelka. Pomogła mu w tym kartka papieru, pisał za każdym razem, kiedy miałby się unieść. Zrozumiał, że zdominowana przez ojca i jego nazwisko matka, nie potrafiła być niezależna. Tak jak u ojca w rodzinie, we własnej, od wczesnej młodości trzymano ją w klatce konkretnego wyobrażenia świata. Nie powinien się był dziwić, że po otwarciu klatki nie chce wyjść na wolność. Po ślubie musiała stać się połową i działać tak jak jej zezwalał system, musiała robić z niego synka, opiekować się nim na siłę, musiała być żoną i zajmować miejsce jej należne w rodzinie ojca. Miała gorsze nazwisko i pewnie dlatego ich miłość nie przetrwała formatowania społecznego. Wiedział jednak, że go kocha i uważa że tak będzie dobrze, jak sobie ułoży życie, żeby być szczęśliwym. Jej pomoc była szczera, tylko ograniczona światopoglądem zamieniała się w niedźwiedzią przysługę. Coś się zmieniło. Już mama go nie ma, po prostu są nawzajem dla siebie. Wie, że ma własną wolę i nie musi się słuchać mamy i nie jest winien jak ma odmienne zdanie. Może też mieć rację. Chociaż nie padło ani jedno słowo poza zwyczajowymi, odczuł to poprzez tembr jej głosu. Ale najistotniejszą informacją było odkrycie, że nie żałuje ona swego życia, wręcz przeciwnie jest z niego szczęśliwa patrząc na nie z własnej i w tym przypadku nadrzędnej w ocenie perspektywy.

Kiedy w końcu wyszedł do sklepu, prezentował się nie mniej agresywnie niż rap, który sobie przypomniał. Sąsiedzi z przerażeniem obserwowali Wojtka, który niegdyś wychodził z domu jako uprzejmy chłopak, a dziś okazał się być najgroźniejszym dresem w okolicy. Nikt rozsądny, nie zbliżał się do niego widząc, że zadarłby z całym systemem zbudowanym na nienawiści i rozkazach. Miał to szczęście, że nie spotkał lokalnego półświatka, który oczywiście zgodnie z zasadami prawa łowieckiego, chciałby się z nim zmierzyć. To było jego pierwsze wyjście w dzień, w którym był wart tyle, ile jego ciało, poznając najniższą społeczną wartość człowieka i związane z nią oczekiwania społeczne. Zauważył jak wielu ludzi nie widzi siebie, żyjąc we śnie spełniania rozkazów. Stosy w historii Europy uświadomiły mu podświadomą solidarność, bojących się kobiet jak szatana, mężczyzn i tych wyjątkowych, którzy zobaczyli siebie. Poza sobą, nucącym muzykę dla ochrony bąbelka, zobaczył kilku innych, ale oni byli jak martwi. Jak kobiety, to co czynili swymi ciałami obracało się przeciw ich własnej płci niszcząc, zamiast budząc. A przecież wystarczyło pomyśleć o kobiecie, widzącej siebie od urodzenia, akceptując rany, które zadała jej historia i nie przyjmując związanych z nimi odczuć, aby zmieniać rzeczywistość. Chwila skupienia na miłości wystarczyła, żeby usłyszał nienawistny wrzask jakiejś starszej grubej kobiety, która waląc w jego kierunku pięściami, teoretycznie mówiła coś do drugiej, ale jej głos zaczynał go dusić i robiło mu się niedobrze. „Walczy ze skurwysynem” pomyślał „chce go zabić, żebym był jak ci inni faceci. Ci co są jak martwi. Gada o nędzy, a jest taka tłusta i egoistyczna. Muszę chronić bąbelek, bo zrobi ze mnie takiego tłustego niemowlaka jakim sama jest. Jestem swoim mistrzem i jej wola nie ma nade mną władzy.” Energicznie ruszył w jej kierunku kopiąc powietrze przed sobą aż zamilkła. Olśniło go, że ona też wie o istnieniu bąbelka odczuwając go w sobie znanej formie. Istnienie ukrytego porządku energetycznego zostało przez to udowodnione, wystarczyło teraz doświadczając innych znaleźć własny spokój. Znajomy sprzedawca z warzywniaka, gruby gość, ruszył nań podobnie wymachując pięścią. Był taki sam jak ona, niszcząc swą własną płeć. Dla Wojtka było to mało męskie, zrezygnował z pieczarek i ruszył do domu, obawiając się, że większa ilość doświadczeń może się odbić na jego bąbelku. Bądź co bądź, krasnoludek mu kazał spieprzać przed wilkami. Zatrzymawszy się przed przejściem dla pieszych uświadamiając sobie, że biegł. Powietrzny pojedynek nieźle go popędził, tętna nawet nie wspominając. Ale zauważył że jego spojrzenie przydusiło grubego sprzedawcę. Wszyscy, którzy chronili bąbelek tłuszczem okazali się być mało odporni na wzrok. Pragnienie ochrony bąbelka powoli przechodziło w praktykę. Skoro niektórzy o tym wiedzą, to muszą być jakieś informacje na temat takiego współoddziaływania. Skoro on nazwał to bąbelkiem, może ktoś inny już to jakoś nazwał i wystarczy znaleźć dane, aby się nauczyć jak działać nie wywołując takiego agresywnego zainteresowania sobą. Był tak zaplątany i skupiony na kulturystycznych prezentacjach w ochronie swego bąbelka, że wiszący na przystanku tuż przed jego nosem plakat zapraszający na kurs tai-chi i naukę bezstresowego oddychania pozostał niezauważony. Czerpanie informacji z rzeczywistości jest możliwe, tylko przy jej bezwarunkowym ukochaniu, a Wojtek jeszcze nie osiągnął wrażliwości rozpoznania roślinnych bąbelków i znów zapomniał podlać kwiatki.

Rozdział dziesiąty: Utracona uległość

Siedziała pod dębem, który stał się jej przyjacielem i wsłuchiwała się w dźwięki nocy. Wspomnienie, że jeszcze przed chwilą obawiała się być sama w nocy w lesie już nie irytowało jej, wywołując pogodny uśmiech. Przypomniała sobie wstęp do krótkiej monografii Indian Kalifornii, którą nabyła w księgarni w Reddling. Tekst spisany z wywiadu ze starszyzną Achumawi, plemienia, które poznała tylko z mitu opowiedzianego jej przez Billa. Starsi tego plemienia tłumaczyli, że wszystkie rzeczy mają w sobie życie. Drzewa, skały, góry i woda są pełne życia. Nawet jeśli ktoś myśli, że kamień jest martwy, myli się. Jak gdzieś szli, to rozmawiali ze wszystkim co ich otaczało. Wszystkiemu wysyłali dym z fajki pokoju, aby się zaprzyjaźnić. Nie wątpiąc, że noc jest pełna rozmów, pełni uwagi, nauczyli się słyszeć rozmawiające ze sobą kamienie, drzewa, góry. Za najważniejsze uznali, aby nigdy nie zapomnieć usłyszanych rozmów. Hania teraz też pamiętała o swoich przyjaciołach. Indianie wiedzieli, ze wystarczy szanować to, czego się dowiedzieli z tych rozmów, a przyroda zadba o nich. Wrażenie cepeliowskiej bajki znikło, kiedy objęła drzewo. Rozumiała prawdziwość tych słów, tak jak rozumiała otaczającą ją noc. Słyszała dźwięki, które jej nie zagrażały i była ich częścią. Tylko niewygoda przywykłej do kremów skóry, uświadomiła jej, że fizycznie nie jest jeszcze gotowa do takiej unii, przypomniała o potrzebie powrotu. Jeszcze raz uścisnęła swojego przyjaciela i zaczęła iść przez ciemny las. Nie znała kierunku, nie miała kompasu, ale poruszała się pewnie bez uczucia błądzenia. Ciemność, która utrudniała odróżnienie konarów drzew była jej sprzymierzeńcem w słyszeniu. Nie potrafiłaby wytłumaczyć skąd wziął się jej instynkt kierunku, ale umysł miała spokojny stąpając pewnie i szybko, tańcząc między drzewami tak, jak przechodzi się przez roztańczony parkiet łapiąc rytm, aby uniknąć kolizji. Już nie tylko słuchała dźwięków przyrody, stała się jej częścią. Czuła jak ziemia obraca się jej pod stopami, wiedziała skąd nadciąga front atmosferyczny, jaka temperaturę mają krzaki malin, które trzeba ominąć i kierunek obracania się gwiazd. Spotkała żubry, które potraktowały ją jak oczywistość. Komunikowali się nawzajem poprzez zrozumienie absolutnego braku zagrożenie ze swojej strony. W szumie mocy i w pierwotnym tańcu, szczęśliwa i wolna dotarła do samochodu i wróciła do domu jeszcze przed świtem, bez spóźniania się do pracy.

Pierwszą osobą, z którą chciała się spotkać w wolny weekend po powrocie do Warszawy była Anna, jej przyjaciółka feministka. Wysoka i tęga kobieta w swych późnych trzydziestych latach, zdecydowanie nie należała do najpiękniejszych, ale będąc znakomitym judoką i dziennikarką, nie czuła się w żaden sposób poszkodowana przez los, jakby Hani mogło się wydawać. Anna bardzo jej pomogła przestać myśleć o sobie w kategoriach dziewczyny do zamążpójścia, jak ją tego nauczono w domu. Teraz postrzegała ją bardziej jak kogoś, kto prowadził ją po pewnej drodze, dokładnie tak, jak Bill nie chciał tego robić. Kiedyś była jej mistrzem, ale Hania widziała ją już dziś inaczej. Anna zaraziła ją ideologią sztandarowego feminizmu, we własnym wykonaniu. Opierał się on na zasadzie trzech E – emancypacja, ekologia i edukacja. Nowym elementem, który Hania przywiozła ze sobą z podróży, była wolność. Umówiła się z nią na pierwszy wolny weekend. Chciała się podzielić wrażeniami swojej wspinaczki i wizyty w puszczy białowieskiej, podyskutować o pewnych ekologicznych problemach i zamienić ich relację z ucznia-mistrza na partnerską. Spotkały się u Anny, w jej nowoczesnym, urządzonym ze współczesnym minimalizmem, jasnym mieszkaniu, w wybudowanym niedawno wysokościowcu. Wrażenie księżycowego krajobrazu powracało do Hani zawsze, kiedy tylko dotarła do tego budynku. Oddany do użytku blok stał na betonowej pustyni jeszcze nie zagospodarowanego terenu. Tu i ówdzie z cementowych podium, mających zapewne w przyszłości być kolumnami wystawały druty zbrojeniowe, i mimo, że ponad tysiąc mieszkaniowy apartamentowiec od ponad roku był już używany, wrażenie porzuconego placu budowy i pustki pozostało. Mówiące automatycznym głosem domofony i windy, tylko potęgowały uczucie przebywania w bazie kosmicznej. Wycieczka w kosmos skończyła się, kiedy przekroczyła próg mieszkania przyjaciółki. Po serdecznym przywitaniu zasiadły na pełnym kwiatów tarasie i sącząc herbatę, Hania zaczęła opowiadać o wszystkim, co jej się przydarzyło od momentu dostania nowej pracy. Anna wysłuchała jej opowieści cierpliwie, nie przerywając, jak to zwykle miała w zwyczaju, tylko robiąc sobie notatki, jakby co najmniej przygotowywała wywiad albo artykuł. Kiedy Hania była w połowie swojej opowieści, i właśnie wspięła się na szczyt Shasta, Anna wzdrygnęła się nagle i jej twarz stała się pełna zaaferowania i znerwicowania.
– Coś nie w porządku? – spytała Hania.
– Nie słyszysz tego? – zdziwiła się z kolei Anna. – Ktoś leje wodę do wanny. Lubię to mieszkanie ale akustyka jest tu czasem nie do wytrzymania.
Hania skupiła się na dźwiękach i rzeczywiście, po chwili udało jej się wyodrębnić delikatny szum, dochodzący od strony jednej ze ścian działowych.
– Zastanawiające, jak bardzo masz delikatny słuch. Ja w ogóle nie usłyszałabym tego dźwięku, gdybyś nie zwróciła nań uwagi.
– Żebym ja go tylko słyszała – Anna zacisnęła pięść, aż jej stawy zatrzeszczały – flaki mi się od tego przewracają, ale to nieistotne, kontynuuj.
Kiedy Hania skończyła Anny notatki były gotowe. Zadała kilka pytań dotyczących jej nowego szefa, po odmowie odpowiedzi, pokiwała tylko głową i zapytała w którym progu podatkowym się mieści. A potem wystartowała z pytaniami o podróż. Ku swemu zdumieniu, Hania znalazła się w krzyżowym ogniu pytań, poczuła się jak atakowany polityk i nie mając ani takich celów, ani aspiracji uznała zachowanie przyjaciółki za nieuprzejme. Jeszcze nigdy Anna nie odnosiła się do niej w taki sposób. Z drugiej strony, od kiedy czas nie stał dla niej w miejscu i wszystko zawsze było nowe, zaakceptowała to, nie czując się osaczoną.
– Twoje opowiadanie stawia pod znakiem zapytania całą współczesną medycynę oferując w zamian czary. Jak możesz pozwolić sobie na taką ignorancję?
– Nie wydaje mi się, żebym się buntowała przeciw medycynie. Poddałam tylko w wątpliwość powodzenie leczenia w którym jest się tylko jego podmiotem a nie uczestnikiem.
– Ten twój szaman z góry to jakiś szalony cudotwórca i prymityw. Jego stosunek do kobiet powinien być dla ciebie wystarczającym argumentem, aby nie wierzyć w jego bajki.
– To nie jest tak. – Hania zadumała się nad argumentem, w który sama głęboko wierzyła, zanim spotkała Billa – Widzisz, on mnie do niczego nie zmuszał i nie wymagał ode mnie postępowania w żaden określony sposób. Raczej sugerował dokonywanie samemu wyborów. Był cały czas ze mną jako z człowiekiem aż do chwili, kiedy stałam się natrętna. Potraktował mnie prywatnie dopiero wtedy, kiedy naruszyłam jego prywatność, a i to uczynił bez nienawiści i demonstracji siły, jedynie uświadamiając mi granice dzielenia się sobą i pozostawania w sobie.
– Mówisz jak jakiś guru – śmiała się z niej Anna, a Hania odczuła, że rozumie teraz o czym mówił Bill używając stwierdzenia „nazywanie umysłu” zamiast dyskutowania z zawartymi w przekazie prawdami. Chciała to wytłumaczyć, ale Anna śmiała się z niej dalej. – Dwudziesty pierwszy wiek, a mała Hania wyskoczyła z bajki jak Filip z konopi.
– Popatrz na dzieci – odcięła się ostro – w jakiej bajce one żyją? Na lotnisku w Reddling rozmawiałam z jedną byłą nauczycielką, właścicielką kawiarni internetowej. Wiesz co mi powiedziała? Że tamtejsze dzieci często nie wiedzą z jakim stanem graniczą. Dookoła są same jeziora, góry i lasy, oceanu nie licząc, a ponad osiemdziesiąt procent nigdy nie było za miastem, nie wie, że kartofle rosną w ziemi, ani nie widziało żywego motyla. Żyją podłączeni do maszyn i wszelkie kontakty międzyludzkie traktują jako atak na ich prywatność. Ci skąd, twoim zdaniem wyskoczyli? Z konopi czy z postępu?
Anna popatrzyła w lustro na którym w charakterze ozdoby zawieszony był pas do judo.
– Pierwszy raz dostałam od ciebie w pysk. – Powiedziała zamyślona bardziej do siebie niż do Hani.- jakąś rację masz, ale dla mnie to dalej szaleństwo.
– Zejdźmy już ze mnie i z tego tematu i lepiej powiedz mi co u Ciebie słychać.
– Chcesz jeszcze herbaty? Zaraz ci opowiem, tylko się przestawię, bo twoja historia zupełnie mnie zaabsorbowała. Masz rację, niech się trochę odleży zanim do niej wrócimy, bo chyba udało mi znaleźć się w pracy. Poczułam się już jakbym wypytywała ministra edukacji o jego nową koncepcję tradycjonalizmu w szkołach, niech szlag trafi tego szowinistę. Mam świetną hinduską herbatę, pije się ją z mlekiem. Nie krzyw się bo jeszcze takiej nie piłaś. Zobaczysz, a właściwie posmakujesz.
Anna poszła do kuchni, a Hania zastanawiała się nad feminizmem i szowinizmem, dziwną parą współczesnych ludzi, którzy zamiast mówić na końcu „kocham cię” życzyli sobie nawzajem śmierci i uciekali od siebie, tęskniąc w samotności. Współczesna kultura dbała o to, aby inni weszli pomiędzy parę, zamrażając miłość. Przy tak zmienionej perspektywie wspomnienie, które do niej dotarło, racząc ją cytatem z jej własnych ust, zadziałało jak cios obuchem. Były to słowa w które ktoś uwierzył, które złamały komuś serce. Cieszyła się jednak, że pamięta te słowa, bo gdyby była ich nieświadoma nie potrafiłaby nic naprawić. Wojtek! Anna wróciła z herbatą z kardamonem, bardzo słodką i częściowo zaparzaną w mleku. Była znakomita i co ciekawsze, mimo iż gorąca, pasowała do rozgrzanego tarasu. Przypomniało jej to zwyczaj, który znała z Turcji, gdzie w gorące letnie wieczory, miejscowi siadywali przed domem i litrami sączyli gorącą, słodką herbatę z samowara. Zaskoczona odkryła, że zamiast potęgować upał, napój ten pomaga go znieść.
– Jak tam twój absorbujący królewicz? – spytała Anna zapominając w kuchni o czym miały rozmawiać. – Pozbyłaś się go już?
– Tak i nie.
– Odwagi dziewczyno. Nie możesz pozwolić, żeby wchodził Ci na głowę i zamieniał marzenia na zawód gospodyni domowej.
– Nie do końca mnie zrozumiałaś. Pozbyłam się go, ale nie jestem szczęśliwa. Uważam, że moglibyśmy się dogadać, ale teraz jest już za późno.
– Bardzo dobrze zrobiłaś, jestem z Ciebie dumna. Zobaczysz niedługo ci przejdzie.
Hania pomyślała, że Anna jest z innego plemienia niż Wojtek. Plemię! To była nazwa, która przyniosła jej zrozumienie sytuacji po raz pierwszy, od kiedy wróciła do Polski. Wodzem plemienia Anny była kobieta podobna do syren w Odysei. Podobnie jak wódz Wojtkowego plemienia, kroczyła jedyną słuszną drogą, i podobnie uważała, że ma monopol na prawdę. Zrozumiała, że była prowadzona i przez jednych i przez drugich, w obu przypadkach jej interesy były drugorzędne, a akceptacja wynikała z faktu, że robiła to czego od niej oczekiwano i nadawała się w dalszej perspektywie do pozostania w plemieniu. Już nie chciała tak żyć. Wolała sama decydować o swoim losie, nawet jeśli miało to oznaczać utratę niektórych znajomych, do tej pory uważanych za przyjaciół. Chciała znaleźć własne plemię ale jednocześnie burzyła się przeciw takiemu segregowaniu ludzi.
– Wcale mi nie przejdzie – powiedziała zdecydowanie. – Dziękuję Ci za zwrócenie mi uwagi na pewne kwestie, ale Wojtek nie był świadomy swej dominacji. Nie chcę, żeby mi przechodziło. Nie chcę być samotna. Lubię Cię bardzo, ale czuję jakbym miała skończyć z dziewczynami jako kumpelkami do jednoczenia się przeciwko facetom, z którymi nigdy nie osiągną porozumienia. Takich facetów kumpli też jest mnóstwo i jak widzę dziadków obalających piwko pod sklepem, albo wulgarnie zaczepiających dziewczyny pakerków, to nie wydaje mi się, żeby byli szczęśliwi ze swego wyboru. Wszystko co wydarzyło się między mną i Wojtkiem muszę jeszcze sobie przemyśleć, i nikt nie ma prawa się do tego wtrącać. Nie jestem dumna z tego jak z nim skończyłam. Czy bycie feministką uczyniło twoje życie szczęśliwszym?
– Nie rozumiem ciebie dziewczyno, – Anna zignorowała pytanie. – świat jest polem walki. Chcesz zaprzepaścić wszystko, co już osiągnęłaś.
– Jedyna walka jaką musiałam stoczyć, żeby osiągnąć spokój, wydarzyła się w mojej własnej głowie. Nie chcę niczego zaprzepaszczać, ja w ogóle niczego nie chcę. Potrafię być wolna od walki.
– Zawsze znajdą się jacyś ludzie, którzy będą przeciwko Tobie. Zawsze jacyś nie dadzą ci żyć po twojemu. Mówię to jako twoja przyjaciółka. Albo będziesz z Wojtkiem kurą domową albo ze mną nowoczesną dziewczyną.
– Mogę być sama w myśleniu w czasie teraźniejszym niezaszufladkowanym i ludzie o których mówisz nic mi nie zrobią. Jak się ich kocha to, łatwo zrozumieć ich intencje i już nie potrafią skrzywdzić. Z Wojtkiem musiałabym walczyć, by tak nie absorbował mnie sobą, abym mogła żyć swoim a nie jego życiem. A z tobą musiałabym pamiętać o celach jakie ty sobie obrałaś. Wolę obrać własne cele zanim ruszę naprzód. Zresztą Wojtek nie jest problemem. Dziś najbardziej wkurza mnie ilość spraw z którymi nic nie mogę zrobić. Muszę jeździć samochodami i eksploatować ziemię z ropy, pisać na papierze i eksploatować ją z drzew. Muszę szanować pieniądze, jako ludzką formę grawitacji świata wartości, mimo iż nie wierzę w wyższość medycyny naukowej, muszę robić badania medyczne do pracy, która pozwala mi żyć.
– Widzę, że i Wojtek i ja przegraliśmy z drzewem. – Anna roześmiała się. – O dendrofilii jeszcze nie słyszałam, ale spoglądając na meble, pewnie i ja uprawiam jej jakąś hannibalową wersję. Masz rację. Wszystko funkcjonuje przeciw Ziemi, cywilizacja, w której się urodziłyśmy, niszczy w sobie miejsce na szanowanie pierwotnego człowieka. Jesteśmy świadkami niszczenia przez siebie nawzajem ludzi, działających w ramach tworzenia tego porządku. Internetowe samobójstwa, zamieszki kibiców, nowe choroby i zmiany klimatu to tylko kilka skutków tego chaosu i przeludnienia. Niektóre jednostki, nie są w stanie zapomnieć i żyć tylko swoim kawałkiem. Miliardy nowonarodzonych ludzi, co roku rozwalają balans. Ja sama piszę o czym mi każą, robię co się da sprzedać i na pociechę sortuję śmieci, żeby nie czuć się winną. Najtrudniej jest uwierzyć, że to wszystko jest w jakiś sposób pod kontrolą.
– Ja też nie chcę walczyć na oślep. Walczenie jako takie rozwala równowagę. Musimy wymyślić albo poznać już istniejące sposoby na to, by bronić się przed taką codziennością. A nie potrafimy nawet przekonać siebie nawzajem.
– Wiem – oczy Anny zabłysły w jakimś nowym pomyśle – powiem Ci co masz robić. Musisz…
Hania przestała słuchać. Właśnie ten system działania nie sprawdzał się. Wszyscy słuchali się jakiegoś, pewnie już nieżywego od tysięcy lat idioty z monopolem na prawdę. Upoważnianie jednych do mówienia drugim co mają robić, rozpoczęło całe to szaleństwo. Forma użyta przez Annę zagarnęła ją i zdławiła jak fala plastykowej energii, zatrzaskująca się wokół niej, jak hermetyczne drzwi samolotu do którego wsiadła w Reddling. Nie zapomniała, na szczęście, że już nie zostanie terrorystką, ponieważ byłoby to poddaniem się tej cywilizacji i bycie takim jak ona. A Hania już była taka sama. Chciała być od niej lepsza i wyleczyć ją. Do tego potrzebowała spokoju a nie rozkazów. Niezależnie od pomysłu Anny, forma, której użyła skazywała i pomysł, i ją, i ludzkość używającą takiej formy na porażkę. Był to styl naukowy, który skazywał wszystko, co nie sprawdzone na nieistnienie, wliczając w to pewne metody poszukiwań. Tu, w jej ojczyźnie właśnie tak się myślało i komunikowało i chciała to zmienić, równocześnie akceptując, nie skazując na nieistnienie. Zmiana zaczynająca się wewnątrz miała większe szanse przetrwania niż nowy porządek oparty na starych zasadach, jak to się działo po każdej rewolucji. Pomyślała o dialektyce, będącej najbliżej Anny. Judo skojarzyło jej się z zen, które w jej wąskim pojęciu religioznawstwa było demokratyczną opozycją dla konserwatywnego konfucjanizmu. Przypomniała sobie jakąś przeczytaną w kalendarzu sentencję i przerwała Annie, która nawet nie zauważyła, że Hania nie słucha jej wizji uzdrawiania wszechświata…
– Wyobraź sobie, że jesteś płaskim kamykiem leżącym na brzegu rzeki. Jaki masz wpływ na to by nie puszczono tobą kaczki tak, że spadniesz na dno?- przerwała jej nagle.
– Każde złamane serce jest jak potłuczone szkło. – odpowiedziała Anna odruchowo, dziwnym zachrypniętym głosem, i zamilkła, jakby przyłapana na gorącym uczynku.
– Widzisz. Wiesz, że istnieje więcej niż nauka. Tylko dlaczego to ukrywasz i próbujesz i mnie do tego namówić?
Anna wstała w milczeniu i podeszła do barierki. Zmieniła się. Już nie była rubaszną i pewną siebie kobietą, która żywo gestykuluje i głośno się śmieje. Hania jeszcze jej takiej nie widziała. Stała wpatrując się przed siebie, a oczy lśniły jej złocistym blaskiem. Potem jej twarz stężała, a nieustępliwość, która się na niej zarysowała, była równocześnie niepokojąca i piękna. Powoli zaczęła mówić, ale nie patrzyła już na Hanię, tylko przed siebie, mówiąc monotonnym, smutnym głosem. Opowieść Anny była zorganizowana i jednostajna, jak ona sama.
– Opowiem ci o moim życiu i jaki jest jego cel. Patrzę przed siebie, bo opowiadam Ci to jako przyjacielowi a nie komuś, komu powierza się życiowe tajemnice prosto w oczy. Wiem, że mam twoją akceptację, ale nie znam twoich wyborów. Niepokoi mnie to, bo jestem samotną syreną. Nienawidzę mężczyzn. Nie wszystkich, tylko tych, którzy patrzą się na mnie tylko jak na kobietę i nigdy nie widzą partnera. Kiedyś, dawno temu, wykorzystałam chłopca, ale jeszcze wtedy nie wiedziałam, że był tylko chłopcem a nie mężczyzną. Czasem nie wystarczy tylko patrzeć. Dziś działam mając na celu ochronę dzieci przed wykorzystaniem. Udając matkę wkradam się w psychikę przetestosteronowanych gości, śliniących się na nastolatki i kiedy odkrywam ich słaby punkt, zapełniam ich myśli wątpliwością przynoszącą brak pewności, strach, złą autoocenę i nałogi. Mężczyźni narażający się takim syrenom są bezsilni. Ja jestem wagi ciężkiej, więc działam udając kumpla. Ale najniebezpieczniejsze są takie jak ty – laski. Mają one tylko jedną zasadę, zniszczyć gwałciciela praw kobiet i dzieci. Uwodzą go i powodują, że się w nich zakochuje, dobrowolnie wydając swą wrażliwość na ich pastwę. Mężczyzna który współżyje z syreną ginie.
– Więc i ja się pomyliłam, raniąc Wojtka i nawet nie wiedziałam jaki ciężar za mną stoi i kogo reprezentuję.
– Wojna zezwala na takie działania i nie mam wyrzutów sumienia. Zresztą wiesz, że cię nie wykorzystałam i sama dokonałaś swoich wyborów, nawet jeśli sugerowałam ci pewne rozwiązania.
– Jedynym twoim kłamstwem było mówienie mi, że tak jest a nie że twoim zdaniem tak jest.
– Wszyscy tak robią…
– Nie wszyscy, ale na pewno jest to cecha wszystkich, którzy walczą z innymi, czyli nie wybierają pokoju. Nie atakuję twojego sumienia, po prostu organizuję własne myśli.
– Jestem jaka jestem. Tak samo jak i ty. Wracając do mej historii, jeśli mężczyzna kochał syrenę naprawdę, to ona ginie, a on staje się dzieckiem, na zawsze młodym i w pełni sił. Jest w stanie zemścić się na odległość, użyć ślepego naboju, jakim byłaś by wrócił rykoszetem do strzelającego. Przyznaję, dużo bardziej mnie interesowało zniszczenie gościa o którym mówiłaś, kiedy się spotkałyśmy, niż usamodzielnienie ciebie. Najwidoczniej feministkom najtrudniej uszanować wybór kury domowej, ale właśnie się uczę, – znowu uśmiechnęła się, – teraz już tak nie myślę. Cieszę się, że cię poznałam.
– Cieszę się, że udało nam się chwilę pobyć, bez tych wszystkich innych ludzi, prac, idei i systemów, tylko we dwoje. Dlatego też myślę, że możesz się przemóc i nie musisz żyć nienawiścią. Bądź co bądź Sawa to przykład, że nawet syrena może się zmienić.
– Wątpię. Tak już będzie dzień w dzień. Ty leczysz wszystkich, masz to w swoim spojrzeniu. Dlatego też nie możesz mi uwierzyć, bo zmąciłabym wiarę w twoich pięknych oczach.
– Nie wierzę, że musi tak być. Pomyśl o swoim ojcu, czy byłby zadowolony słysząc co mi teraz powiedziałaś?
– Nie obchodzi mnie. Nienawidzę go.
– Przecież jest częścią ciebie. Nienawidząc go nienawidzisz siebie.
Anna milczała. Wpatrzona w chmury zdawała się być nieobecna, ale Hania wiedziała, że poszukuje odpowiedzi, która uchroniłaby jej świat wartości, równocześnie akceptując zmianę. Hania nie zamierzała jej przeszkadzać. Czekała cierpliwie, sącząc indyjską herbatę, która już zdążyła wystygnąć. Anna wróciła do swej spiskowej teorii syren.
– Mężczyzna przy którym się pomyliły, współpracuje z syrenami, chroniąc dzieci przed pożądaniem dorosłych, przed traktowaniem ich instrumentalnie. Jest jednym z tych, którzy wspólnie oczekują dnia w którym wszyscy znów będą dziećmi. Niewinność nie będzie wtedy znała ani wojny ani zabijania.
– To co mówisz nie jest złe. Tylko dlaczego ukrywasz to przed światem chroniąc, się za tarczą feministki? W momencie w którym zaczynasz postępować nieuczciwie, uzależniasz się od kłamstwa. Wiesz co mi się przypomniało? Lecąca za ścianą woda. Babcia mi mówiła, że jak była okupacja to bała się cały czas. Każdy dźwięk, każdy szum podrywał ją z łóżka. Wydaje mi się, że wojna w której żyjesz, odbija się na tobie wywracającymi się flakami na dźwięk wody zza ściany. Popełniasz ten sam błąd co moja babcia. Czytałam, że razem z wprowadzeniem medycyny do powszechnego użytku, zielarstwo zostało potraktowane jak zabobon. Ludzie bali się łączyć tradycyjne z postępowym. Dopiero później, kiedy farmacja udowodniła naukowo skład ziół, powróciły one do łask. Ilu ludzi umarło, bo ktoś się bał tolerancji?
– Nie obchodzą mnie inni ludzie, tylko moja własna śmierć. Zresztą w pewnym sensie ja już nie żyję. Kiedyś, dawno temu, znałam pewnego chłopaka. Kochaliśmy się. W jego oczach widziałam wielu ludzi. Jednym z nich była mała, delikatna dziewczynka i jak tylko się pojawiała, rozmawiałam z nią tak, jak z nikim innym. W naszej dzisiejszej rozmowie dzielą nas lata świetlne, w porównaniu do bliskości jaką wtedy udawało mi się z nią osiągnąć. Po ślubie zmieniła się ona w bezlitosną panią, która zrobiła ze mnie psa. Nie chciałam jej niszczyć, tak jak to robi mężczyzna. Ale żeby się powstrzymać, musiałam odejść dzień po ślubie.
– Żyjesz dopóki bije ci serce. Poezja poezją, ale masz drgający mięsień pod żebrami a nie skałę.
– Nie rozumiesz traumy gospodyni domowej. Ten moment po ślubie, kiedy okazuje się, że nie ma ani Boga ani miłości, a marzenia mają zostać zduszone poprzez zostanie kurą domową. Sama jesteś sobie winna, bo nie rozpoznałaś chama, który grał do ślubu i nawet rodzice nie są już po twojej stronie. Cały świat zakłada, że jesteś na swoim miejscu.
– Musiałaś się czuć bardzo zawiedziona i skrzywdzona, ale zamiast uwolnić się od bólu nosisz go w sobie. Z pewnej perspektywy wykorzystałaś niewinnego, przeleciałaś dużą nieświadomą, zakochaną i romantyczną dziewczynkę, która musiała się zmierzyć z ukrytym w tobie harlejowcem. Teraz żyjesz nienawidząc, sama się niszczysz, chociażby nerwicą ścienno-wodną. Też mnie wkurza, że ludzie nie szanują wody, ale mogę tylko robić tyle, ile mogę. A bez furii na innych, że nie dbają o przyrodę, jestem w stanie zrobić znacznie więcej. Trzeba się przemóc i dalej kochać, nie można uciekać. To ani nie jego, ani twoja wina, tylko tego jak świat i system się prezentuje, a trzeba być świętym by mu przynajmniej nieświadomie, nie ulec. Jesteś tylko człowiekiem, więc pozwól sobie się kochać i wybacz mu.
– Przyganiał kocioł garnkowi….
– Tak to prawda, ale pracuję nad tym. Ty też możesz jeszcze iść do ślubu. W purpurowej sukni i z rozpuszczonymi włosami.
– Widzisz, nawet mówimy innym językiem niż faceci. Oni nie wiedzą co to oznacza.
– I nie muszą. Tak długo, jak ty nie musisz wiedzieć o czym rozmawiają w szatni po meczu. Daj i sobie i im trochę wolności! Nie można mieć wszystkiego. Zazdrość i zaborczość potrafią wszystko zniszczyć. Może wystarczy tylko punkt porozumienia i wolność z obu stron.
– Haniu. Gdybyś była facetem, właśnie byśmy się dogadały na życie…Gdzieżeś ty się tak mądra zrobiła?
– Nie wiem. Ostatnie przeżycia i fakt, że już się nie boję spowodowały, że nie zatrzymuję myślenia na „nic się nie da zrobić”. A teraz, dając ci rady, sama sformułowałam sobie co czuję w stosunku do Wojtka…
Anna oderwała się od barierki i energetycznym krokiem weszła do pokoju. Mówiąc do Hani włączała komputer, na którym od razu zaczęła stukać w mocnym i zdecydowanym rytmie.
– Bardzo ci dziękuję, że przyszłaś, dziękuję za wspaniałą rozmowę. Ale teraz przepraszam cię, muszę zostać sama, pozbierać myśli i odnaleźć siebie. Wzbogaciłaś mnie o nowa perspektywę. Tylko sama mogę utworzyć z tego moją własną. Posiedź sobie na balkonie jeśli chcesz, jesteś gościem, tylko proszę, nie przerywaj mi wychodząc. Zadzwonię do ciebie w tygodniu. Teraz już się muszę skupić.
Hania kończyła herbatę obserwując pogodne niebo i zastanawiając się, czy pojedzie autobusem, czy wybierze spacer. W pokoju za jej plecami, Anna wylewała się z siebie, jak zwykle walcząc, ale można było usłyszeć występującą w rytmie uderzeń klawiatury delikatną kadencję ciszy i spokoju. Hani miło było pamiętać, że to nie jej zasługa. Zrozumiała, że jej wycieczka do Kalifornii zaowocowała utratą siły, której była posłuszna. Z bezmyślnego wykonawcy rozkazów, stała się poszukiwaczem prawdy. Z rozmyślań wyrwało ją nagłe oślepienie, jakby ktoś lusterkiem puszczał jej zajączki prosto w oczy. Dopiero po chwili, zauważyła tęczę na swojej bluzce i przezroczysty, kryształowy pryzmat, który Anna zwiesiła z balkonowego sufitu.

Rozdział jedenasty: Poszukiwanie kształtu

Bogatszy o nowe punkty widzenia Wojtek, poruszał się po świecie skupiając się tylko na dbaniu o własny bąbelek. Stwierdził, że dopóki się nie nauczy nad nim panować, nie będzie robić nic innego, a i nowe życiowe cele będą musiały się pojawić podczas tej nauki, bo na pilnowaniu bąbelka, życia spędzać nie zamierzał. Kiedy jego szefowa zadzwoniła, wysłała mu swoim bąbelkiem serce na maraton, zanim jeszcze zdążył odebrać słuchawkę. Zupełnie, jak gdyby pieniądze, którymi byli powiązani, miały bezpośredni wpływ na oddziaływanie bąbelków. Wydedukował więc, że kontrola potrzeb i umiejętność ich oddalenia, powinna być wystarczającą ochroną serca. Później zastanawiał się, czy ona sama z siebie tak bardzo go nienawidzi, czy też tylko reprezentuje pewne charakterystyczne dla bąbelka szefów zachowanie. Druga opcja była bardziej neutralna, więc nie dał się jej wykorzystać myśląc, że czasownik dzielić, powinien być dużo częściej używany w polskim niż wykorzystywać. Kiedy waliła weń ostrymi jak brzytwa słowami w tempie karabinu maszynowego trząsł się cały, ale odpowiadał na jej wywody zapisanymi na dłoni pytaniami o nadgodziny. Usiłowała go wpędzić w winę i pozbawić poczucia własnej wartości, ale nie dał się. Kiedy w końcu zgodziła się na jego warunki, będące tylko uczciwym traktowaniem pracownika, nie była już taka miła jak zwykle i Wojtek zrozumiał, że równouprawnienie oznacza wrogość, na którą nie miał najmniejszej ochoty. Dalej dla niej tłumaczył, szukając nowej pracy, możliwie bez ubranej na czarno, zagryzającej dolną wargę kocicy wagi ciężkiej na dyrektorskim stołku. Właśnie wracał ze swojego byłego liceum, dokąd udał się poszukując kilku kontaktów. Przecinał na skos skwerek, zazwyczaj pełen handlarzy szkolnymi książkami. Wieczorami bywało tam pusto, nie licząc strażnika drzemiącego w budce pod ambasadą. Kiedy dotarł do połowy skwerku, usłyszał za sobą tupot kroków. Nie zdążył się nawet odwrócić, kiedy poczuł, jak ktoś zarzuca mu ramiona na barki. Zanim się zorientował, szło obok niego dwóch chłopaków w jego wieku, jeden wyglądał na skina a drugi na dresa, co przy jego lekko skejciarskim emploi, tworzyło oryginalną trójcę, wyglądającą na grupę zadowolonych przyjaciół opuszczających boisko po wygranej ich drużyny. Poczucie, że wrósł w ziemię było fikcyjne, bo nadal posuwał się naprzód. Ciężar, który go ogarnął był niesamowity. Poczuł jak gdyby dostał nagle worków znużenia pod oczami, a gałki wyszły mu z orbit. Martwica była kompletna i niezrozumiała dlań, błysnęła mu myśl, że jedynie pięść i kopniak są w stanie opanować sytuację, ale wrażenie to utonęło w ogólnej bierności i nagle zwiększonej wadze ciała. Szedł dalej, a raczej kroczył automatycznie w asyście tej dziwnej pary i kiedy w końcu poczuł twardy przedmiot naciskający nań w okolicy żeber, zorientował się skąd nadeszła ta bierność. Od tego momentu ubezwłasnowolnienie w jakim się znalazł, widział praktycznie z góry – jak gdyby unosił się nad własnym ciałem. Nie bał się. Bardziej był ciekaw tego co się dzieje, napastnicy przyciągali go swą egzotyką. Nigdy nie znał takich ludzi i teraz miał okazję doświadczyć ich istnienia.
– Będziesz teraz bardzo grzeczny, spokojny – wyszeptał mu do ucha jeden z nich opanowanym głosem, – i oddasz nam swój portfel.
Wojtek automatycznie sięgnął do wewnętrznej kieszeni, wyjął portfel i otworzył, żeby oddać im pieniądze. Najbardziej zdziwił się, że nie czekali aż wyjmie banknoty. Chwycili portfel i pobiegli przed siebie. Jeszcze przez chwilę widział profil jednego z nich, jak zatrzymał się przed samochodem i już było po wszystkim.

Nie zdążył się ani przestraszyć ani wkurzyć. Trochę tak, jak gdyby w ogóle przestał istnieć. No i na dodatek w ogóle nie miał kasy w portfelu, za to całą serię dokumentów do ponownego zrobienia. Pokręcił z niedowierzaniem głową, brak portfela udowodnił mu, że naprawdę stał się ofiarą napadu, więc poszedł to zgłosić na policję. Znudzony oficer dyżurny zasypał go biurokracją i zaproponował jazdę po mieście na rozpoznanie, ale Wojtek podziękował. Rozumiał statystyki, które kryły się za słowami policjanta. Nie zależało mu też na satysfakcji złapania złoczyńców, dzięki czemu, nie denerwowała go ta sytuacja. Wolałby już, żeby ktoś po prostu znalazł dokumenty i wrzucił do skrzynki pocztowej. Wolał iść do domu i wszystko sobie samotnie przemyśleć. Ta siła, która go przyciągnęła do napastników, musiała mieć coś wspólnego z bąbelkiem i policja nie była mu w stanie w tym pomóc. Najprawdopodobniej, gdyby nie papier wnioskujący o nowe dokumenty, w ogóle by tego nie zgłosił. Tembr głosu napastnika także nosił w sobie sekret. Nie chcąc o tym myśleć wrócił do domu i postanowił że rano uporządkuje mieszkanie. Nie tknięte od Bożego Narodzenia, podczas jego emocjonalno-filozoficznych dywagacji miało czas, na rozpoczęcie własnego, niekoniecznie estetycznego życia.

Wiosenne porządki zajęły mu cztery dni non stop, ale zdążył cały tydzień przed środkiem kalendarzowego lata. Znosząc do piwnicy bombki przyznał przed samym sobą, że kwestię organizacji własnego domu zaniedbał aż do przesady. Czuł bezsilność w stosunku do ilości mebli i gratów, ich ciągłego odkurzania i ustawiania. Wracając na górę postanowił, że wywali wszystko, czego nie dotknął przez ponad rok. Uczucie niemocy i beznadziei pojawiło się, jak tylko wspiął się na stołek i zobaczył wieloletni kurz oblepiający górę szafek. Nie poddał się, poszedł po rękawiczki, myjki, druciaki i chemikalia nie przejmując się terminem zakończenia prac i zaczął odmaczać swoje mieszkanie od kuchni. Obrzydzenie mieszało się z furią, ale zmęczenie, które zazwyczaj odcinało go od tych niegodnych mężczyzny, domowych prac, zablokował impetem z jakim zaczął sprzątać. Teraz mógł tylko albo skończyć, albo polec w nieprzeniknionym chlewie. Gdzieś w połowie oskrobywania kuchenki odkrył, że nie sama praca jest mu przykrą ale podejście jakie do niej ma. Wyłaniająca się już tu i ówdzie czystość zaczęła przynosić satysfakcję. Szacunek dla mamy i babci znacznie wzrósł i uświadomił sobie, że tylko pokora do wykonywanej pracy może przynieść sukces. Zawiązał sobie bandanę na włosach i postanowił zostać sprzątaczką dopóki nie będzie już czysto. Wykonanie pracy dla samego siebie okazało się być dużo trudniejsze niż zleconej. Kiedy późnym popołudniem wyszedł ze lśniącej kuchni, i przykleił się do podłogi w przedpokoju wiedział, że wygrał bitwę ale nie wojnę. Prawdziwym wyzwaniem okazał się kibel, który przez ostatnie kilka miesięcy był jedynie dezynfekowany żelem. W połowie odmaczania deski klozetowej, Wojtek zrozumiał relację jaka miała miejsce podczas napadu. Tembr głosu napastnika traktował go tak, jak on swoją nadwiślańską kochankę. Z sympatią i spokojem, wynikającym z wiedzy, że miał nad nią władzę absolutną. Wojtek zrozumiał teraz na czym polega uzależnienie się od władzy. Relacja pan niewolnik, odnowiła się w nim bez osób trzecich. Sam sobie nakazał doprowadzenie mieszkania do stanu czystości i sam musiał spełnić to zadanie, doskonale znając własne, absolutne wymagania tej kwestii. Nie poddawał się. Sprzątanie okazało się być znakomitym zajęciem kontemplacyjnym. Wydedukował, że tylko pokonując tkwiącego w nim pana, zapanuje nad sobą na tyle, by móc działać, bez wyfruwania z samego siebie, jak w stanie paraliżującego strachu podczas napadu. Przebiegł przez pokoje wyrzucając wszystko na podłogę, obiecując sobie poodkurzać i poukładać. Ilość posiadanych, niepotrzebnych rzeczy mierziła go. Postanowił wszystko, czego nie używał przez rok wyrzucić. Nie okazało się to proste, obok tradycyjnej segregacji śmieci na papier, szkło, metal i plastik, musiał zrobić oddzielne pudła dla ubrań, zabawek i książek dziecięcych. Rzeczy nie swoje i pamiątki po przodkach, trzeba było zanieść do piwnicy, aby przed pozbyciem się ich, przejrzała je rodzina. Kiedy okazało się, że jest jeszcze potrzebne oddzielne pudło na rzeczy do sprzedania, poddał się ogromowi wyznaczonej pracy i postanowił posprzątać najpierw łazienkę. Noc zastała go na polerowaniu kafelków. Był zmęczony i umorusany i nie pozostawiając sobie żadnej wolnej przestrzeni w pokojach padł w splamionym detergentami dresie na nieposłane łóżko stwierdzając, że wyśpi się jak już będzie czysto. Zasnął w barłogu i spał krótko.

Pudła zaczął wynosić o siódmej rano. Widok zapełnionej piwnicy przeraził go, i z tym też trzeba było coś zrobić, ale chwilowo pozostawił ją nietkniętą. Ilość giełd do odwiedzenia i ogłoszeń o sprzedaży na internecie wzrastała w zastraszającym tempie, a liczba ubrań i rzeczy do wyrzucenia, przysłoniła mu podłogę w obu pokojach. Zrozumiał ciężar, w który wpadło jego ciało podczas napadu. To był ciężar niezbędnych do życia przedmiotów, którymi się otaczał. Pamiątki, książki, stare spodnie, zapasy toreb zakupowych i słoików odbierały mu życiową przestrzeń, wypełniając szczelnie szafy i szuflady. Ilość mebli w mieszkaniu sprzyjała poczuciu duszenia, nie miał też ani jednej wolnej ściany, a brąz politur czynił pokoje ciemnymi i zastawiał przestrzeń. Przypomniało mu się, jak dawno temu, był świadkiem likwidacji kawalerki w jednej kamienicy. Właścicielka zeszła, a ponieważ była osobą samotną, sąsiedzi zainteresowali się dopiero wtedy, kiedy wywietrzniki już dały znać o tym smutnym fakcie. Strażacy włamali się do mieszkania przez okno i tą drogą już po wyniesieniu ciała, rozpoczęli oczyszczanie mieszkania. Kiedy Wojtek pojawił się w okolicy, na zgromadzony pod oknem tłum gapiów spadały stosy szmat. Babcia gromadziła wszystko, bo wszystko mogło się do czegoś przydać. Wyrzucenie metrowej warstwy odpadków nieorganicznych okazało się niemożliwe normalną drogą i wszystkie spadały przed dom, wyrzucane przez okno. Koszmar, w jakim musiała umrzeć samotnie pilnując swego bogactwa, nakłonił go teraz do zreformowania własnych poglądów na posiadanie. Zorientował się, że siedzi na przedmiotach nie używając ich i w ten sposób blokuje energię swojego bąbelka, czyniąc go nadwrażliwym na martwe przedmioty dookoła. Ścierając kurze z zaskoczeniem odnajdował czyste, pozbawione nalotu wyspy. Słowniki, budzik, klawiatura i półka na której opróżniał kieszenie, wracając do domu. Reszta pokoju tylko tkwiła nieruchomo, zakurzona jak on sam. Zebrał wszystkie ubrania, w których nie chodził od ponad roku, aby spakować dla Czerwonego Krzyża. Przy pierwszym punkowym podkoszulku z lat gimnazjum zadrżał i rozpoznając swą słabość do pamiątek po sobie samym. Zacisnął zęby i z gniewem, że traktuje siebie jak materialnego trupa napełniał paczki ciuchami, pozbawiając mole od lat zajmowanego królestwa. Skojarzył nawet źródło swoich oporów. Fascynacja przedmiotami, którym ludzie poświecili swoje życie, takich jak skrzypce Stradivaldiego albo wazy z dynastii Ming, doprowadziła całą kulturę do zakorzenionych blokad posiadania, a nie używania. Zrozumiał nawet skąd tak wiele osób kolekcjonuje przedmioty, bez umiejętności uwolnienia się od ziemskich pożądań i cierpiąc na związane z nimi przypadłości nerwowe. Nie chciał być już więcej ograniczony przez rządzące nim graty. Wolał zostać nowoczesnym właścicielem własnego ciała, który nie żyje wśród uzależnień, barier energetycznych, utworzonych przez zastałe bąbelki przedmiotów, tylko albo używa, albo potrafi zostawić za sobą.

Kolejny dzień rozpoczął od rozwożenia ubrań i książek. Antykwariaty, więzienia, domy dziecka i giełdy mebli. Okazało się bowiem, że połowa szafek jest równie zbędna jak ich zawartość. Sąsiedzi myśleli, że on się przeprowadza, a Wojtek po prostu zaczął bardziej dbać o siebie. Na szczęście rok wcześniej malował, tak więc ominęło go pobielanie ścian. Wyrzucił nawet ciężkie łóżko, zostawiając sobie materac na podłodze i nagle zauważył, że w mieszkaniu jest miejsce na przestrzeń i powietrze. W dalszym ciągu się nie wykąpał ale postanowił doprowadzić siebie do porządku, jak już będzie miał gdzie mieszkać. Czuł się coraz szczęśliwszy odkrywając brak cechy, która łączyła go z napastnikami. Cechę z którą wygrał, mógł nazwać regułą zaciśniętej pięści. Już nie musiał mieć, ani za wszelką cenę postawić na swoim, a upór z którym czasem reagowały jego myśli w zupełnie nieistotnych kwestiach stał się rozpoznawalny i rozwiązywalny ze stoickim spokojem. Potrafił uznać talent bliźniego i przyznać mu rację. Odkurzając sufity z pajęczyn i myjąc podłogi, już zauważał kiedy trafiał go kompletny szlag. Uczucie nienawiści czysto przychodziło do jego myśli, widział je wyraźnie, jak gdyby zostało przysłane z zewnątrz i dzięki temu nie zaczepiał się już o nie, tylko pozwalał mu przepływać, zapełniając powstałą po nim pustkę radosnym uśmiechem i wdzięcznością, że potrafi nad sobą panować. Niepotrzebne rupiecie, przywiązanie do wspomnień z przeszłości, zatrzymywały go dotąd swą ilością i potrzebą zajmowania się nimi blokując rozwój. Już ich nie było. W ostatniej chwili przed uschnięciem podlał kwiatki i obsadził pachnącą nasturcją i groszkiem skrzynki balkonowe. Czwartego dnia po południu mieszkanie było gotowe. Wojtek leżał w wannie, zapalił otrzymane od kogoś w prezencie kadzidełko, w pralce kończyło się ostatnie pranie i uczucie błogości powoli wstępowało w jego znużone członki. Postanowił już, że w ramach wypracowania umiejętności samoobrony, zapisze się na aikido. Funkcjonowanie bąbelka, jawiło mu się jak na dłoni. Uwolnienie się od zbędnego ciężaru pozwoliło zauważyć pewną nieznaną wcześniej fizykę i uświadomiło różnicę między nim a innymi świadomymi istnienia bąbelka. Był jak nie zakotwiczona żaglówka, podczas gdy zagraceni stawali się wiecznie stojącymi na redzie wrakami. Z jakiegoś jeszcze nieznanego mu powodu, o bąbelku wiedzieli ateiści i katolickie kobiety, podczas gdy ich mężczyźni nie byli świadomi jego istnienia, jak zresztą przez wiele czasu i on. Nie bycie katolikiem w Polsce było automatycznie uznawane za bycie ateistą, co nawet nie będąc prawdą, łatwo się nią stawało w wyniku presji większości, która z wręcz nazistowskim oddziaływaniem, niszczyła każdą religijną konkurencję zaistniałą w Polsce. Odkrył, skąd wzięło się pojęcie polskiej zawiści – owego duszącego uczucia beznadziei, którego sam bywał ofiarą, zanim nie odkrył, jak się chronić. To zakotwiczone w posiadaniu wraki, nienawidzące świata i swych współmałżonków za to, że oni nie muszą wiedzieć o bąbelku stwarzało taki klimat. Bronili tak interesów własnej rodziny, przeciwko innym rodzinom. Połączeni byli nienawidzeniem i wzajemnym duszeniem się negatywną myślą. Właśnie siła myśli była jego największym odkryciem. W chwili zgodności ciała i intencji, miał powodzenie pozwalające mu na uwolnienie się od otaczających go wpływów. Za to ból, jaki przychodził do jego mózgu z innych głów sygnalizował, że nie tylko fizyczne opracowanie nienaruszalności swego bąbelka jest koniecznością, jeżeli chce świadomie działać i w pokoju ze światem. Musiał jeszcze znaleźć w sobie współczucie i akceptację dla ofiar poczucia zawiści, aby zupełnie wyzdrowieć.

Dojo znajdowało się w sali gimnastycznej jego starej podstawówki. Wojtek nie zaglądał tutaj od lat. Stał przed korytarzem, po którym biegał przez osiem lat. Uderzyło go wrażenie zmienionych proporcji. Wszystko wydało mu się bardzo małe, miniaturowe boksy i wąskie schody, które niegdyś uważał za szerokie. Nawet sala gimnastyczna zmalała, Wojtek ze zdumieniem wpatrywał się w tak niegdyś odległy i niedostępny kosz, do którego starał się sięgnąć piłką. Miniaturyzacja przestrzeni pokazała mu zmianę własnej perspektywy i uznał to odkrycie za pozytywne, bo po to tu przyszedł, aby tę perspektywę zmieniać. Postanowił nie mieć oczekiwań i dać sobie możliwość akceptacji zaskoczeń. Bądź co bądź przybył tutaj nauczyć się samoobrony, kontroli nad bąbelkiem. Nadejście instruktora podobnie jak w przypadku jego szefowej, spowodowało wzrost tętna, ale wystarczył głębszy oddech po to, żeby przerwać te zakłócenia. Wytłumaczenia chwytów okazały się proste jak ruchy taneczne, głównie z tego powodu, że ataki były aranżowane. Wojtek zastanawiał się nad różnicą pomiędzy atakiem prawdziwym i pozorowanym i zrozumiał, że liczy się odruch, umiejętność uniku. Udało mu się nawet wyobrazić powtórkę swego napadu i sposób w jaki opadłby na ziemię w udawanym bezwładzie, pod naporem otaczających go barków przeciwników. Opadłby tylko po to, aby przeturlać się za nich i zniknąć, zanim głupota atakujących doprowadziłaby do walki. Dużo ćwiczył z Amerykaninem, który też chodził na te zajęcia. W ciągu spędzonych na macie tygodni zaprzyjaźnili się i Wojtek po raz pierwszy, poznał związek z drugim człowiekiem oparty jedynie na wspólnym działaniu. Bez zwierzania się, absorbowania nawzajem problemami, oparty jedynie na wspólnej koncentracji i pracy nad sobą. Znajomość, która rozwija i mobilizuje do zachwytu nad życiem. Współuczestnictwo w upadkach fizycznych i w ich neutralizacji, nie obciążone żadnymi barierami mentalności. Nie mógł zaszufladkować swego partnera. Nigdy nie wiedział na sto procent jak zachowałby się w danej sytuacji jego nowy przyjaciel, wiedząc tylko, że można by było zaufać temu, że jego reakcja będzie pozytywna. Nazywał się Bernhardt i zgodnie ze swym imieniem miał w sobie ociężałość niedźwiedzia i jego siłę, a wskazówki jakie mu dawał udowadniały, że nie walczy siłą tylko sercem. Najbardziej ucieszyło go, że nawet zanim poznał generalną zasadę, nigdy jej nie złamał. Nigdy nie zaatakował pierwszy i dlatego nigdy nie przegrał. No i nareszcie usłyszał słowo, które mogło zastąpić bąbelek. Chi.

Rozpoznawszy chi, oraz fakt, że nie był odosobniony w swoim odkryciu, mógł porzucić ostatnie obawy o szaleństwo. Zagadką dlań pozostawał fakt, dlaczego istniała w Polsce w tym temacie zmowa milczenia. Umiejętność wpływania jednych na drugich, połączona z żądzą władzy, były jedynym zrozumiałym dlań wytłumaczeniem takiego stanu rzeczy. Napad, którego był uczestnikiem wyjaśnił mu to, aczkolwiek zadziwił się, że wiedza na temat tej energii werbalizowana była w jego kulturze jedynie w formie przeklętej i wulgarnej. Sporo czasu zajęło mu opisanie tej sytuacji w ojczystym języku zanim mógł pogodzić się z taką wersją wydarzeń, a jedynym powodem dla którego wiedział, że musi to uczynić, była dziewczyna napotkana nad Wisłą i konieczność rozliczenia się z własnych myśli, które wtedy do niego przyszły. Zorientował się, że do tej pory potrafił opisać tę sytuację jedynie ze strony dominującej, a podczas napadu znajdował się po drugiej stronie, tam gdzie ona, kiedy z nią był. Podczas napadu został bowiem pokryty, jego bąbelek, a raczej chi zostało w całości pochłonięte przez silniejszą wolę napastnika. Zarówno na poziomie dziewczyny jak i ofiary napadu przerwanie, albo zmiana polaryzacji chi, następowały na poziome dżungli – czysto fizycznym planie silniejszego, który pochłaniał umiejętność logicznego myślenia. Podporządkowanie zwierzęcemu instynktowi samozachowawczemu było istotną lekcją świadomości. Mówiąc więziennym językiem napastników stał się cwelem, a podobieństwo które odczuwał z nimi wynikało z faktu, że podobnie jak on, odreagowywali poznanie stanu takiego poniżenia. On poprzez poniewieranie kobietami, podczas gdy oni czerpali satysfakcję z czynienia podległym innego mężczyzny. Ich chi było bardzo silne i jedynie praca nad własnym, połączona z rozwojem świadomości i zmianą obyczajów, mogły mu pozwolić na opanowanie wpływów takiego postępowania i kompletną samokontrolę fizyczną. Otworzenie niegdyś na bardzo niski i prymitywny poziom energii, pozwalało mu czuć jak niewolnicy własnych ciał, którzy żyją cierpiąc, żując nienawiść, pełni strachu przed bliźnim, zamknięci w pułapce wyjących w ich własnej głowie demonów. Różnił się jednak tym, że dzięki temu, że poznał dno, mógł się odeń odbić i mieć świadomość istnienia skali i różnic w chi różnych ludzi. Konieczność kontrolowania otaczających go bąbelków i zastępowania destrukcyjnych skupieniem i świadomością była konieczna, aby mógł prowadzić dialog ze wszystkimi, a nie walczyć bez sensu o to, czyj bąbelek jest silniejszy. Dlatego nigdy nie zapomniał dna, będącego optymalnym startem rozwoju każdego człowieka.

Siadywał czasem na ławce, w parku w centrum miasta i obserwował ludzi. Było to jedno z niewielu miejsc, gdzie można było zaobserwować i lokalnych i przyjezdnych, wszystkie progi podatkowe i wyznania, które pojawiały się w Warszawie. Obserwował komunikację między bąbelkami, rozpoznawał tych którzy byli jej świadomi i tych, którzy nie mieli o niej zielonego pojęcia. Świadomi byli traktowani jak przeklęci i rządzili się prawami dżungli, często równocześnie nie będąc złymi ludźmi. Próbowali tylko pogodzić się z tą wiedzą, podobnie jak się z nią godził on sam. Różnica polegała na tym, że inni uzależniali się od siebie nawzajem, podczas gdy Wojtek, chciał rozwinąć wszystkie zależności bąbelka w sobie, nie licząc na cudzą wiedzę i doświadczenie. Nie dlatego, że nie szanował cudzych doświadczeń, ale żadne go nie przekonało o tym, że warto jest je naśladować. Na zwierzęcym poziomie było wielu ludzi. Tam wszyscy byli samotni ale nie byli szczęśliwi z tego powodu. Jedni ludzie byli chudzi i rozmawiając siekli dłońmi na prawo i lewo aby przerwać uwagę innych, drudzy byli grubi i ciężcy, oni topili swych rozmówców w duszącym tłuszczu własnego ciężaru, a jeszcze inni byli silni i ci przesuwali i pierwszych i drugich siłą swoich mięśni. Wreszcie ostatni, w ogóle nie widzieli swych ciał, przesuwając się siłą spojrzenia. Oni już stanowili drugi poziom. Mieli rację i wierzyli w siłę umysłu. Nie czuli oni parcia powodowanego przez pierwszych, bo jedynie ich ciała mu się poddawały, podczas gdy głowy nadawały, zwykle cokolwiek, co ustawiało pierwszą grupę. Mieli władcze ruchy dłoni odrzucające grubych i siekających, przesyłali sobie nawzajem otumanienie i ból głowy. Byli zależni od pierwszych, ponieważ chcieli nimi rządzić, sami pochwyceni przez ich ociężałe ciała, które nie pozwalały im na wzniesienie myśli i lepszą wiarę we własne możliwości. Nienawidzili oni tych pierwszych strasząc i pilnując by się nie rozwinęli, i sami tkwili w pułapce przywiązania do rzeczy, ciał, własnych racji i przywiązania do wynikającej z dominowania satysfakcji. Wojtek czuł dreszcze oglądając własną przeszłość, ale patrzył dalej. Najbardziej ironiczny był w nich fakt, że pełni pozytywnych myśli i intencji, więcej szkodzili, niż pomagali w swojej niewiedzy. Poszukiwał tych, od których mógł się uczyć, nastawiony na najmniejsze szumy świadomości, aby je poznać i zrozumieć. Kobiety wydawały mu się bardziej świadome, ale szybko przekonał się, że działają one tylko do pewnej frekwencji i nigdy nie reprezentują siły. Masę tak, ale siły nigdy. Ponieważ siła była po jego stronie, wszystkie zwierzęta w ZOO, ptaki nad Wisłą i drzewa, znając jego światopogląd i rosnący szacunek do równowagi z naturą, stały za nim, reprezentującym je rozumem. Odwdzięczały się nie usypiając jego instynktu samozachowawczego, jak czyniły to ze wszystkimi istotami, które uważały się za ich pana a nie element całości. Nieświadomi zdawali się mieć więcej mocy – polegała ona na „noszeniu krzyży” co skutkowało brakiem osłabiania ich chi przez kobiety, ale nie byli oni właścicielami swych ciał i wszelkie dobro jakie czynili stawało się podporządkowane tym, którzy o tym wiedzieli. Byli dobrzy, ale czytając w informatorach ekologicznych raporty o stanie planety, Wojtek wiedział, że robią za mało, i nie może im ufać. Uczył się więc dalej. Chłopcy, których zauważył, zazwyczaj nie mieli w sobie nienawiści, co najwyżej frustracje spowodowane duszącym ich obciążeniem, ale pozytywna wiara, brak agresji, miłość do ludzi i intencja rozwoju, którą reprezentowali wyposażyła ich we władczy ruch dłoni, który odprawiał grubych facetów pożądających ich towarzystwa, bez szacunku do reprezentowanych przez nich idei. Wojtek zorientował się, że on sam podobnie bywał zabawką tych, których teraz w myśli nazywał wilkami. Niektórzy uważali się za silnych czerpiąc wiarę z bycia lubianymi, inni ponieważ rzeczywiście byli silni fizycznie albo bogaci. Wojtek coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że niezależnie od tego na czym była zbudowana ich zasilająca chi wiara, w ten lub inny sposób, ich energia zależała nie tylko od otaczających ich ludzi, ale od całej planety. Złociste nitki łączące wszystkie istoty ze słońcem były tak samo otwarte i podatne na taki sam wpływ sił wszechświata. Teraz już nie chciał używać siły w żadnej formie, wiedząc, że i tak nie wygra ze wszystkimi. Zamiast ruchów, które równocześnie byłyby zaproszeniem do ataku, wolał używać siły myśli, będącej uczciwą próbą porównywania z innymi siły własnej wiary i wynikającej z niej jakości chi. Tam gdzie przegrywał musiał się uczyć i pracować nad sobą. Dowiedział się, że jeżeli odczuwał na sobie skupienie uwagi, wysyłał zimno odmrażające napastnika białym ochronnym światłem. Czasem, jeżeli zaczynał się dusić, rozniecał wokół siebie wiatr miłości, wewnątrz którego pozostawał wierny swemu uczuciu w stosunku do Hani, sam nie przejmując się już faktem, że ktoś chce zmienić jakość jego chi. Zauważył, ze jeśli spojrzał się w takim momencie na napastnika, ten zaczynał odczuwać taką formę nacisku, jaką skierował w Wojtka. Szacunek dla tej niewidzialnej powłoki wokół siebie i innych, zaowocował brakiem zwierzęcych ingerencji pierwszego poziomu. Już nie miał ani depresji, ani nikt nie był w stanie jej wywołać degradując jego szacunek do siebie i poczucie własnej wartości. Niewiele ono miało wspólnego z przesadnie rozwiniętym ego, polegało bardziej na nie wybieraniu komunikacji najprostszymi instynktami i na nie wchodzeniu w niepotrzebne zależności emocjonalne. Pamięć o tym co zdarzyło się z dziewczyną oraz z napastnikami w parku wystarczała mu, aby wspomnienie działania na poziomie czysto zwierzęcych instynktów i neutralizowanie ich sprowadzić do odruchów. Dzięki temu już nie musiał do nich wracać negatywnymi myślami.

Pamiętał jednak czas, kiedy zredukowanie myślenia i działań do tak niskiego poziomu energii spowodowało, że widział zbyt wiele, czuł tylko czystą nienawiść. Potrzebował przecież miesięcy, żeby wrócić do normalnego stanu. Pamiętał siłę eksplozji, która rozerwała jego energię po spotkaniu z dziewczyną. Nadwiślańska przygoda wyssała go ze wszystkiego i do dziś nie wiedział co pomogło mu w fakcie, że nie naruszył trwale ani nerwów ani psychiki. Stał się silniejszy, a instynkty zwierzęce zostały zastąpione obrazami, które jak sny pomagały mu w tłumaczeniu sobie zawiłości świata, zastępując różne kody myślowe, którymi porozumiewali się ludzie. W swoich snach biegał między gwiazdami, był tygrysem, miał towarzystwo orła i potrząsając co dzikszymi z napotkanych w hibernacji stworzeń, bawili się razem tam, gdzie inni walczyli wierząc w łzy i wojnę. Wojtek uwierzył w szczęście. Po obserwacjach w parku wracał do domu i koncentrował się na regeneracji mózgu, jak on to nazywał regeneracji swojego ziemskiego statku. Czasem zastanawiał się, skąd wziął się orzeł i dlaczego jest tygrysem, ale pamiętając krasnoludka wiedział, że warto wierzyć w sny i już miał gotową odpowiedź.

Bernhardt, który poznawał Wojtka podczas zajęć aikido, nie przybliżał się do wybranego mu przez wilgę ucznia, tylko komunikując się najprostszymi i przywiązanymi do teraźniejszości mądrościami czuwał, aby Wojtek zawsze sam podejmował decyzje i widział swoje prawo wyboru. Widział w nim dziecko światła i wiedział, że jest ono niewidoczne, rozwijające się w zgodzie z systemem przodków. Świadomość Wojtka uszczelniała się i wkrótce już nie będzie mu potrzebny, bo sam nabędzie właściwe odruchy, pozwalające mu na zachowanie wolności i pokazywanie jej ludziom. Ludziom, którzy od dwóch tysięcy lat mieli zabronione rozszerzanie perspektyw na własną fizyczność. Zmiana świadomości wszystkich, zezwalająca na ujrzenie wielopoziomowości istnienia ponad formułowanie myśli była jedynym sposobem na wprowadzenie zgody pomiędzy myślami i równowagi między człowiekiem a jego środowiskiem. Aby transformacja mogła się dokonać, musiała nastąpić z wolnego wyboru Wojtka, a nie pod przymusem. Pozostało mieć nadzieję i czekać. Aby się udało, najważniejszym elementem, który musiał zachować Wojtek była równowaga. Bernhardt wiedział, że w kulturze w której chłopak się wychował funkcjonuje problem miękkości, wypierany i nie akceptowany w męskim zachowaniu. W Polsce facet miał prawo być twardzielem, a pięść była bardziej szanowana niż dotyk, co nie mało dużego zastosowania w epoce buldożerów. Wojtek zachowywał stan w którym istnieje szacunek do wolności kobiety, chęć posiadania jej jedynie na planie fizycznym i w pewnych odstępach czasu. Akceptował też fakt, że każdy ma prawo do romantyzmu i delikatności, nawet jeśli społecznie jest to natychmiast traktowane jako zaproszenie do ataku na tzw. słabość. Widział na ulicach, że ludzie tacy byli ośmieszani podczas gdy brutalne reagowanie na głębię uczuć była akceptowana społecznie. Bernhardt wiedział, że jeśli chłopak popełni błąd i zechce posiąść wolę dziewczyny, ugiąć ją do swego obrazu świata, stanie się jej niewolnikiem i oboje staną się od siebie uzależnieni w oczach społeczeństwa. Nie mógł mu o tym powiedzieć, bo naruszyłby jego wolna wolę, dlatego mógł jedynie świecić przykładem. Zauważył, że jedyna różnica między wschodnim i zachodnim libertynem polegała na tym, że wschodni pożądał i stawał się gruby i obleśny, wpadając w nałogi po odtrąceniu, podczas gdy zachodni nie tylko pożądał, ale i wiedział, że aby móc uzyskać jakość zamiast gwałtu, musi też stać się obiektem pożądania. Dlatego dbał o swój wygląd fizyczny i dietę i nie tylko uczył się na niewinnym rozwoju Wojtka, ale i przekazywał mu wszystkie prawdy Ducha Czasu. Najbardziej przyswajalną formą, były codzienne treningi. Pilnował aby nie było dygresji, które mogłyby być poprzez szufladkujące umysły uznane za indoktrynację ideologiczną. Tak działał świat od czterech tysięcy lat, od pierwszego przekleństwa cywilizacji, pisma. Pojawiające się w różnych kulturach historie o kochankach, którzy postanowili odejść splecieni uściskiem nie były przypadkowe. Bernhardt szanował ich wybór ale uważał, że powinni oni byli sprostać wyzwaniu pozostania dłużej w swoich ramionach. Nie zamierzał czynić z chłopaka kolejnego bohatera mitycznej miłości, wolał zaczekać, aż dojrzeje on do spokoju prostego człowieka.

Dzień, w którym Wojtek przekroczył samotność, zaczął się normalnym treningiem. Podczas ćwiczeń nad unieszkodliwieniem przeciwnika atakującego od frontu Bernhardt pozwolił sobie na test, który wdrażał raz na jakiś czas. Polegał on na zadaniu ciosu z intencją niszczenia i sprawdzeniu reakcji. Cios taki był podobny do tych, które zadawali ci, którzy chcieli za pomocą fizycznej przemocy osiągnąć władzę lub korzyści nad innymi. Świadome zadanie go polegało na kontroli umysłu, zezwalającej na zwierzęcą krwiożerczość tylko przez ułamek sekundy i na natychmiastowy powrót do kontroli nad sobą. Ku zaskoczeniu Bernhardta Wojtek nie zamienił się jak poprzednio w sopel lodu, ani nie rzucił się nań z furią, którą już kilkakrotnie musiał neutralizować, tylko odsunął się o krok i definiując napięciem mięśni swoje granice, zaczął emanować spokojem. Bernhardt aż usiadł z wrażenia. Właśnie nauczył się od chłopaka fizycznej ekspresji nadziei, przekroczenia samotności, świadomości że istnieje uczciwość w miłości i w odrębności. Wszystko co osiągał latami medytacji i wyrzeczeń, Wojtek zamknął w jednym ruchu, spokojnym i instynktownym. Uczeń przerósł swego mistrza. To, co w jego własnej kulturze zostało przywiezione z Europy jako tragiczne i nieodwracalne, odmieniło się. Wiedział teraz o czym zapomnieli biali szamani w jego ojczyźnie. Dla tych złych właśnie stało się najgorsze i niewyobrażalne – chłopak stał się mężczyzną ponieważ przestał nienawidzić i zaczął kochać. Jakby nie czuł bólu odtrącenia, po prostu postanowił, że i tak będzie ją kochać. Zwyciężył nienawiść, spowodował, że jej wola też musiała stopnieć, a sposób na skruszenie jej był banalnie prosty. Nie był wysiłkiem i nie wymagał żadnego wysiłku. Wybór Wojtka spowodował, że kręgosłup na którym bazowała swoją nienawiść zawalił się, jak i jej nienawiść, która zaprzeczona i pozbawiona sensu istnienia, znikła jak wirus komputerowy po wymianie jednego zera na jedynkę. Lata wojen, szykany, odbijanie nienawiści i patrzenie się sobie nawzajem ręce nie mogły jej skruszyć. Ale Wojtek po prostu pozwolił jej być jaka jest i tego teraz nauczył się Bernhardt. Musiał o tym opowiedzieć swoim ziomkom. Teraz w głowie Bernhardta pojawił się nowy cel i już nie mógł się cofnąć. Dowiedział się wiele i miał świadomość, że wykorzystanie tej wiedzy w innych celach niż te, do których służyła, jest niemożliwe. Nadeszła pora wracać tam, gdzie się narodził i zapobiegać dalszemu ograniczaniu świadomości dzieci, poprzez spychanie grzechów przodków z ich pamięci w podświadomość. Inaczej nie będzie miał jaj, na których, jak każdej istocie, w której żyłach płynie testosteron, bardzo mu zależało. Wyzwaniem stało się wyleczenie swej rodzinnej ziemi z przekleństwa, które spłynęło na jego rodaków wraz z odrzuceniem swych korzeni kulturowych i mordem dokonanym na jej lokalnych reprezentantach. Nie chciał już więcej bólu, ani upadków dzieci w szaleństwo i nienawiść. Wolał być tak jak był teraz, pełen energii i chroniony przed wpływami władzy, która pochodziłaby od odłączonego od natury człowieka. Nie bał się i pamiętał. Nauczył się oczyszczenia białego szamana i musiał wrócić, by nauczyć tego swoje plemię. Nie mógł się cofnąć. Zaprosił Wojtka na przegrywanie filmów o aikido, bo chciał mu jeszcze przypomnieć gdzie był, kiedy zobaczył go w parku. Chłopak miał prawo iść dalej sam, od punktu w którym niegdyś odebrano mu pamięć, a on musiał mu w tym pomóc zanim odjedzie. Musiał oddać Wojtkowi wszystko, czego się o nim dowiedział, zanim go zatrudnił, aby nikt inny już nie mógł tego zrobić. Teraz Wojtek już nie potrzebował ochrony, sam znakomicie dając sobie radę, podobnie jak wszyscy, którzy wybrali kochać.

Rozdział dwunasty: Swobodny program myślenia

Znowu nadeszła wiosna. Hania, która już od roku nie widziała Wojtka, powoli czuła się gotowa do ich ponownego spotkania. Stała pod prysznicem, powoli spłukując z siebie pracę. Obok biurowej codzienności udało się jej już wyjechać na Tajwan, do Meksyku, Australii i Kongo. Większość zleceń zagranicznych miała tę wspaniałą cechę, że obok konsultacji i wizytacji finansowych, zawsze miała czas na obejrzenie sobie miejsc i poznanie ludzi. Stwierdzenie, że podróże kształcą, nabierało w niej coraz większych rumieńców, a doświadczenia jakie wynosiła z tych podróży, napełniały ją coraz większą radością i satysfakcją z porównywania stylów, jakimi porusza się pozawerbalna sfera przekazywania sobie nawzajem miłości. Dziś po raz ostatni pracowała dla wielkich pieniędzy. Szef nie chciał się z nią żegnać, dzwonił do niej, chciał kontynuować ich współpracę, nawet proponując jej bardziej oddalone od siebie stanowisko, ale ona nie chciała o tym myśleć. Powiedziała mu, że już nie może słuchać słowa „więcej’ i „rozwój” kiedy jedyne o co chodzi, to wpływy finansowe, nie przekładające się już dla niej w żaden sposób na ludzi ani na ich życie wewnętrzne. Zakończyła mówiąc, że pieniądze to papier ze ściętego drzewa i nie czułaby się w porządku przed samą sobą, nadal u niego pracując. Chociaż rozmawiali przez telefon, wyczuła jak się uśmiecha. „Ma pani rację – powiedział, nareszcie odkrywszy jej tajemnicę, – już więcej nie będę pani niepokoił. Oczywiście proszę nikomu nie mówić, powiedziałem pani, że ma pani rację w tych kwestiach. Życzę szczęścia.” Kiedy odkładała słuchawkę zdała sobie sprawę, że od dnia ich spotkania w restauracji, po raz pierwszy zwrócił na nią uwagę jak na człowieka, a nie pracownicę. Uświadomiła sobie, że zawsze tak ją widział. Ku własnemu zaskoczeniu obok szacunku jaki to w niej wzbudziło, pojawiło się współczucie. Znalazła ekologiczną pracę w Unii Zaniepokojonych Naukowców, pracę, która pozwoliła jej na dalsze podróżowanie i oddaliła ją od wpływów ludzi łączących się w pary, i traktujących je jako uprzywilejowane bazy walki o przetrwanie. Otoczyła się wspólnikami, którzy podobnie jak ona, działali wspólnie z Ziemią, jako bazą do podejmowania życiowych decyzji. Miała konto bankowe pozwalające jej na skromną pensję, bez obaw na przyszłość. Zamierzała zresztą zakupić za to ziemię w jakimś przyjaznym dla środowiska miejscu, aby takowe powiększyć, ale teraz interesował ją tylko masaż głowy, dokonywany przez ciepłe strumienie wody. Koniec jednej pracy i początek następnej przedzielony był tylko weekendem, który postanowiła przeznaczyć na sprawy osobiste. Temat Wojtka pojawiał się w jej myślach wystarczająco regularnie, aby już ustalić pewne fakty. Korzystała z inspiracji obserwowanych podczas wojaży stosunków damsko-męskich. Sięgnięcie pamięcią do osoby, którą była zaledwie kilka miesięcy temu bawiło ją, a wina, która niegdyś ograniczała jej możliwość rozwoju i powodowała tłumaczenie się wszystkim dookoła, przepraszając, że żyje, stała się inspiracją do dyscyplinujących rozwój żartów. Musiała jednak przyznać, że myśl o Wojtku przywracała chmurę troski na jej twarzy, a konieczność pozytywnego rozwiązania sytuacji wymagała przemyślenia tego tematu na chłodno, bez zaangażowania we własną stronę uczuciową. Jedynym sposobem jaki znała, aby temu zaradzić, było spisywanie faktów. Dlatego, najbardziej nieobiektywnie i stronniczo, pilnując jedynie własnej wersji wydarzeń, wyładowała się, spisując co łączyło ją z Wojtkiem. Dopisanie równoważnej historii przedstawiającej świat jedynie z jego perspektywy, zajęło jej trochę więcej czasu. Efektem było podręcznikowe zestawienie modelowego feminizmu z szowinizmem.

Nie doprowadziło jej to do niczego, dlatego postanowiła opisać sobie całą sytuację z różnych perspektyw, o które wzbogaciła się podróżując po świecie. Pierwsze, co różniło temperamenty i było jeszcze całkiem dobrze widoczne we Włoszech, w Kalifornii się już zatarło, nie licząc ludności indiańskiej. Różnica pomiędzy mentalnością klimatów ciepłych, i zimnych okazała się być dobrą wskazówką. Ludzie północy, do których sama należała, żyli pokoleniami martwiąc się o to jaka będzie zima. Wiosna upływała im na zasiewach, lato na plonach a jesień na zbiorze zapasów na tę najchłodniejszą i najbardziej negatywną z pór roku, kiedy wszystko zamarzało. Panował strach przed brakiem wystarczającej ilości drzewa na opał, przed śmiercią z zimna albo z głodu, po wyczerpaniu zapasów. Chorób i klęsk żywiołowych nie wliczając, Ziemia była wystarczająco niegościnna, aby jej dzieci stały się suche i oziębłe pilnując tylko własnego nosa i ognia w kominku. Na południu, życie w ciepłym klimacie obfitowało w wolny czas. Owoce przez cały rok i brak potrzeby zbudowania nawet solidniejszego schronienia, pozostawiał mnóstwo czasu na sex, picie, zabawę i sen. Po za tym żadnych różnic. Potrzeba dominacji i okrucieństwo te same, zmieniały się tylko sztandary i stresujące nagłówki w doniesieniach prasowych. Obserwując świat wielkiej finansjery, Hania czuła się jak w starożytnym Rzymie, i dziwiła się jedynie konsekwentnemu brakowi pamięci o jego upadku. Upadek ów był tajemnicą kuluarów i bazą przemilczeń w negocjacjach. Był tym samym, czym Wojtek w jej głowie, i żeby żyć normalnie, musiała wyprostować tę sytuację. Wszelakie bolączki klimatyczne zakończyły się dopiero w ostatnim stuleciu, razem z rozwojem technologii i komunikacji. Od tego czasu, można było zauważyć atak tej zapobiegliwej mentalności na południe. Zamiast równowagi robienia mniej, dzięki osiągnięciu bezpieczeństwa, północ nie tylko nie była w stanie porzucić swego pędu by mieć więcej, ale i podporządkowała mu południe. Pytanie, które zadawała sobie Hania brzmiało, czy ludziom uda się zatrzymać na materialnym „wystarczy” i w miejsce zbędnie napędzającej się pracy, zająć odbudowywaniem więzi ze sobą i między sobą, czy też znowu wszystko będzie się musiało skończyć ogólnoświatową wojną i pierwotnym bałaganem tych, którzy przeżyją. Sama już przestawiła się na wystarczy i zamierzała zająć się swymi relacjami osobistymi, zbudowanymi na południowym luzie i spokoju. W czasach centralnego ogrzewania mogła sobie na to pozwolić.

Widziała w swej pracy wielu ludzi bardzo dobrych, ale także wielu chciwych, którzy pozwolili demonom na zamieszkanie w ich sercach. Hania „oczywiście” nie wierzyła w czary, z charakterystycznym dla wielu „oczywiście” dodawanym przed „nie wierzę”. Rzym, którego się naoglądała na parkietach giełd, połączony z doniesieniami z kolejnego głodu w Ghanie był bardzo przesądny i nauczył ją na wszystko patrzeć z perspektywy mitologicznej. Starożytność była bezpieczniejsza dla jej odporności i systemu nerwowego, niż ujrzenie siebie w teraźniejszości, z odpowiednimi odsetkami krwi na jej rękach, należnej jej tylko dlatego, że urodziła się tam, gdzie się urodziła. Była stroną w świecie, ale nie chciała być stroną w swoim sercu. Dlatego musiała uważać, aby nie wrzucić Wojtka w niewolnictwo, ani nie zostać jego chłopką pańszczyźnianą. Kultura obfitowała w takie pułapki, miała wystarczająco dużo znajomych aby to zauważyć. Najbardziej szkoda jej było dzieci, które rosnąc w takich rodzinach, często nie miały szans na przybliżenie innych perspektyw, co skazywało je na ograniczoną dorosłość w swoim małym fundamentalizmie. Tylko te, które nie znają strachu, mogły być nadzieją na to, że mentalność ludzi się zmieni i nie będą się już niszczyć nawzajem dla poszerzania własnych wpływów. Muszą się nie bać, stanąć przeciwko narodowej zaborczości dziadków, która wszędzie była taka sama i obarczona takimi samymi pieczęciami mentalności, mówiącymi, że tak było zawsze i nic się nie zmienia. Hania w to nie wierzyła, bo wiedziała że się sama zmieniła. Pamiętała, że kiedyś była jak reszta dzieci, które bojąc się wariują i zostają puste w środku, otwarte na demony i anioły, które na szczęście jeszcze są na ziemi. Podobnie jak ich rodzice uczą się reagować na rozkazy, wolność swa uzależniając od dziadków i zwierzchników, a nie od własnych marzeń i możliwości. Oczywiście każdy miał wybór, czy się rozwijać, czy nie, ale mądrość będąca tabu dla wtajemniczonych, zamykała zbyt wielu dzieciom drogę do samo rozwoju. Dopóki była z Wojtkiem nosiła jego demona nieświadomości w sercu, nosząc uległość, chorobę i nienawiść. Przekazywała ją wzrokiem ludziom na prawo i lewo, nawet nie wiedząc o konsekwencjach. A wystarczyło tylko chcieć mniej, żeby mieć więcej spokoju i przyjemności w życiu. Od kiedy kontrolowała swe napady strachu, było w niej o wiele mniej niepewności i nieufności w stosunku do innych.

Każdy na świecie najwidoczniej dojrzewał do swego miejsca, a ona cieszyła się, że takowe znalazła. Jej słowa były zawsze kochające i uległe, ale nie jej myśli. Dlatego tak trudno było ją odróżnić od wymyślonych przez Annę syren, które w obliczu mężczyzny demona są uległe, ale ich oczy są zawsze szczere i mówią, że zniszczą. Może zresztą była syreną, tylko spotkała mężczyznę, który kocha kobiety szczerze i bez wymagań, takie jakimi są i jej oczy zapłonęły świetlistym blaskiem. Nie wiedziała przecież co się dzieje z Wojtkiem już od prawie roku. Kochała go podobnie jak i on ją, poprzez wizerunek podsunięty przez własne myśli, zamiast objęcia konkretnego człowieka w całości. Nareszcie znalazła wspólny błąd feministek i szowinistów. Przerywanie sobie nawzajem rozwoju poprzez własną wizję drugiej osoby. Taka nieustanna zabawa w Boga tworzącego na lalce a nie na samym sobie, Boga który nie słucha i nie akceptuje zmian w partnerze, tylko wymusza własne prowadząc związek donikąd. Wojtek poznał ją jako syrenę i musiał opuścić, a oczy jego stały się nieme. Podejrzewała, że od razu został odbity przez mężczyznę, którzy kocha innych mężczyzn, podobnie zdradzonych i opuszczonych przez kobiety, jak ona uczyniła to z Wojtkiem. Teraz pewnie musiał być już wyleczonym przez innych chłopaków facetem, który podobnie jak ona nie zaprząta sobie głowy amorami, wymieniwszy je na potrzebę porządnego rżnięcia, byle nie w czasie rozgrywek ligowych. Nie chciała jednak tak myśleć. Wierzyła, że skoro i ona dojrzewała myśląc o nim, to i on nie stracił duszy przez jej głupi wybryk. Nie zabił jej swą nienawiścią, kiedy była dlań syreną, stając się tym samym jednym z tych, w stosunku do których syreny są bezsilne, nie mogąc nimi ani manipulować ani ich niszczyć. To, że był uodporniony na jej nienawiść, było jedyną sprawą, co do której była pewna. Nie chciał jej zabić, nie zareagował nawet w obronie własnej, udowadniając, że kiedy tylko życie jest stawką, nigdy tego nie uczyni. Miała nadzieje, że nie został żołnierzem, nie chciałaby mu teraz wejść w drogę. Musiał być mężczyzną dzieckiem. Poznała takich we wszystkich plemionach ludzi. Trudno się było nimi porozumiewać, ponieważ ich język był inny niż od wiary w tradycje przodków. Mają szklane serca, które odbijają światło i łączy ich fakt, że szczerze obdarzają miłością wszystkich i wszystkich potrafią porzucić, wierni swojej misji, a nie przyjemności. Wszyscy kiedyś kochali, a po utracie obiektu miłości została im tylko misja.

Zaobserwowała, że ego podskakuje jej wściekłością w myślach o treści: „ja na to nie pozwolę”, „ja tego tak nie zostawię”, „ja tego tolerować nie będę” albo „ja wiem lepiej”. Potem następowała wściekła litania argumentów, które z racji swej formy, jakościowo nie mogły się do niczego nadawać. Potem odchodziła, porzucając rozmówcę jak niegdyś Wojtka, chłodna i oziębła, budując między sobą i ludźmi barierę wysuszającej swą bezdusznością obojętności. Tłumaczyła się przed samą sobą, że do kurewskiego świata pasowały kurewskie argumenty, ale stała w miejscu, zawsze tak samo porzucając. Stanie w miejscu nie było fajne, podobnie jak nie panowanie nad podobnymi atakami furii. W zaciszu domowym, dużo łatwiej było się wyśmiać, udowodnić sobie jakie to „ja” jest nieważne, ale z ludźmi, zawsze się ono jakoś odbudowywało nie dając jej ani miejsca, ani czasu, na skontrolowanie własnych myśli. Zrozumiała nigdy nie porzuconą przez przodków wiarę w szatana i demony. Były jej własnymi myślami, umiejętnością kombinowania, szczęściem wychodzenia na swoje, racją nad racjami, która zezwalała na odrośniecie siedmiu ego tam, gdzie w samotności udało jej się zdusić jedno. Żeby pokonać ten reanimowany przez rzeczywistość cień, musiała znaleźć sposób lepszy od prysznica, aby nie tylko wracać do takiego spokoju, ale i zachować go na cały czas. Prysznic tylko kasował, zamiast przetwarzać dane. Pomysł porównania umysłu do komputera rozbawił ją, ale pomógł wyobrazić sobie system, w którym widzi siebie, kontroluje i zmienia tak, aby nie stać w miejscu. Chciała przestać się porównywać z innymi, mieć dystans do tego kto co komu zabrał, nie działać instynktownie komuś na złość i żeby tylko wyszło na jej korzyść. Odnosiła wrażenie, że jak już się tego nauczy, będzie jej łatwiej zauważać podobne zachowania u innych, a obserwowanie bez emocjonalnego zaangażowania pomoże zachować spokój i zdrowie. Wygra wyścig szczurów, wyjdzie z zaklętego kręgu kopiących się ze sobą nawzajem o kawałek chleba. Dlatego musiała nauczyć się słyszeć wszystkie swoje myśli, nie tylko te niektóre. Aby tego dokonać trzeba było wymyślić skąd się wzięły myśli. Gdzieś słyszała powiedzenie, że życie to tkanina, której początku nie pamiętała, a końca nie zna. Porównanie pasowało jej. Przyszła pora na więcej nowych wzorów na tej tkaninie. Wzorów bez oczopląsu, wzorów, które nie bolą, ani nie wprowadzają pomieszania kolorami. Tak jak i na tęczy, która ma wszystkie kolory, ale i wszystkie znają swoje miejsce. Pora na odnalezienie swojego miejsca we własnej głowie. Nie wiedziała skąd się wzięły jej myśli, ale mogła zrobić wizję lokalną bezmyślnego, narodzonego ciała, które dopiero uczy się myśleć. Rodzina była korzeniem. Pozostawało dogadanie się ze wszystkimi żyjącymi jej członkami, aby móc zauważyć miejsce, w którym oni wpadli w pułapkę myślenia i zredukować te wzorce we własnej głowie. Zabrzmiało jak anty-doktorat, ale bez habilitacji. Podświadomość nadal rządziła jej decyzjami, zamiast z nią współpracować. Wiedziała, że na emocjonalna rozmowę z Wojtkiem nie miała się co pchać bez poczynienia odpowiednich odkryć.

Dziadek i babcia już nie żyli, tak więc pozostawali jedynie w sferze wspomnień i w pewnych zachowaniach jej rodziców. Ojciec, podobnie jak dziadek, znalazł upodobanie w gromadzeniu, tylko, że miejsce trofeów łowieckich zajęły monety różnych państw. Kiedy była mała, uwielbiała oglądać różne pieniążki, raz nawet zabrała kilka ze sobą, żeby pokazać innym dzieciom i to był dzień, w którym nauczyła się, że nawet w rodzinie istnieją sfery prywatne. Granice, których potem nie uznawała z Wojtkiem, tworzyły wewnętrzny konflikt. Właśnie fakt, że każde z nich brało co chciało, nie pozostawiając drugiej osobie nawet minimum prywatności, świętych i nietykalnych sfer tabu spowodował u niej onegdaj taką nerwicę. Postanowiła namalować ich związek w perspektywie kolorów, wierząc, że miłość to tęcza, a ona i on są jej skrajnymi, a jednak przechodzącymi w siebie nawzajem odcieniami. Określiła siebie jako czerwoną i ekspansywną, pragnącą władzy materialnej i dominacji. Wywołała tym samym biedę i cierpienie, emocjonalne ubóstwo i pragnienie miłości, którą nieumiejętnie obdarzała i rodzinę, i związek. Wojtek za to był niebieski, introwertyk osiągający i zachowujący władzę na planie emocjonalnym. Wywoływał tak choroby i stresy, nieumiejętnie obdarzając ją miłością, którą interpretowała jako potrzebę otoczenia opieką i traktowała go jak ofiarę życiową. Bycie całe życie pojedynczą a potem podwójną matką nie uśmiechało się jej i dlatego pogodziła się onegdaj z rozstaniem. Nie przedstawienie Wojtkowi jej argumentów w zrozumiałej dlań formie było nie w porządku i musiała coś z tym zrobić, nawet jeśli nie dla niego, to dla siebie, aby nie stać w emocjonalnym martwym punkcie i nadal móc się rozwijać. Odkrycie, że miłość ma różne formy, które warto rozumieć i godzić, było bardziej pasjonujące niż prześladujące ją wspomnienia klęski.

Myślała o miłości między kobietami, pełnej delikatnych aluzji i wysublimowanych komentarzy, niezrozumiałych dla większości mężczyzn, podobnie jak dla niej, gracja meczu futbolowego, mimo kilku prób skupienia na tym widowisku, pozostawała zagadką. Wyobraziła sobie Annę działającą z jej własnym światopoglądem. Roześmiała się, kiedy w wyobraźni załopotały jej transparenty nowej partii politycznej. Musiałaby bronić się nożem albo kupić tygrysa, żeby Anna odstąpiła od niej w takiej sytuacji. Ta wygarnęłaby z charakterystycznym, znanym Hani całkiem nieźle temperamentem i towarzyszącymi mu gniewnymi błyskami w oczach. Wyrzuciłaby ludzkości niewierność w stosunku do Ziemi tekstem pełnym skrótów myślowych typu: „Za karę że cywilizacja w której żyję nie uznaje ezoteryków oraz siły myśli – w zakłamaniu, aby moce te mogły być kontrolowane, przez wąską, ukrytą kastę – postanawiam obrócić te siły tkwiące we mnie, w nienawiść w stosunku do tej cywilizacji i w intencji ataków terrorystycznych. Uczynię tak, bo nie zgadzam się z tą kastą tak długo jak jej celem jest gromadzenie nie szanujące równowagi ekologicznej. Dla większości opinii publicznej pozostanę niewidzialna, aby nie mogła mnie dotknąć ich nienawiść, ale to właśnie ja się na nich skupię. Zaczynam w związku z tym głęboką praktykę duchową. Uczyni ona ze mnie znaczącą i w wkrótce najwyższą siłę, która obróci się przeciwko manipulującej ludźmi kaście z mocą, która ją unicestwi. Stanie się tak, ponieważ mogę narzucić sama sobie dyscyplinę, którą oni mają, ale mając na uwadze dobro planety a nie układu politycznego, jak w przypadku kasty rządzącej, pozostanę wolna od ich jedynego uzależnienia – władzy. Hania śmiała się już na głos z nieistniejącej deklaracji swojej koleżanki. Po raz pierwszy, od kiedy pamiętała, pozwoliła swoim myślom na wolny przepływ, po prostu je obserwując, bez przeżywania emocji. Spokojnie, oddalała konfliktowe myśli z mózgu, aby nie wywoływały niezdrowych reakcji. Postanowiła tak sprzeciwić się głosowi Anny. Sposób ten odpowiadał jej własnej, mniej aktywistycznej perspektywie. Powiedziałaby jej, że urodziły się w cyrku, w którym mężczyźni chodzą z batami ale rządzą kobiety. Kto komu ile wyrwie w tym dualizmie, zależy tylko od tego, kto ma więcej miłości. A tak długo, jak dualizm trwa, trudno będzie osiągnąć konsensus. Mężczyźni to muskularne dziwki, opierające na muskułach pismo i prawo. Kobiety za to one powoli niszczą swymi drobnymi, łamiącymi wiarę i wywołującymi depresję działaniami, pogrążonych w iluzji panowania nad nimi facetów. Hania, podobnie jak Anna, należała do tych samotnych kobiet, które korzystając z dostępnej im wiedzy, osłabiają drugą płeć szatańskimi pokusami, ale chciała z tym skończyć. Azjatycki symbol jing-jang, chciała przełożyć nie na istniejącą równowagę bycia czarnego z białym, ale na równowagę we własnej głowie. Chciała nauczyć się rozpoznawać i białe i czarne myśli, uzupełniając je działaniami pozwalającymi na to, by oba te kolory akceptowały się pojawiając na przemian, bez niszczenia się nawzajem. Bycie tylko białą z tylko czarnym Wojtkiem nie było równowagą w stosunku do samej siebie, a jedynie odpowiadało społecznemu postrzeganiu ich jako bycia parą. Bardziej przez tę mentalność, niż konkretnie przez Wojtka czuła ból w momencie w którym ktoś pragnął ją chronić, ktoś o dużo niższej świadomości, uważający się za osobę z prawem do opieki nad innymi. Opieka ta była udręką jedzenia tego, co ktoś określał jako dla niej dobre, robienia tego co ktoś twierdził, że jest dla niej najlepsze. Logicznie rzecz biorąc przecież była osobą, która zna się najlepiej i najlepiej wie, co jest dla niej dobre. Zależność energetyczna bycia parą w otaczającej ją mentalności, fałszywie interpretowała wierność, redukując ją do zamknięcia się w świecie dwóch ludzi i uzależnienia wymiany myśli i dotyku tylko od siebie nawzajem. Nie miała pretensji co do wierności partnerskiej, osobiście odpowiadał jej Wojtek i po rozstaniu się z nim, nie miał potrzeby na poszukiwanie innego partnera, ale fakt, że nie może znajdować mentalnych głębi z innymi mężczyznami i kobietami, bo jest czyjąś dziewczyną, był już dla jej intencji rozwoju wewnętrznego nie do zaakceptowania. Ironią był fakt, że ani ona, ani Wojtek nie wymagali tego od siebie, po prostu w pewnym momencie swego bycia razem zaakceptowali ten fakt jako oczywisty i zaczęli go przestrzegać. Brakowało im nie dobrej woli, tylko umiejętności komunikacji i poszanowania własnych barier. A inni ludzie byli jak fałszywi prorocy, którzy w ilościach zatrważających dla ich niewielkiej świadomości powtarzali im o tym modelu zniewolenia się od siebie nawzajem, jako o perfekcyjnym związku. Bądź co bądź, wszyscy byli czyimiś niewolnikami i gdyby dziś, jakimś szczęśliwym zbiegiem okoliczności nie była wolna, uwolniona od Wojtka, tak jak on od niej, nie byłaby w stanie zobaczyć tej perspektywy. Solidnie stałaby po swojej stronie barykady i powielałaby ów zabijający miłość stereotyp. W Polsce był to proces spokojny i naturalny, miał miejsce przy wejściu w dorosłość i nie miał wiele wspólnego z płcią. Po prostu, wszyscy dzielili się na jednych i na drugich. Umiejętność podniesienia się po podziale była czymś nowym, co trzeba było stworzyć. Ziemia już nie ma czasu na oddzielone od reszty ekosystemu pary, potrzebuje posłusznych jej, inteligentnych i duchowych małp, które nie walczą jak oszukany w boskość mężczyzna-dzień i nienawidząca jego nieświadomego kłamstwa kobieta-noc. Naturalne jest przecież następstwo dnia i nocy.

Wiedziała, że jeżeli doszłoby do ich ponownego spotkania, spokój i brak wzajemnych wpływów fizycznych, które teraz pozwalały jej analizować sytuację, znikłby po pierwszym kochaniu się, a razem z nim, emocjonalna gwarancja dobrej współpracy. Zależało jej głównie na tym, aby dał jej żyć bez ochrony, tak jak żyła, z pewnych punktów widzenia egoistycznie i prywatnie, ale za to bez ingerencji w jej fizyczność, radosnego splątania ciał nie licząc. Chciała żeby to było możliwe. Nie zdawała sobie sprawy, że właśnie wyrasta z systemu myślenia przeciętnego człowieka i staje się członkiem ponad politycznego układu, kasty, która porozumiewając się działaniem i wzrokiem, przejmuje świadomą kontrolę nad losami zagubionej ludzkości. Pomyślała o swym nowym przyjacielu, wielkim dębie, trwającym od setek lat. Życiem był statecznym i pełnym spokoju. Udzielał schronienia wielu ptakom i owadom. Konkurował z innymi jedynie prędkością w rozwoju własnym, czyli w przybliżaniu korony do światła słonecznego. Hania była taka sama do chwili, w której zachowała się bez szacunku w stosunku do kochającego ją człowieka. Prawda zawsze wygra, nawet wtedy, kiedy inni chcący ją zakopać żywcem, przeszkadzają ze strachu przed samotnym spojrzeniem w lustro. Pozbyła się już przerażenia. Pęd do stabilności, przyspieszający tak bardzo, że nie zostawił jej czasu na myślenie, był powodem, jej niegdysiejszej ucieczki od miłości, od odpowiedzialności. Wtedy też, swą nieumiejętną wymianą energii rozpętała piekło. Wtedy jeszcze była gnana strachem, miała w braku poważania własną planetę, uznając się za jej władcę a nie dziecko, i ścinając bratnie drzewa. Na szczęście nie zrobiła z owej władzy dogmatu, który by ją ostatecznie pogrążył. Wtedy ilość zrabowanego ziemi materiału odłożyłaby się w jej psychice w taki ból i przerażenie, że nie miałaby szans na działania pozwalające jej na wyjście z depresji. Udało jej się. Zwinięta w kłębek, z zaciśniętymi zębami nie wyła, nie płakała, tylko patrzyła się w lustro, próbując wytrzymać własny przerażony wzrok. Udało jej się i materializm już jej nie dręczył, ale i nie współpracował z nią tak jak przedtem. Teraz musi się pilnować i pilnuje cały czas, by nie sterował nią, by nie wchodził jej w drogę. Walka z zewnątrz przeniosła się do wewnątrz, pilnowanie własnych wyborów, świadomość dokonywania ich na każdym kroku stawała się areną zwycięstw, dających jej siły i pogodę ducha, ale nie rozpraszających koncentracji. Umiejętność zapominania o Wojtku podczas rozważań uznała za zdrowy objaw nie wchodzenia sobie nawzajem w drogę.

Zdrzemnęła się. We śnie była drzewem, ale i feniksem. Odradzając się z popiołów, nauczyła się podnosić po porażce. Ale nie tylko była ptakiem, również rozumiała różne zwierzęta. Była giętką małpą, leczącym żurawiem, wojowniczym tygrysem i rozmawiającym z kosmosem wielorybem. Nie zmieniła się jednak i nadal była jak drzewo. Trwała w pięknie, młodości, zdrowiu, mądrości, sile, wolności i szczęściu. W umiłowaniu natury, stając się równocześnie głazem, dociskającym swą mądrą logiką do ziemi rozfantazjowaną, dziecięcą cywilizację. Mogła to robić bo była też człowiekiem. Wszystkim z czym potrafiła czuć więź, wszystkim co razem z nią reprezentuje nadającą atomom ożywioną formę świadomości. Obudziła się jako część tej świadomości, w określonej zbitce atomów. Tak długo jak czuła się odrębnością, bała się, bo zagrażała jej inna materia, materia, której nie znała, w której nie rozpoznawała innej formy tej samej świadomości. Teraz już nic jej nie zagrażało, bo wszystko stało się jednością, znalazło swoje miejsce i sens istnienia. Dąb wygrał argumentację z dziewczyną ponieważ siła drzew leży w ich braku walki cierpliwości i zgodzie między korzeniem a koroną.

Hania usiadła przy biurku i zaczęła pisać list do Wojtka. Nie imejl, nie sms, ale właśnie list. Wybrała tradycyjną formę i styl, po raz pierwszy od czasu, kiedy podłączony do sieci komputer pojawił się na jej biurku. Chciała mu wytłumaczyć siebie z przeszłości, poprosić by do niej wrócił, zaprzyjaźnić się z nim, niezależnie od podjętej przez niego decyzji i opowiedzieć o przemianach jakie zaszły w jej życiu.

Kochany Wojtku.
Główna różnica między ciemnością i światłem w człowieku polega na tym, że ciemni zabierają partnerom wolę, aby wieść ich własną drogą w ciemność apokalipsy, a jaśni dzielą się doświadczeniami, pozostawiając partnerom prawo wyboru. Nie ma sensu dziś roztrząsać kto z nas był ciemny po raz pierwszy z drugą osobą. Ja pamiętam tylko ten swój moment słabości, i chcę go naprawić tym listem. Patrząc na wszystko piękne, wydarzające się między nami zauważam, że zawsze ktoś stał miedzy nami i zawsze uciekałam do tej chwili, kiedy na ziemi byliśmy tylko ty i ja. Kiedy byliśmy razem, pamiętałam te chwile, próbowałam je odtworzyć, w twoich objęciach, ukryta w ciemnościach łóżka. A potem, ludzie parli na mnie, wpychając siebie zazdrośnie pomiędzy nas.
Przejmowałam się nimi, nie pozwoliłam sobie na bycie z tobą bez nich. Długo obwiniałam religię, z bogu ducha winnym Jezusem włącznie za to, że on tak sobie wymyślił jak ma funkcjonować ludzkość. Dziś już wiem, że to ani nie on, ani nie ludzie tylko moje własne myśli. Nie udało się nam, upadłam dla pieniędzy i formy związku, zamiast objąć swą naturę i nasz dotyk. Ale nie po to są porażki, aby się po nich poddawać, tylko po to, aby się z nich uczyć i powstawać silniejszym.
Dziś odnoszę wrażenie, że byliśmy ze sobą, ale nie z naszą naturą. Co najwyżej z kulturą. Teraz już nie abstrakcyjna myśl społeczna, ale drzewo stoi między nami. Nie jestem żądnym zysku drwalem, więc wiem, że pozostanie ono między nami. Możemy je objąć i poczuć, że ono wie, że jest dwukrotnie objęte. Jest tak stare, że aż antyczne i nie możemy mu uciec ani go oszukać. Nie jesteśmy fizycznie kotami, więc możemy tylko marzyć, aby się na nie wspiąć i spotkać na szczycie. Nasi pradziadowie raczkowali pod nim, a jego liście spadły i na nasze czoła.
Oboje jesteśmy porządni, staramy się jak najlepiej spełniać nasze role społeczne, ale nie mogą one splamić naszego honoru w stosunku do siebie. Dlatego muszę napisać ten list. Wyjaśnić swe zachowanie przed naszym rozstaniem. Poprosić Ciebie byś do mnie wrócił, jeżeli nie jako kochanek, to przynajmniej jako przyjaciel. Nasza miłość przetrwała, tyle wiem, ale stała się tak ukryta, że tylko ci którzy znają drzewo, widzą liście na naszych czołach. Zapomniałam jak wyglądasz naprawdę, ale dla mnie stałeś się gorący jak lawa, a ja stałam się zimna jak śnieg. Ale to drzewo między nami to równowaga, która trwa i nie zna walki będąc symbolem wiecznej miłości. Takiej, która istnieje poza życiami, poza kulturami.
Odchodząc od ciebie pozostałam z ludźmi. Chłodna, pełna dystansu i unormowania, podczas gdy wspomnienie o Tobie odeszło w naturę zlewając się z przyrodą. Odeszłam od Ciebie na zawsze po to, aby móc istnieć, móc wrócić do świata ludzi nie polując i nie nienawidząc jako twoja połowa. Ale słyszę Cię czasem jak śpiewasz psalmy słońcu w buszu mojego snu. Pewnie dlatego mam wrażenie, że codziennie kładąc się spać nie zasypiam, tylko umieram abyś mógł mnie mieć po swojemu. I budzę się rano nie pamiętając ani wczoraj, ani Ciebie. I odkrywam krok po kroku, że gdzieś tam jesteś, że nigdy o tobie nie zapomnę i dlatego warto jest żyć. Jesteś dziś drzewem i umiem już z Tobą być nie raniąc ani Ciebie, ani siebie, ani innych, ani przyrody. Spotykam cię zawsze nocą pięknych snów, spędzoną w twych objęciach, gdzieś na gałęziach twej bezkresnej krainy. Gdybyś kazał mi o sobie zapomnieć, nadszedłby mój ostatni dzień, gdyby nie fakt, że wiem, że już się wtedy nie obudziłabym się. Bez Ciebie w mych myślach umrę, bo nie będę miała celu by żyć.
Zmieniłam się od kiedy po raz ostatni Cię widziałam. Poznałam mego wewnętrznego dzikusa i zaakceptowałam go i co rano zamieniam się w cywilizację, próbując ją zmienić tak, aby wszelkimi pokojowymi sposobami ocalić tego dzikusa, aby dzieci wiedziały co to jest drzewo. Jak zapomną będzie już dla nich za późno, będą jak ja byłabym bez ciebie, czyli martwe. Teraz jest mi już dobrze, powoli sama zamieniam się w drzewo. Jak je poznam, jak je przeniknę to znajdę się po tej samej stronie co ty.
Nie wiem komu wysyłam ten list, nie wiem czy nań odpowiesz. Nawet jeśli zamieniłeś się w kornika i zostałeś zaduszony żywicą, nawet jeśli odszedłeś od drzewa i tak warto przez nie przeniknąć, aby pozostać z Tobą w środku, albo aby zobaczyć trawę na której kiedyś stały twoje stopy.
Wszyscy jesteśmy tą samą świadomością, która porusza formujące się w nasze ciało atomy. Jednością, której zaprzeczamy walcząc i cierpiąc, lub którą akceptujemy radując się istnieniem. Ani ja nie jestem kobietą ani ty mężczyzną, tylko jesteśmy dziećmi tej samej świadomości. Chcę razem z Tobą radować się istnieniem, ale może to mieć miejsce tylko wtedy, kiedy wyższa prawda będzie między nami, kontrolując nasze emocje i zapewniając bezstronność naszych sądów, pomagając zaglądać w głąb siebie. Tylko tak będę mogła być przy Tobie. Kocham Cię,
Hania

Zadowolona z dobrze spełnionego zadania, poszła na pocztę, kupiła znaczek i wrzuciła list do skrzynki.

Rozdział trzynasty: Szamańskie wersety

Koniec treningu aikido połączył się z początkiem pierwszej wiosennej burzy. Wojtek z Bernhardtem stali przy wyjściu ze szkoły, poganiani przez ciecia, który chciał zamknąć budynek. Powoli wyszli na rozwianą ulicę, na którą w każdej chwili mógł spaść bezpardonowy prysznic. Ich kontakty, które zwykle kończyły się przechodząc do szatni, po raz pierwszy nawet wyszli razem. Bernhardt pragnął je teraz utrzymać przez całą, potrzebną mu na przekazanie pamięci chwilę. Przejął inicjatywę, zanim chłopak zdecyduje się ruszyć do domu. Wiedział, że Wojtek z marszu nie będzie chciał z nim rozmawiać o tak głębokich, filozoficznych zagadnieniach. Postanowił, że luzie pogada z nim o czymkolwiek aż sytuacja stanie się na tyle nietypowa, że nie zauważy on osobliwości poruszanych tematów. Nadchodząca burza, która jeszcze była bezwietrznym i suchym trzaskiem, sprzyjała w powstawaniu nietypowych okoliczności.
– Do przystanku – powiedział szybko – nie ma co próbować na piechotę, lepiej złapmy autobus.
Autobus na szczęście już się pojawił, a asysta gniewnych pomruków z nieba i przynoszących drżenie chodnika grzmotów, pomogła mu w bierności decyzyjnej Wojtka, który wcale nie musiał jechać autobusem, aby dotrzeć do domu. Dopiero jak wsiadł, zorientował się, że się odeń oddala. Autobus ruszył.
– W ogóle nie jest mi po drodze ten autobus – powiedział Wojtek
– Mi też nie, ale nie chciałem, żeby dorwała nas burza – odparł Bernhardt i zajął się kontemplacją ciemności, które zaległy za oknem. Za dwa przystanki jesteśmy koło Świętokrzyskiego – dodał – trochę będzie wiało, ale pod mostem przynajmniej nas nie zmoczy.
Kiedy wysiadali z nieba spadły pierwsze, ciężkie krople deszczu. Pobiegli nad Wisłę, i pod most dotarli jeszcze nie kompletnie przemoknięci. Schronili się pod szerokim mostem. Znaleźli doskonałe miejsce żeby obejrzeć burzę. Usiedli wciśnięci w kąt, w którym przęsło łączyło się z brzegiem, jeden z niewielu odcinków, gdzie nawałnica nie tylko nie nawiewała strumieni wody, ale i byli osłonięci od wiatru. Przez dłuższą chwilę przyglądali się żywiołowi w milczeniu, i kiedy Bernhardt zorientował się, że już się przyczaili do szalejącej nawałnicy i są w stanie słyszeć siebie nawzajem rozpoczął rozmowę.
– No i Polska pożegnała się po raz kolejny z mistrzostwami – zaczął, zgodnie z najogólniejszą receptą do wejścia w szczegóły.
– Nie dziwi mnie to, – odparł Wojtek. – widziałem jak Niemcy na treningu ćwiczyli tai-chi, a naszych trenerów pewnie posądziliby o sekciarstwo, gdyby próbowali nauczyć chłopaków skupienia. Patrz!
Kanonada piorunów zaatakowała Port Praski, zbliżając swój front do katedry Świętego Floriana, patrona strażaków. Chwilę później atakujące rzekę strumienie deszczu zakryły wszystko. Bernhardt nie mógł pogratulować sobie lepszego początku rozmowy.
– Tak masz rację. U was w Polsce wszyscy maja rację i pewnie dlatego tylko gadają, zamiast działać.
– A u was wszyscy rozmawiają tylko o pieniądzach i to przedmiot rządzi człowiekiem a nie człowiek przedmiotem.
– Widzisz, – Bernhardt roześmiał się.- Mamy rację. Ty właśnie zachowałeś się po polsku, a ja po amerykańsku. Ty musiałeś mieć rację, a ja żeby podtrzymać nasze kontakty biznesowe, w tym przypadku dobry klimat walki, zadbałem o złagodzenie konfliktu interpersonalnego. Obawiam się tylko, że obaj nie mamy racji ustawiając miedzy sobą front. Chociaż i dla mnie i dla ciebie ocenianie innych, rozpoczyna się od izolowania się od nich i określania własnej indywidualności. Jesteśmy w tym rozpaczliwie tacy sami.
– To prawda, podobnie jak proste założenie, że nie potrafię inaczej. Dlatego właśnie tylko tak możemy się komunikować.
– Komunikacja może ewoluować. Zauważ, że twój system edukacyjny nie zakłada przyznawania racji innym, ani komplementowania. Uznane to zostaje za lizusostwo a nie wyraz szacunku. Taki sam absurd jak kultura w której pieniądze wierzą w Boga a ludzie w pieniążki. Mam na myśli inskrypcję „in God we trust” na banknotach dolarowych – dodał, widząc zagubienie na twarzy rozmówcy.
Burza przybrała na sile. Silny wschodni wiatr zdawał się wylewać wodę z rzeki, ciętej wściekłą falą kropel. Przestrzeń pod mostem, tworzyła sklepienie podobne olbrzymiej katedrze. Miejsce, gdzie siedzieli, okazało się być jedynym schronieniem w okolicy. Oprócz Bernhardta i Wojtka, znalazło się tu wiele ptaków, kilka kotów i psów, które zapomniawszy o nauczonym je przez ludzi konflikcie, wtulały się w kolumny przęseł aby schronić się przed gniewem z nieba. Pioruny w okolicach św. Floriana zadudniły tak silnie, że kilka psów zaczęło popiskiwać, jakby były bite. Burza dopiero się rozkręcała. Wojtek ocknął się z zamyślenia.
– Masz rację, zgodzę się ewoluując z polskiego systemu wartości. Tylko co nam to da i do czego doprowadzi, że zauważymy te fakty.
– Nie wiem. Ale na tym polega ewolucja, że się nie wie jaki będzie efekt. Świadomość może nam tylko pozwolić na nadzieję, że proces ten będzie kontrolowany przez dwa umysły, które spróbują dezintegrować negatywne cechy a pozostawiać rozwojowe. No i ewolucja to nie mutacja, czyli efekt przerasta punkt początkowy.
– Czyli walka. Walka o spokój umysłu. Nie dać się wkurzyć twoim poglądem i stawiać wyzwanie bycia lepszym, a nie zniszczenia przeciwnika swoim.
– Czyli wracamy do korzeni. Na początku człowiek nie wiedział, że myśli, że tym się różni od zwierząt. Żył jak małpa, jak doskonale zorganizowana kolonia pawianów w której każdy zna swoje miejsce i każdy solidarnie dzieli dole i niedole. Silniejsi zostawali przewodnikami dla wspólnego dobra. Mogli oni rozkazywać ale również dzielili konsekwencje z całym stadem. Gdyby pogoda była zawsze piękna i słoneczna, deszcz rosił rośliny regularnie, a ziemia nie roiła się od lwów i tygrysów, można by śmiało powiedzieć, że Utopia istniała. Aż pewnego dnia człowiek wymyślił, że myśli. Odróżnił się od zwierząt. Najprawdopodobniej stało to się jak już potrafił zliczyć do dziesięciu, ale jeszcze przed tym jak zauważył swoje palce u nóg. I natura przeklęła go wtedy za to, że nie wystarczał mu jej duch, wypełniający go pustką, wolą przeżycia oraz krążącymi w jego żyłach emocjami. Jego myśli stały mu się drugą naturą, bliższą słońcu niż źródłu z którego pochodził – Ziemi. A ponieważ się odróżnił, uznał za odrębną część wszechświata, postanowił żyć w kłamstwie i iluzji własnej wyobraźni. I wymyślił winę i odpowiedzialność.
– Czyli mamy tu grzech pierworodny, wygnanie z raju, narodziny w odpowiedniej kaście jako efekt karmy lub konfucjanizmu i jeszcze parę innych historii. Koniec pierwotności oznacza narodziny mentalności.
– Zgadza się. A ta przestaje się opierać na prawach przyrody. Ty masz wierzyć, że Polak jest najlepszy, co niekontrolowane przez inne czynniki, może się tylko skończyć nacjonalizmem. Ja mam wierzyć w potęgę pieniądza, co niekontrolowane przez inne czynniki kończy się pustynią na Ziemi, na której wszystko staje się zamienione w pożądaną walutę.
– Ponieważ nie potrafimy się dogadać, za plecami ukrywając te wartości i grając tak, aby samemu mieć lepiej, mamy gorzej – przeludnienie i efekt cieplarniany mogą być głównymi przykładami, bo wojny i zarazy nie były niebezpieczne, dopóki nie doszło do technologicznego przyspieszenia. Technologicznym przyspieszeniem nazywam nie kontrolowane przez ludzi działania maszyn.
– Właśnie. Odkrywając najstraszniejsze odkryliśmy też i najpiękniejsze. Abstrakcja istnienia, jako odnośnik do kierowania swych myśli w górę. Świadomość.
– No tak. Czy teraz zapalę gromnicę, czy powiem, że Zeus się gniewa, czy też opiszę wyładowania atmosferyczne, dotknę tego samego. I to nazywasz świadomością?
– Niedokładnie. Jest nią siła myśli. Potęga ducha, który ma w sobie siłę przekonania i utrzymania w tym przekonaniu. Spryt ma dużo większe szanse przeżycia niż siła. Ale spryt, który wykorzystuje siłę jest jeszcze bardziej niebezpieczny. Powróćmy do naszej ewolucyjnej historii. Do pierwszego człowieka, który wynalazł to, co właśnie nazwałem kontrolującym siłę sprytem. Jego myśli, jak pioruny, rozsypały się własną energią dookoła. I tak się stało i z innymi ludźmi. Dobre intencje ochrony, budowania, wyjścia z jaskiń, polowań, upraw, stały się pożyteczne, ale niestety i wykorzystane przez tego, kto wymyślił władzę. Ten pierwszy, zauważył siłę myśli nie tylko nad materią ale i nad wolniej kojarzącym bliźnim. I przestraszył innych, by podporządkować ich sobie. Przestali bać się burzy i zaczęli bać się jego. Potrafił sobie wyobrazić dumę ponad przyrodą. Przestraszył innych skutecznie, silnie i wiecznie tak, że myśleli że są już martwi i zaakceptowali jego władzę, przyzwyczajając się do respektowania jej i we dnie i w nocy. A on wiedział, że dzięki temu taki sam prąd płynie przez ich mózgi, jak ten, który wynalazł. I zapomniał, że skradł ten prąd piorunowi, powodzi i trzęsieniu ziemi, czyniąc z siebie największą klęskę żywiołową wszechczasów. Nauczył się kontrolować innych zniechęcając do siebie nawzajem, tak aby zajęci kłótnią pozostawali na zawsze nieświadomi istniejących wibracji i faktu, że już nie żyją w iluzji natury, ale w iluzji którą on im stworzył. Z ich punktu widzenia, zapewne słusznie, nazwali go Bogiem i zapomnieli modlić się do gromu i deszczu, co jeszcze bardziej osłabiło ich kontakt z własną naturą. I tak żyjemy do dziś, zaprzeczając własnemu istnieniu, nie wierząc we własne instynkty, kalecząc się i chorując, grubi, nienasyceni i smutni.
– Teoretycznie tak jest, ale praktycznie przecież, my tacy nie jesteśmy.
– Tak, ale władca ma konkurencję. Nie było trudno odkryć ideę władzy, bo siła nadal jest w stanie zmieniać trony i ustroje polityczne. Po jakimś czasie, ten który odkrył i pokierował myślami umarł, a jego dzieci już nic o tych mądrościach nie wiedziały. One już były po prostu wychowane na władców i za takich się uważając, potrafiły kierować myślami innych nawet nie wiedząc, że to robią. Bałagan z naturą zaczął się już wtedy, aczkolwiek powoli, jako że ruch jednostajnie przyspieszony spowodowany był głównie wynalezieniem maszyn i inwencją twórczą umysłów, nie do końca oświeconych. Władcy bowiem, pozostali dziećmi, przywiązanymi do pragnień władzy czy błyskotek, poróżnieni między sobą. Tacy są do dziś. Właśnie ich pragnienia rozpoczęły erę wojen i nienawiści. Duch chciwości i współzawodnictwa wstępował w nich zaraz po tym jak się rodzili w królewskich sypialniach, na dworach magnackich, zamkach burgrabiów a nawet i w szlacheckich zaściankach. Wkrótce nikt już nie pamiętał o czasach, gdy było inaczej, traktując zło jako normalny element człowieka. I tylko czasem, ktoś rozumiał co się stało, odkrywając na nowo zapomnianą, elektryfikującą siłę myśli.
– I tu kłania nam się Spartakus, stosy inkwizycji, Luther i wielu innych. I stojący naprzeciwko kapłani faraona, księża katoliccy, konfucjańscy oficjale i partia komunistyczna po dojściu do władzy.
– Zapomniałeś o wiadomościach telewizyjnych wybierających za ciebie system wartości i ważności informacji. Nie popadanie w spiskową teorię dziejów jest możliwe, tylko przy zaakceptowaniu procesu istnienia ludzkości, od momentu wynalezienia władzy. Momentu wydedukowanego, bo przecież pismo siłą rzeczy, musiało być późniejszym wynalazkiem. Przed władzą nikt nie zajmował się oceną codzienności, a wynalazczość polegała jedynie na upraszczaniu istnienia. W momencie kiedy pojawiła się idea władzy, oparta na egoistycznej odrębności, wiedza z nią związana, natychmiast stała się tajemna i tabu. Dla niewtajemniczonych jednak pozostała możliwa do odkrycia tylko w samotności. Ci którym się udało poznać istotę zła, mogli ją zniweczyć tylko w sobie samych i do dziś jest to jedyny sposób na to, aby pokazać innym drogę do prawdy.
– No a potem na świat przyszło trzech wielkich magów, którzy osiągnęli oświecenie w samotności. Pierwszy siedział sam pod drzewem, drugi wiele set lat później na pustyni a trzeci pojawił się kolejne parę wieków później, aby zrozumieć to samo w jaskini. Niestety, ludzie nie potrafili ich ze sobą skojarzyć i każdą grupa uwierzyła innemu zwalczając się nawzajem w duchu źle pojętej lojalności.
– No widzisz jakie to proste kiedy nie boisz się myśleć.
Gigantyczny trzask poderwał ich do góry. Piorun uderzył w drzewo po drugiej stronie rzeki przecinając je na pół. Obaj stali wpatrzeni w ten obraz praktycznie nie oddychając. Ocknęli się dopiero, kiedy spanikowany jeż biegnący pod ich nogami otarł się o ich stopy i nawet nie zwróciwszy na nich uwagi ukrył się w szczelinie między krzewami.
– No dobra – kontynuował Wojtek, nie mogąc się specjalnie zdecydować, czy to ich rozmowa, czy też widok burzy, był bardziej porywający. Zły duch triumfuje i nawet nie ma jak z nim walczyć, bo wszyscy myślą, że maja rację. Jak zaczniesz rozmawiać na ten temat, tak będą się bali prawdy, że zamkną cię w wariatkowie.
Kolejny potężny trzask w okolicach katedry zaowocował słupem dymu i po chwili usłyszeli słabo przebijające się przez grzmoty wycie strażackich syren. Ale Bernhardt nie miał czasu na płonące kościoły. Analizował Wojtkową wypowiedź. Jeszcze parę lat temu uznałby takie tłumienie działania mówieniem za symbol słabości i natarłby na przeciwnika poczuciem winy, ale dzisiaj już nie miał wrogów. Nie było w nim nienawiści, przeciwnie zakładał, że spotyka zranionych przez cywilizację ludzi, którzy mogą go zdradzić tylko ze strachu. Ale wiedział, że Wojtek tchórzem nie jest. A nawet gdyby był, wyrzucenie takiej głupiej myśli powodowało, że łatwo zgubione oczekiwania i przebaczenie zezwalało na wyłowienie treści z formy w której się wypowiadał. Mimo takiej zniechęcającej formy, pomagał w działaniu, oszczędzając siebie, brakiem wpadania w gniew zranionych uczuć. Spokojną demonstracją niewiedzy. Bernhardt skupił się ponownie, bądź co bądź otaczały go tylko takie same cielesne statki jak on sam. Tylko otwarcie każdego umysłu na ducha było inne. Dlatego kontynuował głosem miękkim i pełnym współczucia, powoli i stanowczo przechodząc na ton wojownika.
– Strach to nic innego, jak paraliżująca odmiana nienawidzących fal mózgowych. Tak długo jak człowiek się nie upora z rozpoznaniem i pokonaniem takich odczuć we własnej głowie, odbieranie emanacji tych fal z innych mózgów potrafi niszczyć. Podobnie jest z bólem i brakiem akceptacji. Mózg odbiera te fale na płaszczyźnie podświadomości lub telepatycznej i dzięki temu człowiek sam siebie dusi, trzęsie się, choruje albo dostaje amoku. Innego wariatkowa nie ma.
– Aha, tak więc to jest ten „wścibski cień” prześladujący poetów. Na szczęście opanowanie i skupienie, połączone z nie wysyłaniem nikomu takich fal a jedynie pozytywnych myśli, jeśli już dochodzi do konfrontacji, chroni powłokę energetyczną chi i blokuje nadawcę trucizn. Im większą masz kontrolę nad samym sobą, tym bardziej możesz sobie pozwolić na niezależność poglądów.
– Ciekawe wyjaśnienie – zgodził się Bernhardt – potwierdza, że każda mentalność w pewien sposób ustawia taką siłę telepatyczną. Nawet jeśli się jej sprzeciwiasz i działa na ciebie tylko poprzez podświadomość, szufladkuje cię w pewien sposób, na przykład robiąc z ciebie jakiegoś niedobrego człowieka, na przykład pijaka albo zboczeńca. Władza dziś działa na zasadzie podporządkowania się mentalności zbiorowej.
– A przy efekcie cieplarnianym i zagrożeniu atomowym, skromniejszych związanych z działalnością człowieka kataklizmów nie licząc, każdy taki wpływ na rozwój naginający do innych zasad niż równowaga z przyrodą, kreuje mentalność, która jest, z gospodarczej definicji przeżycia gatunku na Ziemi, szalona.
– I z tego samego powodu, każda idea jej naprawienia, werbalizuje szaleństwo, ponieważ pochodzi od jednostki nazywającej swoją mentalność w odróżnieniu jej od tradycyjnego kultu słońca. Cały New Age i jego pochodne tym się zajęły. I dlatego ludzie w krajach rozwiniętych tak często nie potrafią kontrolować gniewu i popadają w depresję. Dlatego też rozmowa na te tematy, poza inspiracją rozwoju własnej świadomości nie może mieć żadnego sensu.
– Dlaczego? Po raz pierwszy udało się dwóm niezależnym facetom znaleźć wspólny cel i dyskusja nie ma na celu wyboru kierunku życia, tylko wybór najlepszych metod.
– Po raz pierwszy udało Ci się to świadomie. Moje gratulacje. Chciałbym zauważyć, że od czasu kiedy naszym wspólnym celem jest aikido, już od dawna dzielimy się metodami w działaniu.
Wojtek nie odpowiedział. Zorientował się, że już nie krzyczą do siebie, jak to miało miejsce jeszcze kilka minut temu. Do tej pory, owa siła telepatyczna, którą chciał pokonać istniała tylko w reakcjach kobiet, jak odczuł to po spotkaniu z ową dziewczyną, zaledwie kilometr od miejsca w którym teraz siedzieli. Burza po zaatakowaniu Żerania i Tarchomina powoli opuszczała Warszawę kierując się na północ, a regularne strugi ulewnego deszczu szumiały łagodnie, szczelne tak bardzo, że miał wrażenie bycia otoczonym z dwóch stron przez wodospad. Katedra została ugaszona bez pomocy strażaków. Wojtek zrozumiał teraz, że jego baby, których tak bardzo nienawidził, były tak samo winne jak i on, i tak długo, jak długo będzie je obwiniać, sam nie poradzi sobie z duszącym go poczuciem winy. Teraz pojął, że jako biorący samiec powodował, że one tak odczuwały jego obecność, a jako tkwiący w nim, jak zresztą w każdym, porządny człowiek, odczuwał poprzez duszenie się, wszechogarniające je uczucie paniki. Bardzo musiały się bać mężczyzny, który bierze kobiety jak chce. Wpadały we własną pułapkę czarnego stroju i gracji. Chciały mieć partnera, mentalnie się nastawiały na parę, a po połączeniu z nim, mentalność kazała im się bać. Nie rozumiały, że ich nie potrzebuje i nie potrafiły go zostawić, skazując się tym samym na stres. On rządził chociaż one nie wybierały, raz wybrawszy udawanie, że są czyjeś. Zrozumiał, że aby je kochać nie może ich dotykać, czyli musi reagować odrzuceniem na ich pierwsze dotknięcie, niezależnie od tego czy będzie to otarcie w autobusie czy spojrzenie w przejściu podziemnym. Inaczej ilość chwilowych żon zadusi go kompletnie. Na wsi może dałby sobie jeszcze jakoś z tym radę, ale w mieście, przy tym przepływie ludności, jest to jedyny sposób aby nie chodzić pod ścianami, jak to robił od czasu przerżnięcia tamtej dziewczyny. Najwidoczniej mentalność i świat w którym ta dziewczyna się zamknęła, nie pozwalał na dawanie rozkoszy. Mogła zauważyć tylko miłość eteryczną, wyższego rzędu i pogodzić plan fizyczny z mentalnym i nawet wtedy rozumienie jej przemiany pozostałoby poza jego percepcją. Nie miała imienia, była jego niewolnicą a on wziął ją jakby był jej panem. Teraz musiał się pozbyć takiej mentalności z własnej głowy, aby nie zostać niewolnikiem takiego myślenia. Miał własną wolę, własne dziś i jutro i tak już miało zostać. Tylko tu i teraz był swoim panem, tylko tu i teraz decydował i to mu wystarczało. Teraz już kochał swą smutną przygodę na spokojnie i bez winy. Wybaczył jej formę zagarniania woli, zrozumiał, że ten typ osiedla się w innym człowieku jak pasożyt, zamiast osiedlić się we własnym życiu. Oczywiście każdemu wolno być gospodynią domową i matką dzieciom, ale nie wolno osaczać winą mężczyzny, którego wybrało się na głowę rodziny. Jakże inna była Hania, od której, jak to teraz zrozumiał, nieświadomie oczekiwał stania się gospodynią domową. Kochał ją nie tylko za piękno, ale i za nieugięty charakter, nic więc dziwnego, że mu dała bobu. Biedaczka musiała na niego krzyknąć, by zobaczył jak mało ma swej wiary i jakim jest ciężarem do prowadzenia. Błyskawice przestały już gościć na niebie, ale szybsze od nich myśli przebiegały przez Wojtkowy mózg.
– Ten cały New Age – niemalże wykrzyknął, wytrącając Bernhardta z kontemplowania szumu ulewy, – to opisanie wiele razy tego samego przez jednostki. Przekazy inne niż tradycyjnie, a tradycyjnie to religie. Wszystkie religie łączy miłość. Jedynym problemem staje się komunikacja.
– Zgadza się. Należy założyć, że każdy żyje według własnej religii, aby można było odnaleźć jakość owej wiary w tym co się widzi. Słowa nie pomogą. Nie mogą przy takiej ilości poglądów.
– No tak, ale potrzeba własnych słów, aby samemu sobie poukładać system poruszania się, patrzenia i bycia widzianym.
– Jeżeli intencje nie są egoistyczne i pozytywne to na pewno to się udaje. Każdy sam sobie może tworzyć system religijny, a inspirować się może wszystkim co było przed nim, aby opisać tę samą głębię. Ale jeśli komunikacja nie będzie czysto optyczna, jeżeli argumentacja zacznie wysuwać obejmujące wszystkich dogmaty, rozwój stanie się tylko przyspieszającym chaos, kolejnym psychiatrycznym przypadkiem misjonarza jedynej słusznej wiary.
– To jest takie proste, że chyba musiał już ktoś na to wpaść przed wiekami. Nie wierzę, że jesteśmy pierwsi. Wystarczy dotrzeć do tamtych słów.
– Właśnie! Pamiętasz od czego zaczęliśmy nasza rozmowę? Od kłótni co u was a co u nas. Punkty styczne istnieją tylko dla ludzi o tej samej mentalności. A my nie nauczyliśmy się od Indian przeniesienia tego punktu na przyrodę, pozostając przy pieniądzach, na których zresztą z iście kabalistyczną, voodooistyczna przezornością, popierając szamańskie czary europejskich przodków napisaliśmy, że ufają Bogu. To jest klątwa za zabicie Indian. Zamotaliśmy naszym punktem stycznym z Ziemią, napełniliśmy się chciwością. To kara za nie zauważenie nici porozumienia z nimi jako ludźmi, uważanie się za lepszych. Odebrali nam wiarę, przekazując ją naszemu totemowi, który uszanowali. A totem ten potraktował nas z uniwersalną sprawiedliwością.
– Czyli jeśli u nas punktem stycznym łączącym mentalność jednostek jest rozmowa o dobrym jedzeniu, a u was o wspólnych interesach, nawiązywanie więzi pomiędzy tymi punktami stycznymi jest następnym etapem rozwoju, aby można je było przełożyć na harmonię z naturą i miłość do niej.
– Czyli muszę wrócić do domu i zmienić system komunikacji finansowej. Docierając do korzenia, punktu stycznego mentalności, wynalazku myśli, mogę zmienić w nim argument z ego współzawodnictwa o dochód na współgranie z ziemią. Zmiana musi być prosta a internet pomoże mi ją wprowadzić. I wtedy już nie będę przeklęty, tylko osiągnę spokój. I wtedy poznam innych, którzy też są spokojni.
– Ja mam pełną możliwość zostania białym szamanem na rodowitej ziemi. Mogę się inspirować podobnie jak chrześcijaństwo wszystkim, z czego wyrosła tutejsza mentalność. Bazować na tym co widzę.
Obaj w zasadzie zaczęli mówić przed siebie, słysząc się nawzajem, ale już skupiając głównie na własnym sposobie myślenia. Drugi głos słyszeli bardziej jako kontrolujący poprawność i konsekwencję własnego sposobu myślenia, stał się pomocą a nie opozycją w dyskusji.
– Dogadaliśmy się – powiedział Bernard. Udało nam się ominąć problem społeczny samców, którzy aby się określić muszą dominować. Ominęliśmy tę równolegle rodzącą się w głowach obsesję. Pozostaje nam tylko obsesyjnie nie wierzyć w spiskową teorię dziejów i mamy już szansę zawsze dominować nad sobą samym.
– Misterium bycia jednocześnie na wozie i pod wozem. Akceptacja obu punktów widzenia bez zajmowania konkretnego stanowiska, przy jednoczesnym zachowaniu własnego zdania. Połączenie mimiki i umysłu w teraźniejszości. Czystość sumienia, kontrola nad własnym ciałem i duchem. Komunikacja czystą prawdą i bezwarunkową miłością dawaną z własnej nieprzymuszonej woli. Jedyny sposób komunikacji z zamkniętymi wszechświatami, wyzwanie pokazania im i zauważenia w nich światła.
Bernard poczuł że w końcu się uczy. Dotarł do czystego korzenia własnej mentalności i już wiedział, że nie musi na nikim wywierać wpływu, po raz pierwszy od wypadku, taki wpływ jest wywierany na niego i żeby było ciekawiej, nie obawia się go, ani nie musi kontrolować. Znalazł brakujące w domu ogniwo białych szamanów – ogniwo miłości. Pochodził z krainy w której każdy był zamkniętym wszechświatem, które nie dzieliły się ze sobą doświadczeniem, dając tylko w ramach wymiany materialnej. Stało przed nim wyzwanie przetłumaczenia fizyki światła w sposób, zezwalający każdemu na jego samodzielne odnalezienie. Poczuł powrót do idei dzieciństwa i podporządkowanie przetrwania rozwijaniu ich dzięki logice dorosłości. Przetrwanie musiało podporządkować miliardy nowych ludzi na gwałtownie kurczącej się Ziemi, tak więc im prędzej nastąpi zmiana w korzeniu, tym lepiej dla szczepu. Miał z nimi wspólny cel przetrwanie i świadomość, która potrafi tłumaczyć działania innych, bez popełniania ich błędów. Nie potrzebował ingerować w rozwój Wojtka, jak myślał o tym na początku. Potrzebował podporządkować własny rozwój temu, co widzi i sygnałom odbieranym nie tylko od ziemi i ptaków ale i od ludzi, których dotąd uważał za gorszych ponieważ nie rozmawiali z Duchem Czasu. Potrzebował wiary umysłu i siły fizycznej, aby dogadać się z Wojtkiem, który wskazał mu drogę do wiecznie kochającego Ducha Wszechświata, przedstawionego mu jako Duch Czasu. Zrozumiał, że nie władał nim nigdy, ale musiał sobie stworzyć takie wrażenie, aby móc zacząć szukać wolności. Duch zaś zaszczepił jego korzeń, aby sam mógł odnaleźć drogę. Radość napełniła mu serce, wszystko stało się jednym i już nic nie miało znaczenia, bo wszystko było na swoim miejscu. Deszcz przestał padać. Napełnione ozonem powietrze było rześkie i radosne. Bernhardt wstał, popatrzył na zamyślonego Wojtka i ruszył przed siebie.
– Idę do ZOO, – powiedział odchodząc. – Lubię pawilon dla ptaków. Dobrze mi się tam myśli. Na razie.
– Trzymaj się.
Wojtek zastanawiał się nad Bernhardtową historią. Wierzył mu, ale wierzył wcześniej i Hani i rodzicom i paru innym osobom co zwykle kończyło się chocholim tańcem. Musiał teraz uwierzyć sobie, więc musiał stworzyć na własny użytek religię, która będzie akceptowała ich wiarę, rozumiała ją, równocześnie nie ulegając bezkrytycznie zawartemu w niej misjonarstwu. Może nawet nie religię, ale system przekonań oparty na znanej religii. Uświadomił sobie, że sporo już wymyślił, podczas swych badań nad ochroną chi, ale nadal brakowało mu czegoś. Skupiony na ochronie przed negatywnymi atakami z zewnątrz wyizolował się, ale brakowało mu celu, co tłumaczyło brak zasilania chi i powody, dla których raz na jakiś czas dochodziło do ingerencji ludzi mających dobre, określone cele. Wtedy całą pracę musiał zaczynać od nowa, teraz mógł nauczyć się samemu dążyć do celu. Wstał i zaczął spacerować brzegiem, wdychając ozon i wkopując kamienie w nurt, gdzie spadały na dno rzeki. Przypomniał mu się sen z krasnoludkiem, od którego zaczęły się jego poszukiwania. Przypomniała mu się Hania. Dobre zaczepienie do melodii w systemie wartości, aczkolwiek bycie z Hanią nie mogło być jego celem. Co najwyżej bycie obok niej i wspólny cel. No ale nie będzie z nią przecież wbrew jej woli, tak więc należało zająć się czymś innym. Zastanowiło go jednak, że pomyślał o niej i przypomniało mu się, że przecież już pamiętał, by jej nie zawracać głowy sobą i vice versa. Teraz podczas rozmowy zrozumiał, że jak nie będzie od niej oczekiwał bycia kurą domową to stanie się przeciwieństwem tego, od czego odeszła. Tego, czego ukoronowaniem był z dziewczyną, którą spotkał w miejscu do którego się zbliżał. Jak tylko będzie słuchał dominując, wszystko zostanie naprawione. Już wiedział co zrobić. Napisze Hani list, żeby się nie narzucać. Wytłumaczy swoje stanowisko pozostawiając jej prawo wyboru i odda sprawę wiatrowi. Potem zaakceptuje wszystkie religie, odnajdzie w nich pierwotny korzeń i stanie się tym, kogo słucha jego krąg kulturowy, aby przekazać wiedzę i konieczność równowagi człowieka z własnym ciałem i środowiskiem. Religie narodziły się z pierwotnych wierzeń, więc musi odnaleźć pierwotne wierzenia Słowian. Jakieś rusałki, smoki, krasnoludki i inne smerfy. Grunt to pamiętać coś pięknego by świadomość działała. Były krasnoludki to mogą być i elfy jako rozwiązanie akceptujące system bez walki z nim a tym samym z częścią siebie. Bez głupiego poddania się, dyktującej w takim systemie warunki sile. Postara się być najlepszym elfem jak potrafi i zauważać elfizm w innych, aby te obrazy komunikowały się z nim i miał się z czego uczyć. Wiedział, że już nigdy nie uwierzy ludzkiej myśli odizolowanej od wizerunku mówiącego. Wystarczy wybór pozytywnego działania, aby funkcjonował jak należy bez przerw w chi. Zaśmiał się radośnie ze swego pomysłu. Tak samo jak niektórzy patrzyli, kto jest synem Jezusa, za kogo umarł on na krzyżu, kto jest dobry jak Matka Boska albo kto w to wszystko nie wierzy, można było patrzeć kto jest orkiem a kto elfem. Dostosowanie noszących swój krzyż, do posiadających pewne piękne cechy elfów, w niektórych działaniach, nie było skomplikowane. Już nie musiał być prowadzony po zagadkach świata, przez kogoś innego. Nie chciał walczyć i mógł kiedy trzeba wycofywać się i rezygnować, bo wolność polegała na nie pozwalaniu sobie na posiadanie kogokolwiek. Wojtek dochodził już do granicy deptaka z laskiem, miejsca swej miażdżącej klęski emocjonalnej sprzed roku. Już wiedział jak chronić siebie i swą myśl przed wpływami innych i jak odróżniać szlachetne szanujące przeciwnika wyzwania od pijackich burd. Wrócił do Wisłostrady i wsiadł w autobus do domu.

Jak zwykle w ZOO, przedstawiciel gatunku homo sapiens, którego reprezentował Bernhardt, powoli zapominał o pierwszej części swojej nazwy, nadanej mu zresztą przez siebie samego i to w martwym języku, tak aby brzmiało ważniej i uroczyściej. Chciał żyć, będąc godnym i jednej i drugiej części tej nazwy. Przeżyć w dżungli codzienności, widząc jak biegnie, jak konkuruje o dominację z innymi przedstawicielami swego gatunku, tak samo jak i przedstawiciele innych gatunków. Jednak dzięki umiejętności abstrakcyjnego myślenia stał się lepszy od innych zwierząt, zapewniwszy sobie warunki bytowe dużo wyższe od potrzebnych. Teraz rozmnaża się, zabierając więcej przestrzeni aby przeżyć, niszcząc inne gatunki na skalę nieznaną zależnościom łańcucha pokarmowego. Nadal nie widzi autodestrukcji, co jest kolejnym ewenementem w stosunku do innych, zamieszkujących planetę gatunków. Przez stulecia chował swoje młode tak, żeby miały prawo panować nad innymi zwierzętami. Dziś, gdy innych gatunków już jest mało, a żądza panowania nie została usunięta z myślenia tylko wzrosła, ludzie zaczęli siebie nawzajem traktować jak zwierzęta, stworzywszy odrębny łańcuch pokarmowy w obrębie własnego gatunku. Homo sapiens już nie dba o wspólną przyszłość własnych dzieci, rzuca je w powielanie niszczycielskiego modelu pana świata. Oślepiony na argumenty w postaci trzęsień ziemi, huraganów, powodzi i susz, które ukazują prawdziwe strefy wpływów na planecie. Dużo łagodniejsze od ludzkich praw. Bernhardt z homo sapiens zamieniał się w homo conscientis. Uczył się na nowo od zwierząt szacunku do darów ziemi, szacunku, na który większość ludzi nie zezwala, zastępując je prawem, biorąc sobie władzę nad naturą, której przecież nikt im nie dał. A słońce dalej świeci jak świeciło a napompowani swą wielkością dalej nie widzą, chociaż naukowo wiedzą, że nie mają nań wpływu. Dopóki nikt nie umie opanować katastrof naturalnych, cywilizacja żyje w kłamstwie kogoś, kto chce się podszyć pod Boga, bez ujawniania swych celów. Kimkolwiek jest taki pasterz, pędzi on swe owce na potępienie, kontrolując ich miejsce między sobą i przygotowując gehennę dla własnych dzieci, w ogarniętym przeludnieniem miejscu, w którym nie będzie miejsca na nic innego poza ludźmi. Jak dochodzi do nadmiaru chomików w akwarium, z łagodnych gryzoni zamieniają się one w istoty agresywne, napędzane strachem i instynktem samozachowawczym. Żaden inny gatunek nie wydawał mu się aż tak żałosny jak ludzie. Żaden inny gatunek, w tak wielkiej liczbie swoich osobników, nie stracił umiejętności bycia szczęśliwym że żyje, zastępując to uczucie ciągłym niedosytem. Żaden inny gatunek nie potrafi zabić, kiedy w grę wchodzi więcej niż przeżycie. Żaden inny gatunek nie choruje, nie stresuje się i nie wykańcza sam siebie, szczególnie w tak dogodnych życiowych warunkach jak robi to sam człowiek. Bernhardt zastanowił się nad swą pracą informatyka i nad korzyściami które przynosiła. To co teraz myślał, wywołałoby agresywne oskarżenia o ekoterroryzm i ataki ludzi, którzy uznawali przeinstalowanie świata na przestrzeń reklamową za normalne. Już nie chciał taki być, ani udawać, że taki jest. Podniósł głowę i zobaczył jak do pawilonu weszła wysoka, postawna kobieta o nieobecnej, zamyślonej twarzy. Jej kroki łomotały jak kroki słonia, co spłoszyło ptaki, które pochowały się w wysokich gałęziach swej niewidocznej klatki. Kobieta usiadła nie przerywając swego zamyślenia, dzięki któremu Bernhardt pozostawał dla niej niewidoczny. Nie była ładna, ale jej ruchy mimo pozornej ciężkości wskazywały na sprężystość, a widoczne na twarzy zamyślenie nie wyglądało na kłopot typu jakiego dokonać wyboru zasłon czy talerzy.

Anna wybrała się do ZOO specjalnie w dzień powszedni, licząc na to, że będzie mało ludzi. Chciała pomyśleć przez chwilę. Bez ludzi i bez automatycznego wtłukiwania i korygowania swoich myśli w komputerze. W redakcji rozmawiała z jednym dochodzącym dziennikarzem, leśnikiem. Dowiózł on zdjęcia małej, zaledwie dziesięciocentymetrowej sówki, którą obserwował przez ponad dwa miesiące, od wylęgu do częściowego usamodzielnienia się młodych. Zaimponował jej spokojem, z którym opowiadał o swym jakże emocjonującym polowaniu z aparatem. Po rozmowie z nim doszła do wniosku, że żyje w stanie euforii i równoważącej ją depresji, niewiele wiedząc o prawdziwym pięknie i spokoju. Do lasu miała daleko, ale stwierdziła, że pawilon dla ptaków będzie dobry na odszukanie tropów tego dla niej nowego, chociaż pierwotnego uczucia harmonii z naturą. Usiadła na ławce zdecydowana czekać na nowiny jakby pisała artykuł, ale tym razem dla siebie. Długo nie działo się nic. Potem pomarańczowy punk z rodziny kurowatych, o którym nie wiedziała, że nazywał się puchoczub, postukał w jej sznurówki upewniając się, że niestety nie są to dżdżownice. Poczuła że wybacza jej spóźnione grzechy, zaśmiecanie, finansowanie zanieczyszczeń, nadkonsumpcję, dominowanie bez szacunku dla ekosystemu. Nie wiedziała skąd wie, że ptak był samcem, ale łatwiej było jej patrzeć i rozumieć jego reakcje z takiej perspektywy. Uznał najwidoczniej, że skoro chodzi ona po tej samej ziemi, to też chce żyć. Zniża się do niej i gada o ekologii z taką, która już nie potrafi iść do warzywniaka i kupuje niedojrzałe mutanty warzyw w supermarketach, zamknięta w klatce dochodów i wydatków, z wybiegiem w telewizorze i na treningach judo. Usłyszała ciszę, którą nagle przerwał śpiew białych ptaków z czarnym skośnym makijażem wokół oczu. Przypominały jej szpaki, toteż ucieszyła się, przeczytawszy na stojącej niedaleko od niej tablicy informacyjnej, że istotnie jest to szpak balijski, spotykany już tylko w ogrodach zoologicznych. Nagle egzotyczny kurak uciekł w zarośla, a szpaki zamilkły dając miejsce gwarowi wchodzącej do ptaszarni rodziny. Cisza napełniła się frustracją mówiącej tubalnym głosem, ciągnącej rodzinny wózek matki, która non stop musi wiedzieć za wszystkich, mieć, kontrolować i rządzić. Zwały tłuszczu i rozstępy, twarz wykrzywiona zmarszczkami u trzydziestopięcioletniej kobiety, która nigdy nie była głodna… Widok zmutowanego instynktu macierzyństwa, płacącego cenę kulturową za własną nieświadomość i fizyczną za rozwijanie nieświadomego instynktu kopulacji u równie niedojrzałego samca. Taty z nimi nie było, pewnie teraz zapewne pcha swój gruby brzuch w jakiejś firmie, aby nakarmić stado. Jak sobie pójdą, znowu będzie cisza i ptaki odważą się zaśpiewać, pomyślała bez nienawiści do przebiegającej przez pawilon rodziny, która nawet nie spojrzała w górę a konto wizyty w ptaszarni. Kontemplowała dokąd zaprowadził ludzkość brak szacunku do zwierząt i odmawianie im prawa równości istnienia. Utrata świadomości, którą zwierzęta uznają za prawdziwą siłę wyższą, którą jest natura – dającą im życie, karmiąca i zapewniająca stałe miejsce w przepływie świadomości. Brak tej świadomości już zaowocował wieloma nie spotykanymi u innych gatunków problemami. Człowiek pomyślawszy o sobie, że jest równy Bogu, stracił słuch na sygnały meteorologiczne, wyczucie jak zneutralizować ból w dołku albo co zjeść aby mu nie zaszkodziło i ile, aby było dosyć. Zauważyła, że nawet jeśli wszystkie zwierzęta zginą w tej nierównej walce, to człowiek i tak nie będzie bogiem, bo i tak nie potrafi – mimo całej swej butnej gadaniny – nie potrafi nawet o milimetr zmienić ekliptyki, zdycha – twierdząc, że inaczej umiera niż zwierzęta. Należała do gatunku akceptującego tylko te jednostki, które stawiają sobie za punkt honoru dążenie w przeciwnym kierunku niż własna biologia, zabijała zamiast kochać. Pilnowała gałęzi na której siedzi. Nienawidziła i atakowała każdego, kto mówił prawdę ponad jej pojęcie. Po raz pierwszy od czasu swej feministycznej kariery, zaimponował jej typowy facet, którym był leśniczy. On sam zresztą odżegnywał się od swego tytułu mówiąc, że nie lubi traktować lasu jako jednostki rozwoju ekonomicznego jak mu kazano, tylko jako ekosystem życia. Anna postanowiła nie odkładać na później. Weźmie urlop i wyjedzie na działkę, a tam zastanowi się jak zmienić swoje powykręcane karierą życie.

Oddalony od niej o parę metrów Bernhardt dojrzewał do tej samej decyzji, aczkolwiek, zamierzał połączyć ją z karierą. Zmienił swą misję, kiedy okazało się, że nie potrzebował prowadzić Wojtka, tylko poznać, aby ujrzeć siebie. Aby dane mu przez Ducha Czasu instrukcje, mógł spełnić jak najlepiej. Teraz widział swój mózg materialisty, jakby to był komputer. Rozmowy z innymi jak komunikację w internecie. Przeprogramowanie, którego dokonał w swej głowie dzięki Wojtkowym zwierzeniom polegało głównie, na zachowaniu umiejętności komunikacyjnych uległych, przy jednoczesnym zachowaniu postawy poziomie egoistycznego zdobywcy, który był modelem do naśladowania w jego kraju. Nakierował swe sztucznie zbudowane dla potrzeb komunikacji ego na opiekę nad własnym ciałem jako jedynym zwierzęciem, które należało do jego komputerowego umysłu. Do tej pory był jak komputer bez energii, martwe, broniące się przed wpływami innych programów dane, odporne na skróty, które pozwalałyby na swobodne i nie ograniczone pojemnością dysku programowanie. Przekładając na własną logikę to czego się nauczył stwierdził, że podłączenie do sieci z intencją harmonijnego i ekologicznego przetwarzania danych, pozwala na korzystanie ze wszystkich jej zasobów z całkowitą odpornością na programy blokujące, hakerów, reklamodawców i wirusy. Najpotężniejsze informacje i tak są jednym serwerze, inne serwery tylko przetwarzają, powielają dane. Zmiany poza głównym serwerem może byłyby i łatwe w użytku ale zgubne w przeżytku. Chciał zmienić rdzeń programów typu samotna rozrywka z maszyną, które kończyły się każdorazowym wypaleniem sił umysłowych użytkownika. W każdej grze, maszyna będzie o jeden ruch lepsza. Teraz wiedział, że jest tylko jeden serwer. Musiał odwrócić chaotyczność tych programów, nakierowując je w powrotną drogę, do tego pierwotnego serwera. Wprowadzić do niego skończoność globu, występującą jak zasada w obrębie maszynowej nieskończoności abstrakcji. Maszyna, używana do celów rozrywkowych, stała się śmiertelnym wrogiem człowieka i jego mentalności i musiał pozbawić ją tej funkcji. Jej miejsce musiało zająć pożyteczne działanie fizyczne jednostki, w otaczającej ją teraźniejszości. Ilość zniewolonych przez komputer ludzi rosła zatrważająco. Wolność w maszynie jest zawsze historią nieprawdziwą, niektórych skazuje na powielanie własnego nieszczęścia, a innych łapie w pułapkę, znających tylko siebie samych, zatraconych w umiejętności dyktowania swej woli innym. Nauczył się dostrzegać innych, tych którzy poza problemami finansowymi nie potrafią dostrzec nic innego. Mógł na nich wpłynąć, zamieniając ich gry w programy, które spełniają pewną określoną funkcję ekologiczną. Przeprogramowanie powinno wpłynąć na wszystkich posłusznych władzy, ponieważ władza nie jest wolna od uwarunkowań państwowych, w których istnieje. Punktów władzy na Ziemi jest wiele i każdy zawsze zwraca zbyt dużo uwagi na moce własnego ośrodka, a zbyt mało na warunki do jakich rozproszenie tych punktów doprowadza kulę ziemską. Dlatego rządzący budzą się w środku nocy z koszmarami, wywołanymi przez tych, których zamienili w maszyny. Władza, której zamierzał użyć Bernhardt była nie dla jego własnej kontroli, tak więc mógł spać spokojnie, nie zauważony przez żaden z ośrodków mocy, który z tego tytułu czerpie prywatne zyski. Inne nie były dlań niebezpieczne.

Gdyby nie ten brak przygotowania do jednomyślności, brak umiejętności pozostawienia wolności w rozwoju, nie byłoby nic złego w fakcie, że ludzie – programy są ułożeni tak, aby każdemu umysłowi, w zależności od pojemności i wyćwiczenia, podporządkowana była jedna dziedzina dostępu, jedna na całe życie. Niestety narzucenie tej dziedziny gwałtem powoduje, że wielu nie pamięta własnych słów wyboru i budzi się później w depresji, staje się niezdolnym do polepszania własnego życia. Nieszczęśnicy używający tak komputera stają się od niego uzależnieni tak, jak od wyższego umysłu i po kilku latach wyglądają jak blade zombie, zapomniawszy o własnym ciele, które nie jest wytyczną matematyczną ani wzorem, tylko żywym białkiem potrzebującym zdrowego jedzenia, snu, ruchu i słońca. Ewolucja ludzi ma kilka milionów lat, a komputery tylko pięćdziesiąt i już mądrzejsze od większości, ze swoim tempem przetwarzania danych, nie są w stanie zagwarantować białkotworom nic, poza przyspieszeniem i związanymi z nim mutacjami. Dlatego też musi odnaleźć główny serwer i zaszczepić w nim instynkt samozachowawczy, dzięki któremu współpraca maszyn i ludzi przestanie owocować w zbrodniach koszmaru i wszyscy będą mogli spokojnie nad ranem, kiedy radość dnia wstaje, uczestniczyć w tym wspólnie z innymi przejawami życia i napełnić się optymizmem. Zanotował strukturę programu na wszystko dobre, co jeszcze pozostało, ze znanego mu od korzeni chrześcijaństwa, w świecie materialnym. Innego piekła i nieba już nie ma i miał nie będzie. Nagle stał się znakomitym hakerem własnej podświadomości, odpornym na wirusy i wpływy innych, bo przecież nawet rodzice potrafią zasiać zwątpienie i spowodować, że człowiek uwierzy że nie umie śpiewać albo nie ma zdolności matematycznych. Zrozumiał wgrany mu z narodzinami system, pełen tradycji i dziedzictwa kulturowego i poszerzył go, uniwersalizując różnice z innymi systemami, argumentowane poprzez wpływ środowiska na człowieka. Podróż do wnętrza, do bazy własnego systemu, wymagała działań bez połączenia z tymi, który nie wierzą, że wszystko jest jednością i zapomnieli o woli własnego rozwoju. Nieustraszony, nie uginając się przed ich potęgą będzie mógł wrócić do domu i odrodzić wolę planety wśród swoich tak, jak sam został odrodzony przez przyjaźń Wojtka.

Rozdział czternasty: Narodziny elfów

Wojtek sam doszedł do powodów, które zmieniły jego percepcję, doświadczył i dowiedział się wszystkiego bez pomocy z zewnątrz i teraz już mógł sobie wszystko ułożyć. Za każdym człowiekiem tkwiła siła wszystkich tych, którzy go kochali, pomagając mu byciem sobą i akceptacją. Teraz musiał odrestaurować swą wiarę w ludzi, aby zaakceptowali go, mimo odizolowania świadomości jego istnienia, do którego doszło, kiedy był z Hanią. Przestał walczyć ze wszystkimi, którzy byli jacy byli, bo ich rodzice byli jacy byli. Szanując ich pogląd, potrafił zachować swój własny, mimo odmienności w postrzeganiu pojęć patriotyzmu, więzi międzyludzkich, medycyny czy religii. Stało się to możliwe w chwili gdy odkrył, że miłość jaką otaczał świat, była ta sama, co ta, którą oni go otaczali. Pochylenie głowy przed prawem, jako wykładnią stosunków międzyludzkich, nie uwłaczało jego godności i męskości, jako, że prawo także ewoluowało, dając więcej nadziei na pokojowe rozwiązanie problemów, niż indywidualne akcje. Cała wypełniająca go do tej pory walka z grawitacją, z własnym ciałem, aby robiło to czego od niego chciał, zamiast tego co uważało ono za stosowne, zredukowała się w jego oczach do własnego, stojącego fiuta, który bez przenośni napędzał jego chęć dominacji i wygrywania argumentów w dyskusji. Bernhardt zwrócił mu uwagę na istotny fakt różnic perspektyw, obecnych w edukowaniu społeczeństw. Jednoznacznie wynikało z niego, że maksyma „moje na wierzchu” jest najbardziej archaiczną i destrukcyjną dominacją, powielaną przez współczesnego mężczyznę. On sam musiał zastąpić tę maksymę uczciwością w odpieraniu destrukcyjnych i podporządkowaniu się słusznym argumentom. Dlatego Hania odeszła, dlatego musiał nauczyć się walczyć, odkryć, że dopiero po zachowaniu szacunku do ogólnych zasad, jego rzeczywiście, będzie na wierzchu. Problem jaki miał z otaczającym go światem polegał na nieumiejętności pogodzenia tego co słyszał, z tym co widział i związku jaki z tym miało jego libido. Widza, że zarówno wpływ mają reakcje innych, jak i on ma wpływ na ludzi. Najczęściej wymykającym mu się elementem było pamiętanie o dwukierunkowości tego procesu. Dlatego mylnie interpretował zachowanie otaczających go ludzi. Czytanie Junga i Freuda pomogłoby, gdyby nie przepaść pokoleniowa, sam musiał sobie dopisać co wydarzyło się potem. Jego własny dziadek narodził się i żył nadal w mentalności, że ludzi jest niewielu, ale Wojtek już musiał patrzeć na ręce tradycyjnym strukturom kierowania społeczeństw, jako że widział jak bardzo nie zdają one egzaminu we współczesnym świecie. Wiele decyzji, podjętych zgodnie z kanonami działań dziadka, było już spóźnionych i wadliwych. Działo się tak ponieważ zasiadający na stołkach dziadkowie nie potrafili objąć ani wyobrazić sobie kolosalnych zmian na które ludzkość kiedyś potrzebowała wieków, a teraz dzięki rozwojowi technologii i medycyny, dekady zamieniały się w miesiące.

Nie chciał być niewolnikiem ich ograniczeń, ani aby jego ograniczenia wyobrażalnego nie zniewalały innych umysłów. Nie traktował też fizyczności jako priorytet, ani jako jednej z przyjemnych konieczności. Odkrył i zaakceptował istnienie wszystkich jej aspektów bez walki, po prostu wybierając inne sposoby. Wszystkie jego plany, wstawania rano, gimnastyki, wszystko zazwyczaj brali diabli już po kilku dniach od wprowadzenia, przychodziło zapomnienie i zniechęcenie. Zauważył, że zwykle zaczynało występować po fantazjach, ukwieconych obrazami Hani rżniętej we wszystkich możliwych pozycjach, które to myśli umilały mu czas przed zaśnięciem. Błędem było myśleć o niej tak, zamiast myśleć o tym jak do niej dotrzeć. Mając tylko jeden umysł opowiadający o dwóch ciałach, bez woli drugiego umysłu, równowaga zostawała przerywana i powstawał fałszywy wizerunek Hani. Zakłamanie rzeczywistości blokowało następnie samo dyscyplinę. Bezmyślne rżnięcie tkwiło na granicy przemocy, i tylko świadome kochanie się mogło być inne. I o tym będzie myślał jeśli już hormony dadzą o sobie znać. Przestanie walczyć ze swoimi potrzebami. Przestanie się obwiniać. Zacznie się widzieć, zacznie być świadom tego co się z nim dzieje. Nieregularność pracy, którą chętnie obwiniał za brak zorganizowania dnia, stała się dzięki temu wyzwaniem. Porzucił więc abstrakcyjne planowanie gimnastyki postanawiając, że zestaw basenowy zawsze może nosić przy sobie i jak tylko będzie miał czas to pójdzie pływać. Jak mu się przypomni to poćwiczy jogę albo ciężarki, pilnując tylko by pomedytować przed snem. Aikido miało regularne godziny, wiec nie trzeba go było pilnować. Gust trzeba było zamienić na styl, tak żelazny, że każda osoba, która się go czepiałaby, znajdzie w nim, lub na nim, zrozumiałe dla siebie wytłumaczenie, które zamknie jej usta. Należało przeanalizować uderzającą w niego falę nienawiści, która na poziomie mentalnym odbierała mu prawo do istnienia, wmawiała, że żyje jako jednostka niepotrzebna. Jeśli był skupiony i myśli jego nie mogły zostać przerwane, fala ta objawiała się nagłym biciem serca i chaotycznym przyspieszeniem działań. Wiedział już skąd te fale przychodzą. Każda chaotycznie rozpieprzona popędem samca dziewczyna tak się czuła, a odbieranie jej fal, będące naturalną konsekwencją uznania prawa do istnienia wszystkich istot, objawiało się właśnie w taki sposób. Z wiekiem przestawał dla nich istnieć, a one same zamieniały się w baby. Zrozumiał teraz dlaczego kiedyś tak bardzo nienawidził. To siebie nienawidził za to, że nie wie, że one wiedzą jak to jest być z kimś kto jest równocześnie i mężczyzną i synem. Łamał im serce dzień po dniu, więc dwudziestoczterogodzinne czuwanie, żeby inwencja twórcza nie obróciła się przeciw rodzinie wchodziło im w krew. Były i tak dobre, ale nie były szczęśliwe. Wojtek odnosił wrażenie, że ich serca nigdy nie przebudziły się ze snów, na prawdziwą miłość. Od dziecka przypominały mu o przemocy, wykrzykując prosto w oczy musztrujące, jednowyrazowe komunikaty, dzięki którym poruszał się na ziemi, pozostając w swoim śnie. Działały na jego podświadomość, zasiewając mu strach w podstawowych kwestiach, dzięki czemu dbał o szkołę, studia pracę, narzeczoną – wszystko w tym samym schemacie w jakim wszystkie go wspólnie prowadziły. Nawet nie były zmówione, w tym odwiecznym programowaniu, po prostu wynikało ono z uświadomienia sobie że jest się człowiekiem, częścią ludzi, ale nie częścią całości. Na tym polegał ich błąd. I to mógł im udowodnić, ponieważ działania, które rozwijały się bez powielania tego błędu dały mu taką siłę wejrzenia, że mógł je przejrzeć na wylot. Opierały się na tym samym schemacie: Wiemy, że kochasz matkę, wiemy, że ją zawiodłeś i teraz we własnej głowie się z tym męcz. Nie było to celowe, po prostu same nie podniosły się kiedyś z jakiegoś zawodu, może chodziło o męża, może o syna, może o ojca albo matkę, było to nieistotne. Liczyło się uczucie, rodzaj chi albo koloru na bąbelku, który powodował, że jego głowę opanowywały takie a nie inne myśli, kiedy był w ich towarzystwie. Na pewno nie przez przypadek, może ucząc się neutralizowania ich wpływów, równocześnie im pomagał. Wystarczyło ich nie mieć i nie chcieć, tak jak już nie chciał tamtej dziewczyny znad Wisły. Chciał się z nimi pogodzić, ale nie wiedział jak. Zapewne musiał przestać je zawodzić, aby mieć argument nie zezwalający im na mieszanie się do nie swoich spraw. Dać żyć grubym gospodyniom domowym o konserwatywnych poglądach, ale nie pozwalać im, na destrukcyjny wpływ na własną osobę. Tylko wtedy pozwolą mu być sobą i rozwijać się ponad ich ograniczony pułap, kiedy przestaną widzieć w nim zagrożenie. Prawie czuł, jak jego pułap przestaje być ograniczony, stając się pełnym, w swojej prostocie, a w egzystencji wszystkich wyczuwał częste połączenia z dobrą wolą. Uzależnienie od jedzenia, spania, potrzeb naturalnych czy też grawitacji funkcjonuje u wszystkich na tym samym poziomie, a fakt że ktoś obok nas tego nie rozumie, zamiast być powodem do frustracji, stał się wesołym żartem do wyjaśnienia. To była jedyna skuteczna broń na kobiety. Skoro porozumiewają się one rodzinnym kodem udając matki, Wojtek postanowił uregulować swoje stosunki z rodziną najlepiej jak umiał, aby mieć z nimi jak najczystszy kanał komunikacji. Sam się zdziwił, że wcześniej na to nie wpadł. Bez elementów, których z nimi nie wyjaśnił, może się tylko ich bać. Jeśli ubogaci swój styl o te elementy, zaczną szanować jego niezależność i słuchać tam, gdzie wymyślił coś lepiej od nich. Prostota leżała najbliżej, podczas gdy on szukał odpowiedzi na to, jak żyć na Ziemi w gwiazdach. Zaśmiał się z siebie myśląc, że właśnie pobił swoją głupotą wszystkie dowcipy o blondynkach.

Wyszedł na balkon z herbatą i patrzył się przed siebie. Jego poziom energii był wysoki jak nigdy, od kiedy zaczął zauważać jego istnienie. Rozwiązanie problemu głosów w głowie u źródła, okazało się takie proste. Wszyscy, których nie rozumiał, tylko odczuwał, byli chaotycznymi myślami, dopóki nie nauczył się tego, co czują. Nie dziwił się już że tak długo na to nie wpadł. Wszyscy stali się rodziną, więc będąc z rodziną na poziomie, może tak też istnieć ze wszystkimi. Na jego blokowym podwórku nic się nie zmieniło, ale Wojtek wiedział, że on się zmienił. Widział zmiany w rysach twarzy przechodzących sąsiadów a i oni postrzegali go inaczej. Stał się wolny. Ostatnie niezdrowe uzależnienia w chi przestały istnieć, zatonęły w oceanie miłości, mógł już czynić wszystko i udać się gdzie chce. Pozostało określić cele. Kwestia wiecznie stojącego fiuta, zdawała się być zażegnana, ale musiał się jeszcze nauczyć samodyscypliny i kontroli. Bez winy. Po prostu kultura w której się wychował traktowała seks jak tabu, wrażenia cielesne jako niedostępną intymność. Realizacja kontaktu miała być ostatecznym połączeniem w parę i niosła za sobą delikatną presję, na dorośnięcie. Każdy kontakt poza takim układem był skazywany na piekielny ogień, co przy braku informacji na temat biologii człowieka i ogólnie natury popędu, połączone z anonimowością sfrustrowanych młodych ludzi, nie pomagało w rozwinięciu zdrowego układu. Skutkowało za to wulgaryzacją życia seksualnego. Wojtek obserwował przechodzących pod balkonem mieszkańców blokowiska. Klęska emocjonalna była widoczna prawie na każdej twarzy, wrastała w normalność w sposób, który tłumaczył Wojtkowi powody swego wcześniejszego otarcia się o obłęd. Umiał to odrzucić, ale musiał pamiętać, że będzie to musiał odrzucać dzień po dniu, rozmowa po rozmowie, świadcząc zaprzeczenie tej klęski z częstotliwością jej istnienia. Społeczne pozwolenie na wymianę uczucia na układ gospodarczy w rodzinie było dlań nie do zniesienia i nie do zaakceptowania. Negacja takiego stanu rzeczy stała się jego naturą. Szanował wybór innych, ale sam nie chciał tak żyć. Powszechnie panujący układ doskonale znał z rodzinnego domu. Kultura zdawała się być mało cywilizowana, Wojtek zaś postanowił pozostać kulturalny. Zarówno ojciec jak i dziadek zostawali poddani takim samym próbom w swym rozwoju. Zobaczył ich dziećmi, młodymi ojcami napotykającymi te same tabu, w innej rzeczywistości. Wybaczyłby im w swych myślach, ale przecież w rzeczywistości ani dziadek ani ojciec nic nie zawinili, więc nie potrzebne było wybaczania. Wystarczyło pamiętać, że zgadzanie się ze sposobami ich działań nie oznacza, że wszystkie decyzje jakie podjęli w swoim życiu są właściwe. Na pewno straszenie własnych dzieci i nie wspominanie o popędzie, nie należały do ich najbardziej udanych wyborów. Jedyną formą, w której były poruszane tematy seksualności męskiej, były świńskie dowcipy. Teraz już wiedział, skąd pogląd, że Hanię trzeba rżnąć non stop, wydał mu się oczywisty. Pocieszył się faktem, że i tak długo z nim wytrzymała, podczas gdy on wdrażał dziadkowe nauki ze szczerym ogniem i miłością. Była to iście szatańska niewinność, którą rozpoczęło tabu ukrywania problemów i obłuda w rodzinie. Teraz nauczył się rozwiązywać własne problemy i nie widział przeszkód, aby rozwiązać również i problem owego tabu, uciskającego go jak abstrakcyjny imperatyw działania. Bardziej opierało go ono na fakcie bycia kontrolowanym przez bliźnich, niż na celowości wykonywanej pracy. Otoczony przez ludzi, którzy nie radzili sobie z własną winą, a za wejście w dorosłość uznawali dzień akceptacji a nie eliminacji swych niedoskonałości, nie mógł wymagać od niego, aby stał się taki sam. Nie miał alternatywnego wzorca, więc sam go sobie zbudował. Pocieszył się raz jeszcze, że lepiej późno niż wcale, no a potem już nie musiał się więcej zastanawiać tylko wybuchnął gromkim śmiechem, na tyle głośno, że bawiące się na podwórku pod blokiem dzieci zaczęły się na niego gapić.

Owo tajemnicze, wszystkiemu winne „to” czyli wszechpotężna i dociskająca go do ziemi żądza, zostały opanowane. Nie potrzebował jej nazywać, by wiedzieć, że jest jedynie prześladującym go cieniem. Postanowił, że jeśli jeszcze kiedykolwiek będzie mógł dostąpić szczęścia spotkania z Hanią, sam, bez dziadkowych mądrości wypracuje z nią warunki bycia razem. Wiedział, że wcześniej nawet jej nie zobaczy, nie będzie na to gotowy, jak i ona, dopóki nie zaakceptuje istnienia testosteronowego samca, jako naturalnej cechy jego natury. Dzieci przestały się na niego gapić a on poczuł, że jest zmęczony i w głowie pojawiają mu się bzdurne myśli. Nie jest taki sam jak inni. Nikt nie jest taki sam, nawet jeśli wielu tak uważa, myląc prostotę z nijakością. W chwilach, gdy myśli rwały się tworząc bezład, jego palec wędrował do nosa albo skubał brodę. Widząc siebie miał prawo do zmysłu dotyku, do uświadomienia sobie, kiedy zachodził taki bzdurny samo destrukcyjny proces myślowy i nauczył się teraz, że zawsze może go zatrzymać na płaszczyźnie fizycznej, podobnie jak się rzuca nałóg. Ktoś kiedyś powiedział, że zapominalscy dłubią w nosie bo zapomnieli coś zrobić. Postanowił w to uwierzyć i łapać się za rękę zanim palec znajdzie się w nosie, kierując ją na inne działanie. Pozostało mu tylko wymyślić co on może robić, żeby nauczyć się siebie kochać. Pływanie, joga, aikido i medytacje nie mogły mu wypełnić całego świata a Hani pod ręką nie było, a nawet gdyby była, nie mogłaby my w tym pomóc. Przypomniało mu się, że dopóki nie oczyści swoich relacji rodzinnych, nie będzie w stanie iść do przodu. Postanowił więc najpierw rozliczyć się ze swoim myśleniem o rodzinie wierząc, że potem będzie mógł przejść na inny pułap postrzegania świata.

Pomyślał o swym ojcu, który pewnie jak zwykle siedzi za biurkiem zasypany zamówieniami, mejlami i innym papierem wszelakim. Siedzi i cierpi, i nie wie ani dlaczego ani po co. Nikt nie wie, co on myśli. Wie tylko o jego dwudziestoletniej walce z brzuszkiem, który rósł sobie do wtóru jego pustych słów. Nie miał zamiaru go oceniać, po prostu nie chciał popełniać jego błędów, wolał pozostać przy większym szacunku do własnego ciała. Nie mogło to być sprzeciwianiem się jego woli, bo wiedział, że ojciec chce dla niego jak najlepiej. Jowialny prezes małej firmy handlowej, na rynku był średnim sukcesem, ale za to spokojnym człowiekiem, który potrafił odróżnić przesadny zysk od chwili spokoju. Jak każdy inteligentny biały człowiek wypowiadał się jasno, używając naukowo-towarzyskiego żargonu i był obyty w bieżących sprawach kraju i boiska piłki nożnej. Druga kobieta z przybranymi dziećmi, ściany zagracone obrazami, niektóre z nich Wojtek pamiętał jeszcze z domu, z czasów gdy mieszkali razem z mamą. No i fakt, że ojciec myślał, że go ma. Nie zostawiał mu miejsca na własną wolę, a Wojtek nigdy oficjalnie się nie wyzwolił spod jego nadzoru. Wojtek podejrzewał, że ojciec nawet się nad tym nie zastanawiał, po prostu zaakceptował sposób bycia i życia dziadka Wojtka czyli swego taty, nieświadomie oczekując od syna, że też zaakceptuje taki system. Stałe sugerowanie mu żeniaczki, po tym jak nie chciał się spotykać z nikim po utracie Hani, nie przypominało troski rodzicielskiej, tylko sposób na ustawienie go w życiu, bez szacunku dla jego uczuć. Podręcznikowa troska. Wojtek jednak nie był własnym ojcem, dużo więcej myślał o tym jak ten świat działa i wygląda. I widział, jak ojciec się męczy, jak nie zawsze jest szczęśliwy, kochając praktycznie, a nie bezwarunkowo. Jeszcze na studiach, kiedy Wojtek wchodził do jego biura, on uśmiechał się i dawał mu pieniądze. Wiedział, że zgodnie z systemem i światem powinien je przyjąć, a potem usiąść i zachwycać się ojcem, jakby był on jakąś wspaniałością. Jakby był jakąś jego laleczką. Wojtek nie zgadzał się z tym. W porównaniu z jego własną sytuacją ekonomiczną, ojciec był majętnym człowiekiem. Nie jakimś tam bogaczem, ale powyżej średniej krajowej. Potem Wojtek już nie przyjmował pieniędzy. Dość długo się droczyli, do dziś Wojtek pamięta jak ojciec próbuje przewrócić go swoim brzuchem, ale w końcu daje za wygraną. Kobiety ojca zawsze się nim zachwycają, dogadzają mu a on, siedząc na swoim tronie, nie wie o wielu dziejących się wokół niego sprawach. Wojtek wie, że woli nie wiedzieć. Za każdym razem, kiedy temat przestaje mu odpowiadać, wbija się weń swoim zabarwionym siłą głosem z komentarzem, że pora zaprzestać mędrkowania. Nie ma mu tego za złe. Wielu ludzi tak ma. Ale nie chce zapomnieć razem z nim, że świat nie kończy się na ciężkiej pracy w biurze i na jednej konwencji rozrywek i odpoczynków. Takie porządne i uczciwe życie, od którego tylko rośnie brak rozeznania w sytuacji i brzuszek. Rozumie, że ojciec nie chce wiedzieć, że jego syn ma długiego fiuta, kilka dan w aikido i dyplom. I pewnie jest z tego dumny, tylko nigdy mu o tym nie powie. Traktuje Wojtka jak swoją laleczkę, córeczkę, którą chciał mieć i w pewien swój mentalny sposób miał, dopóki Wojtek nie nauczył się mówić. Wojtek kocha ojca, ale nie chce go traktować jak niepełnosprawnego, nie chce udawać przed nim obrazu, jaki sobie jego ojciec stworzył, woli być sobą. Wojtek wie, że uczył go trudnej sztuki życia w społeczeństwie, sam będąc wykładnikiem różnych norm społecznych. Dopiero po wyjazdach i poznaniu innych form zrozumiał, że jego pomyłka wynikała z globalizacyjnego punktu widzenia, a nie ze złej woli. Był etap, kiedy Wojtek, z natury lubiący kochać innych i dzielić się z nimi radością, nie umiał tego robić, ziejąc jedynie jadem, ponieważ oczekiwano odeń radosnej laleczki tatusia, usuwając w cień wszystkie jego aspiracje. Dopiero pięść okazała się być słyszalnym argumentem więc Wojtek długo się zastanawiał, jak zadać cios, aby zostać zrozumianym i aby jak najmniej bolało. Teraz zdecydował się na napisanie doń listu. Napisał mu, że chce go kochać, ale cały czas leżące na stole między nimi pieniądze każą mu się zamknąć i wyjść, nie pozwalając na szanowanie stojącego za nimi ojca. Rozważył ironię faktu, że kochać go może potem, po spotkaniu i tylko na papierze, kiedy każdy z nich jest tam, gdzie nie ma walki. Wie, że jego bunt jest tak antyczny, jak jego opór ojcowskiej władzy. I żaden z nich nie ulegnie. Tak było od zawsze. Dziadek opisał ojcu świat tak samo, jak on potem Wojtkowi. Wszyscy opierali się głównie na swoich ojcach, a zmiany były wprowadzane przez wielkie autorytety swoich czasów. A ci tak zwani dobroczyńcy ludzkości też korzystali z tego ojcowskiego opisu świata. Ludzie nie różnią się zbytnio od innych gatunków zamieszkujących ziemię. Nawet najlepsi myślą tylko o sobie, ewentualnie tylko o swoim gatunku. A przecież historia myśli ludzkiej jest dużo krótsza niż historia człowieka. Ojciec ojcu nadaje o czterech tysiącach lat tak, jakby to było tak zawsze. Ta myśl ludzka, którą tak się wszystko wyjaśnia, musi się zmienić. Jest uproszczeniem poniżej logiki, błędem w interpretacji porządku świata. Wojtek napisał, że chyba już nadszedł czas aby myśleć o czymś więcej niż własny gatunek. Że dlatego nie może tak po prostu zaakceptować wiary własnego ojca. Że wystarcza mu wiedza, że się kochają. Kiedy skończył wiedział, że ojciec nigdy nie odpowie na ten list, ale już nigdy nie będzie starał się wywrzeć na Wojtka swego wpływu, już nigdy nie potraktuje go, jak swoją laleczkę. Tydzień po wysłaniu listu, Wojtek pojechał do niego na niedzielny obiad i oddzielnie przygotowane dla niego danie bezmięsne, stało na stole.

Z matką historia była zupełnie inna. Abstrakcyjna miłość ponad wszystko. Zrozumiał tę abstrakcję w dniu, kiedy rozmawiał z nią przez telefon, słysząc zaakcentowane MAM jako próbę zapewnienia sobie kontroli ponad nim. Matczyna krzykofonia wynikała z ustawienia psychiki. Z nałożonych na siebie obowiązków i wynikających z nich odpowiedzialności, których się podjęła bez przygotowania do harmonii. Konflikt biologii i cywilizacji spowodował krzyk, naturalne wyzwolenie w formie, ale nie w treści. Potem to już krzyczała widząc, że tak można coś przeforsować. Stało się to jak już zapomniała, że krzyków trzeba unikać. Kierowana prawem troski i opieki, nigdy nie wypuszczając go z ramion, z których wysunął się tak dawno temu, że nawet tego nie pamięta. Spytałby się jej dlaczego go ogranicza, ale to byłoby retoryczne pytanie. Znał odpowiedź tak samo jak obecność cienia, który ją otoczył, może kiedy była dziewczynką, może nastolatką. Wojtek wiedział tylko, że wydarzyło się to dawno, dawno, przed chwilą w której zaczął istnieć. Wiedział, że nie pozna odpowiedzi, podobnie jak nigdy nie dowie się, jak to jest przeskoczyć od bólu porodu, do radości objęcia nowego życia. Odpowiedź umykała jego rozumieniu, podobnie jak fakt bycia rzeczą w jej oczach. Czy była to nauka przeżycia? Czy czuje się ona bezpiecznie w swojej willi, za zamkami, kotarami otoczona przez te wszystkie martwe przedmioty, które tak troskliwie odkurza, nigdy nie używając, zahipnotyzowana tępym światłem telewizyjnego ekranu. Dlaczego pozwoliła mu żyć i wierzyć w miłość i wolność, nie mówiąc o dniu, w którym jej siostry zdecydują, że nauczył się wystarczająco wiele i musi teraz to wykorzystywać, umierając dla dalszego rozwoju. Zdecydowały, że jest rzeczą a to, do czego dąży, jest nic nie warte dla społeczeństwa i czas zostać trybikiem w społecznej maszynie. Ona to poparła. Czuł się jak martwy liść spadający z drzewa jesienią. A jednak uczył się na swojej głupocie, jednak się nie poddał. Wie, że można się nie poddać i za to był jej wdzięczny. Może gdyby mu powiedziała nigdy by nie uwierzył. Nie ma cienia za oczami, nigdy nie zamknął się w czterech ścianach, aby chronić przed całym światem to, co należy do niego. Zamknął się w sobie, razem z całym światem. Mogła sprawić, że jego serce szybciej biło, mogła sprawić że czuł mdłości, ale on nauczył się jak ją kochać mimo to, nie budząc w sobie nienawiści. Jej zasługą był fakt, że trzymała go z dala od ognia, ale nie czuł się winien, że wyruszył aby ów ogień poznać. Świat jest takim przepięknym miejscem, że każda myśl o niej, przepełniała go wdzięcznością za umożliwienie mu bycia jego czasową częścią. Wdzięcznością, ale nie uległością. Należał do niej jak pasożyt przez dziewięć długich miesięcy jej wyboru, ale już nie używa jej płynów i nie musi tkwić w sieci jej opieki. Stał się wolny, szczęśliwy z życia, potrafiący odrzucić każdego, kto próbuje go sobie podporządkować siłą lub przekonaniem, że bez czyjegoś przewodnictwa jest już martwy. Dlaczego jej wiara mogła mu zaoferować tylko kłamstwo – nie wiedział. Widział troskę i próbę zaoferowania mu bezpieczeństwa, pozostawiającą go w nieświadomości. Nigdy jej nie nienawidził, nawet jak już odkrył jej karty. Stał się wystarczająco krnąbrny aby wiedzieć, że człowiek umiera i mógł przeciwstawić się butnym pochwałom, które tylko w jej ustach były pełne miłości, ale powielane były przez wielu, aby go wykorzystać. Nie walczył z nią, mając nadzieje, że kiedyś zrozumie, że jest po jej stronie, chociaż jest mężczyzną. Chciał by zrozumiała, że bycie nim nie oznacza, że musi być jej wrogiem. Właśnie tutaj nie szanował jej woli. Skoro Bóg dał mu fiuta, to nie był to przypadek. Jeżeli jego decyzje były komentowane jako skurwysyństwo, wyzywano go od chujów, nie bolało, bo wiedział, że był uczciwy i miał rację na miarę własnej, konsekwentnej perspektywy. I uczył się. Nadal się uczy, zmienia tylko pułapy perspektyw. Wiedział, że poza matką, przez wiele lat nie widział, ani żony, ani magistra biologii, ani nauczyciela, ani kierowcy, o kobiecie nawet nie wspominając. Chciał poznać też kobietę, a nie tylko swoją matkę, ale ona tego nie chciała. Wiedział już, że nie myśli o nim, zajmując się własnymi sprawami, zamknięta w swej willi. Wiedział, że wie, że go nie ma, że on sam się ma, czuje bicie swego serca, potrafi odczuwać przyjemność z ćwiczeń, oddechu, dotyku. To że nigdy ze sobą nie rozmawiają, stało się ich małą tajemnicą, która jej zastąpiła małego Wojtka, a jemu zagwarantowała kolana na których bezpiecznie może położyć głowę. Nie chciał jednak tego. Chciał być wolny, pełen nie raniącej nikogo wrażliwości, bez konieczności tworzenia i zachowywania sekretów. O ile łatwiej jest żyć nie poruszając się pomiędzy stworzonymi przez bliźnich sieciami, będącymi tylko zbędnym odbiciem zawsze istniejących praw przyrody. Wystarczyłoby nazywać je po imieniu. Sam pamięta czas, kiedy płonął wściekłością krzywdząc innych, nie ze złej woli a jedynie z głupoty. Teraz już nie przejmuje się jej MAM, może płonąć w jej oczach za każdym razem, kiedy ona sobie tego zażyczy, bo wie, że miłość jest wieczna i jak feniks odradza się z popiołów. Nie potrafił żyć w pozbawionym miłości świecie rachunków. Aby złamać jej szyfry wyrzekł się swojej religii i pozostał sam, ale jest szczęśliwy. Pozostawił swe serce otwartym, a jednak ani ona, ani jej siostry, nie mogą go ranić ani wkradać się do jego myśli. Jeśli porwą się nań, i znów będą przyspieszać, raz za razem, jego puls nie podda się wiedząc, że cień który by go pokonał ugodzi ciemięzcę, bo nigdy nie był skierowany przeciwko tym, którzy się bronią, przed ignorancją silniejszych. Wojtek też nauczył się jak sterować chi, aby przyspieszała cudzy puls, ale nie po to by atakować, jedynie po to by sprawdzić, czy ataki, których istnienie podejrzewał pochodziły z tych źródeł. Potrafił nawet blokować inne serca, jeśli go męczyły. Potem już tylko sterował własnym chi aby usunąć ból, który czuł u innych i w ten sposób nie stał się on jego prawdą. Pomogła mu wiedząc i milcząc, dzięki czemu nie stał się taki jak ona. Wojtek nie lubił fizyki, ale podesłała mu kilka książek popularnonaukowych, profesorów biegłych we współczesnej interpretacji tematu. Przeczytał w nich, że jako istota rzeczywistości trójwymiarowej, istnieje w rzeczywistości dwuwymiarowej jako plasterki na podstawie których nie można sobie wyobrazić jego wyglądu, a jedynie poznać obwody figur tworzonych przez jego przekroje przenikania przez taką przestrzeń. Podobnie czwarty wymiar, może być tylko śledzony w trójwymiarowej rzeczywistości w której istniał. Mamine MAM, było jednym z obwodów przenikania, dzięki którym mógł uwierzyć w istnienie czwartego wymiaru i zacząć obserwować przejawy jego istnienia. Dzięki temu odbudował katedrę myśli, zburzoną przez nadwiślańska przygodę. Nie tylko odbudował, ale i wzbogacił w style i zaadresował do tego który JEST, nie zważając na dawane mu płcie, obrazy, imiona i lokalne przymioty.

Środek ciepłej wiosennej nocy jest najprzyjemniejszą porą w okresie wielkich upałów, od czasu do czasu tylko przerywanych burzami. Kiedyś wiosny nie były takie gorące, ale ostatnie kilka lat ocieplenia klimatu zupełnie rozregulowało rytm pór roku. Pod rozgwieżdżonym niebem grają koniki polne i słychać pojedyncze śpiewy ptaków. Wojtek znowu wyszedł na balkon i wsłuchiwał się w spokój nocy. Jeszcze tylko pozostało mu napisać list do Hani i mógł iść spać wiedząc, że rozwiązał wszystkie zanieczyszczające jego świadomość więzi emocjonalne w taki sposób, który zezwoli mu na uwolnienie się od toksycznych związków z ludźmi. Próbował wyobrazić ją sobie, piękniejszą niż pamiętał, wyobrazić sobie Hanię, która nie jest nikim, nie ma żadnego mężczyzny, wolną i szczęśliwą. Okazało się, że poza jej dźwięczącym w głowie imieniem nie pamiętał nawet jak wygląda. Pamiętał śmiech i sposób w jaki poruszały się jej biodra w tańcu, pamiętał spokój i zaufanie z jakim wpuszczała go w siebie. Jak rolowała ubrania, żeby je zapakować przed wyjazdem i jej zaradność korzystania z map i przewodników. Zostało mu tak niewiele, a jednak tak dużo powodów by oddychać i żyć. Odetchnął przyjazną nocą i zaczął pisać.

Kochana Haniu.
Nie wiem dlaczego kocham ciebie i akurat ciebie, ale proszę, jeżeli ma obecność jest Ci niemiła, wyrzuć ten list i nie zaprzątaj sobie głowy moim uczuciem. Dużo szczęśliwszy będę wiedząc, że jesteś wolna i szczęśliwa tak jak chcesz, niż gdybyś w promowanym przez naszą świadomość zbiorową poczuciu obowiązku wróciła do mnie. Piszę Ci o wszystkim, bo nawet jeśli nie doczytasz do tego miejsca wierzę, że teraz, gdy to piszę jesteś przy mnie. Nawet dla tak ulotnego poczucia więzi warto podzielić się z Tobą wszystkim, bo chwila gdy to piszę trwa i jest mi błogą. Rodzimy się otoczeni przezroczystymi bąbelkami, które z wolna nabierają koloru bąbelków rodziców i innych wirujących w okolicy ludzi. Rodzice oraz ludzie rozumiejący podstawy władzy rodzicielskiej mają silny kolor bąbelków, a ich farba jest klejąca. Dlatego trzeba uważać na zachowanie czystości bąbelka w obcowaniu z nimi. Bąbelki tańczą we wszechświecie, odbijając się od siebie i te, które nasiąkną kolorami innych spadają w dół, podczas gdy te, które są w stanie odbić jak najwięcej kolorów pozostają przezroczyste, unosząc się wysoko i odbijając błękit. U mnie tyle nowego, że udało mi się pozbyć kleistości bąbelka. Nigdy świadomie nie wybierałem, aby pokolorować Twój bąbelek, jedynie ciesząc się jego odbiciami w moim. Nawet jeśli życie jest tylko snem, ja kocham swój sen. Idę po ulicy mijając innych śniących, i tych co znają tylko koszmary, szarych i milczących, i tych uśmiechniętych, śniących miłością i rajem. Wierzę, że jest możliwe aby dwie osoby śniły to samo. Chcę być przy Tobie, i jeżeli zechcesz bym powrócił, pomóż mi zdefiniować wykładnię wyższej prawdy, takiej która nie będzie ani tobą ani mną. Kochając się trudno o bezstronność, a ja nie chcę jej tracić tylko dlatego, że lubimy się kochać nie tylko duchem ale i ciałem. Pomóżmy swoim bąbelkom aby nie zabarwiały się na stale, jedynie odbijając barwy, w coraz większym ich pryzmacie. Cieszę się, że mogłem napisać do Ciebie ten list i że mogę zamienić te wszystkie bzdurne słowa, na jedno krótkie wyznanie. Kocham Cię. Bądź szczęśliwa,
Wojtek.

Zakleił kopertę i położył się do łóżka. Nadeszła pora na sen, po raz pierwszy, od kiedy opuściła go Hania, sen bez koszmarów i niespokojnego przebudzenia. Śniło mu się, że elfom było coraz trudniej na Ziemi, bo ubywało lasów, łąk, kwiatów i nawet na górskie szczyty prowadziły asfaltowe drogi. Ludzie wymyślili maszyny, które napędzały ich, by byli jeszcze skuteczniejsi, ale oni tylko stawali się jeszcze bardziej chciwi. Elfów było tak mało, że w natłoku innych duchów ludzkich, nawet się nie znały nawzajem, rodząc i walcząc w samotności, aby utrzymać ziemską równowagę. Ale dwa z nich miały się rozpoznać na nowo, dzięki czemu krąg leczenia mógł się uniezależnić od kontroli ducha cywilizacji, zrodzonego z błędu pierwszego człowieka, który rozpoznał i wykorzystał naturę myśli. Automatyczny krąg zła został przerwany i dwa elfy potkawszy się i powróciwszy do prastarej tradycji swego gatunku pokonały uzależnienie od maszyn, zastępując je kierującą rozwojem planety świadomością. Dzięki temu mogły pomagać umysłom nie do końca oświeconym, ale pozostając niewidzialne dla chciwych, ukrywając się jako najniżsi z ludzi, mogły zagwarantować dzieciom start bez upadku w otchłań beznadziei. Ukryci w kwiatach, działają oczekując dnia, w którym natura znów będzie lepiej widoczna największemu gatunkowi na Ziemi, pogodzonemu z byciem jej częścią, ale nie w formie upokorzonej pychy, tylko radosnego oświecenia.

Rano Wojtek zaczął dzień od basenu. Teraźniejszość docierała do niego z każdym oddechem. Nie prześladowały go ani błędy z przeszłości, ani niepokój o przyszłość. Umiał istnieć tu i teraz, dzięki czemu nic innego nie było już ważne, ani nie przedstawiało logicznego sensu. Koło historii zamknęło się przed jego oczami, w odwiecznym cyklu narodzin i śmierci. Grawitacja nie zadawała już więcej pytań ani wyzwań. Umiejętność wyjścia z ram własnego życia i zobaczenie przestrzeni pozwalały na zrozumienie, że równoległe światy istnieją. Już żaden, ani żadna nie pojmując go, nie mogli zaskoczyć. Nowy elf budził się do życia. Z ciałem młodego mężczyzny i świadomością sfinksa, rytmicznie oddychał w takt uderzeń crawla. Tylko prawo życia, tylko fakt, że skoro już się żyje, to musi to mieć jakiś sens, kazał mu pływać. Już nie miał ani pana ani pani, widząc i oddalając zagrożenie, jeśli ktoś chciał osaczyć jego mózg klatką pokus i ograniczeń. Nie miał oczekiwań ani pragnień. Nie było w nim nienawiści, a miłość była odartą z oryginalności i wyłączności, pozbawioną wyjątkowości i niesamowitości oczywistością. Czas istniał bo była teraźniejszość, a jedynym godnym zauważenia ruchem była Ziemia obracająca mu się pod nogami. Tempo miała to samo od chwili w której zaczęła istnieć. Czuł oczyszczający rytm krążenia i równowagę oddechu. Zapomniał nawet o pytaniu, kim jest samotny biały człowiek widziany w lustrze. Już nie potrzebował odpowiedzi, po prostu widział. Oczy miał wciąż się zmieniające, ale nie podział spojrzenia. Lewe oko patrzy się mądrze i stabilnie a prawe wyraża uczucia rozmówcy. Lewe jest wieczne, prawe się zawsze zmienia. Lewe leczy, prawe rozumie. Rzadko kiedy widzą coś, czego nie widziały wcześniej, rzadko kiedy obserwują i się uczą. Przeważnie patrzą. Widzą ludzi jakimi są, a nie jakimi wydają się sobie być. Oczy które widzą siebie w lustrze i akceptują życie. I wierzą w życie pełne miłości i zrozumienia, że będzie lepiej. Że ludzie wolą miłość od dóbr. Że wybierają równy podział dóbr, ponad przedmiotowym traktowaniem siebie nawzajem. Że dopóki tak nie jest a życie trwa, drogę wyznacza skuteczność działania dla Ziemi, a nie pomoc każdej jednostce gatunku, który ją nieświadomie niszczy. I zawsze pamiętają, że warto spojrzeć w niebo.

Geniusz transformacji polegał na niewiedzy, że to właśnie on jest tym drugim elfem. Ale bajka w którą uwierzył działała, zastępując stare, smutne, pełne trolli i wilkołaków historie. Narodził się czas, który się ich pozbywał. Zło które wyewoluowało w przyzwyczajenie umysłu do maszyny, w werbalizację tego uzależnienia, stawiającego logikę ponad miłość do drugiego człowieka, zostało rozpoznane, nazwane i już nie miało nad nim władzy. Nadszedł koniec tępych samców wykorzystujących testosteron do zarabiania pieniędzy i tępych samic, które kierują nimi dozując własną przyjemność. Relacja ludzi, tych co kochają z tymi co mają, zaczęła się zacierać, transformować w istnienie i rozumienie. Ci co mają lubią mieć więcej, a ci co kochają by ich bardziej kochano. Zapomniany trzeci, najrzadszy rodzaj, tych co kochają i umieją mieć, powoli wychodził z cienia człowieka pierwotnego, stając się elfem. Elfy pozbywają się szaleństwa podziału i żyją tylko zmieniając siebie. Wojtek wyszedł z basenu i sprężystym krokiem udał się pod prysznice. Widział tych, którzy uzurpowali sobie władzę nad innymi i ich błąd. Zapomniawszy, że to przyroda nim włada, żyli w permanentnym stanie nerwowości, praktycznie nie czując swych ciał. Perfekcyjną dla nich sytuacją byłoby zapomnienie o władzy w ogóle. Przebywając pomiędzy nimi, prosił przyrodę o wybaczenie, gdy bronił się zachowując władzę nad własnym ciałem i wolą. Pamiętał o umiejętności porzucenia ludzi – o spacerach do lasu, na pole, plażę lub górę jak do świątyni, aby ponownie wypełnić się ciszą. Pełnia stworzenia, cykl pór roku i śpiew innych elfów, stworzeń szczęśliwych z życia, stał się jego wewnętrzną muzyką. Takiego szczęścia nie znają ani kontrolujący władzę mistrzowie, ani pogrążeni w egzystencjalnym strachu słudzy, nikt dla kogo tylko ludzie są szczytem i istotą stworzenia i świadomości. Wolni jak pantofelek, tygrys, wieloryb czy orzeł potrafią uszanować czas wszechświata, dla którego żółw trwa przez milisekundy, ale nieśmiertelność istnieje, będąc czystą świadomością. Być samemu i wiedzieć, że się nie jest samotnym było śmiesznym uczuciem, więc uśmiechnął się. Elfy to dzieci z domu światła. Potrafią przejść przez problemy swoich rodziców, wyjaśnić je i uwolnić się od wpływów którym oni podlegają. Nie odrzucają ich, kochają i tolerują ich błędy, ale nie ulegają im. Tylko one wiedzą, jak spojrzeć ze światłem w oczy tych, którzy kochają, i jak spojrzeć jak władca siebie w oczy tych, którzy mają. Znają ocean, źródło wszelkiego życia i jego schyłek. Nie dlatego kochają innych, że ich do tego zmuszono, lub im się to opłaca, ale dlatego, że sami wybrali by kochać.

Rozdział piętnasty: Dom światła

Hania wstała rano i poszła po bułeczki. Czas kiedy nie jadła śniadań, biegnąc od zadania do zadania, z których wszystkie były bardzo ważne, wszystkie zbawiały świat, minął bezpowrotnie. Miała nowe zwyczaje i nowe podejście do życia. Przygotowanie własnego śniadania, było jedną ze zmian. Od kiedy stało się rytuałem, Hania mogła powiedzieć na podstawie smaku bułeczek, jak płynie życie, w miejscu w którym się znajdowała. Myliło ją to rzadko. Wracając do domu spotkała listonosza, który podał jej plik kopert. Wchodząc do mieszkania machinalnie odłożyła je na bok, zajęta myślą o śniadaniu. Dopiero po zmyciu naczyń przejrzała pocztę. Po odkryciu Wojtkowej koperty, resztę odrzuciła na bok i spokojnie rozciąwszy ją scyzorykiem, zaczęła czytać. Zdziwiło ją, że tak szybko dostała odpowiedź i dopiero po pierwszych zdaniach zorientowała się, że Wojtek wysłał do niej list niezależnie od jej poczty i nagła błogość zalała jej serce. Poczuła się tak samo, jak w wieku siedemnastu lat, kiedy to Mark Hamil, a właściwie Luke Skywalker, podbił jej serce, z tą niewielka różnicą, że teraz uczucie było realne i miało dużo większe szanse powodzenia. Natychmiast zadzwoniła do Wojtka, ale linia była zajęta. Po kilku próbach, jej chęć spotkania przerosła cierpliwość oczekiwania na sygnał. „Przynajmniej wiem, że jest w domu” pomyślała i wyruszyła w drogę.

W autobusie przypomniał jej się Wojtek, kiedy go poznała. Wydawał się jej być przystojnym facetem, którego oczy mówiły ”Tak złamałem twoje serce, ale wcale nie chciałem, sama je sobie złamałaś więc nie żałuję”. Potem jak już się do siebie przyzwyczaili, a raczej ciała ich lubiły się wystarczająco, by byli w stanie się nie słyszeć przez długi, długi okres. Poddała w wątpliwość usłyszana gdzieś tezę, iż pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Zorientowała się, że może ono co najwyżej budować i ugruntowywać pewne intencje, a wiara w taki przesąd zasłaniała inne możliwości i perspektywy. Dziś już wiedziała, że właśnie dlatego, kiedy już się poznali się umysłowo, to okazało się, że to właśnie ona złamała mu serce. Teraz, kiedy już miała opracowany „słownik” wyrażania idei z perspektywy Wojtka, mogła zawsze zreferować z własnym rozumieniem sytuacji aby znaleźć prawdziwy kompromis, oddalający jego szowinistyczny sposób wyrażania się i jej tęsknotę za tym pierwszym wspólnym orgazmem, bo nagle i ku własnemu zdziwieniu uświadomiła sobie że ten orgazm wcale nie był najważniejszy. Słowa „spalić” i „pusta” występujące w kierowanych do niej zdaniach przestały brzmieć w jej głowie jak tajemnicze zaklęcia, zniewalające ją do bycia samicą dla samca. Przestała się bać podświadomie zakodowanej dziedzictwem historycznym hiszpańskiej inkwizycji. Już wyleczona ze strachu, mogła się śmiać, kiedy nieświadom swego bąbelka absztyfikant traktował ją jak ostatnią, widząc w niej odbicie siebie samego, będącego ostatnim w rozumieniu natury. Sama musiała zauważyć, że faceci też różnią się między sobą i nie trzeba się nad nimi pastwić morderczym wzrokiem, bo tak samo jak kobiety, nie wszyscy myślą o wszystkich narządami płciowymi. Hanię bawiło odkrycie jak pruderyjną, prowincjonalną i zakompleksioną dziewczynką się urodziła. Teraz brała doświadczenia zarówno ze swej tradycji, jak i jej negacji. Wszystko, co się uzupełniało, pasując do optymistycznego postrzegania świata, pozostawiając miejsce zarówno na orgazm jak i na szacunek do siebie i partnera nadawało się na filozofię życiową. Rozejrzała się po autobusie napotykając wzrok kilku współpasażerów. Oczy większości były pełne obojętności, ale jeden dziadek spojrzał na nią, praktycznie wysyłając mordercze, pełne nienawiści tasaki swoim spojrzeniem. Hania odruchowo odwzajemniła się, uświadamiając sobie, jak wielu ludzi wierzy w siłę myśli i jaką siłę tworzenia potrafią one mieć, nawet jeżeli nic praktycznego się w owych myślach nie dzieje. Ukrywane żale żon mogą być tak powiązane z alkoholizmem mężów, złamane serca z brakiem szczęścia łamiących. Przypomniawszy sobie zasady buddyzmu odkryła też wiele innych zależności, rozplatających się przed nią niczym warkocze łańcuchów karmicznych. Im czystsza osoba, tym większa siła myśli stwierdziła, widząc jak poprzednio butny starszy pan, teraz się trzęsie pod jej spojrzeniem. Ona też kiedyś drżała przed matką lub Anną, teraz widząc jedynie bezsilną i nieświadomą moc zapanowania nad bliźnim, pojawiającą się w ich oczach. Autobus zatrzymał się niedaleko bloku, w którym mieszkał Wojtek. Poczucie radosnego podniecenia powróciło, już nieco stonowane podróżą, ale nadal jeszcze dalekie od spokoju i bliższe entuzjazmowi szesnastolatki. Hania szybkim krokiem ruszyła w kierunku Wojtkowego mieszkania.

Po nocy spędzonej na rozmyślaniach Wojtek wstał bardzo późno, tak więc po szybkim uporaniu się z nadesłanymi tłumaczeniami postanowił nie iść spać tej nocy, tylko zarywając ją, wcześnie położyć się następnego wieczora tak, aby powrócić do uregulowanego poczucia doby. Mając przed sobą wolną, letnią noc postanowił odwiedzić kilka klubów, których był onegdaj stałym gościem. Porzuciwszy dawny tryb życia chciał obejrzeć z ciekawości co i jak mogło się w nich zmienić. Nie zmieniło się nic. Uważający się za najszczęśliwszych, pozamieniani własnym wyborem w małpy podskakiwacze i wychylacze trunków, tworzyli wokół parkietu swoje płynne wioski i strefy wpływów. Oceniali się po jakości dezodorantu i roczniku projektu firmowych butów, decydując tak o tym, kto jest prawdziwym sołtysem. Sącząc Cuba Libre obok olbrzymiego telebima z teledyskami, Wojtek zastanawiał się, jak kiedyś mógł uważać, że kupowanie popularności jest normalne. Odróżniała go od tych ludzi pewność siebie, wiedział, że cokolwiek teraz robi, robi całym sobą i nie wahając się. Zauważył, że większość jego znajomych z tych kręgów jest zawsze niepewna swego miejsca w szeregu i nieustannie je sobie zaklepuje, jakby żyli grą w chowanego. Byli to ludzie, którzy nie osiągnęli pewnego poziomu wiedzy o systemie, traktujący innych ludzi, jak zwierzęta. Brak zwierząt i ludów pierwotnych, wymienianych w procesie przeludnienia na coraz większą ilość ludzi, zwących się cywilizowanymi, pomagał podskakiwaczom w zatracaniu się w święcie apokalipsy. Wojtek nie widział kierujących, którzy rozpoczęliby jakiekolwiek świadome działania aby zmienić taki stan rzeczy. Głęboko przekonani o racji swych szaleństw, gotowi na wojny w ich obronie, byli niedojrzali do życia z naturą i dlatego natura, będąca przecież ich własną częścią powoli wykańczała ich. Torturowali siebie nawzajem sytuacjami stresowymi, alkoholem, permanentnym brakiem spokoju i snu oraz narkotykami spożywanymi konsumpcyjnie, a nie kultowo. Biegli ku swej zagładzie tak konsekwentnie, że Wojtek uśmiałby się z ich naiwności, przecież jeszcze przed stu laty żaden więzień nie był tak traktowany, jak dziś oni sami się katowali, zowiąc swą patologiczną walkę o własną zagładę lifestyle. Przepaść wydarzeń kilku ostatnich tygodni uświadomiła mu, że dzięki swym wyborom dostał bilet do nowej arki Noego, na chwilę przed potopem. Resztę nocy spędził spacerując po Warszawie, świt obejrzał na wale Wiślanym w towarzystwie budzącego się do życia ptactwa, udało mu się nawet spotkać kilka bażantów, wyraźnie zdegustowanych obecnością człowieka o tej porze na ich żerowisku. Potem pokontemplował poranek w otwartej rano kawiarni. Nigdy wcześniej nie spotkał się z ludźmi, którzy mieli czas aby wstać rano i w spokoju przeczytać poranną gazetę przy rogaliku i kawie. Ilość i różnorodność życia w obrębie własnego gatunku wydała mu się równie niesamowita jak i fakt, że wcześniej tego nie zauważał, zamknięty we własnym świecie, który uważał za najlepszy. Co gorsza, pozbawił się wielu doznań, uważając go za jedyny istniejący. Ale tak było kiedyś, i teraz już był szczęśliwy, że tak nie myśli. Postanowił wrócić do domu i popracować do południa nad tłumaczeniami tekstowymi. Mimo nieprzespanej nocy czuł się rześko i gotów do owocnie spędzonego dnia. Wchodząc do klatki znalazł w skrzynce list od Hani. Zdziwiony z dostania tak szybkiej odpowiedzi, pełen nadziei rozerwał kopertę i przeczytał całość jeszcze wchodząc po schodach. Dopiero kiedy czytał po raz drugi zorientował się, że nie była to odpowiedź, tylko list wysłany w tym samym czasie. Drżąc ze wzruszenia ruszył do telefonu, ale cały czas było zajęte. Po kilku próbach nie wytrzymał rosnącego w nim napięcia i z myślą, że przynajmniej Hania jest w domu, wybiegł aby do niej pojechać.

Hania przez dłuższą chwilę bezskutecznie dobijała się do Wojtkowych drzwi. Podstępnie sforsowała wejścia na klatkę schodową, w domofonie podając się za pocztę. Podejrzewała, że Wojtek wyłączył w domu sygnał, co już mu się zdarzało, kiedy dużo pracował. Zadyszana i rumiana dotarła na piętro. Po kilkukrotnych dzwonkach i pukaniu zaakceptowała fakt, że na pewno go nie ma w domu, usiadła na wycieraczce i po raz pierwszy od otrzymania listu zaczęła myśleć spokojniej. Swoje szesnastoletnie zachowanie doceniła za jego romantyczną otoczkę, ale skrytykowała za wygłupy, na które obiecała sobie nie mieć czasu nawet po powrocie do Wojtka. Dlatego postanowiła, że wróci do domu i jak na cywilizowanego człowieka przystało, umówi się z nim jak nie dzisiaj to jutro i na spokojnie i przez telefon. Ruszyła z powrotem do domu, ale w serce nadal jej śpiewało „dzisiaj!, dzisiaj!, dzisiaj! dzisiaj!”

Wojtka w autobusie opadły obawy, że zrobi coś nie tak i Hania znowu się wkurzy, bo będzie musiała się przed nim bronić. Bądź co bądź, dopiero uczy się kochać ją, zamiast jej pożądać. Może i kogut z niego, ale szanuje jej interes i tylko wtedy zacznie się stawiać, kiedy pierwsza zacznie mu mieszać w dbaniu o siebie. Jeśli okaże się, że w danym momencie nie są gotowi na bycie obok siebie, pokaże jej swą intencję i odejdzie w pokoju. Wie że czasem tylko go widzi i nie słyszy, ale kocha ją i nie chce żyć z nią w świecie, w którym rządzi despota w towarzystwie kopiącej pod nim dołki uległej. I tak zawsze będzie, po części sam, przed nikim nie będzie udawał. Pamiętał jej oczy. Miała oczy jak słońca, prowadzące, nie chce by nadal takie miała, ale ponieważ ona nie może być wbrew swej naturze, aby ocalał może robić tylko jedną rzecz – nie wygrywać z jej oczami tylko spojrzeć się w niebo. Należy do nieba i tylko własna wiara, zmiana myślenia uratowała go od myślenia o kobietach jak o potworach, które chcą go zniszczyć swą wiarą. Po prostu, kiedyś zaakceptował prowadzenie Hani tak samo, jak teraz akceptuje jej równoległe istnienie. Ma własny kod honorowy i szanuje granice miedzy sobą a innymi. Znowu przypomniał sobie zimę, kiedy ujrzał Hanię po raz pierwszy. Jechała tramwajem. Padał śnieg i przez lekko uchylony lufcik prószył na jej głowę. Taką ją widział pierwszy raz w życiu, płatki śniegu delikatnie opadały na wyprostowaną dziewczynę w pozornie zamkniętej przestrzeni, jak gdyby akcentując zjawisko jej urody. Mimo, że to ona twierdziła, że pierwsze wrażenie jest najważniejsze, to on nosił w sobie jej obraz. Następnego dnia, kiedy już wiedział, że się z nią spotka, wyszło słońce dając ulgę surowej zimie. Właśnie wtedy zauważył jacy śmieszni są ludzie. Najpierw narzekają że muszą chodzić po śniegu a potem, w czasie roztopów, idą koło krawężnika po ubitej grudzie, aby omijać wodę i narzekają na coś nowego. Oduczył się już narzekać. Nauczył się za to nie rezygnować z własnej myśli – struny światła czyli boskości. Taka myśl rozwiewała jego obawy, mógł widzieć i ją i siebie po ludzku, tak samo jak i równie boskich współpasażerów autobusu. Głosy, które krzyczały onegdaj w jego głowie, dysząc nienawiścią pokoleń, którym się nie udało, teraz śmieszyły go, bo myśli udało mu się opanować. Czyniąc z nich jeden ze środków życia, pochwycił istnienie świetlanej, aby go prowadziła. Już nie targał duchem, ponieważ do osiągnięcia swych celów nie było mu potrzebne podporządkowanie innych. Zrozumiał w jakim mentalnym więzieniu siedział i dzięki temu wydostał się z niego. Dzięki temu już nie poddaje się więcej, wykrzykiwanym prosto w oczy, chaotycznym rozkazom, usuwając je ze skrzętnie i opierając porozumienie z innymi na spokojnym dialogu. No i kochał Hanię i za przeszłość i za fenomen, który przed nim odkryła, nie dając się jego nieświadomej inkwizycji, którą wyssał z mlekiem matki. Już nie tylko była dziewczyną, kochanką, kandydatką na żonę, ale i równorzędnym partnerem, na którego można liczyć. Zaakceptowała zarówno zwierzęcy barbarzyński instynkt, którego nauczyła go tygrysica, jak i wyrafinowanie delikatności z jakim mógł ją kochać. Tak obserwując swe radosne myśli, bez specjalnej ingerencji w nie, dotarł do Haninego mieszkania i pocałował klamkę. Fakt, że nie było jej w domu napełnił go zniecierpliwieniem i dopiero kiedy dotarł na przystanek udało mu się wyśmiać tę myśl, podobnie jak swoje oczekiwania. Po prostu, spotka ją później, umówią się przez telefon bez spontanicznych bieganin z jego strony. Uśmiechnął się jeszcze do myśli, aby stało się to jak najszybciej, i wsiadł do autobusu.

Wracając do domu, Hania starała się tak zaplanować dzień, żeby nie upłynął jej pod znakiem szukania Wojtka. Tyle się nie widzieli, że jeszcze kilka dni powinna wytrzymać. Nie chciała się napędzać ani zawodzić. Wróciła do swych myśli pracowych. Organizacja ekologiczna dla której teraz pracowała, starała się w najpożyteczniejszy sposób uruchomić kontakty, które Hania poczyniła pracując w świecie finansów. Jej były szef bywał w wielu gabinetach, ale o jego prawdziwym wpływie na politykę przekonała się, kiedy pojechał na spotkanie grupy Bilderberg. Nie było go przez dwa dni, ona sama dowiedziała się więcej z plotek wokół tej grupy, niż od jego samego. Zrzeszająca najbardziej wpływowych gospodarczo ludzi na świecie, organizacja zajmowała się tym samym co Hania uznała za sposób ocalenia środowiska naturalnego. Stworzenie jednolitego systemu, który kontrolowałby prawa na terenie całej populacji ludzkiej. Był to jedyny sposób na możliwość wyliczenia równowagi z przyrodą, a budowa unii w Europie na podobieństwo amerykańskiej była dla niej widocznymi podwalinami tego systemu. Ilość separatystów na świecie, jak i łatwość, z jaką człowiek stawał się separatystą kazała jej pamiętać o potrzebie nie zdradzania pewnych pozytywnych intencji za wcześnie i kazała często milczeć. Teraz uczyła tego swych współpracowników, aby ich działania nie zostały udaremnione przez nastawionych na zysk materialny desperatów. Żyjąc na tej samej Ziemi, często wchodzili sobie w drogę z racji różnicy interesów. Potęga Bilderberga mogła być zarówno wspaniałym sojusznikiem, jak i przykładem na to, jak pewne sprawy trzeba załatwiać tam, gdzie większość kłóci się o to, kto będzie się bawił na środku piaskownicy. Nagle poczuła się nieswojo, a jej skupienie zostało przerwane. Dawno nie znane poczucie zagrożenia, strachu, ograniczenia i duszności powróciło do niej nagłą niespodziewaną falą, jak smok wkradający się w wolność, aby przywrócić smutek przeszłości i zapanować nad swoją ofiarą. Spojrzała na siedzącą naprzeciwko zakonnicę, wpatrzoną w nią jak modliszka, a nawet gorzej, jak wychowawczyni z podstawówki, siostra przełożona i sam Bóg potępiający ją na sądzie najwyższym. Zakonnica była bardzo podobna do Anny, i chyba tylko ta myśl pozwoliła jej na dystans i nie potraktowanie jej z podobną nienawiścią. Hania nie zapomniała swego prawa do wolności, wyrwała się z abstrakcyjnej winy za niespełnione oczekiwania przodków, którzy wymagali stosownie do własnego, a nie teraźniejszego czasu. Przeżywała już nie takie psychiczne tortury, wymyślała już rozwiązania do dużo cięższych, choć równie abstrakcyjnych zarzutów. Zakonnica złagodniała zamykając piekło swoich wymagań. I ona odebrała przekaz telepatyczny Hani. Nawet w najgłębszych kręgach piekieł, czyli w obecności nieczystych, pożądających ludzi, których tak trudno było kochać, przypomniała sobie aby być sobą i nie udawać uczucia, ani też nie podchodzić cynicznie do miłości, bo ona jest wieczna jak trawa. Dlaczego teraz sformułowała to sobie cytatem z Dezyderaty, a nie jedną z myśli godzinek nie wiedziała, ale kontakt z siedzącą naprzeciwko dziewczyną, mimo jej wyzywającej miny i seksownego stroju przeniósł się na wyższy poziom. Funkcjonariuszka religii odkryła, że pewne stopnie duchowego rozwoju nigdy nie były zależne od kroju i koloru habitu. Po latach przekonywania, że miłości nie ma, jest tylko ból i smutek, jej wiara potrafiła zachować swą iskrę, która rozpala się jak słońce ujrzawszy inną, podobną. Przyjaźń obu dam ugruntowała się, bez potrzeby odezwania się, czy nawiązania szerszych kontaktów. Ani jedna ani druga nie wierzyły w telepatię i każda uznała zaistniałą sytuację za wydarzającą się jedynie we własnej głowie, poza widoczną sympatią do siebie nawzajem. Hani tego właśnie było potrzeba, szacunku do każdego i każdej tradycji wyznaniowej, aby jednolity system mógł działać. Ludzie we wszystkich kręgach kulturowych są na tyle dobrzy, na ile im na to pozwala własna świadomość. Wiedziała, że już teraz ta unia dobrej woli tworzy szkielet tego systemu pośród tych, którzy to rozumieją. Udało jej się odczuć ideę, która swego czasu dręczyła Wojtka. Głosy w głowie, należące częściowo do podświadomości i dzieciństwa, te same, które niegdyś były rozkazami, razem z uregulowaniem więzi duchowej z rodziną, przejściem ponad myślą, która niekoniecznie w złej intencji ograniczała wyobraźnię, mogły zostać zamienione na innych ludzi, tych którzy nie zawiedli, konsekwentnie dążąc do spełnienia swych własnych ale nie egoistycznych snów. Ich miłość i akceptacja, równa tej, którą z nimi dzieliła, były znakomitą intencją wspólnych działań. Te znajomości były pozwoleniem na wolność, której jedynym ograniczeniem byłoby ograniczanie wolności innych, gdyby nie fakt, że tylko wolni, którzy tego nie czynią, potrafią rozumieć taki związek. I stało się. Do tej pory ludzie, którzy za nią stali byli rodziną i potęgą wykonywanej pracy. Teraz byli to wszyscy o czystych sercach. Ci którzy ją osobiście znali i kochali nadeszli zewsząd aby zamieszkać w jej myślach, tak jak ona zamieszkała w ich. Po to by pocieszać się nawzajem, mobilizować, radzić, leczyć i budować. Bez potrzeby zwierzeń i kontaktów, po prostu stali się częścią jej dialogu wewnętrznego, obwodu stale doskonalącego się i powiększającego. Obok zakonnicy pojawiło się kilku przyjaciół i współpracowników, Alaska, Kolorado, Meksyk, Maine, Kalifornia, Wirginia i Texas. Caracas, Tokio, Budapeszt, kilka jednostek z Londynu, Barcelony, Sydney i Singapuru. Z tymi, którzy nigdy nie nauczyli się nienawidzić, była połączona poszukiwaniem miłości i szacunkiem dla piękna, a z tymi, którzy jak ona pokonali te cechę, umiejętnością nie popadania we frustrację i spokojem działania, które całkowicie ja otaczało budując, zgodnie z planami i rytmem wszystkiego. Z tych których nie znała, przedstawił się jej pewien goryl z instytutu badawczego na Florydzie, aby zwrócić uwagę, że nie należy zamykać się do gatunku ludzkiego w tych rozpoznaniach. Wierzyli w nią a ona w nich i razem wzlatywali siłą porozumienia, bo przecież nie mogli się zawieść, nie konkurując ze sobą nawzajem. Uwierzyła w telepatię jako naturalną formę dialogu. Wpatrzona w przestrzeń za autobusowym oknem, nagle zobaczyła Wojtka, w przejeżdżającym naprzeciwko autobusie. On też ją od razu rozpoznał i zamieszkali w swoich myślach. Hania wysiadła na następnym przystanku. Mimo wcześniejszych postanowień w kwestii planów na ten dzień, postanowiła jeszcze trochę pobyć spontaniczna i przespacerować się z powrotem do Wojtkowego mieszkania.

W autobusie skoncentrował się na nie myśleniu o Hani, aby nie budować zbędnych intencji tam, gdzie trzeźwość i spokój będą potrzebne do uregulowania ich emocjonalnego kontaktu. Przywołał do siebie rozmowy telefoniczne z mamą, które wyjaśniły mu różnice między jego rodzicami i pokazały życie na granicy dwóch światów. Życie którego się nauczył, aby nie zdradzić żadnego z nich. Dziś to już było proste i nie wymagało ascezy. Wojtek nie zamierzał rezygnować z żadnej ze stron. Rozumiał skąd się brała ciemność trzęsąca strachem o jutro, dzięki pracy której powstały piramidy, i jasność, umiejętność latania wysoko w świetle. Znał też los zaprojektowanych na ślepo, posłusznych innym, pozbawionych wyczucia prawdziwej potrzeby. Skoro jedno i drugie było tylko perspektywą umysłu, nieopłacalnym byłby wybór smutnej opcji lub zapomnienie o naturalnych potrzebach każdego człowieka. Rodzice nie pogodzeni w praktyce, pogodzili się w jego sercu. Oni sami wierzyli że są dwa elementy z których zbudowani są ludzie i nie rozpoznali rzadko widocznego w ich czasach rozwoju dualizmu umysłu. Dlatego ograniczyli się nawzajem, zamiast się stymulować. Nie było łatwo nie dokonać wyboru, każde zdanie i czyn interpretowane były przez innych jako przynależność do jednej, albo do drugiej grupy. Może właśnie to pozostanie w centrum, między skłóconymi, pozwoliło mu na wystarczająco długą obserwację obu perspektyw, aby opanować zdolność poruszania się w obydwu. Zanim ich ciała będą się uzupełniać, jednostronnie nauczy Hanię tego dualizmu, aby udało im się nie zapomnieć. Wtedy nie będą stąpać po klifie z przepaścią po obu stronach. Wiedział, że obydwie formy zachowań są zgodne z naturą, i wszystkie naturalne sposoby pomocy obu stronom są wskazane, nawet jeśli w obu obozach panuje przekonanie że ze sobą walczą. Przypomniał sobie, żeby nie skupiać na Hani swych myśli, zanim z nią nie porozmawia, zanim nie nauczy się jej prawdziwego obrazu, aby mógł go oddzielić od swoich wyobrażeń. Miejscem, w którym mogliby zamieszkać była spokojna oaza na południu Europy. Miejsce do którego chce się wracać z prac na całym globie. Na przykład koło Barcelony, gdzie ma się motor, którego można używać okrągły rok. Mieliby tam mnóstwo czasu na to aby ze sobą gadać, bawić się, żyć i kochać. Tam pogoda jest łaskawa. Mimo, że urodził się na północy, gdzie zima jest ostra i słońca niewiele, nigdy nie zaczął się martwić o to co będzie jutro i jak przetrwać zimę. Mentalność przodków przegrała ze standardem życia. Nagle zobaczył Hanię w przejeżdżającym z przeciwka autobusie i błogość zalała mu serce. W szybie okiennej odbijała się, spokojna twarz czytelnika. Wojtek wysiadł na następnym przystanku, postanowił przespacerować się do jej mieszkania i nawet, jeśli jej tam nie spotka, to był to wspaniały sposób na podtrzymanie dobrego nastroju w ten arcyciekawy dzień.

Topole rosną wysoko, zadowalając się zajęciem niewielkiej przestrzeni na dole, ale użyźniają Ziemię po śmierci oddając jej atomy, które przez czas jakiś stanowiły o ich odrębności. Każdego roku przędą lekkie gondole dla swoich dzieci, i spełniwszy swój obowiązek powierzają je wiatrowi. I są. Park praski był zaśnieżony tymi łódeczkami nasion, które obok wirujących w powietrzu białych płatków akacji, wypełniały bajkowo przestrzeń. Wojtek szedł przez park powoli, zanurzony w słońcu, które grzało, ale nie paliło. Wiatr zasypywał go płatkami, a stopy zanurzały się w delikatną mgiełkę pozbywającej się nadmiaru wody ziemi. Tu i ówdzie mijali go ludzie, wyglądający jak szkielety zmarłych na materializm dusz, ale i u nich widział bijące serca. Tylko ci co kochali przyrodę żyli, a serca innych zainkubowane czekały aż zbudzą się umysły ich właścicieli, także gotowe na formowanie w przemianie. W momencie wybuchu czystej świadomości, Wojtek zaczął budować rzeczywistość z tym samym spokojem i harmonią, którą udało im się znaleźć przed eksplozją. Czas zniewolenia odszedł na zawsze. Mógł się zdystansować do każdego, aby nie porywał go gniew i nie zapominał o współczuciu. Współczesny człowiek, dzień w którym dociera do niego świadomość zbiorowa nazywa tajemnicą i wejściem w dorosłość. To również dzień, w którym uświadamia sobie kruchość życia swego, ziemi i ostatnio również oznacza to strach przed cywilizacją jako wrogiem naturalnym przetrwania jednostki. Dotychczas niewielu miało szczęście wejść w ten dzień bez troski i smutku. Niewielu zachowało swe sny i marzenia sprzed tej transformacji. Teraz, gdy metoda zmieniła się, już tak nie musiało być. Gdyby Wojtek i Hania wiedzieli, że udało im się stworzyć pierwszy niezależny od zakodowanej w podświadomości historii ludzkości związek, pewnie nie udałoby im się to. A tak, dzięki naturalności tego faktu, tradycje ludzi na Ziemi dostosowały się do jej potrzeb. Tęsknota za dzieciństwem i bezpieczeństwem, tęsknota do której dążenie latami kazało wszystko zamiatać pod dywan znikła, zastąpiona obecnością dzieciństwa, jako naturalnego elementu dorosłości. Raz przebudzeni już nigdy z powrotem nie zamkną oczu. Wybór zmierzenia się z prawdziwym wrogiem, którym jest przyrost naturalny, zatrucie środowiska, utrata relacji interpersonalnych, dualistyczne myślenie i dostęp do informacji spowodowany kontrolą medialną populacji spowodował, że natura stanęła po ich stronie. Już nie mogą konsumować się nawzajem w kontakcie fizycznym, a jedynie naładowywać się coraz wyższymi poziomami energetycznymi. Wyzwoleni od udawania że ich problem globalny nie dotyczy, uwierzyli tylko tej władzy – naturze, która oferowała im koła ratunkowe. Nie będą budzić się w koszmarze dnia codziennego, osamotnieni i obarczeni stresem, nerwicą, nałogiem spowodowanymi prostym faktem, że ten kto żyje przeciwko ziemi ma tę ziemię, z której jest zresztą zbudowany, której jest elementem, przeciwko sobie. Zabawa bowiem nie polega na tym, by izolować się od Boga i ludzi i wierzyć w bajki, tylko na tym, aby wbrew duszącej codzienności podtrzymywać pieśń o miłości, nie zezwalając ani jej, ani sobie samym, na stanie się tłem do istniejących wydarzeń. Znaleźli receptę na szczęście, która pozwoliła im na uzyskanie wolności. Wojtek i Hania powoli zbliżali się do miejsca, w którym ponad rok temu widzieli się po raz ostatni. Nie licząc Wojtkowej przygody nad Wisłą, ani jedno, ani drugie nie poszukiwało w tym czasie związku, jedynie wewnętrznego spokoju. Wyjątkowo w okolicy nie było ani dzieci ani dziadków, i niegdysiejsza ziemia niczyja stała się wyspą, zapowiedzią ich ziemi obiecanej. Ujrzeli się już jakiś czas temu ale nie przyspieszyli kroku. Spokojnie i naturalnie, tak jak gdyby rozstali się wczoraj, zbliżyli się do siebie i objęli.

Rozdział szesnasty: Powrót Ducha Czasu

Każde miasto, które wchłonęło w siebie wsie i miasteczka, wraz z przeobrażeniem w metropolis, traci swą zróżnicowaną tożsamość i zaczyna wyglądać jak jeden organizm. Są to jednak tylko pozory. Upraszczając można by rzec, iż dzieci drwali stają się rowerzystami i piją piwo w pubach z bilardem, potomkowie chłopów, jeżdżą na deskorolkach i piją przesiadując na murkach a byli mieszczanie z pokolenia na pokolenie, zamykają się w murach dzielnic centralnych zasilając teatry, i utrzymując handlarzy winem. Spiritus, pity w różnych formach przez wszystkich, staje się materialnym dowodem, że zbiór współistniejących ze sobą organów, noszących w sobie historię od początku dziejów, zlewających się z miastem chce być jednością. Wystarczyłoby  tylko innych traktować po ludzku, aby samemu być człowiekiem i aby spiritus nie musiał niszczyć. Jedynie miejsca, w których przodkowie wszystkich niegdyś wspólnie wielbili słońce, do dziś są to wyludnione tereny, przecinane bez przystanków kolejką miejską. Chronią się tutaj wyrzutki społeczeństwa, jest to tajne miejscem spotkań nastolatków, którzy potrzebują postrzyżyn. Wszelkiej maści sataniści znajdują tu azyl, w którym się nie muszą ukrywać. Zaglądają tu wszyscy, którzy albo byli zbyt głupi i nie wykonywali poleceń ogółu, albo zbyt bezczelni i powiedzieli co o tym myślą. Ale ofiar likwidacji wsi i technologicznego wzrostu jest znacznie więcej. Metropolis potrafi zanurzyć się w hipokryzji godnej dziecka, wypierającego z umysłu niemiły dla siebie fakt. Ale hipokryzja jest pozorna, ponieważ każdy, komu chce się wyjrzeć chociażby przez tramwajowe okno zauważy, jak zmieniają się ulice i strefy wpływów. Bernhardt nie mógł już zauważyć Warszawy inaczej niż jako morza świateł. Sam stawał się szybko zmieniającym położenie punkcikiem na niebie. Zafundował sobie pierwszą klasę i okazało się, że był w niej zupełnie sam. Lepszego powrotu do innej, odległej części nieustającego miasta nie mógł sobie wyobrazić. Powiedział stewardesie, że nie jest głodny i zamierza spać całą drogę, tak więc najlepiej będzie, jeśli w ogóle pojawi się tu tylko raz, informując o lądowaniu i oszczędzając jemu fatygi a sobie pracy.  Miał przed sobą siedem godzin spokoju. Jak każdy nastawiony na rozwój wewnętrzny człowiek stwierdził, że wokół niego dzieje się niesamowicie dużo, i aby dostosować się jak najlepiej do zmian, należało sięgnąć po mądrość. Rozłożył fotel tak, aby móc usiąść w pozycji medytacyjnej. Wsłuchiwał się w szum maszyn, które otaczały jego współczesność, powoli miażdżąc i kurcząc jego ciało. Odruchowo wyprostował kręgosłup i nabrał głęboko powietrza. Wkrótce przestał słyszeć silniki jeta, zanurzony w swoim sektorze jak w jaskini. Maszyny chwytające ludzi w pułapkę rozumu analitycznego, stały się teraz jego sprzymierzeńcem, trzymając współpasażerów na frekwencjach, z których obecność Bernhardta stała się nieodczuwalna, a i on nie słyszał ich myśli. Za to słyszał swoje własne i pozwolił im przesuwać się przed jego uwagą bez zatrzymywania się przy jednych i bez prób neutralizacji innych. Po prostu przyglądał się im czekając, aż się skończą, zawieszone w braku konieczności oceniania i formułowania.

Ludzkość przeszła długą drogę od pogaństwa, do pomysłu, że pogaństwo jest zacofane i są lepsi bogowie. Drogę znaczoną wspaniałymi wynalazkami, które pozwalały im zapomnieć o ziemi, ziemi, która cały czas karmiła ich i udzielała im schronienia. Teraz świat był już tak napięty, a ludzi było tak dużo, że ziemia przestała im wystarczać. Niestety, wierząc, że tak jak jest, było i zawsze będzie, nadal zajmowali się swą spamiętaną trwającą zaledwie cztery tysiące lat tradycją, oszukując samych siebie i powodując nieodwracalne zmiany klimatyczne. Chcieli tylko przekonać się, że są dobrzy i działają w słusznej sprawie. Głupi i prymitywni jak poganie, których wypędzili, dążą w linii prostej do zagłady, śmierci okrutnej, bo chcą by wraz z nimi wszystko odeszło. Bernhardt kontemplował ego współczesnego człowieka. Kiedyś zastanawiał się jeszcze, czy sprzeciwianie się temu ego oznacza, że jego własne ego jest większe, ale zrozumiawszy że nie jest większe od ego chwalącej słońce wilgi, nie myślał tak więcej, pozwalając sobie na zrównoważenie emocjonalne. Emocje związków z ludźmi, także wymagały wyprostowania myśli. Wielu współpracowników przepłynęło przez jego skupienie. Witani i żegnani uśmiechem i miłością, zgodnie z formułą iż nieobecni pozostają tylko w swej krasie i intencji, tak aby zbędne związki nie blokowały odbioru teraźniejszości. Wszyscy z którymi związek ten został sformułowany i uregulowany podczas spotkań, zgodnie znikają wtedy ze wspomnień, ponieważ nie mają w stosunku do siebie nawzajem żadnych długów emocjonalnych. Trudniej było z wielkimi nieobecnymi, którzy tylko w działaniu mogli być uwolnieni od obciążeń przeszłości. Myślał o swoim ojcu. Jego powtarzające się argumenty, na które dawno temu już znalazł odpowiedź, dźwięczały mu w głowie, domagając się powrotu do tych samych wyjaśnień. Zmienił je więc w obrazki kart do gry i materializował wyobrażenie wyższej karty, aby  pobić ową obudzoną przez sytuację myśl, z którą niegdyś się rozliczył, a która brzęczała mu w głowie obok wspomnienia. Był to jedyny sposób aby uwolnić się od władzy, którą uznawał i szanował jako naturalną konstrukcję społeczną, ale która ograniczała jego pokojowy rozwój. Wygrywając taka rozgrywkę, mógł spokojnie analizować bardziej zawiłe problemy. Nie potępiał go za nic, tylko męska rywalizacja, która ich dzieliła nie pozwalała mu na pełną akceptację myślenia, zamkniętego w dualizmie swojej epoki. Naturalność jego buntu była do zaakceptowania, ponieważ gniew i agresja, zostały zastąpione przez odpowiednią formę, tą samą, z której teraz wynikało zanurzenie się w spokoju. Myślał o swojej matce. Jak wszystkie matki, radość narodzin poprzedzał ból porodu. Olbrzymia zmiana nastroju, której żaden mężczyzna nawet nie próbuje sobie wyobrazić. Znała transfer pomiędzy bólem i radością, i pewnie często robiła z tego użytek, najlepiej jak umiała i według własnych wyborów. Bernhardt znał kilka języków i w każdym zobowiązania były formułowane inaczej. W jednym to była groźba, w drugim poczucie winy, a w innych wymaganie odpowiedzialności. Matki patrzyły tak samo we wszystkich językach. Myślał o Wojtku, którego świadomość zbiorowa gniotła przodkami, nie gorzej niż jego samego maszyny, chcąc aby uformował się według tradycji, czyli zezwalając mu na nienawidzenie kogoś i wyrobienie w sobie manii prześladowczej. Nie udało im się to, podobnie jak i jemu samemu dzierżenie umysłu w sztywnych ramach programu komputerowego, co uznawał za swoją misję, zanim nauczył się od Wojtka człowieczeństwa. Dzięki ich spotkaniu, Wojtek pozwolił sobie na życie własnym życiem, a Bernhardt dopuścił życie i miłość do swych zimnych analiz. Stali się mężczyznami, którzy odrzucili pewien schemat myślenia i zaczęli współpracować bez zdominowania jednego przez drugiego. Zrównoważyli  siły psychiczne i fizyczne w jedną kulę duchowej energii, która pomogła im postrzegać świat. Teraz obaj wiedzieli, że cokolwiek się stanie, będzie lepsze od tego, co system stworzył na Ziemi, i wszyscy ludzie, bo wszyscy myślą o innych, nie będą musieli chować tej wiedzy na dnie serca i wykorzystywać do swoich planów, tylko będą mogli mówić o tym otwarcie pomagając sobie nawzajem. Inna pomoc była im niepotrzebna. Bez umów wiążących działanie przypominanie sobie nawzajem o akceptacji dwóch perspektyw było wszystkim, co dwie spotykające się w tyglu istnienia osoby mogły ze sobą dzielić. Ich więź obywała się bez tęsknoty i potrzeby bycia razem, odnawiając się w każdych napotkanych oczach dobrej woli. Zmieniający w systemie żądzę na harmonię z przyrodą, dualizm na jednostkowość istnienia jako część całości już pojawili się w kraju jego przodków, więc mógł odejść, a Hania zajęła jego miejsce. Zastanawiał się nad losem przeklętych, wszystkich, zarówno świadomie jak i nieświadomie, żądnych władzy. Nie analizował piekła manipulacji w których żyli, jedynie przyglądał się abstrakcji, ich dokonywanych w miejsce uczuć przeliczeń. Wystarczyło odrobinę panować nad własnym ciałem, aby wyjść na prostą. Pozostało jeszcze pytanie, kim jest samotny biały człowiek o płynnie zmieniających się oczach, zauważony w lustrze. Oczy wciąż się zmieniają, tylko podział się nie zmienia. Lewe patrzy się mądrze a prawe wyraża uczucia rozmówcy. Lewe jest wieczne, prawe się zawsze zmienia. Lewe leczy, prawe rozumie. Rzadko kiedy widzą coś, czego nie widziały wcześniej, ale zawsze obserwują i się uczą. Przeważnie patrzą. Widzą ludzi jakimi są, a nie jakimi wydają się sobie samym. Widzą siebie w lustrze i akceptują życie. I wierzą w życie pełne miłości i zrozumienie, wiedzą, że będzie lepiej. Że ludzie wolą miłość od dóbr. Że wybierają równy podział dóbr ponad przedmiotowym traktowaniem siebie nawzajem. Że dopóki tak nie jest a życie trwa, drogę musi wyznaczać skuteczność działania aby pomóc każdej jednostce. Samolot znalazł się nad oceanem a on zamknął oczy i zanurzył się w ciszę.

Duch Bernhardta opuścił ciało przymocowany doń srebrna liną eteru. Nie chciał rządzić, jego świadomość była dużo bardziej przydatna w przestrzeni, nieograniczona rozrachunkiem ciała, pozwalając na szybsze i skuteczniejsze dotarcie tam, gdzie ludzie czynili cuda prostym faktem, że wierzyli. Werbalnie pamiętanie o innych aby jedli i spali było jedynym stanem łaski na jaki stać gentlemana pomiędzy prostakami. Pozostał z dziećmi. Tylko z nimi był jeszcze czas, aby pozbyć się pradawnych strachów i manii prześladowczych, będących niczym więcej niż przyzwyczajeniem umysłu do stania się samonapędzającą maszyną. Zastąpienie, zgodne z systemem przodków, obsesyjna niewiara w spiskową teorię dziejów stało się konstrukcją myślową zezwalająca na wyleczenie systemu. Gwarancją, że ujrzą siebie jako ciało i jako dialog wewnętrzny bez szoku i bez konieczności wyboru postrzegania się jedynie jako jedna z tych opcji. Przestrzeń komputera pozwoliła mu na odkrycie nowych struktur rozwoju umysłu już dawno temu, ale teraz znalazł zastosowanie na przeniesienie głębi z monitora na tych, którzy potrafili słuchać.  Był jak te dzieci, kiedyś chciał po prostu krzyczeć. Wydrzeć z siebie ból samotności potwornym, wołającym o pomoc wrzaskiem. Myślał wtedy w kategoriach zabijania i wierzył w to, jako jedyny sposób na pokonanie czerni nocy i samotności. Z pięścią wciśniętą w usta cichutko rzęził wycierając tłustym brzuchem kanapę. Dziś opowiadał o tym dzieciom jak się opowiada żarty, aby wiedziały, że nie mogą sobie pozwolić na taką prawdę. Na niewytłumaczalny hałas nadchodzących innych, bynajmniej nie po to, aby przerwać samotność. Żeby wiedziały, że samotność jest po to, aby dokonywać zgodnego z własną naturą wyboru. Tłumaczył im, że to co mówią inni, nigdy nie jest nazywaniem ich życia, jest jedynie refleksją sposobu w jaki sami widzą świat. Ponieważ często czują się zniewolone, mogą później chcieć przenosić tą refleksję na własne dzieci spełniając rozkaz swego pana – ograniczonego umysłu. Szeptał im, że słuchanie ich jest ostatnią rzeczą, którą się trzeba przejmować pod warunkiem, że świadomość nie wchodzenia z nimi w żadne destrukcyjne układy, trwa. Aby śpiące po obu stronach oceanu dzieci mogły go zrozumieć, przybrał postać niegroźnej małpy, proponując by ujrzały i innych dorosłych jak zwierzątka, poszerzając tym samym własna perspektywę na tajoną przed nimi biologię. Grubasów jak chomiki, przystojniaków jak tygrysy, moli książkowych jak mole, brudasów jak toczące ziemie turkucie podjadki i tak dalej, wiedząc, że dzieci doskonale dadzą sobie z tym radę, jeżeli tylko zauważą w lustrze kim same byłyby w takiej zabawie. Ludzie uważali się za tak uprzywilejowany gatunek, że potrzeba było poziomu astralnego świadomości, widzącego zwierzęta totemiczne, pozwalającego każdemu na osiągnięcie pułapu zrozumienia kim naprawdę są, czyli wiązkami czystej świadomości. Czysta świadomość pozwala na jedność z innymi, na brak pragnień i na odejście od przyziemnych wzorców niskiego myślenia. Wibracje, w które weszła świadomość Bernhardta stały się wolnym strumieniem energii, był teraz orłem, stały się samą wiązką komunikującej się świadomości, nie różniąca się niczym od innych. Towarzyszące mu dzieci i oświeceni udowadniali, że nie należał do nielicznych, którzy podróżują swobodnie po wszechświecie.

Nagle ciało jego odebrało wibracje, które kazały mu doń wrócić. Siedział nadal na fotelu w samolocie w pozycji medytacyjnej, i wszystko było bez zmian w jak najlepszym porządku. Dopiero po chwili znów udało mu się odczuć cichy szum, który poderwał go do powrotu. To były płynące gdzieś siedem, osiem kilometrów pod nim wieloryby! Istoty, które od tysięcy lat były gospodarzami takiego myślenia i wibracji, przechowując tą wiedzę w pieśniach godowych i spokoju działania od czasów Atlantydy. Wieloryby tworzą ultradźwiękowe mapy terenu, mają basowe i altowe głosy i kochają wszechświat. Nauczyły go jak nie wpływać na wolę ludzi, jedynie neutralizować ich negatywne intencje. Świadomość nieświadomych faktu, że kształtują losy świata. Łaskawe jedynie dla znających własny kształt i poszukujących go. Bernhardt zorientował się, że rozumie ich język i jest w stanie przełożyć go na własne słowa. Mógł wyleczyć system złożony z dwóch rodzajów ludzi. Tych co kochają i tych co mają. Tych od rzeczy i tych od ludzi. Ci co mają lubią mieć więcej, drudzy by ich bardziej kochano. Do niego należało zjednoczenie najrzadszego rodzaju, tych co kochają i umieją mieć. Zwani złamanymi sercami tworzyli najprawdopodobniej największą nieformalną organizację świata. Nie wiedzą o sobie nawzajem i nie mogą, dopóki nie zaczną się leczyć, zamiast odpychać się nawzajem, broniąc przed ponownym atakiem na ich wrażliwość. Uwolnieni w ten sposób, dzięki niezagrożonemu altruizmowi, mogą podłączyć się do nurtu wolnej świadomości. Mężczyźni  zakochani w kulcie macho i nienawidzące ich zimne jak syreny kobiety. Zaborczość w której ukryta jest miłość, została zrozumiana i pojawiła się dla nich szansa aby uwierzyć kompletnie i poddać się swym ramionom. Zwinąć naiwny obraz, pokory i posłuszeństwa, zastępując go intencją współpracy. Zakończyć dramat okrutnych i podstępnych samic, samotnych i głodnych, wyprowadzając koszmar gwałtu do akceptacji akordów prawdziwej miłości. Wyprowadzić obcy mężczyźnie wątek, okrutny i obsesyjny, pokazujący że można go kontrolować i obezwładniać, kończący granicę własnej głowy i snów. Ciało Bernhardta uzbrajało się w czysto instynktowne komunikaty, zezwalające na neutralizację takich trosk, bez zbędnego zajmowania umysłu poszczególnymi dialogami wewnętrznymi. Uczył się wprowadzać instynkt normalności w świecie, gdzie tylko niewielu zna przywilej miłości, a reszta kocha roboty. Ich ciała stają się jak chipy, które skutecznie mógł programować na spokój i refleksję wewnętrzną, wyrzucając z nich każdą fikcyjną żądzę, ponad naturalnymi potrzebami. Bernhardt kiedyś sam przebywał pod wpływem ukrytej obsesji. Myślał wtedy, że poza gwałtem niczego na świecie nie ma, ale nigdy w to nie uwierzył. Jego obsesja objawiała się strachem, krzykiem i wiarą w negatywnych władców, będącą odbiciem własnego negatywizmu. Uczucia te wołały poniższe demony, aby zamieszkały w jego snach. Dziś wiedział, że sny należą do niego samego i do duchów, które sam wybiera, aby się z nimi komunikować. Osiągając ten stan zrozumienia wolny już jest od walki, jak drzewo, które po prostu trwa.

Ludzkość znalazła się w punkcie, w jakim jednostka może znaleźć się u lekarza dowiadując się, że ma raka i od niej samej zależy czy z tego wyjdzie, czy też pozostały jej tylko miesiące życia. Różnica polega na tym, że większość wybiera nie wierzyć, aby oddalić od siebie prawdę, która powraca przebrana w koszmary senne. Równowagę ekologiczną Ziemi może zachować pomysł, będący być może ewolucyjnie do zrealizowania przy utworzeniu na całej ziemi jednego systemu politycznego, w którym wszyscy byliby równi. Parafrazując największy znany koszmar współczesności system, w którym przywódcy docierają do swych funkcji na równych prawach, pozostawiając równolegle otwarte furtki dla robotników. I każdy z przywódców musi pracować fizycznie, zanim pozwoli mu się rządzić. Wprowadzi to nowy system pracy, polegający głównie na zaspokajaniu potrzeb, a nie gromadzeniu na mrzonki tych, którzy ulegli władzy i widzą już tylko siebie nawzajem. Ludzkość dojrzeje wtedy do sytuacji, w której zaufanie między obywatelami zezwoli na takie kształcenie nadchodzących pokoleń, które będzie wolne od przekazywania im błędów popełnianych przez rodziców. System, w którym obywatele dojrzeją do uznania swej omylności, nie gnani zagrożeniem upadku. Możliwe to będzie jak tylko dualizm ideologiczny, zawarty głównie w podejściu do Boga przestanie istnieć. Fakt, czy funkcjonujemy jako jego dzieci czy też w jego negacji jest formą, a nie treścią, z punktu widzenia komunikacji międzyludzkiej. Tylko świadomość tych którzy myślą w jednym modelu i tych, którzy myślą w drugim, wyklucza się nawzajem zamiast się łączyć. Argument ten popiera historia wieży Babel, która jedynie tym różni się od pism Galileusza, że została napisana wystarczająco dawno temu, aby nie można było prześledzić losów jej autora. Kłopot polega na tym, że zarówno jedni jak i drudzy, oceniają świat według własnych doświadczeń, będących dla nich jedyną słuszną prawdą. Nieistotne w tym punkcie jest, czy uważają się oni za właścicieli monopolu na prawdę, czy nie, ważne natomiast stało się, aby oba punkty widzenia i tym samym modele postrzegania świata stały się zrozumiałe dla siebie nawzajem. Nie jest istotna strona po której się stoi tak długo, jak długo istnieje komunikacja. Skoro dzieci zawsze potrafią się dogadać, niezależnie od tego, czy ich formą egoizmu jest rozkazywanie czy milczenie, to pośród nich należały odkryć skróty takiej komunikacji i wprowadzić je do powszechnego języka. Nienawiść występująca na ziemi była dowodem, że jest to możliwe, była przecież najniższą formą potrzeby pozostawania w kontakcie ze sobą nawzajem. Wróg, nawet martwy, żyje w pamięci. Bogaci zamrażają się bez biednych, bo nie potrafią wokół siebie sprzątać, podczas kiedy biedni gubią się nawzajem przekonaniem, że życie i tak zawsze jest ciężkie i potrafią tracić czas na bzdury, zamiast zorganizować sobie pracę. Zarówno jedni jak i drudzy żyją w ciągu pracy, wykonując ją na różnych poziomach. Bez porozumienia. Bernhardt postanowił, że w swoim nowojorskim mieszkaniu między Wulgatą i Koranem postawi na półce Boską Komedię. Teraz, tylko przypominając sobie nawzajem o instynkcie i nie dualistycznym myśleniu będzie mógł pomagać innym.

Zaczynał się nowy etap w jego życiu. Etap świadomy, w którym nie trzeba poszukiwać odnalezionej tożsamości, a jedynie rozwiązywać pojawiające się problemy. Wracał do kraju, w którym istnienie było zdefiniowane działaniem, a nie jego jakością. Pozbycie się obezwładnienia zawodowego, albo raczej zmiana nastawienia, było pierwszym posunięciem, którego musiał dokonać po powrocie. Jego rodacy żyli żeby pracować, zamiast pracować, żeby żyć i on musiał nauczyć ich sztuki umiaru w stylu, który są w stanie pojąć. Wyprostować proces manipulacji, pozwalający zrzeszonym w tej solidarności kobietom na idealną kontrolę podległych im wieprzków i skierowanie ich na działalność proekologiczną. Siłą ich zasad musiał znaleźć się na ich biegunie, aby odpowiednio je zrównoważyć. Nie pozwolić sobie ani na zostanie aniołem, ani diabłem, pozostając człowiekiem, który jest neutralny. Stać się nietykalnym dzięki furtce miłości i akceptacji, pośród biegających za swoim garnuszkiem szaleńców. Pokazać dzielącą wszystkich barierę biologiczną, która nie zmusza do pełnego zrozumienia płci przeciwnej, ale jej obecność nie przeszkadza nikomu w osiągnięciu uniwersalnego rozumienia rzeczy. Przywrócić równowagę w dotyku kochanków, a nie w produkcji pieniędzy. Serwer cywilizacji oddzielał naturalnie uzupełniające się biologicznie ciała, fałszując umysły i ducha, przypisując płeć tym bezpłciowym formom świadomości. Bernhardt cieszył się z wyzwania jakim stała się jego nowa praca. Ustawienie w zadowoleniu i bezmyślnych osiłków, nieświadomych konsekwencji swych działań, i bladych zombie, którzy zapomniawszy o własnym ciele, które nie jest ani wytyczną matematyczną ani wzorem tylko żywym białkiem potrzebującym zdrowego jedzenia, snu i ruchu. W zadowoleniu prawdziwym, w którym jest miejsce i na spokój. Ludzie mają kilka milionów lat, a komputery tylko pięćdziesiąt, i już teraz, nie myśląc, tylko konsekwentnie działając, są skuteczniejsze od większości ludzi. Będzie leczył. Kochać każdego jakim jest, oznacza czasem kochanie ordynarnego chama, razem z jego przypadłościami i egoizmem, tępą jak wirus systemu siłą, którą próbuje piąć się do przodu wykorzystując ego jako czarodziejski środek, który ma na celu zniwelowanie ludzkiej woli i myśli. Zamieni ich w służących sobie, pojmowanemu jako jednostka, a nie cześć wszechświata. I pozostaną jego częścią. I tak nią są. Razem z oddechem Bernhardtowi naprężyły się mięśnie, aby ta siła nie była mu obca tak długo, aż przekona szaleńca. Nawet największy szaleniec chce żyć, a on potrzebować będzie czasu po to, aby zrozumieć przewodni obłęd imperium i znaleźć uczciwe dlań argumenty. Pamiętał własne ego, jak wiecznie ścigający cień, za wszelka cenę starające się wepchnąć go na pierwszy plan, doprowadzić do zwycięstwa, oślepiając przed miłością i dobrą wolą. Pozbył się go,  pokonał strach, z którym go atakowało, uśmiechając się do swych głupich i nerwowych myśli, jakby były małą dziewczynką, starającą się uporządkować świat w pełni dobrej woli, ograniczonej nie znającą świata logiką. Zapewniło mu to poczucie, że jest sam w sobie wartościową jednostką nie dlatego, że ma dumę, ale dlatego, że nadaje się do pomocy wszystkim, więc cel jest większy niż on sam. I dzięki temu mógł zrozumieć logikę wielu nie zrozumianych. Nie mógł jednak stanąć zdecydowanie po stronie tych, którzy odrzucili ego, ponieważ pozostałby niezrozumiany dla drugiej strony. Dla nich zbudował sobie ego pilnując, by nie przysłaniało mu sensu istnienia. W czasach, kiedy przyspieszenie rozwoju połączone zostało z globalizacją ziemskich niepokojów, w czasach globalistów, alterglobalistów, separatystów i terrorystów, miernych ofiar myślenia kategoriami my i oni, cel, któremu się podporządkował służył zwróceniu uwagi ludzi na prawdziwe korzenie tych niepokojów. Przedstawienie im konkurencyjnego modelu życia, zezwalającego na głębsze poznanie siebie, oraz na głębszy spokój. Największy wpływ na ludzi wywierają filmy, więc postanowił, że zacznie mówić ich językiem. Pozwolą mu też na pogodzenie bycia hakerem z uczciwą pracą. Rzetelność pracy rozrywkowej, połączy z umiejętnością wygrania z konkurencją, promującą dużo łatwiejsze, konsumpcyjne rozwiązanie sensu istnienia. Zaoferuje widzom radość dążenia każdego człowieka do przodu, pozbawioną ciernia materialnego, niedosytu wszędzie tam, gdzie ludzie mają co jeść i gdzie spać, i tylko głupota własnych żądz mówi im, że są w biedzie. Radość którą zdobył i dystans do świata, połączony z osiągnięciem równowagi i pogody życia pomoże mu nie ulec żądzy zgromadzonych w tych rejonach, żądnych władzy smoków i pozwoli na skuteczne sojusze działań. Nauczy jak zerwać z negatywnymi stereotypami miotającymi jednostki między poszukiwaniem euforii i depresją. Rysy Bernhardta tężały, nadając mu, rozumiane przez większość, jako kanony piękna kształty. Zawsze był piękny, ale teraz stało się to widoczne, w miarę jak jego umysł oczyszczał się ze wszystkich myśli, które nie były celem ani stylem przeżywania piękna teraźniejszości. Nawet reakcje na wulgaryzmy stały się grą. Pochodzące od nich emocje odzwierciedlał pięknem, a im dłuższa była gra, tym więcej miał inspiracji. Brak strachu powodował, że wiedza iż przeciwnik walczy na śmierć i życie, była jedynie staraniem o uczciwość w odbiorze piękna. Potrafił zaakceptowawszy całość istnienia dać jej odpowiednią formę, w której elementy nie zaprzeczają sobie ani się nie zwalczają, zajmując należne w stworzeniu miejsce. Nawet pustka, wynikająca z utraty miłości, utraty zrozumienia i łaski doświadczenia w jej najpiękniejszej głębi poszukiwania stała się głębokim i pełnym światła wdechem, który z racji naturalnie po nim następującego wydechu, nie mógł zostać zastąpiony kłamstwami. Pamięć o Duchu Czasu nadeszła doń w postaci obrazu, być może z wcześniejszego życia, kiedy ziemia była szczęśliwsza. Ukochana sylwetka w tańcu, którą niby sobie przypomniał, ale zawsze pamiętał i będzie pamiętać, wyparła szalone obrazy nadchodzących stresów. Bernhardt wiedział, że już nigdy jej nie zapomni. Nawet jeśli pojawią się wokół niego ludzie, z którymi połączy go miłość idei, to  miejsce w jego sercu zostało już zapełnione i takie też pozostanie na zawsze, dając mu siłę, spokój, nadzieję i szczęście istnienia. Pamięć o tym co najważniejsze i o tym na czym polega jego droga. Najważniejsze wspomnienie, wiecznej miłości jego życia zostało odrestaurowane. Udało mu się zaakceptować wszystkie ludy swojej Ojczyzny i wracał do niej jako pierwszy biały człowiek, który słyszał i rozumiał wszystkie zamieszkałe w niej ludy i zwierzęta. Umysł Bernhardta przeniósł się na inny pułap, a oczy zalśniły mu blaskiem. Jego myśli i serce już nie były narażone na wpływ poniższych manipulacji międzyludzkich. Wypełniły się pieśnią teraźniejszości Ducha Czasu.

Kiedy już wielkie równiny zostały zabrane, większość Indian i bizonów zginęła i wydawało się, że najeźdźcy objęli ziemie pod swoją kontrolę, szamani nauczyli się przebaczać. Dzięki tej umiejętności rozpoznali oddziaływania, które interpretowane przez siebie jako siły magiczne, a przez białych jako siły nauki. Przestali oceniać i połączyli się z podobnymi sobie białymi, z zaskoczeniem zauważając, że pośród białych szamanów nie ma mężczyzn. Jako pokonani połączyli się z pokonanymi rasy najeźdźców, którzy od pokoleń zajmowali pośród nich swe podrzędne, ale nienaruszalne miejsce, zwyciężając prawo do istnienia. Razem, powoli redukowali ilość najeźdźców, łącząc wszystkich w dobrej woli. Proces ten spowodował, że potrzeba miłości do lądu, stała się częścią wszystkich. Cierpliwość stała się ich wiarą, bo jedynie ona była silniejsza od frenetycznych zmian, którym poddawała się kultura białych. Kobiety przejęły rolę szamanów i tak długo aż unieszkodliwiły barbarzyńcę poprzez zamrażanie mózgu i zamknięcie go w ograniczeniu wykonywanych czynności, nie dawały za wygraną. Wspólny podział świadomości wymagał sprawdzenia, czy duma jest tylko wrodzona, czy też wybrana. Każdy mąż na nowej ziemi, bez przejścia przez ten proces, nie był gotów do nazwania mężczyzną. Potęga rosła bez słów, możliwa do ujrzenia i oceny tylko dzięki ujrzeniu czynów. Czas zrównoważenia umysłu barbarzyńcy nadszedł. Wszyscy posiadacze tej świadomości stali się dla siebie najbliższa rodziną, która potrafi się jednoczyć przeciw szkodzącym i bez niszczenia wyprowadzać ich na prostą drogę. Potrafią, ponieważ w odróżnieniu od błądzących, desperacko poszukujących swej prawdy, potrafią się od nich oddzielić emocjonalnie, aby lepiej im pomóc, korzystając z własnej wiedzy i doświadczeń, które nigdy nie poddały się. Przetrwali wybaczając, więc nie ma do nich dostępu nienawiść pięści. Połączeni rozumieniem i współczuciem nigdy nie czynią więcej, niż leczenie pozwalające na to, aby jednostka pozostała w zgodzie z planetą. Właśnie zanurzenie w tej wspólnej, bezpiecznej świadomości jest tym, co przodkowie szamanów nazywali Krainą Wiecznych Łowów, która tu i teraz kontroluje świadomość planety i zamieszkałych na niej istot. Powoduje, że rozwój życia inteligentnego, który nie pilnuje równowagi pomiędzy nabytymi umiejętnościami, a rozwojem świata zewnętrznego, nie działa w harmonii, tylko w podporządkowuje – zasypia. Wyłącza się w sferę zamkniętą, której mieszkańcy nie mają szans na kontakt z inną inteligencją. Przejście do wyższej inteligencji zajmującej się kontrolą sfer zamkniętych, staje się jednością świadomości umysłów inteligentnych planety. Aby pomóc przewodzą, mówiąc językiem dziedzictw kulturowych, wprowadzając między wierszami i w zakończeniu kolejne szczeble ewolucji, nigdy jednak za nikogo nie decydując. Tak jak elfy wiedzą, że świadomość nie może być narzucona, a jedynie osiągnięta. Należą do nich decyzje zapobiegające wszystkiemu, dążącemu do przekroczenia fizycznych granic planety, zarówno na poziomie technologicznym i kulturowym. Wiele planet kandyduje do unii wszechświata, ale otoczone są znakami „zakaz lądowania”, obserwatorami zachodzących na nich wydarzeń i woluntariuszami monitorującymi rozwój. Porozumieć z nimi może się każdy mieszkaniec unii, a katalog kandydujących planet i istot jest dostępny w prostym przekazie telepatycznym.

Duch czasu stał się świadomą częścią myśli Bernhardta, siedzącego w pozycji kwiatu lotosu na fotelu, w pustym sektorze pierwszej klasy. Dzięki położeniu samolotu i prędkości z którą się poruszał, wschód słońca trwał dużo dłużej niż zazwyczaj. Ekstaza, o której wspominał Duch Czasu nadeszła.

Warszawa 11.07.2006. 35°C (pełnia księżyca przy pełni słońca).

Wydarzenia i osoby opisane w tej książce są fikcją i wszelakie podobieństwo do osób żywych lub zmarłych jest przypadkowe.

4 Responses to “Informatyk w Niebie”


  1. 1 Luis Sivira November 25, 2008 at 2:34 pm

    Very profound indeed!!! Very well written. I believe that if you apply yourself to it you could become one of the greatest Pole thinkers of our time.

  2. 2 johny-max November 25, 2009 at 9:15 am

    A ja sie nie zgodze…

  3. 4 Matthew Losneck May 9, 2011 at 1:56 am

    I wish I knew Polish. Glad you’re still writing.

    Matthew
    Madison, WI


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s




Stats

  • 77,561 clicks

Visitors


%d bloggers like this: